Radiowe przemówienie wygłoszone przez O. Korneliana Dende, OFMConv.
w ramach programu
GODZINY RÓŻAŃCOWEJ O. JUSTYNA
U progu Jubileuszu Narodowego U.S.A.
(J. Em. Ks. Kard. Stefan Wyszyński)
Ojciec Korneliom: (Słowo wstępne)
Witam Was, Zacni Rodacy i Miłe Rodaczki słowami: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Cieszę się w Bogu, że znów jesteśmy razem - dzieci, młodzież, starsi, zdrowi i chorzy, samotni i członkowie rodzin - wszyscy złączeni słowem Bożym płynącym po falach eteru. Duchowo łączymy się również z drogimi Radiosłuchaczami, którzy nas poprzedzili do wieczności, lecz nie przestali być częścią naszej wielkiej Rodziny Radiowej dzięki świętych obcowaniu.
Otwieram 45-ty sezon radiowy Godziny Różańcowej i polecam go opiece Przemożnej Bożej Rodzicielki Najświętszej Maryi Panny oraz Patronowi naszych programów, świętemu Antoniemu Padewskiemu i błogosławionemu Maksymilianowi Kolbe.
Pierwszym programem wchodzimy w obchody Dwustulecia Niepodległości Stanów Zjednoczonych. Treść wszystkich programów będzie skierowana ku odrodzeniu naszego ducha przez utwierdzenie wiary, rozwinięcie miłości do Boga i ludzi oraz uświęcenie naszego życia. To będzie najpiękniejszy, najcenniejszy i najtrwalszy dar od nas dla Ameryki, czego nikt zaprzeczyć nie może stojący w obliczu zagrożenia tego pięknego narodu przez siły zła.
A teraz pragnę w paru słowach przygotować Was do wysłuchania przemówienia Księdza Prymasa Polski, Kardynała Stefana Wyszyńskiego.
Na pewno Polonię, a bezpośrednio wszystkich moich Słuchaczy Godziny Różańcowej zainteresuje obraz Polonii, jaki ma w swym umyśle i sercu Ksiądz Prymas. Patrzy na Polonię z pozycji stolicy prymasowskiej, jako duchowy Pasterz wszystkich Polaków w Kraju i na szerokim świecie. Utworzył sobie obraz Polonii w oparciu o wiele lat studiów, obserwacji, przemyśleń, ciągłego kontaktu z Amerykanami polskiego pochodzenia odwiedzającymi Kraj Przod¬ków.
Ksiądz Prymas zechciał się podzielić swoimi myślami i uczuciami z Polonią. Ten temat jest mu bliski i drogi. W krótkim swym przemówieniu skierowanym do Słuchaczy Godziny Różańcowej Ksiądz Prymas powie nam to, co w Jego mniemaniu jest najbardziej istotne, najbardziej charakterystyczne
dla Polonii.
Wsłuchajmy się w słowa Prymasa Polski, Księdza Kardynała Stefana Wyszyńskiego, w których wyczujemy głęboką, życiową mądrość chrześcijańską i Jego ojcowską miłość. Oto prezentuję Warn na rozpoczęcie nowego sezonu radiowego pasterskie słowa Księdza Prymasa Polski i Polonii.
J. Em. Kardynał Stefan Wyszyński, Prymas Polski:
Drogi Ojcze Kornelianie!
Życzysz sobie, abym powiedział kilka słów na temat religijnego i kultural¬nego wkładu Polonii do kultury amerykańskiej z racji 200-lecia Niepodległości Stanów Zjednoczonych. Łatwo jest podyktować takie zamówienie. Jednak niesłychanie trudno jest w ciągu kilkunastu minut coś bardziej rzeczowego na ten temat powiedzieć.
Pragnę, abyś uważał ten mój wywód zaledwie jako ramowy wstęp, który nie może być wyczerpujący. Może to być zaledwie pozdrowienie na progu rozpoczętych obchodów dwustulecia, w które tak mocno jest wpisana Polonia Amerykańska. Tym więcej, że idzie o tak delikatną sprawę, jak wkład religijny i kulturalny Polonii do kultury amerykańskiej.
Radość wolności
Mogę naprzód wyrazić swą radość z wolności ludzi, którzy mogą urządzać się swobodnie u siebie. To jest radość, której opisać się nie da. Tym więcej, że Polska odczuwa gorąco, na mocy swego doświadczenia historycznego, wartość każdej wolności, a cóż dopiero wolności tak wszechstronnej, jaką cieszy się Ameryka, i jaką gwarantuje wszystkim narodom wchodzącym w skład Stanów Zjednoczonych.
Pytasz jednakże, co, naszym zdaniem, można uwydatnić i ustawić na pierwszym polu widzenia tej ogromnej sprawy? Co Polska ludność tu wnosi? Myślę, że można to ująć krótko. Polska przynosi swoich synów, ich pracę i ich wiarę; swoich synów, którzy chcieli walczyć "za wolność Naszą i Waszą"; swoich synów, którzy poniesieni szczytnym idealizmem, gdy już nie mogli walczyć o wolność Polski, szli tam, gdzie o tę wolność można było jeszcze walczyć. Może walcząc o wolność Stanów Zjednoczonych przez to chcieli zaznaczyć swoją potrzebę serca, swoją żywą wiarę w to, że walcząc za oceanami, wywalczą coś i dla Ojczyzny nad Wisłą.
Ten szczytny idealizm poparli synowie ziemi polskiej wędrujący znad Wisły i Bugu i spod Karpat i Tatr do Ameryki, poparli swoją żywą wiarą. Nieśli bowiem optymizm, że jednak tam na tej Nowej Ziemi będzie można żyć zgodnie z nakazami wiary świętej, i że wyznanie tej żywej wiary nie spotka się z przeszkodą.
Wkład pracy
Polska ludność żyjąca nakazami wiary, która kształtowała ich sumienia, wniosła również i swoją pracę, i to pracę rzetelną. Bo cóż to znaczy polska praca w Ameryce? Mówi się, że Polacy lepiej pracują za granicą niż u siebie. Może jest w tym coś z racji, zwłaszcza wtedy, gdy jest pełna możność wyboru rodzaju pracy, gdy się wie, że się pracuje dla siebie, że z owoców tej pracy będzie korzystać rodzina, że nikt tu nie przeszkodzi, aby ta praca była możliwie wydajna.
Ale Polacy przynieśli do Stanów Zjednoczonych głębokie umiłowanie ziemi, co ma niezwykle doniosłe znaczenie, by umacniać się w terenie. Miłość do ziemi ojczystej, do zagonu rodzinnego, miała i dla narodu polskiego doniosłe znaczenie, bo ten naród pomimo, że był wysiedlany, wydziedziczany, jednakże tak głęboko wrósł korzeniami w miłości ku ziemi ojczystej, że wszystko wytrzymaj wszystko przecierpiał za przykładem Drzymały, ale z ziemi ojczystej, z rodzinnego zagonu wykorzenić się nie dal. A gdy przyszły chwile najtrudniejsze, to wtedy nasi Rodacy z ojczyzny wynosili takie gorące umiłowanie ziemi, umiłowanie ziemi, umiłowanie, którego nie mogli okazywać w kraju, wynieśli je za morze, i gdy tam zetknęli się z ziemią, miłość swoją do ziemi ojczystej, do zagonu rodzimego, wszczepili w ziemie tam, gdzie ją znaleźli i gdzie mogli na niej spokojnie pracować. I oto wyjątkowy wysiłek, ten zapal karczowników, którym przezwyciężali dziewicze puszcze, ażeby wydrzeć im ten zagon, na którym mogliby się poczuć swobodnie, spokojnie, i bezpiecznie.
Wola przezwyciężania trudności
Z tym się łączyła wola pracowania, wola energii pracy, wola przezwyciężania każdej trudności. Wyczuwało się w tym entuzjazmie, w tym zapale, podświadomość, że pracuje się na zagonie własnym, jak gdyby żywcem przeniesionym z Polski na teren Stanów Zjednoczonych . . . Naród Polski biedny, ale zdrowy, i fizycznie i moralnie, i duchowo, te właściwości swoje przyniósł również i na teren Stanów Zjednoczonych. Ta polska praca jest olbrzymim wkładem nawet we współczesną rzeczywistość państwa, które święci swoje dwustulecie. I chociaż można mówić o tym. że i Ameryka wiele dała Polsce, jednakże trzeba chyba przyjąć, że tak, jak dziecku najwięcej daje się wtedy, gdy się je karmi piersią matczyną, bo to start życiowy, lak praca polska w tym okresie była najcenniejszym wkładem, bo wkładem niemalże dziewiczym, macierzyńskim, w organizacjo nowego życia, w nowej społeczności politycznej, niezależnej.
Wkład polskiej religijności
Obok tej polskiej pracy, która i dzisiaj ma olbrzymie znaczniej bo i dziś praca jest potrzebna w każdym państwie, a więc i u Was, wielki wkład, to polska wiara; ta żywa religijność narodu, który opuszczając swoje rodziny parafialne w kraju, wynosił z sobą gorące pragnienie, aby mieć własne świątynie, tam właśnie, żeby świątynie, tak jak w Polsce, ażeby wszystko niemal oddać, chociaż sami byli biedni, tym świątyniom tak, żeby były pociągającym skupiskiem Polaków.
To budowanie świątyń polskich w Ameryce było niemal symbolem, bo było potrzebą religijnego serca. Wnosiło religijność do tego wielkiego skupienia ludzi z różnych narodów i części świata.
A potrzeba było tego zapału wiary, bo wiara religijna jest początkiem wszelkiego optymizmu, nadziei, że wszystko się przezwycięży. Świątynie, które budowali Polacy w Ameryce były dla nich symbolem zespolenia, skupienia, zjednoczenia, zwartości życia i współżycia.
Wszędzie, gdzie była polska świątynia, polskie dzwony, wszędzie skupiała się polska ludność napływająca w różnych dziesiątkach lal z kraju do Ameryki. Przed wynarodowieniem bronią się z pomocą Kościoła, bo przenoszą z Polski pieśń religijną polską, zwyczaje religijne polskie, obrazy i sztandary, a szczególnie jednoczący wszystkich obraz Matki Bożej Częstochowskiej.
Te symbole, te znaki, te pieśni, te mowy, te modlitwy w mowie ojczystej, wszystko to było bronią przed wynarodowieniem z pomocą Kościoła.
Wzorowa wspólnota
I tak powstawała wzorowa wspólnota i religijna i narodowa. A miała ona znaczenie nie tylko dla wychodźców polskich, ale i dla tego terenu, na który przyszli.
Przewodzili im kapłani, którzy okazywali wielkie zdolności organizacyjne. Życie religijne miało olbrzymie - znaczenie dla budowy stałych form organizacyjnych, bo życie religijne daje podstawę pod cnoty społeczne, zwłaszcza sumienność, pracowitość, trzeźwość, oszczędność, gospodarność, a więc te właściwości, którymi tak wybitnie odznacza się i Ameryka i ludy w granicach Stanów Zjednoczonych żyjące.
Cześć i miłość do Najświętszej Maryi Panny
To, co szczególniej uderza jako element wysokiej wartości religijnej i kulturalnej, to wielka cześć dla Matki Najświętszej, Matki Boga-Człowieka, która przyniósł naród polski do życia Ameryki.
To była nie tylko wiara w Bogurodzicę, nic tylko wiara w Królowę Polski, w Matkę Bożą Częstochowską, ale to była wielka cześć dla macierzyństwa Maryi, co rzutowało bardzo dodatnio na życie domowe, na życie rodzinne. Kult macierzyństwa wzięty z przykładu Matki Najświętszej był tak wielki, że rodziny polskie w Ameryce były rodzinami liczebnymi, zwartymi, zespolonymi l prawdziwymi szkołami ducha narodowego, prawdziwej kultury życia i współżycia.
Można by na ten temat mówić bardzo dużo. Nic chcę wchodzić w szczegóły. To swoje przemówienie uważam sobie zaledwie za wstęp do tych rozważań, które przyjdą później. Pragnę jednakże skoncentrować swoją uwagę jeszcze koło jednej myśli.
Żywotna wymiana kultury z Macierzą
Ameryka dała Polakom przybywającym na te ziemie bardzo wiele, bo dała pole do pracy, możność życia i bytowania, możność wysiłku organizacji swobodnej, ale też i Polacy dawali i dają bardzo wiele Ameryce i dziś. I o tym nie można zapominać.
To nie tylko od Was płynie pomoc do Polski. Ale i z Polski nieustannie płynie pomoc, chociażby dlatego, że Polacy żyjący w Ameryce - jak się nieraz mówi - "Amerykanie polskiego pochodzenia" - utrzymują kontakt z Macierzą, i z Polski przywożą i dziś jeszcze wiele wartości, które są nic do pogardzenia, i w umacnianiu kultury moralnej, religijnej i obywatelskiej Stanów Zjednoczonych.
Jest to więc wzajemne świadczenie. To nie tylko Ameryka daje Polsce, ale i Polska daje Ameryce, jeszcze dzisiaj, gdy się wzmaga fala nowej emigracji z Polski do Sianów Zjednoczonych, to też jest świadczenie na Wasze dobro, i niezwykle serdeczne, bo to jest żywa krew narodu.
Co więcej! To jest energia życiowa. To jest energia pracy, to jest energia wiary, to jest energia potrzeby duchowej niezależności i wolności . . . Te wszystkie wartości, które tworzą kulturę.
Polacy walczyli o wolność Stanów Zjednoczonych. Znaleźli teren, gdzie mogli być wolnymi, i chcą z niej korzystać. Oczekują leż, że ich pragnienia będą szanowane, zwłaszcza gdy idzie o obronę mowy ojczystej, o pole do rozwoju kultury polskiej, bo ten wkład kultury różnych narodów ma olbrzymie znaczenie dla pogłębienia stylu życiowego Stanów Zjednoczonych.
Szczera polska dusza
I dziś dorobek kultury narodów wniesiony do wspólnego dziedzictwa Stanów Zjednoczonych tworzy kościec kulturalny dla ogromnego i potężnego państwa, które zbliża się do uczczenia swego dwusetlecia niepodległości. Może Polacy przyszli na teren Ameryki z pustymi rękoma i z pustą kieszenią, ale przyszli z pełną duszą i z żywym sercem, i ta dusza szczerze chrześcijańska i to serce ożywione najlepszymi uczuciami jest najpotężniejszym wkładem Polonii do kultury amerykańskiej.
To, co powiedziałem, świadom jestem, jest spostrzeżeniem nie pogłębionym, tak jak gdybym chodził w obłokach, ale jest szczerze prawdziwym.
Niech inni, którzy są bliżej związani z Waszym życiem, dopowiedzą to, czego nie jestem w stanie w tej chwili w tym wstępie powiedzieć.
Ale ten głos Prymasa Polski niech będzie, imieniem Polski Katolickiej, pozdrowieniem dla Stanów Zjednoczonych, które wchodzą w okres jubileuszowy swego dwustulecia.
I niech będą pozdrowieni również wszyscy, którzy będąc ludźmi dobrej i serdecznej woli, serdecznego serca, niech wszyscy się koło tych myśli skoncen¬trują i docenią ich prostotę i ich otwartość.
Wszystkim Słuchaczom Godziny Różańcowej, do których te słowa dotrą, błogosławię, i Matce Najświętszej, Królowej Polski i Matce Kościoła, oddaję.
Ojciec Kornelian:
Kieruję serdeczne podziękowanie do Księdza Prymasa Stefana Wyszyńskiego!
Jego słowa, które słyszeliśmy przed chwilą są piękne jak polskie bursztyny i drogocenne jak złoto. Wyszły za serca ojcowskiego, kochającego każdego Polaka za granicą. Nie byłyby takie, gdyby nie zrodziła ich miłość. Jesteśmy za nie wdzięczni. Mówię to w imieniu Polonii, Radiosłuchaczy, naszego Zespołu Radiowego i w imieniu własnym. Uważam je za słowa historyczne. Dziękuję Księdzu Prymasowi z głębi serca za słowa mądrości chrześcijańskiej, za cierpliwość, za poświęcony czas, za błogosławieństwo prymasowskie, za polecenie Polonii Matce Najświętszej, Królowej Polski i Matce Kościoła, za życzenia i pozdrowienia dla Stanów Zjednoczonych na progu Jubileuszu dwustulecia. Obiecuję, że będziemy się wszyscy modlić za Księdza Prymasa, by Bóg błogosławił Mu we wszystkich poczynaniach, w pokonywaniu trudności, by darzył zdrowiem i siłami, by posłużył się osobą Księdza Prymasa do jak największego umocnienia wiary w Narodzie Polskim i w Polonii Świata.
Nad rzekami Babilonu
Radiowe przemówienie wygłoszone przez O. Korneliana Dende, OFMConv.
w ramach programu
GODZINY RÓŻAŃCOWEJ O. JUSTYNA
17 lutego 1991
NAD RZEKAMI BABILONU
Witam Was Zacni Rodacy i Miłe Rodaczki staropolskim Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Na Bliskim Wschodzie rozgorzała wojna, której następstw nikt przewidzieć, ani nie potrafi określić znaczenia dla dalszych dziejów ludzkich. Wojnę wywołał upór dyktatora Iraku Saddam Husseina, który zlekceważył rezolucję Rady Bezpieczeństwa Organizacji Narodów Zjednoczonych, nakazująca mu opuścić zagrabione księstewko Kuwejtu nad Zatoką Perska, bogate w ropę naftowa. Ci, którzy bliżej znają Husseina, twierdza, że chce odegrać rolę wielkiego bohatera, na przykład Sulejmana II, Turka, obdarzonego przydomkiem "Wspaniały" (+1566) za to, że zreformował ustawodawstwo ottomańskie, przepędził z Ziemi Świętej ostatnich krzyżowców i doprowadził imperium do szczytu potęgi. Hussein liczy na to, że nawet w przypadku przegranej wojny, zostanie uznany za męczennika sprawy arabskiej i muzułmańskiej; przyczyni się do zjednoczenia Arabów podzielonych na sztuczne państwa i księstwa przez zwycięskie mocarstwa europejskie po rozbiciu imperium ottomańskiego w pierwszej wojnie światowej.
Dziwnym zbiegiem okoliczności teatrem wojny stał się Irak, ziemia, znana jako kolebka jednej z najstarszych cywilizacji ludzkich, gdzie rozpoczęła się historia Izraela, czyli historia zbawienia ludzkości. Nawiążę do świetlanej przeszłości tej ziemi w dzisiejszej pogadance zatytułowanej:
NAD RZEKAMI BABILONU
Ojczyzna Abrahama
Dwa tysiące lat przed narodzeniem Chrystusa, Bóg rzekł do Abrahama: "Wyjdź z tej ziemi rodzinnej i z domu twego ojca do kraju, który ci wskażę. Uczynię bowiem z ciebie wielki naród, będę ci błogosławił i twoje imię uczynię sławnym" (Rdz 12, l ii). Ojczyzna, z której Bóg wywiódł Abrahama było chaldejskie czyli babilońskie miasto-księstwo Ur, stolica Sumerów nad Zatoka Perska (Rdz 15,7). Historia miasta Uf sięga do czwartego tysiąclecia przed nasza era. Sumerowie stali na bardzo wysokim poziomie kultury, wynaleźli pismo i pierwsi rozpoczęli notować dzieje ludzkie; stworzyli też pierwsza na świecie literaturę, obejmująca szeroki wachlarz dziedzin wiedzy. Można powiedzieć, że w tym kraju "wszystko było pierwsze": szkoła, zimna wojna, dwuizbowy parlament, ustawodawstwo, wyroki sądowe, apteki, kalendarz rolniczy, ideały moralne, przysłowia i przypowieści, bajki o zwierzętach, dysputy literackie, katalog biblioteczny, nauka o gwiazdach i wszechświecie . . . Abraham nie był Sumerem. Należał do napływowego szczepu- koczowniczego Amorytów zwanych w Biblii Aramejczykami lub Hebrajczykami. Niektórzy jego przodkowie byli założycielami nowych miast, których nazwy wymieniane są na tabliczkach glinianych odkopanych przez archeologów. Jego ojciec, Terach był czcicielem boga słońca.
"Kraina między rzekom"
Ojczyzna Abrahama była częścią ogromnej oazy, podobnej do prawdziwego "raju ziemskiego". W starożytności zwano ją "krainą między rzekami" czyli Mezopotamią. Dzięki niezwykłej urodzajności gleb użyźnianych i nawadnianych wylewami tych dwóch rzek, Tygrysu i Eufratu, rozwinęły się tam dwie największe cywilizacje — asyryjska i babilońska, które czerpały swój dorobek kulturalny z cywili¬zacji Sumerów. Przez okres ponad dwu i pół tysiąca lat przed Chrystusem, Mezopotamia stanowiła wielkie centrum cywilizacji i kultury, które promieniując daleko poza swoje granice wywarło potężny wpływ na rozwój świata starożytnego.
Oba mocarstwa mezopotamskie — Asyria i Babilonia — rywalizowały z sobą. Asyria zajmowała pomocną część Mezopotamii, okoloną wysokimi górami, Babilonia południową. Ich dzieje udostępniają nam ciągle archeologowie, którzy spod kilkumetrowej warstwy pustynnego piasku odkopują potężne miasta, a w nich świątynie, biblioteki, archiwa ... W gruzach i popiołach archeologowie odnajdują też dokumenty potwierdzające związki jaki naród wybrany miał z Asyrią i Babilonia. Dzieje te zapisane są również w Biblii, w tym wieczystym pomniku literatury izraelskiej, przewyższającym mocą swej prawdy dzieje Egiptu i Mezopotamii. Materiał archeologiczny naświetlający, uzupełniający i potwierdzający dzieje objawienia jest tak obfity, że można nim ilustrować wszystkie księgi Pisma świętego.
Na przykład archeolog W. Keller w swej książce "A jednak Pismo święte ma rację" tak pisze o potopie biblijnym: "Wielka katastrofa powodzi, o której Pismo święte mówi jako o potopie, często uważana przez sceptyków za bajkę lub podanie, nie tylko zdarzyła się rzeczywiście, ale miała miejsce w dającym się historycznie określić czasie . . . Działo się to około roku 4000 przed Chrystusem", w Mezopotamii.
Naród wybrany w niewoli babilońskiej
Dzieje Izraela były związane przez wiele lat z historią Asyrii i chaldejskiego imperium Babilonu. Królowie tych mocarstw wielokrotnie wyprawiali się do Palestyny. Król babiloński Nabuchodonozor, zaniepokojony wroga koalicja, jaka powstała w Izraelu w oparciu o przymierze z Egiptem, dwa razy oblegał Święte Miasto, Jerozolimę. Za pierwszym razem, w roku 597 nie burzył jej, ograbił tylko świątynię Pańską i pałac królewski ze skarbów i uprowadził do Babilonu tylko zamożniejszych jej mieszkańców wraz z królem Jojakinem, jego dworem i książętami, pozostawiając jedynie ludność najuboższą (2 Krl 24, 12-17). Ale dziesięć lat później pobił wojska faraona śpieszące z pomocą oblężonej Jerozolimie, wrócił pod miasto i zdobywszy je, zniszczył doszczętnie uprowadzając do niewoli wszystkich mieszkańców. Tak więc nad brzegami Babilonu znalazł się prawie cały naród wybrany.
W Babilonie, który prorok Izajasz nazwał "perłą królestw, klejnotem, dumą Chaldejczyków (13, 19), Izraelici z pewnością zachwycali się pałacami i gigan¬tycznymi wieżami ziggurat podobnymi do wieży Babel znanej z opowieści biblijnej (Rdz 11, 4). Podziwiali jeden z siedmiu cudów starożytnego świata — "wiszące ogrody", a także ogromne mury miasta wzmocnione setkami bram.
Można by dużo mówić o drugim mocarstwie, mianowicie o Asyrii, która również dawała się we znaki Izraelowi. Jej największym i najpiękniejszym miastem po Babilonie, była Niniwa. Przez jakiś czas była stolicą państwa. Była ona tak rozległa, że prorok Jonasz wysłany do niej przez Boga, żeby wezwał mieszkańców do pokuty, szedł przez nie trzy dni od jednego krańca do drugiego. Dziwnym zdarzeniem losów, niedaleko starożytnej Niniwy w czasie drugiej wojny światowej II Korpus generała Władysława Andersa odbywał ćwiczenia w rejonie Kirkuku i Mossulu przed inwazją do Włoch.
Megalomania dyktatora Husseina
Saddam Hussein z pochodzenia Arab, opętany manią wielkości, lubi nawiązywać do świetnej przeszłości Mezopotamii, twierdząc, że Irak jest spadkobierca asyryjsko-chaldejskiej i babilońskiej cywilizacji. W rzeczywistości Arabowie mają zupełnie inną kulturę. Przyszli oni z Arabii Saudyjskiej i opanowali krainę między rzekami Tygrysu i Eufratu w VIII wieku naszej ery, w ramach świętej wojny. Stworzyli wtedy olbrzymie imperium muzułmańskie obejmujące Półwysep Arabski, całą Północną Afrykę aż do Hiszpanii i Persję aż do Indii. Jedynymi potomkami starożytnych ludów Mezopotamii i spadkobiercami tamtych cywilizacji są Chaldejczycy nawróceni na chrześcijaństwo przez świętego Tomasza apostoła zwanego niewiernym. Mówią językiem aramejskim jak ich przodkowie. Jest ich dziś stosunkowo mało i są przez muzułmanów stałe podejrzani i prześladowani. W czasie pierwszej wojny światowej Turcy wymordowali 50.000 chaldejskich chrześcijan za sprzyjanie mocarstwom europejskim. 150.000 opuściło kraj osiedlając się w Stanach Zjednoczonych w New Jersey, New Jorku, Michigan i w Kalifornii. Ich największa wspólnota katolicka — 35 osób — osiedliła się w metropolii detroickiej. Niestety, Chaldejczycy są rozbici. Jedni są katolikami, drudzy nestorianami, odłączonymi od jedności Kościoła w IV wieku. Są więc zwolennikami herezji i nie uznają bóstwa Chrystusa. Chrześci¬janie chaldejscy kochają i Stany Zjednoczone i swą dawną ojczyznę, dlatego konflikt zbrojny w Iraku sprawia im podwójny ból.
Chrystus Zbawicielem świata
Wojna w Iraku sieje śmierć i spustoszenie, a żyjących przeszywa cierpieniem, pozbawia ich dachu nad głową, wody i pożywienia, tysiące ludzi kieruje na drogi ucieczki i tułaczki.
Sceny wojenne nasuwają biblijny obraz tysięcy Izraelitów pędzonych setkami mil do niewoli babilońskiej. Nieznany poeta, autor Psalmu 137 odtworzył genialnie nastroje wygnańców, którzy w gruzach i zgliszczach zburzonej Jerozolimy pozostawili zwłoki najdroższych im osób. Cytuję pierwszą część tego psalmu w przekładzie poety Czesława Miłosza:
"Nad rzekami Babilonu, tam siadaliśmy płacząc i wspominając Syjon. Na wierzbach tamtego kraju zawiesiliśmy lutnie nasze.
Bo którzy nas wzięli w niewole, tam od nas żądali pieśni,
ciemiężyciele nasi chcieli od nas radości: 'Zaśpiewajcie nam którąś z pieśni
Syjońskich!'
Jakże nam śpiewać pieśń Pańską na obcej ziemi?
Jeżeli zapomnę ciebie, Jeruzalem, niech uschnie moja prawica.
Niech przylgnie mój język do podniebienia, jeżeli nie będę pamiętał o tobie,
jeżeli nie będę wynosił Jeruzalem nad wszelką radość moją".
Nam, chrześcijanom, lutni na drzewach nie wolno zawieszać. Żądajmy w imieniu cierpiących, by nie załatwiano międzynarodowych sporów przemocą, siłą żelaza i ognia; wołajmy, by ustały wojny totalne, które uderzają nie tylko w wojsko i w wojskowe obiekty, lecz przede wszystkim w ludność cywilną, niszcząc przy tym spuściznę kultury materialnej i duchowej wielu pokoleń.
Przede wszystkim uznajmy rzeczywistość grzechu, który jest przyczyną niezliczonych nieszczęść i konfliktów zbrojnych; grzechem jest wybujała ambicja, szatańska pycha, chciwość, mściwość, żądza dominacji nad słabszymi . . . Człowiek usuwa grzech ze swego słownika, gdy przestaje wierzyć w Boga.
We wszystkich ofiarach wojny musimy dostrzec swych braci i siostry, niezależnie od tego, po czyjej znajdują się stronie i w jakim żyją kraju. Bóg ludzi nie dzieli. Wszyscy są Jego rodziną, Jego przybranymi dziećmi, za które Syn Boży Jezus Chrystus przelał swą najdroższą Krew.
Bóg począł realizować plan zbawienia ludzkości z chwilą wyprowadzenia Abrahama z Ur chaldejskiego. Obiecał wtedy, że przez niego, a zwłaszcza przez Jego najczcigodniejszego potomka Jezusa Chrystusa "wszelkie pokolenia ziemi otrzymają błogosławieństwo" (Rdz 28, 11). Smutne doświadczenie wojny niech skieruje strony walczące i nas wszystkich do Chrystusa, od którego "wszystkie pokolenia otrzymają błogosławieństwo", w tym również prawdziwe nawrócenie do Boga i upragnione błogosławieństwo sprawiedliwego i trwałego pokoju.
w ramach programu
GODZINY RÓŻAŃCOWEJ O. JUSTYNA
17 lutego 1991
NAD RZEKAMI BABILONU
Witam Was Zacni Rodacy i Miłe Rodaczki staropolskim Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Na Bliskim Wschodzie rozgorzała wojna, której następstw nikt przewidzieć, ani nie potrafi określić znaczenia dla dalszych dziejów ludzkich. Wojnę wywołał upór dyktatora Iraku Saddam Husseina, który zlekceważył rezolucję Rady Bezpieczeństwa Organizacji Narodów Zjednoczonych, nakazująca mu opuścić zagrabione księstewko Kuwejtu nad Zatoką Perska, bogate w ropę naftowa. Ci, którzy bliżej znają Husseina, twierdza, że chce odegrać rolę wielkiego bohatera, na przykład Sulejmana II, Turka, obdarzonego przydomkiem "Wspaniały" (+1566) za to, że zreformował ustawodawstwo ottomańskie, przepędził z Ziemi Świętej ostatnich krzyżowców i doprowadził imperium do szczytu potęgi. Hussein liczy na to, że nawet w przypadku przegranej wojny, zostanie uznany za męczennika sprawy arabskiej i muzułmańskiej; przyczyni się do zjednoczenia Arabów podzielonych na sztuczne państwa i księstwa przez zwycięskie mocarstwa europejskie po rozbiciu imperium ottomańskiego w pierwszej wojnie światowej.
Dziwnym zbiegiem okoliczności teatrem wojny stał się Irak, ziemia, znana jako kolebka jednej z najstarszych cywilizacji ludzkich, gdzie rozpoczęła się historia Izraela, czyli historia zbawienia ludzkości. Nawiążę do świetlanej przeszłości tej ziemi w dzisiejszej pogadance zatytułowanej:
NAD RZEKAMI BABILONU
Ojczyzna Abrahama
Dwa tysiące lat przed narodzeniem Chrystusa, Bóg rzekł do Abrahama: "Wyjdź z tej ziemi rodzinnej i z domu twego ojca do kraju, który ci wskażę. Uczynię bowiem z ciebie wielki naród, będę ci błogosławił i twoje imię uczynię sławnym" (Rdz 12, l ii). Ojczyzna, z której Bóg wywiódł Abrahama było chaldejskie czyli babilońskie miasto-księstwo Ur, stolica Sumerów nad Zatoka Perska (Rdz 15,7). Historia miasta Uf sięga do czwartego tysiąclecia przed nasza era. Sumerowie stali na bardzo wysokim poziomie kultury, wynaleźli pismo i pierwsi rozpoczęli notować dzieje ludzkie; stworzyli też pierwsza na świecie literaturę, obejmująca szeroki wachlarz dziedzin wiedzy. Można powiedzieć, że w tym kraju "wszystko było pierwsze": szkoła, zimna wojna, dwuizbowy parlament, ustawodawstwo, wyroki sądowe, apteki, kalendarz rolniczy, ideały moralne, przysłowia i przypowieści, bajki o zwierzętach, dysputy literackie, katalog biblioteczny, nauka o gwiazdach i wszechświecie . . . Abraham nie był Sumerem. Należał do napływowego szczepu- koczowniczego Amorytów zwanych w Biblii Aramejczykami lub Hebrajczykami. Niektórzy jego przodkowie byli założycielami nowych miast, których nazwy wymieniane są na tabliczkach glinianych odkopanych przez archeologów. Jego ojciec, Terach był czcicielem boga słońca.
"Kraina między rzekom"
Ojczyzna Abrahama była częścią ogromnej oazy, podobnej do prawdziwego "raju ziemskiego". W starożytności zwano ją "krainą między rzekami" czyli Mezopotamią. Dzięki niezwykłej urodzajności gleb użyźnianych i nawadnianych wylewami tych dwóch rzek, Tygrysu i Eufratu, rozwinęły się tam dwie największe cywilizacje — asyryjska i babilońska, które czerpały swój dorobek kulturalny z cywili¬zacji Sumerów. Przez okres ponad dwu i pół tysiąca lat przed Chrystusem, Mezopotamia stanowiła wielkie centrum cywilizacji i kultury, które promieniując daleko poza swoje granice wywarło potężny wpływ na rozwój świata starożytnego.
Oba mocarstwa mezopotamskie — Asyria i Babilonia — rywalizowały z sobą. Asyria zajmowała pomocną część Mezopotamii, okoloną wysokimi górami, Babilonia południową. Ich dzieje udostępniają nam ciągle archeologowie, którzy spod kilkumetrowej warstwy pustynnego piasku odkopują potężne miasta, a w nich świątynie, biblioteki, archiwa ... W gruzach i popiołach archeologowie odnajdują też dokumenty potwierdzające związki jaki naród wybrany miał z Asyrią i Babilonia. Dzieje te zapisane są również w Biblii, w tym wieczystym pomniku literatury izraelskiej, przewyższającym mocą swej prawdy dzieje Egiptu i Mezopotamii. Materiał archeologiczny naświetlający, uzupełniający i potwierdzający dzieje objawienia jest tak obfity, że można nim ilustrować wszystkie księgi Pisma świętego.
Na przykład archeolog W. Keller w swej książce "A jednak Pismo święte ma rację" tak pisze o potopie biblijnym: "Wielka katastrofa powodzi, o której Pismo święte mówi jako o potopie, często uważana przez sceptyków za bajkę lub podanie, nie tylko zdarzyła się rzeczywiście, ale miała miejsce w dającym się historycznie określić czasie . . . Działo się to około roku 4000 przed Chrystusem", w Mezopotamii.
Naród wybrany w niewoli babilońskiej
Dzieje Izraela były związane przez wiele lat z historią Asyrii i chaldejskiego imperium Babilonu. Królowie tych mocarstw wielokrotnie wyprawiali się do Palestyny. Król babiloński Nabuchodonozor, zaniepokojony wroga koalicja, jaka powstała w Izraelu w oparciu o przymierze z Egiptem, dwa razy oblegał Święte Miasto, Jerozolimę. Za pierwszym razem, w roku 597 nie burzył jej, ograbił tylko świątynię Pańską i pałac królewski ze skarbów i uprowadził do Babilonu tylko zamożniejszych jej mieszkańców wraz z królem Jojakinem, jego dworem i książętami, pozostawiając jedynie ludność najuboższą (2 Krl 24, 12-17). Ale dziesięć lat później pobił wojska faraona śpieszące z pomocą oblężonej Jerozolimie, wrócił pod miasto i zdobywszy je, zniszczył doszczętnie uprowadzając do niewoli wszystkich mieszkańców. Tak więc nad brzegami Babilonu znalazł się prawie cały naród wybrany.
W Babilonie, który prorok Izajasz nazwał "perłą królestw, klejnotem, dumą Chaldejczyków (13, 19), Izraelici z pewnością zachwycali się pałacami i gigan¬tycznymi wieżami ziggurat podobnymi do wieży Babel znanej z opowieści biblijnej (Rdz 11, 4). Podziwiali jeden z siedmiu cudów starożytnego świata — "wiszące ogrody", a także ogromne mury miasta wzmocnione setkami bram.
Można by dużo mówić o drugim mocarstwie, mianowicie o Asyrii, która również dawała się we znaki Izraelowi. Jej największym i najpiękniejszym miastem po Babilonie, była Niniwa. Przez jakiś czas była stolicą państwa. Była ona tak rozległa, że prorok Jonasz wysłany do niej przez Boga, żeby wezwał mieszkańców do pokuty, szedł przez nie trzy dni od jednego krańca do drugiego. Dziwnym zdarzeniem losów, niedaleko starożytnej Niniwy w czasie drugiej wojny światowej II Korpus generała Władysława Andersa odbywał ćwiczenia w rejonie Kirkuku i Mossulu przed inwazją do Włoch.
Megalomania dyktatora Husseina
Saddam Hussein z pochodzenia Arab, opętany manią wielkości, lubi nawiązywać do świetnej przeszłości Mezopotamii, twierdząc, że Irak jest spadkobierca asyryjsko-chaldejskiej i babilońskiej cywilizacji. W rzeczywistości Arabowie mają zupełnie inną kulturę. Przyszli oni z Arabii Saudyjskiej i opanowali krainę między rzekami Tygrysu i Eufratu w VIII wieku naszej ery, w ramach świętej wojny. Stworzyli wtedy olbrzymie imperium muzułmańskie obejmujące Półwysep Arabski, całą Północną Afrykę aż do Hiszpanii i Persję aż do Indii. Jedynymi potomkami starożytnych ludów Mezopotamii i spadkobiercami tamtych cywilizacji są Chaldejczycy nawróceni na chrześcijaństwo przez świętego Tomasza apostoła zwanego niewiernym. Mówią językiem aramejskim jak ich przodkowie. Jest ich dziś stosunkowo mało i są przez muzułmanów stałe podejrzani i prześladowani. W czasie pierwszej wojny światowej Turcy wymordowali 50.000 chaldejskich chrześcijan za sprzyjanie mocarstwom europejskim. 150.000 opuściło kraj osiedlając się w Stanach Zjednoczonych w New Jersey, New Jorku, Michigan i w Kalifornii. Ich największa wspólnota katolicka — 35 osób — osiedliła się w metropolii detroickiej. Niestety, Chaldejczycy są rozbici. Jedni są katolikami, drudzy nestorianami, odłączonymi od jedności Kościoła w IV wieku. Są więc zwolennikami herezji i nie uznają bóstwa Chrystusa. Chrześci¬janie chaldejscy kochają i Stany Zjednoczone i swą dawną ojczyznę, dlatego konflikt zbrojny w Iraku sprawia im podwójny ból.
Chrystus Zbawicielem świata
Wojna w Iraku sieje śmierć i spustoszenie, a żyjących przeszywa cierpieniem, pozbawia ich dachu nad głową, wody i pożywienia, tysiące ludzi kieruje na drogi ucieczki i tułaczki.
Sceny wojenne nasuwają biblijny obraz tysięcy Izraelitów pędzonych setkami mil do niewoli babilońskiej. Nieznany poeta, autor Psalmu 137 odtworzył genialnie nastroje wygnańców, którzy w gruzach i zgliszczach zburzonej Jerozolimy pozostawili zwłoki najdroższych im osób. Cytuję pierwszą część tego psalmu w przekładzie poety Czesława Miłosza:
"Nad rzekami Babilonu, tam siadaliśmy płacząc i wspominając Syjon. Na wierzbach tamtego kraju zawiesiliśmy lutnie nasze.
Bo którzy nas wzięli w niewole, tam od nas żądali pieśni,
ciemiężyciele nasi chcieli od nas radości: 'Zaśpiewajcie nam którąś z pieśni
Syjońskich!'
Jakże nam śpiewać pieśń Pańską na obcej ziemi?
Jeżeli zapomnę ciebie, Jeruzalem, niech uschnie moja prawica.
Niech przylgnie mój język do podniebienia, jeżeli nie będę pamiętał o tobie,
jeżeli nie będę wynosił Jeruzalem nad wszelką radość moją".
Nam, chrześcijanom, lutni na drzewach nie wolno zawieszać. Żądajmy w imieniu cierpiących, by nie załatwiano międzynarodowych sporów przemocą, siłą żelaza i ognia; wołajmy, by ustały wojny totalne, które uderzają nie tylko w wojsko i w wojskowe obiekty, lecz przede wszystkim w ludność cywilną, niszcząc przy tym spuściznę kultury materialnej i duchowej wielu pokoleń.
Przede wszystkim uznajmy rzeczywistość grzechu, który jest przyczyną niezliczonych nieszczęść i konfliktów zbrojnych; grzechem jest wybujała ambicja, szatańska pycha, chciwość, mściwość, żądza dominacji nad słabszymi . . . Człowiek usuwa grzech ze swego słownika, gdy przestaje wierzyć w Boga.
We wszystkich ofiarach wojny musimy dostrzec swych braci i siostry, niezależnie od tego, po czyjej znajdują się stronie i w jakim żyją kraju. Bóg ludzi nie dzieli. Wszyscy są Jego rodziną, Jego przybranymi dziećmi, za które Syn Boży Jezus Chrystus przelał swą najdroższą Krew.
Bóg począł realizować plan zbawienia ludzkości z chwilą wyprowadzenia Abrahama z Ur chaldejskiego. Obiecał wtedy, że przez niego, a zwłaszcza przez Jego najczcigodniejszego potomka Jezusa Chrystusa "wszelkie pokolenia ziemi otrzymają błogosławieństwo" (Rdz 28, 11). Smutne doświadczenie wojny niech skieruje strony walczące i nas wszystkich do Chrystusa, od którego "wszystkie pokolenia otrzymają błogosławieństwo", w tym również prawdziwe nawrócenie do Boga i upragnione błogosławieństwo sprawiedliwego i trwałego pokoju.
Gorzka prawda wzywa do otrzeźwienia
Radiowe przemówienie wygłoszone przez O. Korneliana Dende, OFMConv.
w ramach programu
GODZINY RÓŻAŃCOWEJ O. JUSTYNA
10 lutego 1991
GORZKA PRAWDA WZYWA DO OTRZEŹWIENIA
Witam Was Zacni Rodacy i Mile Rodaczki staropolskim Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Rozpoczniemy Wielki Post. W Środę Popielcową Kościół wezwie nas do radykalnego nawrócenia się do Boga i do pokuty. Obrzęd posypania głów popiołem przypomni, że jesteśmy prochem i sami z siebie niczego uczynić nie możemy bez pomocy Boga. Nawrócenie i pokuta są konieczne do zbawienia. Usłyszmy wołanie Jana Chrzciciela: "Nawróćcie się, bo bliskie jest królestwo niebieskie" (Mt 3, 2). Przejmijmy się napomnieniem naszego Zbawiciela: "Jeśli się nie nawrócicie, wszyscy zginiecie" (Łk 13, 5)!
Prośmy Pana Boga o Jego łaskę, by wzmocniła naszą słabą wolę, ułatwiła samozaparcie, wyrzeczenie, umartwienie, wytrzeźwienie, żeby ślepe i egoistyczne żądze nie miały nad nami władzy. Pomocą w ich opanowaniu służą praktyki postne. Post, czyli rozsądne umiarkowanie w jedzeniu i piciu, trzeźwość są konieczne tak z prawa naturalnego jak Bożego, ale Kościół ma prawo dostosowywać je do warunków naszego życia, tak żeby zadawały naszej grzesznej woli pewien gwałt, a zmysłom ból.
Nie bójmy się jednej z praktyk postnych, która polega na powstrzymaniu się od picia napojów alkoholowych. Jakże by ta praktyka ucieszyła Serce Boga, odrodziła moralnie społeczeństwa i narody i wprowadziła trochę światła do tylu nieszczęśliwych domów.
W dzisiejszej pogadance poruszę bolesny problem alkoholizmu. Korzystam z materiału Andrzeja Kijowskiego, krytyka literackiego i publicysty, który w roku 1985 wygłosił rozważanie na ten temat w kościele Zbawiciela w Warszawie. Tytuł pogadanki:
GORZKA PRAWDA WZYWA DO OTRZEŹWIENIA
Dar Boży
Alkohol nie jest trucizną. Przyspiesza obieg krwi, pobudza pracę mózgu, ożywia wyobraźnię, dodaje fantazji i odwagi, otwiera usta nieśmiałym, wydobywa na jaw skryte uczucia, zmiękcza serca zwaśnionym. Nie na próżno mówiono: "in vino veritas", "ile wina w głowie, tyle prawdy w słowie", a wódkę nazywano: "aqua vitae" - "wodą życia" — czy po prostu "spirytusem" - "duchem". Towarzyszy człowiekowi od zarania dziejów, a jego produkcja — pracowita uprawa winorośli, ochrona latami dojrzewających win, cierpliwa destylacja koniaków i wódek —jest wielowiekową kulturą, którą chlubi się, i na której bogaci się wiele krajów.
Z ewangelicznego opisu ludowego wesela dotarł do nas nieśmiały szept Maryi: "Nie mają już wina" (J 2, 3) i radosny gwar gości, którzy w stągwiach napełnionych wodą odkryli wyborne wino — dar Boga, który zaszedł do nich w gościnę.
Dar, który ludzkość od zarania dziejów zwracała Bogu, wylewając na ołtarze, a który Chrystus podniósł do najwyższej godności, gdy go przyjął za postać swej Krwi ofiarnej: wino — jakby życie w czystej symbolicznej postaci, jak krew pobudzająca prace serca i mózgu. Więc w każdej Mszy Świętej mówimy z kapłanem: "Błogosławiony jesteś Boże wszechświata, bo dzięki Twojej hojności otrzymaliśmy wino, owoc winnego krzewu i pracy rąk ludzkich, który Tobie ofiarujemy, aby stał się dla nas napojem duchowym".
Święty dar, bogactwo ludzkości, jej radość i lęk. A my dzisiaj gromadzimy się w kościołach i wyrzekamy się go jak plagi i zła, leczymy się z niego jak z choroby, wyzwalamy się od niego jak z niewoli.
Co się stało? Czy coś się zmieniło w jego składzie i istocie? Nie! Nieszczęście właśnie polega na tym, że kiedy ludzie na całym świecie cieszą się winem czy koniakiem, szkocką whisky na równo zjedzeniem, tańcem czy rozmową — bo do ożywienia ich służą — że kiedy nawet polska wódka, w pięknych srebrnych butelkach, eksportowana zjawia się na stołach i w barach obok najwykwintniejszych napojów, a jej kosztowny łyk sprawia przyjemność Francuzowi czy Amerykaninowi, my, Polacy — wszyscy Polacy: pijący i nie pijący, amatorzy alkoholu i abstynenci -stajemy wobec narodowego zagrożenia, które jak diabeł z ballady Mickiewicza "skryło się w wódce na dnie".
Rozpijanie narodu
Co to za diabeł?
Skąd ten chorobliwy pociąg Polaków do alkoholu? Pijaństwo pojawiło się w obyczaju narodu polskiego u schyłku Rzeczypospolitej szlacheckiej, za czasów saskich w XVIII wieku. Nie było ono wyrazem zamożności szlachty ani jej poczucia siły. Przeciwnie szlachta coraz więcej ubożała i traciła na politycznym znaczeniu. To nie średni szlachcic pił i rozpijał swoich gości, nie obywatel i gospodarz, na którego pracowitości i rozumie stała Polska. Zło przyszło skądinąd, z magnackich domów. Możnowładcy popchnęli szlachecką biedotę do nadużycia napojów alkoholowych, aby zdobyć jej głosy podczas wyborów i jej szable w rozprawie z rywalami, gdy trzeba było dokonać zemsty, rozstrzygnąć spór czy uprowadzić dziewczynę. To wielki pan, którego urząd Rzeczypospolitej lub krzesło w senacie zależało od szlacheckich szabel i gardeł, "szlachtę drobną, bydło pędzone do głosowania spajał winem z gorzałką mieszanym i piwem" - pisze historyk polskiej kultury Aleksander Bruckner ( + 1939). "Nie sposób było uniknąć pijaństwa. Gospodarz co nie rozpił swych gości zażywał złej sławy. Do promocji (zdobycia sukcesu, podniesienia do wyższej god¬ności) należało umieć dobrze pić, a wytrzeźwiano się po to, aby znów się upić" (tenże). "Gospodarz tym się najbardziej cieszył — pisze współczesny pamiętnikarz Jędrzej Kitowicz — kiedy słyszał nazajutrz od służących, jako żaden z gości trzeźwo nie odszedł . . . Gdy się popili, spali tam zaraz, gdzie który padł, przy stole, pod stołem, pod płotem, na środku ulicy, w rynsztoku i błocie. Po wyspaniu ujrzał się jaki taki bez czapki, pasa, szabli, a czasem do koszuli obrany od jakiego łotra albo i kolegi trzeźwiejszego".
Diabeł łatwej władzy
Z tych to smutnych czasów pochodzi przysłowie: "Za króla Sasa jedz, pij i popuszczaj pasa!"
Pijaństwo stało się tedy formą życia politycznego, więcej — politycznym systemem. Ten diabeł w wódce na dnie był przede wszystkim wrogiem prawa i demokracji. W wódce i winie, w tych mętach, które upijano, utopiono Rzeczypospolitą od wieków znaną z rycerskiej równości, religijnej tolerancji i ducha braterstwa wśród zjednoczonych narodów: Polski, Litwy i Rusi. Utopiono szacunek i cześć dla jej ustaw oraz tę zasadę, że jej dobro jest prawem najwyższym; utopiono też misję szerzenia unii Kościoła rzymskokatolickiego z prawosławiem w głębi Rosji rządzonej despotyzmem i podbojami.
Diabeł łatwej władzy zalał Rzeczypospolitą winem i gorzałką, a zamieniwszy brać szlachecką w bydło do głosowania, jej całość i niepodległość poświęcił dla interesów możnowładczej kasty. Odtąd w smakach wina i wódek nie było już radości, lecz ponure wspomnienie hańby, a dla wszystkich wrogów, którzy chcieli nad narodem panować, rozpijanie Polaków było środkiem najtańszym i najskuteczniejszym. Dlatego za naszych czasów Hitler nakazał swym satrapom rozpić Polaków do tego stopnia, żeby na dziesięciu, siedmiu uczynić niezdolnych do myślenia i walki. Tych z czasem zamierzał wytracić w komorach gazowych, zaś pozostałym, po trzech z każdej dziesiątki, użyć jako parobków w służbie narodu panów. Potem przez czterdzieści pięć lat komuniści rozpijali Polaków, żeby przestali być sobą i żeby można było nimi łatwiej rządzić. W czasie ich rządów spożycie napojów alkoholowych wzrosło o 65%.
Diabeł łatwego zysku
Inny zły duch czający się na dnie butelki to diabeł łatwego zysku. Gdy z dworków szlacheckich synowie i wnukowie sejmikowych krzykaczy i rębajłów poszli do powstań, na emigrację lub zsyłkę na Sybir, jakby w ekspiacji za winy ojców i dziadów, ich rodowe majątki dostały się w obce ręce drogą konfiskat lub wykupów. W zabranych włościach wróg niepomiernie pomnażał swe zyski, zakładając na nich przemysł gorzelniany oparty na tanim surowcu, jakim był kartofel, na taniej sile roboczej, jaką był chłop. Właściciele ziemscy posiadali przywilej do wyłącznej sprzedaży i produkcji gorzałki na obszarze swych dóbr. Chłop musiał wypić to, co sam wyprodukował. Wciskano mu tę wódkę pod przymusem przy zakupie chleba, soli czy świec w karczmie, która była zarazem jedynym sklepem jedynym źródłem kredytu.
Proces rozpijania narodu przeniósł się z pałacu magnackiego do wiejskiej karczmy, z masy drobnoszlacheckiej, która stanowiła 10% społeczeństwa, na masę chłopską, która stanowiła jego absolutną większość. Kiedy chłopi z przeludnionych wsi ruszyli na zarobek do miast i do rozrastających się szybko osad fabrycznych, poszła za nimi wódka. Instytucja karczmy wiejskiej odrodziła się pod postacią miejskiego szynku — podrzędnej restauracji, baru, knajpy. Pisał o tym Bolesław Prus: "Jest tu szynk, w którym o każdej godzinie dnia spotkasz kilku nędzarzy, odurzających lichą wódką głód albo zgryzotę". W butelce tej chłopskiej czy robotniczej wódki skrył się ten sam diabeł, który siedział na dnie szlacheckiego kielicha, diabeł chciwy łatwego zysku i łatwej władzy, wróg narodowej czy klasowej solidarności, wierny sługa wszystkich policji, sojusznik wyzysku, lichwy i deprawacji.
Diabeł niewolnictwa
Tak to Polak stał się niewolnikiem wódki. Jego wróg wewnętrzny czy zewnętrzny dbał tylko o to, żeby monopol alkoholowy nie wymknął mu się z rak, żeby przezeń mógł kontrolować życie polityczne i społeczne, a w czasach komunistycznych również życie administracyjne i gospodarcze. Tak jak dziedzic kiedyś kontrolował życie swej wioski, tak komuniści kontrolowali życie Polaków skupiając w swoich rękach wszystkie inne monopole — informacji, wychowania i propagandy. Ci, którzy obiecali wyprowadzić chłopa i robotnika z nędzy, ulegli, jak przedtem inni, łatwej pokusie władzy i łatwego zarobku. Alkohol był jedynym artykułem, którego w ciągu 45 lat ich rządów nigdy nie zabrakło. Jego produkcja osiągnęła astronomiczne cyfry, a w jego konsumpcji Polacy zdobyli wątpliwy rekord światowy: 10 litrów czystego spirytusu na głowę każdego mieszkańca, czyli nawet na dzieci.
Skutki społeczne pijaństwa znamy wszyscy. Na 39 milionów ludności w Polsce ponad pięć milionów ludzi, przeważnie młodych mężczyzn praktycznie w ciągu roku nie trzeźwieje. Jeden milion całkowicie uzależnionych nosi w sobie nieuleczalną chorobę alkoholizmu, a cztery miliony nadmiernie pijących jest 240 dni w ciągu roku pijanych. Za każdym nałogowym pijakiem stoi kilka najbliższych osób, które wspólnie przeżywają dramat ojca, męża, brata lub syna. Blisko 20 milionów ich żyje w orbicie tak zwanej subkultury pijackiej.
Skutki alkoholizmu widzimy nie tylko w Polsce, lecz także w Polonii, zwłaszcza chicagowskiej, nowojorskiej i torontońskiej. Uzależnienie od wódki jest straszną niewolą. To trzeci diabeł skryty w wódce na dnie — diabeł niewolnictwa, który ofiarom swego kuszenia wmawia, że są wolne i szczęśliwe.
To nie przypadkowo hitlerowcy nagradzali Polaków wódką za oddawane kontyngenty zboża i bydła. To nie przypadkowo bezpieka upijała zomowców przed atakiem z pałami na ludność cywilną. To nie przypadkowo sprzedaje się wódkę nawet na kredyt. Jedni wciskają Polakom wódkę do ręki z żądzy władzy, inni z żądzy zysku, kumple z głupoty. Wszyscy są sługusami szatana, który pragnie, żeby zainteresowania Polaków ograniczały się do nędznej miski strawy, żeby zapomnieli o Bogu i Ojczyźnie, o miłości bliźniego i o trosce o dom, a stali się tylko bezduszną, bezrozumną masą.
Przy pomocy łaski Bożej w Wielkim Poście rozpocznijmy pokutę i otrzeźwienie, aby alkohol i wino nie były truciznami, ale darami Bożymi.
w ramach programu
GODZINY RÓŻAŃCOWEJ O. JUSTYNA
10 lutego 1991
GORZKA PRAWDA WZYWA DO OTRZEŹWIENIA
Witam Was Zacni Rodacy i Mile Rodaczki staropolskim Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Rozpoczniemy Wielki Post. W Środę Popielcową Kościół wezwie nas do radykalnego nawrócenia się do Boga i do pokuty. Obrzęd posypania głów popiołem przypomni, że jesteśmy prochem i sami z siebie niczego uczynić nie możemy bez pomocy Boga. Nawrócenie i pokuta są konieczne do zbawienia. Usłyszmy wołanie Jana Chrzciciela: "Nawróćcie się, bo bliskie jest królestwo niebieskie" (Mt 3, 2). Przejmijmy się napomnieniem naszego Zbawiciela: "Jeśli się nie nawrócicie, wszyscy zginiecie" (Łk 13, 5)!
Prośmy Pana Boga o Jego łaskę, by wzmocniła naszą słabą wolę, ułatwiła samozaparcie, wyrzeczenie, umartwienie, wytrzeźwienie, żeby ślepe i egoistyczne żądze nie miały nad nami władzy. Pomocą w ich opanowaniu służą praktyki postne. Post, czyli rozsądne umiarkowanie w jedzeniu i piciu, trzeźwość są konieczne tak z prawa naturalnego jak Bożego, ale Kościół ma prawo dostosowywać je do warunków naszego życia, tak żeby zadawały naszej grzesznej woli pewien gwałt, a zmysłom ból.
Nie bójmy się jednej z praktyk postnych, która polega na powstrzymaniu się od picia napojów alkoholowych. Jakże by ta praktyka ucieszyła Serce Boga, odrodziła moralnie społeczeństwa i narody i wprowadziła trochę światła do tylu nieszczęśliwych domów.
W dzisiejszej pogadance poruszę bolesny problem alkoholizmu. Korzystam z materiału Andrzeja Kijowskiego, krytyka literackiego i publicysty, który w roku 1985 wygłosił rozważanie na ten temat w kościele Zbawiciela w Warszawie. Tytuł pogadanki:
GORZKA PRAWDA WZYWA DO OTRZEŹWIENIA
Dar Boży
Alkohol nie jest trucizną. Przyspiesza obieg krwi, pobudza pracę mózgu, ożywia wyobraźnię, dodaje fantazji i odwagi, otwiera usta nieśmiałym, wydobywa na jaw skryte uczucia, zmiękcza serca zwaśnionym. Nie na próżno mówiono: "in vino veritas", "ile wina w głowie, tyle prawdy w słowie", a wódkę nazywano: "aqua vitae" - "wodą życia" — czy po prostu "spirytusem" - "duchem". Towarzyszy człowiekowi od zarania dziejów, a jego produkcja — pracowita uprawa winorośli, ochrona latami dojrzewających win, cierpliwa destylacja koniaków i wódek —jest wielowiekową kulturą, którą chlubi się, i na której bogaci się wiele krajów.
Z ewangelicznego opisu ludowego wesela dotarł do nas nieśmiały szept Maryi: "Nie mają już wina" (J 2, 3) i radosny gwar gości, którzy w stągwiach napełnionych wodą odkryli wyborne wino — dar Boga, który zaszedł do nich w gościnę.
Dar, który ludzkość od zarania dziejów zwracała Bogu, wylewając na ołtarze, a który Chrystus podniósł do najwyższej godności, gdy go przyjął za postać swej Krwi ofiarnej: wino — jakby życie w czystej symbolicznej postaci, jak krew pobudzająca prace serca i mózgu. Więc w każdej Mszy Świętej mówimy z kapłanem: "Błogosławiony jesteś Boże wszechświata, bo dzięki Twojej hojności otrzymaliśmy wino, owoc winnego krzewu i pracy rąk ludzkich, który Tobie ofiarujemy, aby stał się dla nas napojem duchowym".
Święty dar, bogactwo ludzkości, jej radość i lęk. A my dzisiaj gromadzimy się w kościołach i wyrzekamy się go jak plagi i zła, leczymy się z niego jak z choroby, wyzwalamy się od niego jak z niewoli.
Co się stało? Czy coś się zmieniło w jego składzie i istocie? Nie! Nieszczęście właśnie polega na tym, że kiedy ludzie na całym świecie cieszą się winem czy koniakiem, szkocką whisky na równo zjedzeniem, tańcem czy rozmową — bo do ożywienia ich służą — że kiedy nawet polska wódka, w pięknych srebrnych butelkach, eksportowana zjawia się na stołach i w barach obok najwykwintniejszych napojów, a jej kosztowny łyk sprawia przyjemność Francuzowi czy Amerykaninowi, my, Polacy — wszyscy Polacy: pijący i nie pijący, amatorzy alkoholu i abstynenci -stajemy wobec narodowego zagrożenia, które jak diabeł z ballady Mickiewicza "skryło się w wódce na dnie".
Rozpijanie narodu
Co to za diabeł?
Skąd ten chorobliwy pociąg Polaków do alkoholu? Pijaństwo pojawiło się w obyczaju narodu polskiego u schyłku Rzeczypospolitej szlacheckiej, za czasów saskich w XVIII wieku. Nie było ono wyrazem zamożności szlachty ani jej poczucia siły. Przeciwnie szlachta coraz więcej ubożała i traciła na politycznym znaczeniu. To nie średni szlachcic pił i rozpijał swoich gości, nie obywatel i gospodarz, na którego pracowitości i rozumie stała Polska. Zło przyszło skądinąd, z magnackich domów. Możnowładcy popchnęli szlachecką biedotę do nadużycia napojów alkoholowych, aby zdobyć jej głosy podczas wyborów i jej szable w rozprawie z rywalami, gdy trzeba było dokonać zemsty, rozstrzygnąć spór czy uprowadzić dziewczynę. To wielki pan, którego urząd Rzeczypospolitej lub krzesło w senacie zależało od szlacheckich szabel i gardeł, "szlachtę drobną, bydło pędzone do głosowania spajał winem z gorzałką mieszanym i piwem" - pisze historyk polskiej kultury Aleksander Bruckner ( + 1939). "Nie sposób było uniknąć pijaństwa. Gospodarz co nie rozpił swych gości zażywał złej sławy. Do promocji (zdobycia sukcesu, podniesienia do wyższej god¬ności) należało umieć dobrze pić, a wytrzeźwiano się po to, aby znów się upić" (tenże). "Gospodarz tym się najbardziej cieszył — pisze współczesny pamiętnikarz Jędrzej Kitowicz — kiedy słyszał nazajutrz od służących, jako żaden z gości trzeźwo nie odszedł . . . Gdy się popili, spali tam zaraz, gdzie który padł, przy stole, pod stołem, pod płotem, na środku ulicy, w rynsztoku i błocie. Po wyspaniu ujrzał się jaki taki bez czapki, pasa, szabli, a czasem do koszuli obrany od jakiego łotra albo i kolegi trzeźwiejszego".
Diabeł łatwej władzy
Z tych to smutnych czasów pochodzi przysłowie: "Za króla Sasa jedz, pij i popuszczaj pasa!"
Pijaństwo stało się tedy formą życia politycznego, więcej — politycznym systemem. Ten diabeł w wódce na dnie był przede wszystkim wrogiem prawa i demokracji. W wódce i winie, w tych mętach, które upijano, utopiono Rzeczypospolitą od wieków znaną z rycerskiej równości, religijnej tolerancji i ducha braterstwa wśród zjednoczonych narodów: Polski, Litwy i Rusi. Utopiono szacunek i cześć dla jej ustaw oraz tę zasadę, że jej dobro jest prawem najwyższym; utopiono też misję szerzenia unii Kościoła rzymskokatolickiego z prawosławiem w głębi Rosji rządzonej despotyzmem i podbojami.
Diabeł łatwej władzy zalał Rzeczypospolitą winem i gorzałką, a zamieniwszy brać szlachecką w bydło do głosowania, jej całość i niepodległość poświęcił dla interesów możnowładczej kasty. Odtąd w smakach wina i wódek nie było już radości, lecz ponure wspomnienie hańby, a dla wszystkich wrogów, którzy chcieli nad narodem panować, rozpijanie Polaków było środkiem najtańszym i najskuteczniejszym. Dlatego za naszych czasów Hitler nakazał swym satrapom rozpić Polaków do tego stopnia, żeby na dziesięciu, siedmiu uczynić niezdolnych do myślenia i walki. Tych z czasem zamierzał wytracić w komorach gazowych, zaś pozostałym, po trzech z każdej dziesiątki, użyć jako parobków w służbie narodu panów. Potem przez czterdzieści pięć lat komuniści rozpijali Polaków, żeby przestali być sobą i żeby można było nimi łatwiej rządzić. W czasie ich rządów spożycie napojów alkoholowych wzrosło o 65%.
Diabeł łatwego zysku
Inny zły duch czający się na dnie butelki to diabeł łatwego zysku. Gdy z dworków szlacheckich synowie i wnukowie sejmikowych krzykaczy i rębajłów poszli do powstań, na emigrację lub zsyłkę na Sybir, jakby w ekspiacji za winy ojców i dziadów, ich rodowe majątki dostały się w obce ręce drogą konfiskat lub wykupów. W zabranych włościach wróg niepomiernie pomnażał swe zyski, zakładając na nich przemysł gorzelniany oparty na tanim surowcu, jakim był kartofel, na taniej sile roboczej, jaką był chłop. Właściciele ziemscy posiadali przywilej do wyłącznej sprzedaży i produkcji gorzałki na obszarze swych dóbr. Chłop musiał wypić to, co sam wyprodukował. Wciskano mu tę wódkę pod przymusem przy zakupie chleba, soli czy świec w karczmie, która była zarazem jedynym sklepem jedynym źródłem kredytu.
Proces rozpijania narodu przeniósł się z pałacu magnackiego do wiejskiej karczmy, z masy drobnoszlacheckiej, która stanowiła 10% społeczeństwa, na masę chłopską, która stanowiła jego absolutną większość. Kiedy chłopi z przeludnionych wsi ruszyli na zarobek do miast i do rozrastających się szybko osad fabrycznych, poszła za nimi wódka. Instytucja karczmy wiejskiej odrodziła się pod postacią miejskiego szynku — podrzędnej restauracji, baru, knajpy. Pisał o tym Bolesław Prus: "Jest tu szynk, w którym o każdej godzinie dnia spotkasz kilku nędzarzy, odurzających lichą wódką głód albo zgryzotę". W butelce tej chłopskiej czy robotniczej wódki skrył się ten sam diabeł, który siedział na dnie szlacheckiego kielicha, diabeł chciwy łatwego zysku i łatwej władzy, wróg narodowej czy klasowej solidarności, wierny sługa wszystkich policji, sojusznik wyzysku, lichwy i deprawacji.
Diabeł niewolnictwa
Tak to Polak stał się niewolnikiem wódki. Jego wróg wewnętrzny czy zewnętrzny dbał tylko o to, żeby monopol alkoholowy nie wymknął mu się z rak, żeby przezeń mógł kontrolować życie polityczne i społeczne, a w czasach komunistycznych również życie administracyjne i gospodarcze. Tak jak dziedzic kiedyś kontrolował życie swej wioski, tak komuniści kontrolowali życie Polaków skupiając w swoich rękach wszystkie inne monopole — informacji, wychowania i propagandy. Ci, którzy obiecali wyprowadzić chłopa i robotnika z nędzy, ulegli, jak przedtem inni, łatwej pokusie władzy i łatwego zarobku. Alkohol był jedynym artykułem, którego w ciągu 45 lat ich rządów nigdy nie zabrakło. Jego produkcja osiągnęła astronomiczne cyfry, a w jego konsumpcji Polacy zdobyli wątpliwy rekord światowy: 10 litrów czystego spirytusu na głowę każdego mieszkańca, czyli nawet na dzieci.
Skutki społeczne pijaństwa znamy wszyscy. Na 39 milionów ludności w Polsce ponad pięć milionów ludzi, przeważnie młodych mężczyzn praktycznie w ciągu roku nie trzeźwieje. Jeden milion całkowicie uzależnionych nosi w sobie nieuleczalną chorobę alkoholizmu, a cztery miliony nadmiernie pijących jest 240 dni w ciągu roku pijanych. Za każdym nałogowym pijakiem stoi kilka najbliższych osób, które wspólnie przeżywają dramat ojca, męża, brata lub syna. Blisko 20 milionów ich żyje w orbicie tak zwanej subkultury pijackiej.
Skutki alkoholizmu widzimy nie tylko w Polsce, lecz także w Polonii, zwłaszcza chicagowskiej, nowojorskiej i torontońskiej. Uzależnienie od wódki jest straszną niewolą. To trzeci diabeł skryty w wódce na dnie — diabeł niewolnictwa, który ofiarom swego kuszenia wmawia, że są wolne i szczęśliwe.
To nie przypadkowo hitlerowcy nagradzali Polaków wódką za oddawane kontyngenty zboża i bydła. To nie przypadkowo bezpieka upijała zomowców przed atakiem z pałami na ludność cywilną. To nie przypadkowo sprzedaje się wódkę nawet na kredyt. Jedni wciskają Polakom wódkę do ręki z żądzy władzy, inni z żądzy zysku, kumple z głupoty. Wszyscy są sługusami szatana, który pragnie, żeby zainteresowania Polaków ograniczały się do nędznej miski strawy, żeby zapomnieli o Bogu i Ojczyźnie, o miłości bliźniego i o trosce o dom, a stali się tylko bezduszną, bezrozumną masą.
Przy pomocy łaski Bożej w Wielkim Poście rozpocznijmy pokutę i otrzeźwienie, aby alkohol i wino nie były truciznami, ale darami Bożymi.
Wzrastanie w miłości
Radiowe przemówienie wygłoszone przez O. Korneliana Dende, OFMConv.
w ramach programu
GODZINY RÓŻAŃCOWEJ O. JUSTYNA
3 lutego 1991
WZRASTANIE W MIŁOŚCI
Witam Was Zacni Rodacy i Miłe Rodaczki staropolskim Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Swego czasu w kinach wyświetlano głośny film pod tytułem "Love Story". W jednej ze scen matka zapytuje swego syna, głównego bohatera filmu, kiedy ze swą dziewczyną zawrze sakramentalny związek małżeński. Otrzymała od niego zaskakującą odpowiedź: "Mamo, my to załatwimy samoobsługowe". Chciał przez to powiedzieć, że ceremonii ślubnej nie będzie ani w kościele ani w urzędzie stanu cywilnego. Po prostu wprowadzi się do mieszkania kochanki i będą żyć bez formal¬nego związku małżeńskiego.
Spoganiała część społeczeństwa ośmiela się zawierać małżeństwa " samoobsługowe ". Przez tragedie dzisiejszych powikłań małżeńskich i rodzinnych sam Bóg przypomina człowiekowi, że małżeństwa "samoobsługowe" załatwić się nie da; życie małżeńskie nie jest chwilowym kaprysem zmysłów obojga osób; Bóg składa w ręce małżonków swój plan realizowania Jego odwiecznego królestwa miłości.
Czyż nie jest paradoksem i zaślepieniem, że spragnione miłości młode serce, stworzone do czystej miłości odrzuca plan Boga? Przecież Bóg jest samą Miłością i źródłem miłości i z Niego czerpiemy miłość w całym życiu, miłość mocniejszą od śmierci.
Miłości małżeńskiej poświęcam drugą pogadankę pod tytułem:
WZRASTANIE W MIŁOŚCI
Wychowanie do miłości
Zdumiewa fakt, że człowiek tak wiele lat spędza w szkołach, by przygotować się do życia zawodowego, a najmniej przejmuje się przygotowaniem do stanu małżeńskiego. Często do prawdziwej miłości wcale nie jest wychowywany. Nie wie czym ona jest. Wierzy w jej magiczną siłę, która wszystko załatwi, uporządkuje, przemieni. Przystępujący do ślubu mogą popełnić zazwyczaj dwa błędy: sądzi, że życie małżeńskie toczyć się będzie jak w zaczarowanej bajce, i że ślub jest już metą, osiągnięciem, uwieńczeniem najgłębszych marzeń gdy tymczasem jest on dopiero startem, początkiem drogi. Rozumieją to dobrze dorośli: rodzice, krewni i przyjaciele życzący młodej parze szczęścia i błogosławieństwa Bożego "na nową drogę życia".
Ślubowanie wspiera mocą Bożą słabość i niestałość serca ludzkiego w podstawowym zobowiązaniu: kochać i być kochanym; iść z wybraną osobą przez całe życie, w zdrowiu i w chorobie, w dobrej i złej doli, dochować wierności aż do śmierci.
Miłość małżeńska jednoczy dwie osoby ludzkie. Jednoczy ich serca i dusze, umysły i wole. "Płciowość, poprzez którą mężczyzna i kobieta oddają się sobie wzajemnie we właściwych i wyłącznych aktach małżeńskich nie jest bynajmniej zjawiskiem czysto biologicznym, lecz dotyczy samej wewnętrznej istoty osoby ludzkiej. Całkowity dar z ciała byłby zakłamaniem, jeśliby nie był znakiem i owocem pełnego oddania osobowego" (Familiaris consortio 11). Małżeństwo ma być wzajemnym obdarowaniem się, a darem tym jest czyste serce. Im miłość jest czystsza, pozbawiona egoizmu, bezinteresowna, tym szczęśliwsze jest współżycie małżonków. Czystości serca żąda Chrystus od wszystkich: "Każdy, kto pożądliwie patrzy na kobietę, już się w swoim sercu dopuścił z nią cudzołóstwa'' (Mt 5, 28). Tym cudzołożnikiem może być współmałżonek, jeśli nie traktuje drugiej strony jak osoby ludzkiej, ale jak rzecz, zabawkę dla zaspokojenia swych żądz cielesnych.
Miłość najwspanialszym darem Boga dla człowieka
Miłość jest najwspanialszym darem Boga dla człowieka uwzględniającym wrodzoną potrzebę serca. Bóg daje nam nadprzyrodzony dar miłości w zalążku na chrzcie świętym. Daje nam miłość w zarodku na wzór ziarna. Podobnie rolnik otrzymuje ziarno do siewu, by mógł w przyszłości zebrać obfity plon. W tym celu karczuje i starannie uprawia ziemię, rzuca ziarno w ziemię w odpowiednim czasie, by ziemię zwilżyły deszcze z nieba; chroni pole przed zachwaszczeniem i ufnie i z radością oczekuje pory żniw i zbiorów. Bóg daje wzrost łanom zboża, nawet gdy utrudzony rolnik śpi i spoczywa. Podobnie przez przyjęcie chrztu i "wszczepienie w Chrystusa" otwiera się nam nieskończona możliwość wzrostu w miłości. Chrzest zobowiązuje nas do rozwoju duchowego. Rozwój ten następuje przez przyjmowanie regularne sakramentów świętych i czyny wykonywane w miłości Boga i bliźniego.
Miłość decyduje o wartości człowieka. Święty Paweł mówi, że gdyby posiadał wszelką wiedzę, znajomość języków, miał umiejętność przewidywania i prorokowania, a miłości by nie miał, "stałby się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący", po prostu byłby niczym (por. l Kor 13, 1-2).
Ponieważ miłość została dana człowiekowi w zarodku, trzeba go wychowywać do miłości od dzieciństwa, wyprowadzać z ciemności egoizmu do życia miłością Boga i bliźniego, bezinteresowną, bez zastrzeżeń i na wieczność całą. Mamy naśladować miłość Chrystusa, który umarł za nas na krzyżu i z miłością powierzył ducha swego Ojcu. Szczęśliwy jest człowiek, który nawet śmierć przyjmuje z miłością. Miłość udoskonalona w próbach życia "wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystko pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma. Miłość nie ustaje. Z trzech cnót kardynalnych: wiary, nadziei i miłości, ona jest największa, jedyna, która przeprowadzi człowieka do wieczności" (por. l Kor 13, 7-8, 13).
Miłość jest naszym przeznaczeniem, powołaniem i naszą misją. Do miłości w małżeństwie powołuje Bóg. On bowiem "stworzył człowieka na Swe podobień¬stwo, na Swoje wyobrażenie go stworzył; mężczyznę i niewiastę . . . Dlatego m꿬czyzna opuści ojca swego i matkę swoją i połączy się ze swoją żoną tak ściśle, że staną się jednym ciałem" (por. Rdz l, 27; 2, 24).
Miłość jest twórcza
Miłość jest twórcza. Pan Bóg dopuścił małżonków do współtworzenia z Nim nowego życia. Ich rola. jest rodzenie i przyjęcie dziecka z miłością oraz wychowanie go dla Boga i społeczeństwa. Mówimy, że dziecko jest owocem miłości rodziców, ale jeszcze bardziej jest owocem miłości Boga. Rozumiała to pierwsza matka, Ewa. Jakby zaskoczyło ją przyjście pierwszego człowieka na świat. Na widok swego syna zawołała radośnie: "Oto urodziłam człowieka przy pomocy Boga" (Rdz4, 1). Ewa bardziej niż Adam zdawała sobie sprawę ze znikomego udziału ich obojga w dziele tworzenia nowego życia. Ten cudowny, tajemniczy i szybki rozwój dziecka w jej łonie z mikroskopijnej komórki, zawierającej zakodowane cechy ojca i matki napełnił ją zachwytem. Nie wystarczy wiec powiedzieć, że dziecko jest owocem miłości małżonków. Byłaby to zbyt chełpliwa przechwałka. Każdy z nas najpierw jest owocem miłości Boga-Stwórcy. Wiedział o tym psalmista, dlatego z pokorą modlił się: "Ty utkałeś mnie w łonie mej matki. Dziękuję Ci, że mnie tak cudownie stwo¬rzyłeś" (Ps 139, 13 n.). Święty Augustyn rozważając te dziwy Boże nadał swemu synowi najtrafniejsze imię: "A-Deo-datus" czyli "Dany od Boga". Zdumiewajmy się więc, że jesteśmy dziełem miłości niepojętej Boga.
Miłość najcenniejszym skarbem człowieka
Miłość jest najcenniejszym skarbem człowieka. Ona daje życiu nie tylko kolor i blask, lecz także sens. Ona kieruje nas do Boga i bliźnich. Jest aktywną energią duchową otwartą na drugich. Dojrzała miłość wyraża się bardziej w dawaniu niż w braniu. Jest największą siłą w działaniu. Jej cudowną cechą jest to, że ciągle możemy w niej wzrastać. Nigdy się nie wyczerpuje. Im bardziej miłujemy Boga i bliźnich, tym bardziej rośniemy duchowo, dojrzewamy i rozwijamy się wewnętrznie.
Wszystko co cenne i wielkie w ludzkiej kulturze rodzi się z wielkiej miłości. Jednostki, małżeństwa, rodziny, społeczności, narody mogą żyć i rozwijać się, jeśli w sercach wzrasta miłość. Przeciwnie, nienawiść wszystko truje. Bez nadprzyro¬dzonej miłości słabną energie ludzi, twórczość zamiera, stosunki międzyludzkie karłowacieją i stają się nie do wytrzymania, a społeczności ulegają rozkładowi.
Miłość między mężem i żoną może być największym źródłem szczęścia po tej stronie nieba. Jakże pobudza do zachwytu piękno duszy współmałżonka, którego wolno kochać i dzielić z nim najintymniejsze doznania, stanowić z nim nierozdzielną jedność. Żadne ludzkie doświadczenie nie przewyższa zjednoczenia duszy, serc i ciał dwojga ludzi. Dietrich von Hildebrand nazywa kochające się małżeństwo "pozostałością po ziemskim raju".
Szczęśliwe ryzyko małżeństwa
Małżeństwo jest więc szczęśliwym ryzykiem. Według słów duńskiego filozofa Kierkegaarda najbardziej odważnym czynem. Ale szczęście małżeńskie trzeba wypracować przez doskonalenie własnej osobowości, zabezpieczać przed wszelkimi niebezpieczeństwami, zwłaszcza przed wadą egoizmu. Obydwoje są w mocy zamienić je w raj lub w piekło. Nikt i nic nie zagwarantuje małżonkom szczęścia. Ono nie zależy w pierwszym rzędzie od majątku, urody, młodości, zdrowia, wykształcenia, zawodu, pozycji społecznej. Zależy głównie od postaw: od gotowości na ofiary, poświęcenia i wyrzeczenia, od umiejętności przebaczania sobie wzajemnie win i urazów. Przebaczać trzeba "nie siedem razy, ale siedemdziesiąt siedem razy" mówi Chrystus, to znaczy "zawsze". Kto w swoim słowniku nie ma słowa "przepraszam" ten nie jest zdatny do małżeńskiego współżycia.
Małżonkowie nie powinni upadać na duchu z powodu swoich własnych słabości i ograniczeń. Cennym środkiem dla utrzymania równowagi ducha, pokoju wewnętrznego jest przyjmowanie regularne sakramentów świętych, sakramentu pokuty i Eucharystii, do których należy przystępować z głęboką wiarą.
Małżeństwo i rodzina są dziś pod nieustannym atakiem sił wrogich Bogu, religii, Kościołowi. Wyziębiły one świat z prawdziwej miłości. Ludzie żyją w osamotnieniu, lęku i cichej rozpaczy. Światu potrzeba kochających się małżeństw i rodzin chrześcijańskich. Według odwiecznego planu Bożego wszystko wywodzi się z pary małżeńskiej. Ona jest źródłem wielkości rodzaju ludzkiego. Dzieci rodzące się z tej pary utwierdzają tę wielkość. Również święci pochodzą z rodzin chrześcijańskich. Wiadomo też, że prawie wszystkie powołania zakonne rodzą się w rodzinach, w których krzewi się miłość. Dzieci, pociągnięte przykładem świętego małżeństwa, często rezygnują ze stanu małżeńskiego i wybierają stan zakonny lub kapłański. Rodzice świętej Teresy od Dzieciątka Jezus stworzyli dla swych córek wspaniałe ognisko rodzinne, a jednak wszystkie wstąpiły do Karmelu.
Miłość małżonków jest centralnym ogniskiem miłości wśród ludzi. Przez swe boskie powołanie i misję małżeństwo jest najbardziej naturalną wspólnotą pod słońcem, najbardziej kompletnym związkiem osób. Patrząc na kochające się małżeństwo jesteśmy pełni zachwytu wobec potęgi miłości i wielkości, jaką może człowiek osiągnąć współpracując z Bogiem. Bóg na chrzcie świętym daje nam w zalążku miłość nadprzyrodzoną. W załamaniach, w niepowodzeniach życiowych, nawet w niebezpieczeństwie rozbicia rodziny, małżonkowie mogą znaleźć ratunek przez nawrócenie się do Boga, który jest samą Miłością.
w ramach programu
GODZINY RÓŻAŃCOWEJ O. JUSTYNA
3 lutego 1991
WZRASTANIE W MIŁOŚCI
Witam Was Zacni Rodacy i Miłe Rodaczki staropolskim Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Swego czasu w kinach wyświetlano głośny film pod tytułem "Love Story". W jednej ze scen matka zapytuje swego syna, głównego bohatera filmu, kiedy ze swą dziewczyną zawrze sakramentalny związek małżeński. Otrzymała od niego zaskakującą odpowiedź: "Mamo, my to załatwimy samoobsługowe". Chciał przez to powiedzieć, że ceremonii ślubnej nie będzie ani w kościele ani w urzędzie stanu cywilnego. Po prostu wprowadzi się do mieszkania kochanki i będą żyć bez formal¬nego związku małżeńskiego.
Spoganiała część społeczeństwa ośmiela się zawierać małżeństwa " samoobsługowe ". Przez tragedie dzisiejszych powikłań małżeńskich i rodzinnych sam Bóg przypomina człowiekowi, że małżeństwa "samoobsługowe" załatwić się nie da; życie małżeńskie nie jest chwilowym kaprysem zmysłów obojga osób; Bóg składa w ręce małżonków swój plan realizowania Jego odwiecznego królestwa miłości.
Czyż nie jest paradoksem i zaślepieniem, że spragnione miłości młode serce, stworzone do czystej miłości odrzuca plan Boga? Przecież Bóg jest samą Miłością i źródłem miłości i z Niego czerpiemy miłość w całym życiu, miłość mocniejszą od śmierci.
Miłości małżeńskiej poświęcam drugą pogadankę pod tytułem:
WZRASTANIE W MIŁOŚCI
Wychowanie do miłości
Zdumiewa fakt, że człowiek tak wiele lat spędza w szkołach, by przygotować się do życia zawodowego, a najmniej przejmuje się przygotowaniem do stanu małżeńskiego. Często do prawdziwej miłości wcale nie jest wychowywany. Nie wie czym ona jest. Wierzy w jej magiczną siłę, która wszystko załatwi, uporządkuje, przemieni. Przystępujący do ślubu mogą popełnić zazwyczaj dwa błędy: sądzi, że życie małżeńskie toczyć się będzie jak w zaczarowanej bajce, i że ślub jest już metą, osiągnięciem, uwieńczeniem najgłębszych marzeń gdy tymczasem jest on dopiero startem, początkiem drogi. Rozumieją to dobrze dorośli: rodzice, krewni i przyjaciele życzący młodej parze szczęścia i błogosławieństwa Bożego "na nową drogę życia".
Ślubowanie wspiera mocą Bożą słabość i niestałość serca ludzkiego w podstawowym zobowiązaniu: kochać i być kochanym; iść z wybraną osobą przez całe życie, w zdrowiu i w chorobie, w dobrej i złej doli, dochować wierności aż do śmierci.
Miłość małżeńska jednoczy dwie osoby ludzkie. Jednoczy ich serca i dusze, umysły i wole. "Płciowość, poprzez którą mężczyzna i kobieta oddają się sobie wzajemnie we właściwych i wyłącznych aktach małżeńskich nie jest bynajmniej zjawiskiem czysto biologicznym, lecz dotyczy samej wewnętrznej istoty osoby ludzkiej. Całkowity dar z ciała byłby zakłamaniem, jeśliby nie był znakiem i owocem pełnego oddania osobowego" (Familiaris consortio 11). Małżeństwo ma być wzajemnym obdarowaniem się, a darem tym jest czyste serce. Im miłość jest czystsza, pozbawiona egoizmu, bezinteresowna, tym szczęśliwsze jest współżycie małżonków. Czystości serca żąda Chrystus od wszystkich: "Każdy, kto pożądliwie patrzy na kobietę, już się w swoim sercu dopuścił z nią cudzołóstwa'' (Mt 5, 28). Tym cudzołożnikiem może być współmałżonek, jeśli nie traktuje drugiej strony jak osoby ludzkiej, ale jak rzecz, zabawkę dla zaspokojenia swych żądz cielesnych.
Miłość najwspanialszym darem Boga dla człowieka
Miłość jest najwspanialszym darem Boga dla człowieka uwzględniającym wrodzoną potrzebę serca. Bóg daje nam nadprzyrodzony dar miłości w zalążku na chrzcie świętym. Daje nam miłość w zarodku na wzór ziarna. Podobnie rolnik otrzymuje ziarno do siewu, by mógł w przyszłości zebrać obfity plon. W tym celu karczuje i starannie uprawia ziemię, rzuca ziarno w ziemię w odpowiednim czasie, by ziemię zwilżyły deszcze z nieba; chroni pole przed zachwaszczeniem i ufnie i z radością oczekuje pory żniw i zbiorów. Bóg daje wzrost łanom zboża, nawet gdy utrudzony rolnik śpi i spoczywa. Podobnie przez przyjęcie chrztu i "wszczepienie w Chrystusa" otwiera się nam nieskończona możliwość wzrostu w miłości. Chrzest zobowiązuje nas do rozwoju duchowego. Rozwój ten następuje przez przyjmowanie regularne sakramentów świętych i czyny wykonywane w miłości Boga i bliźniego.
Miłość decyduje o wartości człowieka. Święty Paweł mówi, że gdyby posiadał wszelką wiedzę, znajomość języków, miał umiejętność przewidywania i prorokowania, a miłości by nie miał, "stałby się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący", po prostu byłby niczym (por. l Kor 13, 1-2).
Ponieważ miłość została dana człowiekowi w zarodku, trzeba go wychowywać do miłości od dzieciństwa, wyprowadzać z ciemności egoizmu do życia miłością Boga i bliźniego, bezinteresowną, bez zastrzeżeń i na wieczność całą. Mamy naśladować miłość Chrystusa, który umarł za nas na krzyżu i z miłością powierzył ducha swego Ojcu. Szczęśliwy jest człowiek, który nawet śmierć przyjmuje z miłością. Miłość udoskonalona w próbach życia "wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystko pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma. Miłość nie ustaje. Z trzech cnót kardynalnych: wiary, nadziei i miłości, ona jest największa, jedyna, która przeprowadzi człowieka do wieczności" (por. l Kor 13, 7-8, 13).
Miłość jest naszym przeznaczeniem, powołaniem i naszą misją. Do miłości w małżeństwie powołuje Bóg. On bowiem "stworzył człowieka na Swe podobień¬stwo, na Swoje wyobrażenie go stworzył; mężczyznę i niewiastę . . . Dlatego m꿬czyzna opuści ojca swego i matkę swoją i połączy się ze swoją żoną tak ściśle, że staną się jednym ciałem" (por. Rdz l, 27; 2, 24).
Miłość jest twórcza
Miłość jest twórcza. Pan Bóg dopuścił małżonków do współtworzenia z Nim nowego życia. Ich rola. jest rodzenie i przyjęcie dziecka z miłością oraz wychowanie go dla Boga i społeczeństwa. Mówimy, że dziecko jest owocem miłości rodziców, ale jeszcze bardziej jest owocem miłości Boga. Rozumiała to pierwsza matka, Ewa. Jakby zaskoczyło ją przyjście pierwszego człowieka na świat. Na widok swego syna zawołała radośnie: "Oto urodziłam człowieka przy pomocy Boga" (Rdz4, 1). Ewa bardziej niż Adam zdawała sobie sprawę ze znikomego udziału ich obojga w dziele tworzenia nowego życia. Ten cudowny, tajemniczy i szybki rozwój dziecka w jej łonie z mikroskopijnej komórki, zawierającej zakodowane cechy ojca i matki napełnił ją zachwytem. Nie wystarczy wiec powiedzieć, że dziecko jest owocem miłości małżonków. Byłaby to zbyt chełpliwa przechwałka. Każdy z nas najpierw jest owocem miłości Boga-Stwórcy. Wiedział o tym psalmista, dlatego z pokorą modlił się: "Ty utkałeś mnie w łonie mej matki. Dziękuję Ci, że mnie tak cudownie stwo¬rzyłeś" (Ps 139, 13 n.). Święty Augustyn rozważając te dziwy Boże nadał swemu synowi najtrafniejsze imię: "A-Deo-datus" czyli "Dany od Boga". Zdumiewajmy się więc, że jesteśmy dziełem miłości niepojętej Boga.
Miłość najcenniejszym skarbem człowieka
Miłość jest najcenniejszym skarbem człowieka. Ona daje życiu nie tylko kolor i blask, lecz także sens. Ona kieruje nas do Boga i bliźnich. Jest aktywną energią duchową otwartą na drugich. Dojrzała miłość wyraża się bardziej w dawaniu niż w braniu. Jest największą siłą w działaniu. Jej cudowną cechą jest to, że ciągle możemy w niej wzrastać. Nigdy się nie wyczerpuje. Im bardziej miłujemy Boga i bliźnich, tym bardziej rośniemy duchowo, dojrzewamy i rozwijamy się wewnętrznie.
Wszystko co cenne i wielkie w ludzkiej kulturze rodzi się z wielkiej miłości. Jednostki, małżeństwa, rodziny, społeczności, narody mogą żyć i rozwijać się, jeśli w sercach wzrasta miłość. Przeciwnie, nienawiść wszystko truje. Bez nadprzyro¬dzonej miłości słabną energie ludzi, twórczość zamiera, stosunki międzyludzkie karłowacieją i stają się nie do wytrzymania, a społeczności ulegają rozkładowi.
Miłość między mężem i żoną może być największym źródłem szczęścia po tej stronie nieba. Jakże pobudza do zachwytu piękno duszy współmałżonka, którego wolno kochać i dzielić z nim najintymniejsze doznania, stanowić z nim nierozdzielną jedność. Żadne ludzkie doświadczenie nie przewyższa zjednoczenia duszy, serc i ciał dwojga ludzi. Dietrich von Hildebrand nazywa kochające się małżeństwo "pozostałością po ziemskim raju".
Szczęśliwe ryzyko małżeństwa
Małżeństwo jest więc szczęśliwym ryzykiem. Według słów duńskiego filozofa Kierkegaarda najbardziej odważnym czynem. Ale szczęście małżeńskie trzeba wypracować przez doskonalenie własnej osobowości, zabezpieczać przed wszelkimi niebezpieczeństwami, zwłaszcza przed wadą egoizmu. Obydwoje są w mocy zamienić je w raj lub w piekło. Nikt i nic nie zagwarantuje małżonkom szczęścia. Ono nie zależy w pierwszym rzędzie od majątku, urody, młodości, zdrowia, wykształcenia, zawodu, pozycji społecznej. Zależy głównie od postaw: od gotowości na ofiary, poświęcenia i wyrzeczenia, od umiejętności przebaczania sobie wzajemnie win i urazów. Przebaczać trzeba "nie siedem razy, ale siedemdziesiąt siedem razy" mówi Chrystus, to znaczy "zawsze". Kto w swoim słowniku nie ma słowa "przepraszam" ten nie jest zdatny do małżeńskiego współżycia.
Małżonkowie nie powinni upadać na duchu z powodu swoich własnych słabości i ograniczeń. Cennym środkiem dla utrzymania równowagi ducha, pokoju wewnętrznego jest przyjmowanie regularne sakramentów świętych, sakramentu pokuty i Eucharystii, do których należy przystępować z głęboką wiarą.
Małżeństwo i rodzina są dziś pod nieustannym atakiem sił wrogich Bogu, religii, Kościołowi. Wyziębiły one świat z prawdziwej miłości. Ludzie żyją w osamotnieniu, lęku i cichej rozpaczy. Światu potrzeba kochających się małżeństw i rodzin chrześcijańskich. Według odwiecznego planu Bożego wszystko wywodzi się z pary małżeńskiej. Ona jest źródłem wielkości rodzaju ludzkiego. Dzieci rodzące się z tej pary utwierdzają tę wielkość. Również święci pochodzą z rodzin chrześcijańskich. Wiadomo też, że prawie wszystkie powołania zakonne rodzą się w rodzinach, w których krzewi się miłość. Dzieci, pociągnięte przykładem świętego małżeństwa, często rezygnują ze stanu małżeńskiego i wybierają stan zakonny lub kapłański. Rodzice świętej Teresy od Dzieciątka Jezus stworzyli dla swych córek wspaniałe ognisko rodzinne, a jednak wszystkie wstąpiły do Karmelu.
Miłość małżonków jest centralnym ogniskiem miłości wśród ludzi. Przez swe boskie powołanie i misję małżeństwo jest najbardziej naturalną wspólnotą pod słońcem, najbardziej kompletnym związkiem osób. Patrząc na kochające się małżeństwo jesteśmy pełni zachwytu wobec potęgi miłości i wielkości, jaką może człowiek osiągnąć współpracując z Bogiem. Bóg na chrzcie świętym daje nam w zalążku miłość nadprzyrodzoną. W załamaniach, w niepowodzeniach życiowych, nawet w niebezpieczeństwie rozbicia rodziny, małżonkowie mogą znaleźć ratunek przez nawrócenie się do Boga, który jest samą Miłością.
Uświęcenie miłości małżeńskiej
Radiowe przemówienie wygłoszone przez O. Korneliana Dende, OFMConv.
w ramach programu
GODZINY RÓŻAŃCOWEJ O. JUSTYNA
27 stycznia 1991
UŚWIĘCENIE MIŁOŚCI MAŁŻEŃSKIEJ
Witam Was Zacni Rodacy i Miłe Rodaczki staropolskim Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Święty Mateusz apostoł podaje w swej Ewangelii zarys słynnej debaty Pana Jezusa z faryzeuszami na temat małżeństwa i rozwodu. W Starym Testamencie, aż do czasów przyjścia Zbawiciela na świat obyczajowość małżeńska u Żydów obniżyła się, a rodzina odeszła od pierwotnego wzoru ukazanego przez Stwórcę na pierwszych kartkach Pisma Świętego. Mojżesz zmuszony do ustępstwa od ideału, zezwolił na rozwody.
Faryzeusze zapytali o zdanie Jezusa: "Czy wolno oddalić swoją żonę z jakiegokolwiek powodu?" (Mt 19, 3). W odpowiedzi Jezus stwierdził: "Przez wzgląd na zatwardziałość serc waszych pozwolił wam Mojżesz oddalać wasze żony; lecz od początku tak nie było" (tamże w. 8).
Wypowiedź Chrystusa zawierała jednocześnie wyrzut i potępienie. W Nowym Testamencie Chrystus przywrócił godność związkowi małżeńskiemu i podniósł go do rangi sakramentu czyli zbawczego uświęcenia; małżeństwo ochrzczonych staje się znakiem nowego i wiecznego Przymierza, zawartego we Krwi Chrystusa.
W niedziele 10 lutego, Kościół obchodzi dziewiąty z kolei Światowy Dzień Małżeństw, by dać wiernym sposobność pogłębienia wiedzy o sakramentalnym charakterze chrześcijańskiego małżeństwa. Przygotujmy się na ten dzień rozważając temat pogadanki pod tytułem:
UŚWIĘCENIE MIŁOŚCI MAŁŻEŃSKIEJ
"Od początku tak nie było"
"Od początku tak nie było" — powiedział Jezus o praktyce rozwodów, to znaczy, że miłość małżeńska z istoty swej jest nierozerwalna i nie dopuszcza roz¬wodów. Chrystus przypomniał ów "początek", zaranie dziejów ludzkości: "Czy nie czytaliście, że Stwórca od początku stworzył ludzi jako mężczyznę i kobietę? . . . Dlatego opuści człowiek ojca i matkę i złączy się ze swoją żoną i będą oboje jednym ciałem. A tak już nie są dwoje, lecz jedno ciało. Co wiec Bóg złączył, niech człowiek nie rozdziela" (tamże w. 4-6). W stworzeniu pierwszego mężczyzny, Adama, zarysował się wyraźny plan Boży. Bóg przeznaczył go do wspólnego życia w miłości. Na razie Adam był sam. Poznawał zwierzęta, które mu Bóg przedstawił, lecz czuł osamotnienie. Widział, że zwierzęta były kształtne, piękne, mocne, niektóre obdarzone bystrzejszym wzrokiem, lepszym słuchem, delikatniejszym powonieniem niż on sam. Porównując swoje ciało z ich ciałem dostrzegł pewne cechy wspólne, ale różnica była wielka, zasadnicza. W żadnym ze zwierząt nie mógł szukać równego sobie partnera, towarzysza życia, godną "pomoc dla siebie". Przewyższał je wszystkie rozumem, inteligencja, wolą i wolnością. Przede wszystkim w swym sercu odczuwał miłość do Boga-Stwórcy i tęsknił za istotą równą sobie, zdolną do duchowej miłości, która by go rozumiała, kochała, przed którą mógłby się zwierzać ze swych myśli i pragnień, dzielić z nią swe doświadczenia ludzkie i radości i wspólnie kochać Boga. Pan Bóg nie zamie¬rzał pozostawić Adama w osamotnieniu bolesnym i rzekł: "Nie jest dobrze, żeby mężczyzna był sam; uczynię mu zatem odpowiednią dla niego pomoc" (Rdz 2, 18). I stworzył niewiastę. Taki plan miał od wieczności. Kiedy przyprowadził niewiastę do mężczyzny, Adam z zachwytem uznał: "Ta dopiero jest kością z moich kości i ciałem z mego ciała" (tamże w. 23).
Równość przed Bogiem
Teraz obydwoje mogli określić pozytywnie i wyznać kim właściwie są. Obydwoje dostrzegali, że są stworzeni przez Boga na jego "obraz i podobieństwo". Mogli się wspólnie kochać i kochać Boga, panować nad zwierzętami, korzystać z ich pomocy i troszczyć się o nie rozumnie. Dostojeństwo podobieństwa do Boga odbija się w równej mierze w ludzkiej naturze kobiety i mężczyzny. Co do godności są równi wobec siebie i wobec Boga. Adam mógł powiedzieć; ona jest z mojego rodu i będzie matką wszystkich żyjących ludzi, dzieci Bożych.
Miłość była dla nich najradośniejszym objawem. Święty Paweł powie później, że miłość te rozlewa Duch Święty w sercach ludzkich (Rz 5, 5). Miłość przyciągała ich do siebie, ogarniała i jednoczyła. Może Adam mówił do danej mu towarzyszki podobnie jak dziś mówią młodzi do siebie: "Jak dobrze, że jesteś", "dobrze, że jesteś taką, jaką jesteś". Każdy oczekuje akceptacji od drugiego człowieka, bo nienawiść boleśnie rani ludzkie serce i jest niegodna rozumnego człowieka. Oboje poznali, że zostali stworzeni przez Boga i uzdolnieni do miłowania siebie, do najszlachetniejszego daru z siebie samych. Z pewnością swą miłość wyrazili sobie w słowach uroczystych, które zawierały istotne słowa ślubowania młodych wszystkich wieków i pokoleń, a które streszczają się w przysiędze: "ślubuje ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską, oraz że cię nigdy nie opuszczę". W nich jest całkowite oddanie się, bez zastrzeżeń i na wieczność całą. Ślubowanie to składali przed Bogiem, który uczynił ich mężczyzną i niewiastą. Według Jego planu, przez miłość stali się wspólnotą nierozerwalną, jednością, jednym ciałem, jednym sercem, jedną duszą. Rozpoczęła się dla nich najpiękniejsza wspólnota życia i przygoda.
Tak było "od początku" z ustanowieniem wspólnoty małżeńskiej zaplanowanej przez Boga od wieczności. Do tego początku, jak do źródła, kazał Pan Jezus wracać zawsze ludziom, gdy małżeństwo ich jest zagrożone.
Grzech wrogiem szczęścia małżeńskiego
Pierwsza para małżeńska występowała zawsze razem. Przed nią stanął szatan, aby zbuntować ją przeciwko Jego woli: "Nie umrzecie" —jak wam grozi Bóg -Przeciwnie, "otworzą się wam oczy i tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło" (Rdz 3, 4-5). Będziecie wielcy, potężni, mądrzy. Zerwanie z Bogiem zagroziło wspólnotę pierwszego małżeństwa. Upadek pierwszych rodziców rozerwał ich harmonijną wspólnotę małżeńską. Poczęli się wzajemnie przed Bogiem oskarżać. Prawdziwe szczęście małżeńskie prysło jak bańka mydlana.
Podobnie jak dobro, tak i zło posiada charakter wspólnotowy. Nie ma dobra prywatnego, ale nie ma także prywatnego zła. Katastrofa Adama i Ewy znana pod nazwą grzechu pierworodnego wstrząsnęła fundamentami samoświadomości każdego człowieka w każdym pokoleniu. Znakomity poeta rzymski Owidiusz, który urodził się 43 lata przed Chrystusem i był poganinem, nie wiedział skąd i dlaczego odczuwa rozdźwięk w swojej osobowości. Upokorzony zwierzył się: "Widzę i uznaje to, co dobre, a idę za złem". Te skłonność do złego w człowieku oddał święty Paweł w podobnych słowach: "Nie czynie dobra, którego chce, ale czynie to zło, którego nie chce. . ." (por. Rz 7, 19).
Rozdźwięk w naszej osobowości sprawia, że zmysły i żądze biorą nieraz górę nad rozumem i pociągają wole. We wspólnotach małżeńskich, które nie łączy głęboka miłość Boga, pojawi się i rozpanoszy egoizm, nieufność, wybuchną kłótnie, wzajemne oskarżenia, złość, nienawiść, terror, wspólne maltretowanie siebie. To są nieszczęsne skutki grzechu pierworodnego. Za świętym Pawłem powiemy: "Nieszczęsny ja człowiek! Któż mnie wyzwoli z ciała (co wiedzie ku) śmierci?" Ratunkiem w każdym ludzkim zagrożeniu jest szczery powrót do Boga i Chrystusa, powrót do źródła prawdziwej miłości.
Wyniesienie małżeństwa do godności sakramentu
Z pomocą małżonkom przychodzi Chrystus. Przypomnijmy sobie jeszcze raz owe głębokie słowa przytoczone w debacie z faryzeuszami o małżeństwie: "Stworzył Bóg człowieka na Swe podobieństwo, na wyobrażenie Boga go stworzył: stworzył mężczyznę i niewiastę" (Rdz l, 27). Bóg, który jest Miłością, podniósł miłość małżeńską na wyżyny dotąd niespotykane. Syn Boży, Jezus Chrystus, uświęcił małżeństwo przez uczestniczenie w uroczystościach weselnych w Kanie Galilejskiej, gdzie uczynił — u progu swej publicznej działalności — pierwszy cud. A przez fakt Swojego Wcielenia i przyjścia na świat w rodzinie i życie w niej, uświęcił rodzinę.
Chrystus okazał ludziom największą swą miłość, gdy ich odkupił i przez Krew Swoją za nas przelaną wyniósł małżeństwo do godności sakramentu. Dzięki łasce Chrystusa małżeństwo chrześcijańskie jest związkiem świętym i uświęcającym. Nie znamy słów ustanowienia tego sakramentu przez Chrystusa. Fragment Listu świętego Pawła do Efezjan (5, 21-33), mówiący o wielkiej świętości małżeństwa chrześcijańskiego, stanowi najprawdopodobniej echo formalnego ustanowienia tego sakramentu. W rzeczywistości dowodu na sakramentalność małżeństwa dostarcza nie tyle Pismo święte ile Tradycja.
Życie i obowiązki małżeńsko-rodzinne chrześcijan wymagają niejednokrotnie szczególnej pomocy i łaski do należytego ich wypełnienia. Łaskę te daje chrześcijańskim małżonkom — w przeciwieństwie do naturalnego małżeństwa pogan — właśnie sakrament małżeństwa. Łaska Chrystusa uzdalnia małżonków do dochowania wierności, do znoszenia wszelkich ciężarów życia małżeńskiego i rodzinnego, do chrześcijańskiego wychowania dzieci. Chrześcijańska rodzina staje się szkołą świętości, w której rodzice i dzieci i domownicy realizują swe powołanie życiowe i osiągają zbawienie. Bez Chrystusa nikt nie może wypełnić swego wzniosłego powołania życiowego i osiągnąć zbawienia.
Pogadankę dzisiejszą zakończę słowami Ojców Soboru Watykańskiego Drugiego: "Chrystus Pan szczodrze ubłogosławił tę wielokształtną miłość, która powstała z Bożego źródła miłości i została ustanowiona na obraz Jego jedności z Kościołem. Jak bowiem niegdyś Bóg wyszedł naprzeciw swemu ludowi z przymierzem miłości i wierności, tak teraz Zbawca ludzi i Oblubieniec Kościoła wychodzi naprzeciw chrześcijańskim małżonkom przez sakrament małżeństwa. I pozostaje z nimi nadal po to, aby tak jak On umiłował Kościół i wydał zań siebie samego, również małżonkowie, przez obopólne oddanie się sobie, miłowali się wzajemnie w trwałej wierności. Prawdziwa miłość małżeńska włącza się w miłość Bożą . . . Dlatego osobny sakrament umacnia i jakby konsekruje małżonków chrześcijańskich do speł¬nienia ich obowiązków i utrzymania godności ich stanu" (G S, 48).
Rodzice są uszczęśliwieni, gdy ich dorosłe dzieci są uległe woli Chrystusa i wiążą się na wspólne życie sakramentem małżeństwa. Na nową drogę życia wkraczają ufnie z Chrystusem.
w ramach programu
GODZINY RÓŻAŃCOWEJ O. JUSTYNA
27 stycznia 1991
UŚWIĘCENIE MIŁOŚCI MAŁŻEŃSKIEJ
Witam Was Zacni Rodacy i Miłe Rodaczki staropolskim Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Święty Mateusz apostoł podaje w swej Ewangelii zarys słynnej debaty Pana Jezusa z faryzeuszami na temat małżeństwa i rozwodu. W Starym Testamencie, aż do czasów przyjścia Zbawiciela na świat obyczajowość małżeńska u Żydów obniżyła się, a rodzina odeszła od pierwotnego wzoru ukazanego przez Stwórcę na pierwszych kartkach Pisma Świętego. Mojżesz zmuszony do ustępstwa od ideału, zezwolił na rozwody.
Faryzeusze zapytali o zdanie Jezusa: "Czy wolno oddalić swoją żonę z jakiegokolwiek powodu?" (Mt 19, 3). W odpowiedzi Jezus stwierdził: "Przez wzgląd na zatwardziałość serc waszych pozwolił wam Mojżesz oddalać wasze żony; lecz od początku tak nie było" (tamże w. 8).
Wypowiedź Chrystusa zawierała jednocześnie wyrzut i potępienie. W Nowym Testamencie Chrystus przywrócił godność związkowi małżeńskiemu i podniósł go do rangi sakramentu czyli zbawczego uświęcenia; małżeństwo ochrzczonych staje się znakiem nowego i wiecznego Przymierza, zawartego we Krwi Chrystusa.
W niedziele 10 lutego, Kościół obchodzi dziewiąty z kolei Światowy Dzień Małżeństw, by dać wiernym sposobność pogłębienia wiedzy o sakramentalnym charakterze chrześcijańskiego małżeństwa. Przygotujmy się na ten dzień rozważając temat pogadanki pod tytułem:
UŚWIĘCENIE MIŁOŚCI MAŁŻEŃSKIEJ
"Od początku tak nie było"
"Od początku tak nie było" — powiedział Jezus o praktyce rozwodów, to znaczy, że miłość małżeńska z istoty swej jest nierozerwalna i nie dopuszcza roz¬wodów. Chrystus przypomniał ów "początek", zaranie dziejów ludzkości: "Czy nie czytaliście, że Stwórca od początku stworzył ludzi jako mężczyznę i kobietę? . . . Dlatego opuści człowiek ojca i matkę i złączy się ze swoją żoną i będą oboje jednym ciałem. A tak już nie są dwoje, lecz jedno ciało. Co wiec Bóg złączył, niech człowiek nie rozdziela" (tamże w. 4-6). W stworzeniu pierwszego mężczyzny, Adama, zarysował się wyraźny plan Boży. Bóg przeznaczył go do wspólnego życia w miłości. Na razie Adam był sam. Poznawał zwierzęta, które mu Bóg przedstawił, lecz czuł osamotnienie. Widział, że zwierzęta były kształtne, piękne, mocne, niektóre obdarzone bystrzejszym wzrokiem, lepszym słuchem, delikatniejszym powonieniem niż on sam. Porównując swoje ciało z ich ciałem dostrzegł pewne cechy wspólne, ale różnica była wielka, zasadnicza. W żadnym ze zwierząt nie mógł szukać równego sobie partnera, towarzysza życia, godną "pomoc dla siebie". Przewyższał je wszystkie rozumem, inteligencja, wolą i wolnością. Przede wszystkim w swym sercu odczuwał miłość do Boga-Stwórcy i tęsknił za istotą równą sobie, zdolną do duchowej miłości, która by go rozumiała, kochała, przed którą mógłby się zwierzać ze swych myśli i pragnień, dzielić z nią swe doświadczenia ludzkie i radości i wspólnie kochać Boga. Pan Bóg nie zamie¬rzał pozostawić Adama w osamotnieniu bolesnym i rzekł: "Nie jest dobrze, żeby mężczyzna był sam; uczynię mu zatem odpowiednią dla niego pomoc" (Rdz 2, 18). I stworzył niewiastę. Taki plan miał od wieczności. Kiedy przyprowadził niewiastę do mężczyzny, Adam z zachwytem uznał: "Ta dopiero jest kością z moich kości i ciałem z mego ciała" (tamże w. 23).
Równość przed Bogiem
Teraz obydwoje mogli określić pozytywnie i wyznać kim właściwie są. Obydwoje dostrzegali, że są stworzeni przez Boga na jego "obraz i podobieństwo". Mogli się wspólnie kochać i kochać Boga, panować nad zwierzętami, korzystać z ich pomocy i troszczyć się o nie rozumnie. Dostojeństwo podobieństwa do Boga odbija się w równej mierze w ludzkiej naturze kobiety i mężczyzny. Co do godności są równi wobec siebie i wobec Boga. Adam mógł powiedzieć; ona jest z mojego rodu i będzie matką wszystkich żyjących ludzi, dzieci Bożych.
Miłość była dla nich najradośniejszym objawem. Święty Paweł powie później, że miłość te rozlewa Duch Święty w sercach ludzkich (Rz 5, 5). Miłość przyciągała ich do siebie, ogarniała i jednoczyła. Może Adam mówił do danej mu towarzyszki podobnie jak dziś mówią młodzi do siebie: "Jak dobrze, że jesteś", "dobrze, że jesteś taką, jaką jesteś". Każdy oczekuje akceptacji od drugiego człowieka, bo nienawiść boleśnie rani ludzkie serce i jest niegodna rozumnego człowieka. Oboje poznali, że zostali stworzeni przez Boga i uzdolnieni do miłowania siebie, do najszlachetniejszego daru z siebie samych. Z pewnością swą miłość wyrazili sobie w słowach uroczystych, które zawierały istotne słowa ślubowania młodych wszystkich wieków i pokoleń, a które streszczają się w przysiędze: "ślubuje ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską, oraz że cię nigdy nie opuszczę". W nich jest całkowite oddanie się, bez zastrzeżeń i na wieczność całą. Ślubowanie to składali przed Bogiem, który uczynił ich mężczyzną i niewiastą. Według Jego planu, przez miłość stali się wspólnotą nierozerwalną, jednością, jednym ciałem, jednym sercem, jedną duszą. Rozpoczęła się dla nich najpiękniejsza wspólnota życia i przygoda.
Tak było "od początku" z ustanowieniem wspólnoty małżeńskiej zaplanowanej przez Boga od wieczności. Do tego początku, jak do źródła, kazał Pan Jezus wracać zawsze ludziom, gdy małżeństwo ich jest zagrożone.
Grzech wrogiem szczęścia małżeńskiego
Pierwsza para małżeńska występowała zawsze razem. Przed nią stanął szatan, aby zbuntować ją przeciwko Jego woli: "Nie umrzecie" —jak wam grozi Bóg -Przeciwnie, "otworzą się wam oczy i tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło" (Rdz 3, 4-5). Będziecie wielcy, potężni, mądrzy. Zerwanie z Bogiem zagroziło wspólnotę pierwszego małżeństwa. Upadek pierwszych rodziców rozerwał ich harmonijną wspólnotę małżeńską. Poczęli się wzajemnie przed Bogiem oskarżać. Prawdziwe szczęście małżeńskie prysło jak bańka mydlana.
Podobnie jak dobro, tak i zło posiada charakter wspólnotowy. Nie ma dobra prywatnego, ale nie ma także prywatnego zła. Katastrofa Adama i Ewy znana pod nazwą grzechu pierworodnego wstrząsnęła fundamentami samoświadomości każdego człowieka w każdym pokoleniu. Znakomity poeta rzymski Owidiusz, który urodził się 43 lata przed Chrystusem i był poganinem, nie wiedział skąd i dlaczego odczuwa rozdźwięk w swojej osobowości. Upokorzony zwierzył się: "Widzę i uznaje to, co dobre, a idę za złem". Te skłonność do złego w człowieku oddał święty Paweł w podobnych słowach: "Nie czynie dobra, którego chce, ale czynie to zło, którego nie chce. . ." (por. Rz 7, 19).
Rozdźwięk w naszej osobowości sprawia, że zmysły i żądze biorą nieraz górę nad rozumem i pociągają wole. We wspólnotach małżeńskich, które nie łączy głęboka miłość Boga, pojawi się i rozpanoszy egoizm, nieufność, wybuchną kłótnie, wzajemne oskarżenia, złość, nienawiść, terror, wspólne maltretowanie siebie. To są nieszczęsne skutki grzechu pierworodnego. Za świętym Pawłem powiemy: "Nieszczęsny ja człowiek! Któż mnie wyzwoli z ciała (co wiedzie ku) śmierci?" Ratunkiem w każdym ludzkim zagrożeniu jest szczery powrót do Boga i Chrystusa, powrót do źródła prawdziwej miłości.
Wyniesienie małżeństwa do godności sakramentu
Z pomocą małżonkom przychodzi Chrystus. Przypomnijmy sobie jeszcze raz owe głębokie słowa przytoczone w debacie z faryzeuszami o małżeństwie: "Stworzył Bóg człowieka na Swe podobieństwo, na wyobrażenie Boga go stworzył: stworzył mężczyznę i niewiastę" (Rdz l, 27). Bóg, który jest Miłością, podniósł miłość małżeńską na wyżyny dotąd niespotykane. Syn Boży, Jezus Chrystus, uświęcił małżeństwo przez uczestniczenie w uroczystościach weselnych w Kanie Galilejskiej, gdzie uczynił — u progu swej publicznej działalności — pierwszy cud. A przez fakt Swojego Wcielenia i przyjścia na świat w rodzinie i życie w niej, uświęcił rodzinę.
Chrystus okazał ludziom największą swą miłość, gdy ich odkupił i przez Krew Swoją za nas przelaną wyniósł małżeństwo do godności sakramentu. Dzięki łasce Chrystusa małżeństwo chrześcijańskie jest związkiem świętym i uświęcającym. Nie znamy słów ustanowienia tego sakramentu przez Chrystusa. Fragment Listu świętego Pawła do Efezjan (5, 21-33), mówiący o wielkiej świętości małżeństwa chrześcijańskiego, stanowi najprawdopodobniej echo formalnego ustanowienia tego sakramentu. W rzeczywistości dowodu na sakramentalność małżeństwa dostarcza nie tyle Pismo święte ile Tradycja.
Życie i obowiązki małżeńsko-rodzinne chrześcijan wymagają niejednokrotnie szczególnej pomocy i łaski do należytego ich wypełnienia. Łaskę te daje chrześcijańskim małżonkom — w przeciwieństwie do naturalnego małżeństwa pogan — właśnie sakrament małżeństwa. Łaska Chrystusa uzdalnia małżonków do dochowania wierności, do znoszenia wszelkich ciężarów życia małżeńskiego i rodzinnego, do chrześcijańskiego wychowania dzieci. Chrześcijańska rodzina staje się szkołą świętości, w której rodzice i dzieci i domownicy realizują swe powołanie życiowe i osiągają zbawienie. Bez Chrystusa nikt nie może wypełnić swego wzniosłego powołania życiowego i osiągnąć zbawienia.
Pogadankę dzisiejszą zakończę słowami Ojców Soboru Watykańskiego Drugiego: "Chrystus Pan szczodrze ubłogosławił tę wielokształtną miłość, która powstała z Bożego źródła miłości i została ustanowiona na obraz Jego jedności z Kościołem. Jak bowiem niegdyś Bóg wyszedł naprzeciw swemu ludowi z przymierzem miłości i wierności, tak teraz Zbawca ludzi i Oblubieniec Kościoła wychodzi naprzeciw chrześcijańskim małżonkom przez sakrament małżeństwa. I pozostaje z nimi nadal po to, aby tak jak On umiłował Kościół i wydał zań siebie samego, również małżonkowie, przez obopólne oddanie się sobie, miłowali się wzajemnie w trwałej wierności. Prawdziwa miłość małżeńska włącza się w miłość Bożą . . . Dlatego osobny sakrament umacnia i jakby konsekruje małżonków chrześcijańskich do speł¬nienia ich obowiązków i utrzymania godności ich stanu" (G S, 48).
Rodzice są uszczęśliwieni, gdy ich dorosłe dzieci są uległe woli Chrystusa i wiążą się na wspólne życie sakramentem małżeństwa. Na nową drogę życia wkraczają ufnie z Chrystusem.
"Nie ma w nikim innym zbawienia"
Radiowe przemówienie wygłoszone przez O. Korneliana Dende, OFMConv.
w ramach programu
GODZINY RÓŻAŃCOWEJ O. JUSTYNA
6 stycznia 1991
„NIE MA W NIKIM INNYM ZBAWIENIA”
Witam Was Zacni Rodacy i Mile Rodaczki staropolskim Niech bidzie pochwalony Jezus Chrystus!
Systemy polityczno społeczne naszych czasów jak kapitalizm, socjalizm i komu¬nizm, postawiły sobie za cel uszczęśliwienie ludzkości przez wybawienie jej od głodu, nędzy, analfabetyzmu, chorób i cierpienia. Kapitalizm pragnie dokonać tego przez podniesienie oświaty, technikę i tworzenie dóbr materialnych. Socjalizm — przez wprowadzenie w życiu ducha równości i braterstwa. Komunizm jest formą radykalnego socjalizmu — niszczy sprawców głodu, nędzy, cierpień i wojen przez egzekucje lub odizolowanie bogaczy w obozach koncentracyjnych. Po takiej "czystce" społeczności zamierzał zbudować nowy porządek świata bez plag dręczących ludzkość.
To są ludzkie sposoby zbawiania i uszczęśliwiania ludzkości. Jedne są mniej, drugie bardziej radykalne, ale wszystkie niedostateczne, powierzchowne, pełne błędów i nadużyć. Człowiek nie może zbawić siebie samego, lak jak nie potrafi siebie podnieść nawet na cal w górę ciągnąc za uszy swych cholew. Ponadto — żaden system po lityczne-społeczny nie obiecuje nas zbawić od śmierci.
Skutecznie zbawia nas tylko Bóg i to nie tylko od braków i chorób cielesnych, lecz przede wszystkim duchowych. Akcja Bożego zbawienia obejmuje całego człowieka, jego dusze i ciało, życie i śmierć. Powiem o niej w dzisiejszej pogadance zatytułowanej:
"NIE MA W NIKIM INNYM ZBAWIENIA"
Boża akcja sięga do korzeni zła
Tylu! jest częścią wypowiedzi świętego Piotra apostoła do Najwyższej Rady Żydowskiej, Sanhedrynu, w Jerozolimie, po Zesłaniu Ducha Świętego na apostołów. W całości wypowiedź ta brzmi: "Nie ma w żadnym innym zbawienia, gdyż nie dano ludziom pod niebem innego imienia, w którym moglibyśmy być zbawieni" (Dz 4, 12).
Święty Piotr mówił o Jezusie, którego Żydzi kazali ukrzyżować przekonani, że czynią Bogu przysługę. Jezus jest "kamieniem węgielnym" przez nich odrzuconym, fundamentem nowej budowli, nowej społeczności zwanej Ludem Bożym czyli Kościołem. Sam Bóg nadał imię swojemu Synowi zesłanemu na ziemie: Jezus. A imię to znaczy Zbawiciel. Jego akcja zbawcza sięga do samych korzeni zła — do grzechu (por. Mt l, 21).
Zbawcza akcja Jezusa Chrystusa
Jezus w zbawczej akcji obejmuje całego człowieka —jego dusze i ciało. Widać to ze sceny ewangelicznej omawiającej cud uzdrowienia sparaliżowanego człowieka. Kiedy chorego spuszczono przez otwór w dachu, gdyż drzwi i okna były oblężone przez tłum cisnący się do Zbawiciela, Jezus powiedział nieszczęśliwemu: "Odpuszczają ci się grzechy". Chrystus mógł poprzestać na zdjęciu ciężaru grzechów z sumienia człowieka, co samo w sobie było już wielkim dobrodziejstwem, ale ponieważ wielu faryzeuszów i uczonych w Piśmie świętym zgorszyło się uważając to za bluźnierstwo, gdyż jedynie Bóg może odpuszczać grzechy, wiec Jezus dla udowodnienia swej boskiej mocy powiedział do sparaliżowanego: "Wstań, weź swoje łoże i chodź" (Mk 2, 1-2).
Jezus zbawia nas przez wiarę, a zbawienie rozciąga na całego człowieka — na jego dusze i ciało, na jego życie i śmierć: "Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Każdy kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki" (J 11, 25 n.).
Zbawienie przez posłuszeństwo przykazaniom Bożym
Kto wierzy w Jezusa i kocha Go, chowa Jego przykazania (por. J 14, 15). Wierność przykazaniom może nas ustrzec od wielu nieszczęść. Bóg dał nam przykazania, żeby nas zabezpieczyć od zła moralnego i fizycznego. Jako Stworzyciel wie dobrze co służy naszemu pokojowi, naszej równowadze psychicznej, co przynosi nam szczęście (por. Łk 19, 42).
Zło jednak bardzo często zakryte jest przed naszymi oczami, bo nie myślimy dość głęboko. Nasze czyny nie są przemyślane do końca. Współczesny filozof niemiecki Martin Heidegger powiedział: "Najbardziej daje do myślenia to, że jeszcze nie myślimy". Tkwi w nas skłonność do grzechu, do nieposłuszeństwa Bogu. Jak często się łapiemy na tym, że chcieliśmy czynić dobro, lecz w istocie czynimy zło, którego nie pragniemy. Nazywamy się chełpliwie istotą myślącą, lecz nie sięgamy myślą aż tak daleko i tak głęboko, żeby przewidzieć następstwa swoich czynów. Zamiast myśleć, kombinujemy, kalkulujemy, żeby obejść Boskie przykazania i żeby wyszło dobro z naszych egoistycznych zachcianek i żądz. Pozostaje wiele spraw do przemyślenia i uregulowania według zasad Bożych w małżeństwie.
Małżeństwo w planach zbawienia
Dla większości ludzi małżeństwo jest powołaniem życiowym i drogą zbawienia. Miłość małżonków jest obrazem miłości Chrystusa do Kościoła. Małżonkowie są współpracownikami Boga w budzeniu nowego życia, w czym powinni być posłuszni prawu Bożemu.
Niemiecka psychoterapeutka Christa Meves, która niedawno przeszła z protestantyzmu na katolicyzm przytacza przykład ze swej praktyki, który winien pobudzić wielu małżonków do wypełniania w życiu najświętszej woli Bożej.
"Chciałabym tak bardzo mieć dziecko" — skarżyła się przed nią dziewczęco wyglądająca trzydziestosześcioletnia kobieta. - "Jesteśmy z mężem szczęśliwym małżeństwem, mamy piękny dom z ładnym ogrodem. Jest wiec wszystko dla rodziny. Jednak od pewnego czasu wiem już, w czym leży przyczyna, że kołyska u nas jest pusta. Gdy zakochałam się w swym mężu, udałam się po poradę do 'Pro Familia' — odpowiednika amerykańskiej organizacji Planned Parenthood i pozwoliłam założyć sobie spirale". (Dla wyjaśnienia nadmienię, że spirala nie jest środkiem zapobiegającym ciąży, lecz jest środkiem wczesnoporonnym. Po jej założeniu jajeczkowanie i zapłodnienie odbywa się normalnie. Jednak rozwijający się zarodek, który jest już dzieckiem w pierwszej fazie rozwoju, po kilkudniowej wędrówce przez jajowód, nie może zagnieździć się w macicy. Jej śluzówka jest bowiem uszkodzona przez spirale, toteż dziecko musi umrzeć i zostaje wydalone na zewnątrz).
Młoda kobieta zwierzała się dalej: "Nie mogliśmy się zaraz pobrać, gdyż oboje jeszcze się uczyliśmy. Po pewnym czasie pojawiło u mnie zapalenie jajowodów, które szybko dało się wyleczyć. Jednak od tego czasu — tak brzmi diagnoza lekarska — obydwa jajowody są tak pozarastane, że naturalne poczęcie nie jest już możliwe.
A teraz mój problem: lekarz ginekolog zaproponował mi sztuczne zapłodnienie oraz wyjaśnił mi, że przy tym dochodzi często do ciąży mnogiej. Wtedy można, po zbadaniu ultrasonografią, samemu zdecydować się, ile dzieci chce się donosić. Zaszokowana spytałam go, czy to znaczy, że nadmiar dzieci można na życzenie usunąć? Lekarz potwierdził to i dodał, że ciąża mnoga byłaby przy mojej delikatnej budowie niebezpieczna i z tego powodu zaistniałoby wskazanie lekarskie do tego. Potem dodał: Obecnie coraz częściej kobiety decydują się na urodzenie wszystkich dzieci. Oczywiście przeważnie dochodzi do wcześniejszego porodu i mocno nie-donoszone dzieci muszą przebywać długi czas w cieplarkach — inkubatorach.
— A jak dzieci znoszą przebywanie w cieplarkach?
- Dobrze, jeśli są już dojrzałe i nie za małe.
— A jeśli są niedojrzałe? — dopytywałam się.
- Wtedy są często uszkodzone — odpowiedział lekarz.
Byłam jak ogłuszona i poprosiłam o czas do namysłu. W tym czasie razem z mężem zajęliśmy się bardzo tym problemem. Przeglądaliśmy nową literaturę ginekologiczną i dowiadywaliśmy się, jakie doświadczenia wiążą się z tą sprawą. Były różne: radość tych rodziców, którzy długo nie mieli dzieci, ze zdrowego dziecka. Była też para małżeńska z bardzo mizernymi, ciągle chorującymi piecioraczkami. Była też matka, która po długim czasie bezpłodności poddana została leczeniu hormonalnemu, po którym wystąpiła ciąża trojacza, ale w piątym miesiącu ciąży okazało się, że matka jest chora na sclerosis multiplex — i usunięto dzieci, podczas gdy matka czuła już dobrze ich ruchy.
Widziałam wiec twarze, pełne cierpienia i widziałam też takie, które były pełne matczynej radości, które moją tęsknotę doprowadzały do szczytu . . .
— Potrzebuje rady pani — zakończyła swoje sprawozdanie kobieta.
- Czy Pani jest wierząca? — spytała psychoterapeutka.
Tak — odpowiedziałam. — Jesteśmy katolikami i oczywiście powiedzieliśmy
sobie to też: Gdybyśmy kierowali się wskazaniami naszego Kościoła, gdybyśmy nie
byli tacy niecierpliwi i nie zastosowali tej okropnej spirali — czytaliśmy w fachowym
szwajcarskim czasopiśmie, że to jest niedopuszczalny błąd, założyć spirale młodej dziewczynie — to nie mielibyśmy teraz tego problemu. Jesteśmy winni, na pewno. My w swojej lekkomyślności wierzyliśmy, że specjaliści wiedzą, co można stosować. Dopiero później zmądrzeliśmy. Teraz wiemy, że lepiej było słuchać Pana Boga i Kościoła, i że ... ta szybka niecierpliwa przyjemność nie była uciecha prawdziwa, że sprawa dzieci jest zbyt święta, aby można było tak bez zastanowienia postępować. Wobec tego, mając takie doświadczenie, proszę postawić teraz pytanie naszemu Bogu — poleciła psychoterapeutka. Młoda kobieta spojrzała na nią wielkimi oczyma, potem spuściła głowę i powiedziała cicho: Tak, ja wiem, co On mówi. Nie powinniśmy uznawać się za tych, co wszystko sami mogą; powinniśmy misterium życia przyjmować z Jego ręki. Jednak — dodała głosem, w którym czuło się łzy — jest tak ciężko powiedzieć "tak". To jest kara na całe życie, nie dająca się naprawić.
Na każde z trudem przychodzące, pokorne "tak" wobec Boga, Bóg odpowiada nie karą lecz błogosławieństwem — odpowiedziała psychoterapeutka — i to dosłownie. Wydaje mi się często — mówiła — że właśnie wtedy przychodzi szczególne błogosławieństwo od dobrego Boga. Proszę skontaktować się z organizacjami, które bronią prawa do życia i które stykają się z matkami będącymi w ciężkiej sytuacji i chcącymi oddać swe dziecko do adopcji, zwłaszcza, gdy się zorientują, jakie ciepłe gniazdo na nie czeka. Można też modlić się o ratunek dla któregoś z 200.000 nienarodzonych, które u nas każdego roku w klinikach i szpitalach wyrzucane są do śmieci. Takie postępowanie więcej znaczy niż rezygnacja czy upór. W takim postępowaniu zawiera się też dla nas wszystkich nadzieja na przyszłość.
Po jakimś czasie psychoterapeutka dostała cudowną wiadomość: "Nasz Immanuel waży trzy i pół kilograma, ma ciemne oczy, silny głos i został nam powierzony w trzecim dniu po porodzie. Alleluja"! (Duszpasterz Polski Zagranicą, Nr 4, 1990, str. 590).
Przytoczone zdarzenie poświadcza, że idziemy drogą zbawienia tylko wtedy, gdy jesteśmy posłuszni Zbawicielowi i Jego nakazom Ewangelii. Łamanie przykazań Bożych naraża nas na cierpienia. Konwertyta angielski Malcolm Muggeridge mówi, że cierpienie jest niekiedy jedyną nauczycielką życia.
Krzyż Chrystusa prowadzi nas przez cierpienie do chwały wiecznej. Krzyż Chrystusa nadaje sens naszemu życiu, bo przez śmierć na krzyżu Chrystus nas zbawił. Rozważajmy wiec słowa Chrystusa wyrzeczone na drogach palestyńskich: "A Ja, gdy zostanę nad ziemie wywyższony, przyciągnę wszystkich do siebie" (J 12, 32).
"W krzyżu cierpienie, w krzyżu zbawienie, w krzyżu miłości nauka" — mówi polska pieśń. — "Kto Ciebie Boże, raz pojąć może, ten nic nie pragnie, ni szuka".
Naturalne planowanie poczęć w małżeństwie zgodne z prawem Bożym, łączy się z wyrzeczeniem i krzyżem. Ale powołanie małżeńskie jest przecież z woli Chrystusa drogą do zbawienia wiecznego.
w ramach programu
GODZINY RÓŻAŃCOWEJ O. JUSTYNA
6 stycznia 1991
„NIE MA W NIKIM INNYM ZBAWIENIA”
Witam Was Zacni Rodacy i Mile Rodaczki staropolskim Niech bidzie pochwalony Jezus Chrystus!
Systemy polityczno społeczne naszych czasów jak kapitalizm, socjalizm i komu¬nizm, postawiły sobie za cel uszczęśliwienie ludzkości przez wybawienie jej od głodu, nędzy, analfabetyzmu, chorób i cierpienia. Kapitalizm pragnie dokonać tego przez podniesienie oświaty, technikę i tworzenie dóbr materialnych. Socjalizm — przez wprowadzenie w życiu ducha równości i braterstwa. Komunizm jest formą radykalnego socjalizmu — niszczy sprawców głodu, nędzy, cierpień i wojen przez egzekucje lub odizolowanie bogaczy w obozach koncentracyjnych. Po takiej "czystce" społeczności zamierzał zbudować nowy porządek świata bez plag dręczących ludzkość.
To są ludzkie sposoby zbawiania i uszczęśliwiania ludzkości. Jedne są mniej, drugie bardziej radykalne, ale wszystkie niedostateczne, powierzchowne, pełne błędów i nadużyć. Człowiek nie może zbawić siebie samego, lak jak nie potrafi siebie podnieść nawet na cal w górę ciągnąc za uszy swych cholew. Ponadto — żaden system po lityczne-społeczny nie obiecuje nas zbawić od śmierci.
Skutecznie zbawia nas tylko Bóg i to nie tylko od braków i chorób cielesnych, lecz przede wszystkim duchowych. Akcja Bożego zbawienia obejmuje całego człowieka, jego dusze i ciało, życie i śmierć. Powiem o niej w dzisiejszej pogadance zatytułowanej:
"NIE MA W NIKIM INNYM ZBAWIENIA"
Boża akcja sięga do korzeni zła
Tylu! jest częścią wypowiedzi świętego Piotra apostoła do Najwyższej Rady Żydowskiej, Sanhedrynu, w Jerozolimie, po Zesłaniu Ducha Świętego na apostołów. W całości wypowiedź ta brzmi: "Nie ma w żadnym innym zbawienia, gdyż nie dano ludziom pod niebem innego imienia, w którym moglibyśmy być zbawieni" (Dz 4, 12).
Święty Piotr mówił o Jezusie, którego Żydzi kazali ukrzyżować przekonani, że czynią Bogu przysługę. Jezus jest "kamieniem węgielnym" przez nich odrzuconym, fundamentem nowej budowli, nowej społeczności zwanej Ludem Bożym czyli Kościołem. Sam Bóg nadał imię swojemu Synowi zesłanemu na ziemie: Jezus. A imię to znaczy Zbawiciel. Jego akcja zbawcza sięga do samych korzeni zła — do grzechu (por. Mt l, 21).
Zbawcza akcja Jezusa Chrystusa
Jezus w zbawczej akcji obejmuje całego człowieka —jego dusze i ciało. Widać to ze sceny ewangelicznej omawiającej cud uzdrowienia sparaliżowanego człowieka. Kiedy chorego spuszczono przez otwór w dachu, gdyż drzwi i okna były oblężone przez tłum cisnący się do Zbawiciela, Jezus powiedział nieszczęśliwemu: "Odpuszczają ci się grzechy". Chrystus mógł poprzestać na zdjęciu ciężaru grzechów z sumienia człowieka, co samo w sobie było już wielkim dobrodziejstwem, ale ponieważ wielu faryzeuszów i uczonych w Piśmie świętym zgorszyło się uważając to za bluźnierstwo, gdyż jedynie Bóg może odpuszczać grzechy, wiec Jezus dla udowodnienia swej boskiej mocy powiedział do sparaliżowanego: "Wstań, weź swoje łoże i chodź" (Mk 2, 1-2).
Jezus zbawia nas przez wiarę, a zbawienie rozciąga na całego człowieka — na jego dusze i ciało, na jego życie i śmierć: "Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Każdy kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki" (J 11, 25 n.).
Zbawienie przez posłuszeństwo przykazaniom Bożym
Kto wierzy w Jezusa i kocha Go, chowa Jego przykazania (por. J 14, 15). Wierność przykazaniom może nas ustrzec od wielu nieszczęść. Bóg dał nam przykazania, żeby nas zabezpieczyć od zła moralnego i fizycznego. Jako Stworzyciel wie dobrze co służy naszemu pokojowi, naszej równowadze psychicznej, co przynosi nam szczęście (por. Łk 19, 42).
Zło jednak bardzo często zakryte jest przed naszymi oczami, bo nie myślimy dość głęboko. Nasze czyny nie są przemyślane do końca. Współczesny filozof niemiecki Martin Heidegger powiedział: "Najbardziej daje do myślenia to, że jeszcze nie myślimy". Tkwi w nas skłonność do grzechu, do nieposłuszeństwa Bogu. Jak często się łapiemy na tym, że chcieliśmy czynić dobro, lecz w istocie czynimy zło, którego nie pragniemy. Nazywamy się chełpliwie istotą myślącą, lecz nie sięgamy myślą aż tak daleko i tak głęboko, żeby przewidzieć następstwa swoich czynów. Zamiast myśleć, kombinujemy, kalkulujemy, żeby obejść Boskie przykazania i żeby wyszło dobro z naszych egoistycznych zachcianek i żądz. Pozostaje wiele spraw do przemyślenia i uregulowania według zasad Bożych w małżeństwie.
Małżeństwo w planach zbawienia
Dla większości ludzi małżeństwo jest powołaniem życiowym i drogą zbawienia. Miłość małżonków jest obrazem miłości Chrystusa do Kościoła. Małżonkowie są współpracownikami Boga w budzeniu nowego życia, w czym powinni być posłuszni prawu Bożemu.
Niemiecka psychoterapeutka Christa Meves, która niedawno przeszła z protestantyzmu na katolicyzm przytacza przykład ze swej praktyki, który winien pobudzić wielu małżonków do wypełniania w życiu najświętszej woli Bożej.
"Chciałabym tak bardzo mieć dziecko" — skarżyła się przed nią dziewczęco wyglądająca trzydziestosześcioletnia kobieta. - "Jesteśmy z mężem szczęśliwym małżeństwem, mamy piękny dom z ładnym ogrodem. Jest wiec wszystko dla rodziny. Jednak od pewnego czasu wiem już, w czym leży przyczyna, że kołyska u nas jest pusta. Gdy zakochałam się w swym mężu, udałam się po poradę do 'Pro Familia' — odpowiednika amerykańskiej organizacji Planned Parenthood i pozwoliłam założyć sobie spirale". (Dla wyjaśnienia nadmienię, że spirala nie jest środkiem zapobiegającym ciąży, lecz jest środkiem wczesnoporonnym. Po jej założeniu jajeczkowanie i zapłodnienie odbywa się normalnie. Jednak rozwijający się zarodek, który jest już dzieckiem w pierwszej fazie rozwoju, po kilkudniowej wędrówce przez jajowód, nie może zagnieździć się w macicy. Jej śluzówka jest bowiem uszkodzona przez spirale, toteż dziecko musi umrzeć i zostaje wydalone na zewnątrz).
Młoda kobieta zwierzała się dalej: "Nie mogliśmy się zaraz pobrać, gdyż oboje jeszcze się uczyliśmy. Po pewnym czasie pojawiło u mnie zapalenie jajowodów, które szybko dało się wyleczyć. Jednak od tego czasu — tak brzmi diagnoza lekarska — obydwa jajowody są tak pozarastane, że naturalne poczęcie nie jest już możliwe.
A teraz mój problem: lekarz ginekolog zaproponował mi sztuczne zapłodnienie oraz wyjaśnił mi, że przy tym dochodzi często do ciąży mnogiej. Wtedy można, po zbadaniu ultrasonografią, samemu zdecydować się, ile dzieci chce się donosić. Zaszokowana spytałam go, czy to znaczy, że nadmiar dzieci można na życzenie usunąć? Lekarz potwierdził to i dodał, że ciąża mnoga byłaby przy mojej delikatnej budowie niebezpieczna i z tego powodu zaistniałoby wskazanie lekarskie do tego. Potem dodał: Obecnie coraz częściej kobiety decydują się na urodzenie wszystkich dzieci. Oczywiście przeważnie dochodzi do wcześniejszego porodu i mocno nie-donoszone dzieci muszą przebywać długi czas w cieplarkach — inkubatorach.
— A jak dzieci znoszą przebywanie w cieplarkach?
- Dobrze, jeśli są już dojrzałe i nie za małe.
— A jeśli są niedojrzałe? — dopytywałam się.
- Wtedy są często uszkodzone — odpowiedział lekarz.
Byłam jak ogłuszona i poprosiłam o czas do namysłu. W tym czasie razem z mężem zajęliśmy się bardzo tym problemem. Przeglądaliśmy nową literaturę ginekologiczną i dowiadywaliśmy się, jakie doświadczenia wiążą się z tą sprawą. Były różne: radość tych rodziców, którzy długo nie mieli dzieci, ze zdrowego dziecka. Była też para małżeńska z bardzo mizernymi, ciągle chorującymi piecioraczkami. Była też matka, która po długim czasie bezpłodności poddana została leczeniu hormonalnemu, po którym wystąpiła ciąża trojacza, ale w piątym miesiącu ciąży okazało się, że matka jest chora na sclerosis multiplex — i usunięto dzieci, podczas gdy matka czuła już dobrze ich ruchy.
Widziałam wiec twarze, pełne cierpienia i widziałam też takie, które były pełne matczynej radości, które moją tęsknotę doprowadzały do szczytu . . .
— Potrzebuje rady pani — zakończyła swoje sprawozdanie kobieta.
- Czy Pani jest wierząca? — spytała psychoterapeutka.
Tak — odpowiedziałam. — Jesteśmy katolikami i oczywiście powiedzieliśmy
sobie to też: Gdybyśmy kierowali się wskazaniami naszego Kościoła, gdybyśmy nie
byli tacy niecierpliwi i nie zastosowali tej okropnej spirali — czytaliśmy w fachowym
szwajcarskim czasopiśmie, że to jest niedopuszczalny błąd, założyć spirale młodej dziewczynie — to nie mielibyśmy teraz tego problemu. Jesteśmy winni, na pewno. My w swojej lekkomyślności wierzyliśmy, że specjaliści wiedzą, co można stosować. Dopiero później zmądrzeliśmy. Teraz wiemy, że lepiej było słuchać Pana Boga i Kościoła, i że ... ta szybka niecierpliwa przyjemność nie była uciecha prawdziwa, że sprawa dzieci jest zbyt święta, aby można było tak bez zastanowienia postępować. Wobec tego, mając takie doświadczenie, proszę postawić teraz pytanie naszemu Bogu — poleciła psychoterapeutka. Młoda kobieta spojrzała na nią wielkimi oczyma, potem spuściła głowę i powiedziała cicho: Tak, ja wiem, co On mówi. Nie powinniśmy uznawać się za tych, co wszystko sami mogą; powinniśmy misterium życia przyjmować z Jego ręki. Jednak — dodała głosem, w którym czuło się łzy — jest tak ciężko powiedzieć "tak". To jest kara na całe życie, nie dająca się naprawić.
Na każde z trudem przychodzące, pokorne "tak" wobec Boga, Bóg odpowiada nie karą lecz błogosławieństwem — odpowiedziała psychoterapeutka — i to dosłownie. Wydaje mi się często — mówiła — że właśnie wtedy przychodzi szczególne błogosławieństwo od dobrego Boga. Proszę skontaktować się z organizacjami, które bronią prawa do życia i które stykają się z matkami będącymi w ciężkiej sytuacji i chcącymi oddać swe dziecko do adopcji, zwłaszcza, gdy się zorientują, jakie ciepłe gniazdo na nie czeka. Można też modlić się o ratunek dla któregoś z 200.000 nienarodzonych, które u nas każdego roku w klinikach i szpitalach wyrzucane są do śmieci. Takie postępowanie więcej znaczy niż rezygnacja czy upór. W takim postępowaniu zawiera się też dla nas wszystkich nadzieja na przyszłość.
Po jakimś czasie psychoterapeutka dostała cudowną wiadomość: "Nasz Immanuel waży trzy i pół kilograma, ma ciemne oczy, silny głos i został nam powierzony w trzecim dniu po porodzie. Alleluja"! (Duszpasterz Polski Zagranicą, Nr 4, 1990, str. 590).
Przytoczone zdarzenie poświadcza, że idziemy drogą zbawienia tylko wtedy, gdy jesteśmy posłuszni Zbawicielowi i Jego nakazom Ewangelii. Łamanie przykazań Bożych naraża nas na cierpienia. Konwertyta angielski Malcolm Muggeridge mówi, że cierpienie jest niekiedy jedyną nauczycielką życia.
Krzyż Chrystusa prowadzi nas przez cierpienie do chwały wiecznej. Krzyż Chrystusa nadaje sens naszemu życiu, bo przez śmierć na krzyżu Chrystus nas zbawił. Rozważajmy wiec słowa Chrystusa wyrzeczone na drogach palestyńskich: "A Ja, gdy zostanę nad ziemie wywyższony, przyciągnę wszystkich do siebie" (J 12, 32).
"W krzyżu cierpienie, w krzyżu zbawienie, w krzyżu miłości nauka" — mówi polska pieśń. — "Kto Ciebie Boże, raz pojąć może, ten nic nie pragnie, ni szuka".
Naturalne planowanie poczęć w małżeństwie zgodne z prawem Bożym, łączy się z wyrzeczeniem i krzyżem. Ale powołanie małżeńskie jest przecież z woli Chrystusa drogą do zbawienia wiecznego.
Wybierajcie życie
Radiowe przemówienie wygłoszone przez O. Korneliana Dende, OFMConv.
w ramach programu
GODZINY RÓŻAŃCOWEJ O. JUSTYNA
30 grudnia 1990
WYBIERAJCIE ŻYCIE
(O ratowaniu poczętego życia)
Witam Was Zacni Rodacy i Miłe Rodaczki staropolskim Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Tajemnicę nieprawości ludzkiego serca można poznać jedynie drogą analogii, drogą podobieństwa. Biblia mówi o tym ukazując obraz potopu, tragedie Sodomy i Gomory, nieszczęście niewoli politycznej lub grozę strasznej choroby trądu.
Dziś takim zagrożeniem, zrozumiałym dla coraz większej liczby ludzi, jest aborcja, zabijanie poczętych dzieci. Są one niszczone przez człowieka dorosłego i nikt inny nie ponosi za to winy, jak tylko człowiek. Świat prawa i życia, sprawiedliwości, prawdy, dobra i życzliwości został skażony przez grzech przerywania ciąży.
Ks. kard. John O'Connor wystosował z tej okazji specjalne przesłanie — list pasterski. Wzywa w nim do uczczenia daru życia i do refleksji nad naszą postawą wobec poczętych dzieci, wobec ludzkiego życia we wszystkich okresach jego wzrostu i rozwoju. Kardynał zaprasza nas jednocześnie do modlitwy, aby Bóg błogosławił naszym wspólnym wysiłkom wokół sprawy dowartościowania ludzkiego życia i wyz¬wolenia tego narodu i całego świata od szatana aborcji.
W dzisiejszej pogadance podani większe fragmenty listu ks. kard. O'Connor, którym nadaję tytuł:
WYBIERAJCIE ŻYCIE
(O ratowaniu poczętego życia)
Wolność wyboru
Patriarcha Mojżesz widział te sprawę bardzo jasno. Gdy zbliżał się ku śmierci, wezwał do siebie cały lud i powiedział:
"Patrz! Kładę przed tobą życie i szczęście, śmierć i nieszczęście- (. . .) Biorę dziś przeciwko wam na świadków niebo i ziemie, kładę przed wami życie i śmierć, błogosławieństwo i przekleństwo. Wybierajcie więc życie, abyście wy i wasze potomstwo żyli" (Pwt 30, 15. 19).
Mojżesz dobrze wiedział, co oznacza wolność wyboru. W czasie jego urodzin obowiązywało w Egipcie prawo, które nakazywało zabijać wszystkie nowo narodzone dzieci żydowskie rodzaju męskiego i wrzucać je do Nilu. Ten nakaz dotyczył bezpośrednio położne. Przez nieposłuszeństwo prawu mogły stracić swoje życie. Jednak Pismo Święte mówi: "Lecz położne bały się Boga i nie wykonały rozkazu króla egipskiego, pozostawiając przy życiu nowo narodzonych chłopców" (Wj l, 17).
Jednym z tych nowo narodzonych chłopców, którego one uratowały, był Moj¬żesz. Gdy dorósł, wyprowadził Izraelitów z niewoli egipskiej i poprowadził ich do Ziemi Obiecanej. Nic dziwnego, że Mojżesz przy końcu swoich dni ziemskich, powiedział do swojego ludu: "Wybierajcie życie".
Dziś wiele mówi się o prawie do wolnego wyboru. To dobrze. Świadczy to o tym, że zaczynamy rozumieć istotę ludzka. Każdy człowiek ma wolną wole, czyli posiada wolność w podejmowaniu decyzji, wyboru. Jednocześnie Bóg dał nam zdolność rozumowania, wyciągania wniosków, zastanawiania się. Oba dary idą w parze. Mamy wybierać to, co jest rozsądne, rozważne. Można nazwać to zdrowym rozsądkiem. Kiedy widzimy, że ktoś robi coś nierozważnego, nieracjonalnego, mówimy, że postępuje źle.
N ikt nie może więc twierdzić, że czymś rozsądnym dla matki jest wybór śmierci dla jej własnego dziecka. Gdyby matka zdawała sobie sprawę z tego, co robi, tzn. gdyby wybrała śmierć dla swego dziecka, byłoby to czymś dla niej nienaturalnym. Naturalnym wyborem jest życie.
Dzięki Bogu rząd Stanów Zjednoczonych uznaje prawo do wolnego wyboru. Ale dzięki Bogu także, iż ten rząd ogranicza wolny wybór, gdy ten wybór uderza w prawa innych ludzi.
Znamy z historii Ameryki tragiczny okres, kiedy rząd zlekceważył te sprawę, podejmując jedną z najbardziej nikczemnych decyzji — decyzję reprezentowaną przez Dreda Scotta. Decyzja ta dotyczyła wolnego wyboru (pro-choice) w sprawie niewolnictwa. Główny sędzia Sadu Najwyższego Taney osobiście był przeciwny niewolnictwu. Mimo to orzekł, że niewolnicy nie są obywatelami i nie mogą stać się nimi. Stąd nie może chronić ich Konstytucja. Był to rok 1856.
Nieszczęsna uchwala
Podobnie w roku 1973 Sąd Najwyższy wyszedł tragicznie z tej samej zasady rządu —poczętych dzieci nie można nazwać obywatelami, ponieważ jeszcze się nie urodziły. Nie przysługuje im zatem prawo do ochrony przez Konstytucje. W rezultacie matka jest wolna — może wybrać śmierć dla swego nienarodzonego dziecka. Miejmy nadzieje, że w przyszłości Sad Najwyższy ogłosi te decyzję z roku 1973 jako złą.
Jak na ironię, przyczyną ogromnej liczby aborcji jest nie prawo "pro-choice", ale to, że kobiety uważają, iż nie mają wyboru. Nie wiedza, gdzie się zwrócić. Są zmieszane, zakłopotane, biedne, stojące przed widmem utraty pracy. Telefoniczna ankieta wykazała, że 91 spośród 100 kobiet, które podjęły decyzje przerwania ciąży, uczyniło tak właśnie, ponieważ uważało, że nie ma innego wyjścia. Słowem, 91 spośród 100 kobiet wiedziało, że nie powinno przerwać ciąży!
Mówi to nam. że każdy z nas musi wszystko czynić, co w jego mocy, by matkom dać inną możliwość wyboru niż aborcje. Każdy z nas musi finansowo i emocjonalnie wspierać ciężarne matki, starać się dla nich o prace, pomagać im przezwyciężać strach, niepewność i zakłopotanie. Więcej, winniśmy oklaskiwać odwagę i heroizm tych matek, które dla swych poczętych dzieci poświeciły karierę, naraziły się na przykrości i cierpienia, aby tylko zachować poczęte życie.
Jednocześnie musimy dostrzec szczerość tych, którzy nie zgadzają się z nami, a nawet poważnie krytykują. Wielu sadzi, że aborcja jest najlepszym interesem dla kobiety lub rodziny. Są tacy rodzice, którzy uważają, że aborcja jest jedynym wyjściem dla ich młodej córki, aczkolwiek uznają aborcje za zło. Wielu ludzi rzeczywiście nie wierzy, że dziecko nienarodzone jest naprawdę człowiekiem w popieraniu aborcji nie widzi niczego złego. Tacy ludzie z pewnością nie wypadli z miłości Boga. Oczywiście, my, którzy szanujemy każde życie jako sprawę świętą, musimy powstrzymać się od nienawistnych i jadowitych ataków na tych, którzy nie popierają naszego stanowiska. Nigdy nie mamy prawa ich nie kochać.
Będąc nieskończenie delikatnymi, współczującymi i uprzejmymi wobec kobiety lub młodej dziewczyny, która jest ofiarą aborcji, nie możemy jednak zatajać prawdy, że przerywanie ciąży jest zabójstwem niewinnej małej istoty ludzkiej. Nauka nie pozostawia najmniejszej wątpliwości, że poczęte życie jest istota ludzką. Zatem naturalnym wyborem jest życie, a nie śmierć.
Miłość kluczem do rozwiązania problemu aborcji
Ostateczna odpowiedź na problem przerywania ciąży znajduje się w pojęciu miłości. Miłość jest czymś bezinteresownym, ukierunkowaniem na dawanie. Jezus mówi, że nie ma większej miłości niż życie swoje oddać za drugich,
Są rodzice, którzy usiłują zachęcić córkę do usunięcia ciąży, ponieważ — jak twierdzą — kochają ja. Czyż nie byłoby czymś wspanialszym, gdyby kierując się miłością zachęcali córkę do zachowania własnego dziecka? Wydaje się, że rodzice winni pytać się samych siebie, czy myślą o własnej córce, czy też myślą o sobie. Czy kierują się autentyczną, bezinteresowną miłością, czy leż miłością własną, egoistyczna? Czy ich miłość do córki jest prawdziwa miłością?
W szczególny sposób mężczyzna powinien zrozumieć świętość swego własnego ciała i ciała kobiety. Powinien zrozumieć, że stosunki płciowe są dozwolone wyłącznie w małżeństwie. W przypadku jednak gdyby spowodował, że kobieta stała się brze¬mienna, musi on nie tylko być świadomy własnej odpowiedzialności, ale musi być przez innych zachęcany do wypełnienia tej odpowiedzialności i wspierany w tym.
Oczywiście, miłość Boga wymaga, byśmy przestrzegali Jego przykazań. Nadal w dwudziestym wieku ma znaczenie to, co zawsze obowiązywało: stosunki płciowe poza małżeństwem są złe. Jeśli kochamy młodych ludzi, nie będziemy wahali .się ich uczyć tego. Zmysłowość nie jest miłością, a czystość z pomocą sakramentów świętych jest możliwa.
Jeśli uczymy autentycznej miłości życia — życia nienarodzonych, ludzi starych, kalekich, niewidomych, głuchoniemych, umysłowo upośledzonych, jeśli uczymy, że Bóg kocha każde życie, które stworzył — włączmy się w krucjat? zwalczania aborcji. Bóg-Miłość dał ludziom niewiarygodna zdolność uczestnictwa w dziele stwa¬rzania. Określamy to "prokreacją", czyli uczestnictwem, partycypacja w Boskim dziele stworzenia. Bóg-Miłość nigdy nic pragnął, aby ludzie zabijali ludzi. Miłość jest zawsze twórcza, nigdy destrukcyjna.
Jeśli resztę naszego życia poświecimy wysiłkom uratowania choćby jednego Mojżesza, jednego nienarodzonego dziecka, nasza walka, nasza krucjata nic będzie
zmarnowana i zapomniana. Popatrzmy, jeśli ktoś wejdzie do płonącego budynku lub do lodowatej wody, by uratować zagrożone dziecko, społeczeństwo nagradza takiego człowieka medalem za heroizm, za uratowanie życia. Bóg o wiele bardziej pamięta o tych, którzy w krucjacie obrony życia uratowali niejedno poczęte dziecko, i szczodrze im wynagrodzi.
Winniśmy nieustannie modlić się do Matki Bożej, Matki Jezusa i Matki naszej. Ona znała wszystkie niepokoje i przykrości, które towarzysza kobiecie ciężarnej -Ona spotkała się z niezrozumieniem otoczenia, była zdziwieniem dla niego tylko z tego powodu, że znalazła się jako Panna w stanie błogosławionym. Znała ubóstwo i bezdomność — swoje Dzieciątko powiła w żłobie. Wiele wycierpiała. Ona najlepiej zna cierpienie.
Módlmy się również do św. Józefa. Prośmy go o opiekę nad nienarodzonymi. Bóg wybrał go na opiekuna Maryi i Dzieciątka Jezus. Prośmy św. Józefa, by mężczyznom przypominał o odpowiedzialności za poczęte życie, by nie opuszczali ciężarnej matki i samych dzieci. Brzemienność Maryi stanowiła ogromny problem dla tego Męża sprawiedliwego — chciał nawet Ją potajemnie opuścić. W końcu jednak zrozumiał, że tego nie wolno mu zrobić.
Wreszcie, niech każdy z nas codziennie odmówi parę Zdrowasiek w intencji życia — życia poczętego. Niech każdy z nas w tej intencji podejmie choćby małą pokutę: zrezygnuje ze słodyczy, z filiżanki kawy czy z czegokolwiek. Taka pokuta nie wymaga wcale organizacji, wielkiego ruchu czy krucjaty. Może ona jednak poruszyć i skruszyć góry strachu, znieczulicy, ignorancji lub wrogości wobec poczętego życia.
Nie popierajmy śmierci. Wybierajmy życie, jak Mojżesz, jak Bożarodzicielka, Najświętsza Panna Maryja, z którą wielbimy Chrystusa Odkupiciela — Odkupiciela każdego życia, każdego człowieka i całego świata.
w ramach programu
GODZINY RÓŻAŃCOWEJ O. JUSTYNA
30 grudnia 1990
WYBIERAJCIE ŻYCIE
(O ratowaniu poczętego życia)
Witam Was Zacni Rodacy i Miłe Rodaczki staropolskim Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Tajemnicę nieprawości ludzkiego serca można poznać jedynie drogą analogii, drogą podobieństwa. Biblia mówi o tym ukazując obraz potopu, tragedie Sodomy i Gomory, nieszczęście niewoli politycznej lub grozę strasznej choroby trądu.
Dziś takim zagrożeniem, zrozumiałym dla coraz większej liczby ludzi, jest aborcja, zabijanie poczętych dzieci. Są one niszczone przez człowieka dorosłego i nikt inny nie ponosi za to winy, jak tylko człowiek. Świat prawa i życia, sprawiedliwości, prawdy, dobra i życzliwości został skażony przez grzech przerywania ciąży.
Ks. kard. John O'Connor wystosował z tej okazji specjalne przesłanie — list pasterski. Wzywa w nim do uczczenia daru życia i do refleksji nad naszą postawą wobec poczętych dzieci, wobec ludzkiego życia we wszystkich okresach jego wzrostu i rozwoju. Kardynał zaprasza nas jednocześnie do modlitwy, aby Bóg błogosławił naszym wspólnym wysiłkom wokół sprawy dowartościowania ludzkiego życia i wyz¬wolenia tego narodu i całego świata od szatana aborcji.
W dzisiejszej pogadance podani większe fragmenty listu ks. kard. O'Connor, którym nadaję tytuł:
WYBIERAJCIE ŻYCIE
(O ratowaniu poczętego życia)
Wolność wyboru
Patriarcha Mojżesz widział te sprawę bardzo jasno. Gdy zbliżał się ku śmierci, wezwał do siebie cały lud i powiedział:
"Patrz! Kładę przed tobą życie i szczęście, śmierć i nieszczęście- (. . .) Biorę dziś przeciwko wam na świadków niebo i ziemie, kładę przed wami życie i śmierć, błogosławieństwo i przekleństwo. Wybierajcie więc życie, abyście wy i wasze potomstwo żyli" (Pwt 30, 15. 19).
Mojżesz dobrze wiedział, co oznacza wolność wyboru. W czasie jego urodzin obowiązywało w Egipcie prawo, które nakazywało zabijać wszystkie nowo narodzone dzieci żydowskie rodzaju męskiego i wrzucać je do Nilu. Ten nakaz dotyczył bezpośrednio położne. Przez nieposłuszeństwo prawu mogły stracić swoje życie. Jednak Pismo Święte mówi: "Lecz położne bały się Boga i nie wykonały rozkazu króla egipskiego, pozostawiając przy życiu nowo narodzonych chłopców" (Wj l, 17).
Jednym z tych nowo narodzonych chłopców, którego one uratowały, był Moj¬żesz. Gdy dorósł, wyprowadził Izraelitów z niewoli egipskiej i poprowadził ich do Ziemi Obiecanej. Nic dziwnego, że Mojżesz przy końcu swoich dni ziemskich, powiedział do swojego ludu: "Wybierajcie życie".
Dziś wiele mówi się o prawie do wolnego wyboru. To dobrze. Świadczy to o tym, że zaczynamy rozumieć istotę ludzka. Każdy człowiek ma wolną wole, czyli posiada wolność w podejmowaniu decyzji, wyboru. Jednocześnie Bóg dał nam zdolność rozumowania, wyciągania wniosków, zastanawiania się. Oba dary idą w parze. Mamy wybierać to, co jest rozsądne, rozważne. Można nazwać to zdrowym rozsądkiem. Kiedy widzimy, że ktoś robi coś nierozważnego, nieracjonalnego, mówimy, że postępuje źle.
N ikt nie może więc twierdzić, że czymś rozsądnym dla matki jest wybór śmierci dla jej własnego dziecka. Gdyby matka zdawała sobie sprawę z tego, co robi, tzn. gdyby wybrała śmierć dla swego dziecka, byłoby to czymś dla niej nienaturalnym. Naturalnym wyborem jest życie.
Dzięki Bogu rząd Stanów Zjednoczonych uznaje prawo do wolnego wyboru. Ale dzięki Bogu także, iż ten rząd ogranicza wolny wybór, gdy ten wybór uderza w prawa innych ludzi.
Znamy z historii Ameryki tragiczny okres, kiedy rząd zlekceważył te sprawę, podejmując jedną z najbardziej nikczemnych decyzji — decyzję reprezentowaną przez Dreda Scotta. Decyzja ta dotyczyła wolnego wyboru (pro-choice) w sprawie niewolnictwa. Główny sędzia Sadu Najwyższego Taney osobiście był przeciwny niewolnictwu. Mimo to orzekł, że niewolnicy nie są obywatelami i nie mogą stać się nimi. Stąd nie może chronić ich Konstytucja. Był to rok 1856.
Nieszczęsna uchwala
Podobnie w roku 1973 Sąd Najwyższy wyszedł tragicznie z tej samej zasady rządu —poczętych dzieci nie można nazwać obywatelami, ponieważ jeszcze się nie urodziły. Nie przysługuje im zatem prawo do ochrony przez Konstytucje. W rezultacie matka jest wolna — może wybrać śmierć dla swego nienarodzonego dziecka. Miejmy nadzieje, że w przyszłości Sad Najwyższy ogłosi te decyzję z roku 1973 jako złą.
Jak na ironię, przyczyną ogromnej liczby aborcji jest nie prawo "pro-choice", ale to, że kobiety uważają, iż nie mają wyboru. Nie wiedza, gdzie się zwrócić. Są zmieszane, zakłopotane, biedne, stojące przed widmem utraty pracy. Telefoniczna ankieta wykazała, że 91 spośród 100 kobiet, które podjęły decyzje przerwania ciąży, uczyniło tak właśnie, ponieważ uważało, że nie ma innego wyjścia. Słowem, 91 spośród 100 kobiet wiedziało, że nie powinno przerwać ciąży!
Mówi to nam. że każdy z nas musi wszystko czynić, co w jego mocy, by matkom dać inną możliwość wyboru niż aborcje. Każdy z nas musi finansowo i emocjonalnie wspierać ciężarne matki, starać się dla nich o prace, pomagać im przezwyciężać strach, niepewność i zakłopotanie. Więcej, winniśmy oklaskiwać odwagę i heroizm tych matek, które dla swych poczętych dzieci poświeciły karierę, naraziły się na przykrości i cierpienia, aby tylko zachować poczęte życie.
Jednocześnie musimy dostrzec szczerość tych, którzy nie zgadzają się z nami, a nawet poważnie krytykują. Wielu sadzi, że aborcja jest najlepszym interesem dla kobiety lub rodziny. Są tacy rodzice, którzy uważają, że aborcja jest jedynym wyjściem dla ich młodej córki, aczkolwiek uznają aborcje za zło. Wielu ludzi rzeczywiście nie wierzy, że dziecko nienarodzone jest naprawdę człowiekiem w popieraniu aborcji nie widzi niczego złego. Tacy ludzie z pewnością nie wypadli z miłości Boga. Oczywiście, my, którzy szanujemy każde życie jako sprawę świętą, musimy powstrzymać się od nienawistnych i jadowitych ataków na tych, którzy nie popierają naszego stanowiska. Nigdy nie mamy prawa ich nie kochać.
Będąc nieskończenie delikatnymi, współczującymi i uprzejmymi wobec kobiety lub młodej dziewczyny, która jest ofiarą aborcji, nie możemy jednak zatajać prawdy, że przerywanie ciąży jest zabójstwem niewinnej małej istoty ludzkiej. Nauka nie pozostawia najmniejszej wątpliwości, że poczęte życie jest istota ludzką. Zatem naturalnym wyborem jest życie, a nie śmierć.
Miłość kluczem do rozwiązania problemu aborcji
Ostateczna odpowiedź na problem przerywania ciąży znajduje się w pojęciu miłości. Miłość jest czymś bezinteresownym, ukierunkowaniem na dawanie. Jezus mówi, że nie ma większej miłości niż życie swoje oddać za drugich,
Są rodzice, którzy usiłują zachęcić córkę do usunięcia ciąży, ponieważ — jak twierdzą — kochają ja. Czyż nie byłoby czymś wspanialszym, gdyby kierując się miłością zachęcali córkę do zachowania własnego dziecka? Wydaje się, że rodzice winni pytać się samych siebie, czy myślą o własnej córce, czy też myślą o sobie. Czy kierują się autentyczną, bezinteresowną miłością, czy leż miłością własną, egoistyczna? Czy ich miłość do córki jest prawdziwa miłością?
W szczególny sposób mężczyzna powinien zrozumieć świętość swego własnego ciała i ciała kobiety. Powinien zrozumieć, że stosunki płciowe są dozwolone wyłącznie w małżeństwie. W przypadku jednak gdyby spowodował, że kobieta stała się brze¬mienna, musi on nie tylko być świadomy własnej odpowiedzialności, ale musi być przez innych zachęcany do wypełnienia tej odpowiedzialności i wspierany w tym.
Oczywiście, miłość Boga wymaga, byśmy przestrzegali Jego przykazań. Nadal w dwudziestym wieku ma znaczenie to, co zawsze obowiązywało: stosunki płciowe poza małżeństwem są złe. Jeśli kochamy młodych ludzi, nie będziemy wahali .się ich uczyć tego. Zmysłowość nie jest miłością, a czystość z pomocą sakramentów świętych jest możliwa.
Jeśli uczymy autentycznej miłości życia — życia nienarodzonych, ludzi starych, kalekich, niewidomych, głuchoniemych, umysłowo upośledzonych, jeśli uczymy, że Bóg kocha każde życie, które stworzył — włączmy się w krucjat? zwalczania aborcji. Bóg-Miłość dał ludziom niewiarygodna zdolność uczestnictwa w dziele stwa¬rzania. Określamy to "prokreacją", czyli uczestnictwem, partycypacja w Boskim dziele stworzenia. Bóg-Miłość nigdy nic pragnął, aby ludzie zabijali ludzi. Miłość jest zawsze twórcza, nigdy destrukcyjna.
Jeśli resztę naszego życia poświecimy wysiłkom uratowania choćby jednego Mojżesza, jednego nienarodzonego dziecka, nasza walka, nasza krucjata nic będzie
zmarnowana i zapomniana. Popatrzmy, jeśli ktoś wejdzie do płonącego budynku lub do lodowatej wody, by uratować zagrożone dziecko, społeczeństwo nagradza takiego człowieka medalem za heroizm, za uratowanie życia. Bóg o wiele bardziej pamięta o tych, którzy w krucjacie obrony życia uratowali niejedno poczęte dziecko, i szczodrze im wynagrodzi.
Winniśmy nieustannie modlić się do Matki Bożej, Matki Jezusa i Matki naszej. Ona znała wszystkie niepokoje i przykrości, które towarzysza kobiecie ciężarnej -Ona spotkała się z niezrozumieniem otoczenia, była zdziwieniem dla niego tylko z tego powodu, że znalazła się jako Panna w stanie błogosławionym. Znała ubóstwo i bezdomność — swoje Dzieciątko powiła w żłobie. Wiele wycierpiała. Ona najlepiej zna cierpienie.
Módlmy się również do św. Józefa. Prośmy go o opiekę nad nienarodzonymi. Bóg wybrał go na opiekuna Maryi i Dzieciątka Jezus. Prośmy św. Józefa, by mężczyznom przypominał o odpowiedzialności za poczęte życie, by nie opuszczali ciężarnej matki i samych dzieci. Brzemienność Maryi stanowiła ogromny problem dla tego Męża sprawiedliwego — chciał nawet Ją potajemnie opuścić. W końcu jednak zrozumiał, że tego nie wolno mu zrobić.
Wreszcie, niech każdy z nas codziennie odmówi parę Zdrowasiek w intencji życia — życia poczętego. Niech każdy z nas w tej intencji podejmie choćby małą pokutę: zrezygnuje ze słodyczy, z filiżanki kawy czy z czegokolwiek. Taka pokuta nie wymaga wcale organizacji, wielkiego ruchu czy krucjaty. Może ona jednak poruszyć i skruszyć góry strachu, znieczulicy, ignorancji lub wrogości wobec poczętego życia.
Nie popierajmy śmierci. Wybierajmy życie, jak Mojżesz, jak Bożarodzicielka, Najświętsza Panna Maryja, z którą wielbimy Chrystusa Odkupiciela — Odkupiciela każdego życia, każdego człowieka i całego świata.
Święta noc, cicha noc
Radiowe przemówienie wygłoszone przez O. Korneliana Dende, OFMConv.
w ramach programu
GODZINY RÓŻAŃCOWEJ O. JUSTYNA
23 grudnia 1990
ŚWIĘTA NOC, CICHA NOC
Witam Was Zacni Rodacy i Miłe Rodaczki staropolskim Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Ludziom, którzy przeżyli wojnę, okupacje hitlerowską, obozy koncentracyjne, czasy stalinowskiego terroru, noc kojarzy się z tym, co najgorsze, najpodlejsze, najbrzydsze. Noc jako czas rewizji, aresztowań i śledztwa. Noc stanu wojennego, zabójstwa księdza Jerzego Popiełuszki, bratobójczych walk, gwałcenia niezbywalnych praw osoby ludzkiej. Noc jako czas zakłamania, zdrady i grabieży. I noc — głęboka noc historycznego adwentu, która zaczęła się w momencie, kiedy człowiek zawierzył szatanowi, "kłamcy i ojcu wszelkiego kłamstwa".
A jednak była taka noc, która nie wytrzymała konfrontacji ze światłem — symbolem prawdy, dobra i sprawiedliwości. Była taka noc, kiedy szatan musiał zakryć swe oblicze. Była taka noc, kiedy aniołowie o jaśniejących obliczach uwielbili Boga słowami: "Chwała Bogu na wysokościach, a na ziemi pokój ludziom Jego upodobania" (Łk 2, 14). Pochylmy się nad treścią i bogactwem tej niezwykłej nocy — jedynej w całej historii ludzkiej — w pogadance pt.
ŚWIĘTA NOC, CICHA NOC
Święta noc
O co chodzi w te niezwykłą, świętą noc? W te świętą noc chodzi o jedno konkretne Dzieciątko. O Syna Bożego, który stał się człowiekiem, o Jego narodziny. Wszystko inne w te noc, w tym dniu: choinka ze świeczkami, święty Mikołaj z prezentami, podniecenie dzieci, kolędy, szopki po kościołach — czerpie swój żywot z Bożego Narodzenia. "Boże Narodzenie" oznacza, że On przyszedł, że uczynił noc jasną, że "rozżarzyły się niebiosa, rozświetliła się ziemia". Że noc naszych ciemności, okrutną noc naszych leków i poczucia beznadziejności uczynił nocą święta. To właśnie oznacza "Boże Narodzenie". Chwila, w której to się dokonało, powinna poprzez to święto pozostać rzeczywistością również w naszym sercu i w naszej duszy.
Gdybyśmy na narodziny tego Dzieciątka z dzisiejszego święta patrzyli jedynie z perspektywy czasu, moglibyśmy o Nim, jak i o sobie, powiedzieć ze smutkiem i goryczą tylko to, co czytamy w czternastym rozdziale Księgi Hioba: "Człowiek z kobiety zrodzony krótkich jest dni i pełen troski. Jak kwiat wyrasta i więdnie, jak cień umyka i nie ostaje się" (przekład Cz. Miłosza). Sami z siebie i dla siebie jesteśmy zagadką — na wieki straszliwą zagadką, w dodatku — śmiertelna. Sami z siebie jesteśmy rachunkiem, co się nigdy nie zgadza: wtrąceni w czas, w którym wszystko się rozpływa, obarczeni mozołem i ryzykiem ciągłych zawodów, będący sami dla siebie udręką i karą za własną winę, naznaczeni piętnem śmierci w momencie urodzenia, niepewni i zaszczuci, ale zamykający na to wszystko oczy.
Kiedy jednak z trzeźwą, zdecydowaną i odważną wiarą śpiewamy: "Bóg się rodzi, noc truchleje", to mówimy przez to zarazem: Bóg przemienił to wszystko, co nazywamy światem i naszym życiem, On wszystkiemu nadał sens i cel, On skończył z maksymą starożytnego mędrca: "Nic nowego pod słońcem" (Nihil novi sub sole) i z przerażającą tezą filozofa o wiecznym nawrocie, o odwiecznym falowaniu dziejów w zamkniętym kręgu bez celu i kierunku. Odtąd nasza noc, nasza straszliwa, zimna i pusta noc, grożąca ciału i duchowi skostnieniem, stała się nocą świętą. Bo oto Pan jest z nami. Pan stworzenia i mego życia. Nie spogląda już z wyżyn swego przedwiecznego bytu na moje życie upływające w dolinie płaczu. "Wzgardzony okryty chwałą, śmiertelny Król na wiekami, a Słowo ciałem się stało i mieszkało miedzy nami". Zespoliło wieczność z czasem, moc ze słabością, Bóstwo z człowieczeństwem.
Jasna noc
Bóg przemienił naszą doczesność. Przez to, że On — Światłość ze Światłości, Bóg prawdziwy z Boga prawdziwego — stał się człowiekiem. Odtąd świat i jego los obchodzi Go osobiście. Teraz świat jest nie tylko Jego dziełem, lecz cząstką Jego samego. Teraz nie przygląda się On już tylko biegowi świata, lecz sam jest w nim, sam czuje się tak, jak my się czujemy. Teraz spada na Niego nasz los, nasza ziemska radość i nasza własna nędza. Teraz nie potrzebujemy Go już szukać w bezkresie niebios. Teraz On sam jest mieszkańcem naszej ziemi, na której wiedzie Mu się nie lepiej niż nam, na której przypada Mu nie jakiś uprzywilejowany status, lecz dola nas wszystkich: głód, znużenie, ludzka wrogość, lek przed śmiercią i marny zgon. I ta prawda, to światło wiary czyni nasze noce jasnymi, sprawia święte noce.
Bóg przyszedł do nas. I jest tutaj. I stąd wszystko jest inne. Czas zmierza już ku określonej wieczności, u progu której staniemy przed odsłoniętym obliczem Boga. Kiedy mówimy: Jest Boże Narodzenie, to mówimy jednocześnie: W Słowie wcielonym Bóg wyrzekł w świat swoje ostatnie, swoje najgłębsze, swoje najpiękniejsze słowo — słowo, którego już nie można cofnąć, bo jest ono samym Bogiem w świecie. A słowo to brzmi: Kocham ciebie, świecie, i ciebie, człowiecze. Jest to słowo całkiem nieoczekiwane, całkiem nieprawdopodobne. To wcielone słowo miłości mówi, że miedzy przedwiecznym Bogiem a nami ma istnieć jedność, wspólnota oko w oko, serce w serce, a nawet że już istnieje.
To słowo wyrzekł Bóg w narodzinach swego Syna.
Cicha noc
Po świętej nocy nastał czas zupełnej ciszy, która się zwie historią po narodzeniu Chrystusa. To chwila milczenia Boga, w której człowiek ma z kolei wypowiedzieć swoje słowo — słowo poddania się Bożej miłości. "Boże Narodzenie" znaczy tyle co: Bóg przyszedł do nas — przyszedł zaś tak, by powrócić do swojej własnej wspaniałej chwały już tylko razem ze światem i z nami. Przez narodzenie tego Dzieciątka wszystko się zmieniło, wszystko zmierza pod naporem miłości przed Boże oblicze, gdzie jednak świat wcale nie musi doszczętnie spłonąć od ognia świętości i sprawiedliwości. „Każdą łzę otrze Bóg z naszych oczu" (Ap 7, 17). Wszystkie wyschną u źródła, bowiem płakał nimi również sam Bóg i już ze swych oczu otarł. Wszelka nadzieja już jest właściwie posiadaniem, bo świat posiadł już Boga. Noc świata stała się już jasna. To nasze uparte i słabe serce nie chce tylko przyznać, że północ już minęła i że poprzez mrok prześwituje już dzień, co nigdy nie zajdzie.
Dlatego święto Bożego Narodzenia nie jest jedynie chwilą podniosłego nastroju, dziecięcą romantyką i drobnomieszczańskim duchowym komfortem. Jest ono wyznaniem i wiara — która jedna tylko człowieka usprawiedliwia — że Bóg powstał i przemówił już swoje ostatnie, najpiękniejsze słowo w dramacie dziejów. Świat może sobie jeszcze dyskutować i spierać się, ale niczego już to nie zmieni. Świętowanie Bożego Narodzenia może być tylko echem owego słowa w głębi naszej istoty — echem, którym na słowo Boga wypowiadamy pełne wiary "amen", "niech się tak stanie, jak Ty, Boże, chcesz". Jeśli to "amen" na słowo Bożej miłości wypowie nie tylko blask świeczek, radość dzieci i zapach choinki, lecz samo serce, wtedy rzeczywiście dokona się Boże Narodzenie, nie tylko w nastroju, ale o wiele głębiej, bo w duszy.
Otwórzmy na oścież drzwi naszego serca, a Bóg przyjdzie do swej własności, tak jak w pierwszą noc Bożego Narodzenia przyszedł do własności swej wszechmocy, którą jest świat. Bo świecić Boże Narodzenie to święcić także swoje narodzenie jako dziecka Bożego. Mówił Jezus do Nikodema: "Jeśli się ktoś nie narodzi powtórnie, nie może ujrzeć królestwa Bożego" (J 3, 3). Właśnie — nie może ujrzeć. Tylko nowe narodzenie otwiera oczy i pozwala widzieć królestwo. Stare oczy są ociężałe, zakrywa je łuska, nawet patrząc na Chrystusa, mogą Go nie rozpoznać, podobnie jak dwaj uczniowie w drodze do Emaus. Jezus przekonywał Nikodema: "Trzeba wam się powtórnie narodzić" (J 3,7). Św. Jan wyjaśnił, na czym to polega: "Każdy, kto się narodził z Boga, nie grzeszy, gdyż trwa w nim siła ziarna Bożego; taki nie może grzeszyć, bo się narodził z Boga" (l J 3, 9).
A wtedy Bóg powie nam to, co przez swoje łaski płynące narodzenie powiedział już całemu światu: Oto jestem — jestem przy tobie, zawsze. Jestem twoim życiem, twoim czasem, posępnym mrokiem twojej codzienności. Czemu nie chcesz go znosić? Ja płaczę twoimi łzami — płacz nimi wraz ze mną, moje dziecko. Ja jestem twoją radością — nie lękaj się być radosny, bo radość jest postawą życiową bardziej stosowną niż lek i smutek. Jestem w twojej udręce, bo sam ją cierpiałem, a teraz jest ona przemieniona, ale nie wymazana z mego ludzkiego serca. Jestem w twoich najgłębszych upadkach, bo dziś zacząłem zstępować do piekieł. Zaprawdę powiadam wam, że moje życie ziemskie nie było łatwiejsze ani mniej niebezpieczne niż wasze. I zapewniam was, że skończyło się szczęśliwie. Od kiedy stałem się waszym bratem, jesteście mi tak bliscy, jak ja sam sobie. Biorąc na siebie człowiecze życie, przyjąłem w siebie was. Jako jeden z was, jako nowy początek, zwyciężyłem. Nie zapominajcie, że waszą prawdziwą przyszłością jest moja teraźniejszość. Jestem tutaj. Nie odejdę już z tego świata, chociaż w tej chwili mnie nie widzicie.
Jest Boże Narodzenie. Jest bożonarodzeniowa święta, jasna i cicha noc, która pozostanie na wieki. Nie bądźmy już mieszkańcami "krainy mroków" — w Betlejem zabłysło nam przecież wielkie Światło. Bądźmy synami Światłości. Niech nikt nie będzie głuchy na zaproszenie tego Światła, tej Bożej Dzieciny z Betlejem. Zacznijmy na nowo przeżywać nasza wiarę, nasze modlitwy i sens naszej pracy, radośnie śpie¬wając kolędę "Cicha noc, święta noc". Niech nasze serca otrząsną się z oziębłości, niech uwolnią się od słabości, niech się rozgrzeją niewypowiedziana miłością Boga wcielonego ku ludziom. "Narodził się Zbawiciel, tego świata Odkupiciel!". Ten apel dobrze oddają słowa wielkiego poety polskiego, Stanisława Wyspiańskiego, z "Wyzwolenia". Tym apelem kończę dzisiejsza pogadankę:
"Boże Narodzenie — ta noc jest dla nas święta.
Niech idą w zapomnienia niewoli gnuśne peta.
Daj nam poczucie siły, o Boże, i Polskę daj nam żywą,
by losy się spełniły nad ziemia ta. szczęśliwą!
Jest tyle sił w narodzie, jest tyle mnogo ludzi.
Niechże w nich Duch Twój wstąpi i śpiących niech obudzi".
w ramach programu
GODZINY RÓŻAŃCOWEJ O. JUSTYNA
23 grudnia 1990
ŚWIĘTA NOC, CICHA NOC
Witam Was Zacni Rodacy i Miłe Rodaczki staropolskim Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Ludziom, którzy przeżyli wojnę, okupacje hitlerowską, obozy koncentracyjne, czasy stalinowskiego terroru, noc kojarzy się z tym, co najgorsze, najpodlejsze, najbrzydsze. Noc jako czas rewizji, aresztowań i śledztwa. Noc stanu wojennego, zabójstwa księdza Jerzego Popiełuszki, bratobójczych walk, gwałcenia niezbywalnych praw osoby ludzkiej. Noc jako czas zakłamania, zdrady i grabieży. I noc — głęboka noc historycznego adwentu, która zaczęła się w momencie, kiedy człowiek zawierzył szatanowi, "kłamcy i ojcu wszelkiego kłamstwa".
A jednak była taka noc, która nie wytrzymała konfrontacji ze światłem — symbolem prawdy, dobra i sprawiedliwości. Była taka noc, kiedy szatan musiał zakryć swe oblicze. Była taka noc, kiedy aniołowie o jaśniejących obliczach uwielbili Boga słowami: "Chwała Bogu na wysokościach, a na ziemi pokój ludziom Jego upodobania" (Łk 2, 14). Pochylmy się nad treścią i bogactwem tej niezwykłej nocy — jedynej w całej historii ludzkiej — w pogadance pt.
ŚWIĘTA NOC, CICHA NOC
Święta noc
O co chodzi w te niezwykłą, świętą noc? W te świętą noc chodzi o jedno konkretne Dzieciątko. O Syna Bożego, który stał się człowiekiem, o Jego narodziny. Wszystko inne w te noc, w tym dniu: choinka ze świeczkami, święty Mikołaj z prezentami, podniecenie dzieci, kolędy, szopki po kościołach — czerpie swój żywot z Bożego Narodzenia. "Boże Narodzenie" oznacza, że On przyszedł, że uczynił noc jasną, że "rozżarzyły się niebiosa, rozświetliła się ziemia". Że noc naszych ciemności, okrutną noc naszych leków i poczucia beznadziejności uczynił nocą święta. To właśnie oznacza "Boże Narodzenie". Chwila, w której to się dokonało, powinna poprzez to święto pozostać rzeczywistością również w naszym sercu i w naszej duszy.
Gdybyśmy na narodziny tego Dzieciątka z dzisiejszego święta patrzyli jedynie z perspektywy czasu, moglibyśmy o Nim, jak i o sobie, powiedzieć ze smutkiem i goryczą tylko to, co czytamy w czternastym rozdziale Księgi Hioba: "Człowiek z kobiety zrodzony krótkich jest dni i pełen troski. Jak kwiat wyrasta i więdnie, jak cień umyka i nie ostaje się" (przekład Cz. Miłosza). Sami z siebie i dla siebie jesteśmy zagadką — na wieki straszliwą zagadką, w dodatku — śmiertelna. Sami z siebie jesteśmy rachunkiem, co się nigdy nie zgadza: wtrąceni w czas, w którym wszystko się rozpływa, obarczeni mozołem i ryzykiem ciągłych zawodów, będący sami dla siebie udręką i karą za własną winę, naznaczeni piętnem śmierci w momencie urodzenia, niepewni i zaszczuci, ale zamykający na to wszystko oczy.
Kiedy jednak z trzeźwą, zdecydowaną i odważną wiarą śpiewamy: "Bóg się rodzi, noc truchleje", to mówimy przez to zarazem: Bóg przemienił to wszystko, co nazywamy światem i naszym życiem, On wszystkiemu nadał sens i cel, On skończył z maksymą starożytnego mędrca: "Nic nowego pod słońcem" (Nihil novi sub sole) i z przerażającą tezą filozofa o wiecznym nawrocie, o odwiecznym falowaniu dziejów w zamkniętym kręgu bez celu i kierunku. Odtąd nasza noc, nasza straszliwa, zimna i pusta noc, grożąca ciału i duchowi skostnieniem, stała się nocą świętą. Bo oto Pan jest z nami. Pan stworzenia i mego życia. Nie spogląda już z wyżyn swego przedwiecznego bytu na moje życie upływające w dolinie płaczu. "Wzgardzony okryty chwałą, śmiertelny Król na wiekami, a Słowo ciałem się stało i mieszkało miedzy nami". Zespoliło wieczność z czasem, moc ze słabością, Bóstwo z człowieczeństwem.
Jasna noc
Bóg przemienił naszą doczesność. Przez to, że On — Światłość ze Światłości, Bóg prawdziwy z Boga prawdziwego — stał się człowiekiem. Odtąd świat i jego los obchodzi Go osobiście. Teraz świat jest nie tylko Jego dziełem, lecz cząstką Jego samego. Teraz nie przygląda się On już tylko biegowi świata, lecz sam jest w nim, sam czuje się tak, jak my się czujemy. Teraz spada na Niego nasz los, nasza ziemska radość i nasza własna nędza. Teraz nie potrzebujemy Go już szukać w bezkresie niebios. Teraz On sam jest mieszkańcem naszej ziemi, na której wiedzie Mu się nie lepiej niż nam, na której przypada Mu nie jakiś uprzywilejowany status, lecz dola nas wszystkich: głód, znużenie, ludzka wrogość, lek przed śmiercią i marny zgon. I ta prawda, to światło wiary czyni nasze noce jasnymi, sprawia święte noce.
Bóg przyszedł do nas. I jest tutaj. I stąd wszystko jest inne. Czas zmierza już ku określonej wieczności, u progu której staniemy przed odsłoniętym obliczem Boga. Kiedy mówimy: Jest Boże Narodzenie, to mówimy jednocześnie: W Słowie wcielonym Bóg wyrzekł w świat swoje ostatnie, swoje najgłębsze, swoje najpiękniejsze słowo — słowo, którego już nie można cofnąć, bo jest ono samym Bogiem w świecie. A słowo to brzmi: Kocham ciebie, świecie, i ciebie, człowiecze. Jest to słowo całkiem nieoczekiwane, całkiem nieprawdopodobne. To wcielone słowo miłości mówi, że miedzy przedwiecznym Bogiem a nami ma istnieć jedność, wspólnota oko w oko, serce w serce, a nawet że już istnieje.
To słowo wyrzekł Bóg w narodzinach swego Syna.
Cicha noc
Po świętej nocy nastał czas zupełnej ciszy, która się zwie historią po narodzeniu Chrystusa. To chwila milczenia Boga, w której człowiek ma z kolei wypowiedzieć swoje słowo — słowo poddania się Bożej miłości. "Boże Narodzenie" znaczy tyle co: Bóg przyszedł do nas — przyszedł zaś tak, by powrócić do swojej własnej wspaniałej chwały już tylko razem ze światem i z nami. Przez narodzenie tego Dzieciątka wszystko się zmieniło, wszystko zmierza pod naporem miłości przed Boże oblicze, gdzie jednak świat wcale nie musi doszczętnie spłonąć od ognia świętości i sprawiedliwości. „Każdą łzę otrze Bóg z naszych oczu" (Ap 7, 17). Wszystkie wyschną u źródła, bowiem płakał nimi również sam Bóg i już ze swych oczu otarł. Wszelka nadzieja już jest właściwie posiadaniem, bo świat posiadł już Boga. Noc świata stała się już jasna. To nasze uparte i słabe serce nie chce tylko przyznać, że północ już minęła i że poprzez mrok prześwituje już dzień, co nigdy nie zajdzie.
Dlatego święto Bożego Narodzenia nie jest jedynie chwilą podniosłego nastroju, dziecięcą romantyką i drobnomieszczańskim duchowym komfortem. Jest ono wyznaniem i wiara — która jedna tylko człowieka usprawiedliwia — że Bóg powstał i przemówił już swoje ostatnie, najpiękniejsze słowo w dramacie dziejów. Świat może sobie jeszcze dyskutować i spierać się, ale niczego już to nie zmieni. Świętowanie Bożego Narodzenia może być tylko echem owego słowa w głębi naszej istoty — echem, którym na słowo Boga wypowiadamy pełne wiary "amen", "niech się tak stanie, jak Ty, Boże, chcesz". Jeśli to "amen" na słowo Bożej miłości wypowie nie tylko blask świeczek, radość dzieci i zapach choinki, lecz samo serce, wtedy rzeczywiście dokona się Boże Narodzenie, nie tylko w nastroju, ale o wiele głębiej, bo w duszy.
Otwórzmy na oścież drzwi naszego serca, a Bóg przyjdzie do swej własności, tak jak w pierwszą noc Bożego Narodzenia przyszedł do własności swej wszechmocy, którą jest świat. Bo świecić Boże Narodzenie to święcić także swoje narodzenie jako dziecka Bożego. Mówił Jezus do Nikodema: "Jeśli się ktoś nie narodzi powtórnie, nie może ujrzeć królestwa Bożego" (J 3, 3). Właśnie — nie może ujrzeć. Tylko nowe narodzenie otwiera oczy i pozwala widzieć królestwo. Stare oczy są ociężałe, zakrywa je łuska, nawet patrząc na Chrystusa, mogą Go nie rozpoznać, podobnie jak dwaj uczniowie w drodze do Emaus. Jezus przekonywał Nikodema: "Trzeba wam się powtórnie narodzić" (J 3,7). Św. Jan wyjaśnił, na czym to polega: "Każdy, kto się narodził z Boga, nie grzeszy, gdyż trwa w nim siła ziarna Bożego; taki nie może grzeszyć, bo się narodził z Boga" (l J 3, 9).
A wtedy Bóg powie nam to, co przez swoje łaski płynące narodzenie powiedział już całemu światu: Oto jestem — jestem przy tobie, zawsze. Jestem twoim życiem, twoim czasem, posępnym mrokiem twojej codzienności. Czemu nie chcesz go znosić? Ja płaczę twoimi łzami — płacz nimi wraz ze mną, moje dziecko. Ja jestem twoją radością — nie lękaj się być radosny, bo radość jest postawą życiową bardziej stosowną niż lek i smutek. Jestem w twojej udręce, bo sam ją cierpiałem, a teraz jest ona przemieniona, ale nie wymazana z mego ludzkiego serca. Jestem w twoich najgłębszych upadkach, bo dziś zacząłem zstępować do piekieł. Zaprawdę powiadam wam, że moje życie ziemskie nie było łatwiejsze ani mniej niebezpieczne niż wasze. I zapewniam was, że skończyło się szczęśliwie. Od kiedy stałem się waszym bratem, jesteście mi tak bliscy, jak ja sam sobie. Biorąc na siebie człowiecze życie, przyjąłem w siebie was. Jako jeden z was, jako nowy początek, zwyciężyłem. Nie zapominajcie, że waszą prawdziwą przyszłością jest moja teraźniejszość. Jestem tutaj. Nie odejdę już z tego świata, chociaż w tej chwili mnie nie widzicie.
Jest Boże Narodzenie. Jest bożonarodzeniowa święta, jasna i cicha noc, która pozostanie na wieki. Nie bądźmy już mieszkańcami "krainy mroków" — w Betlejem zabłysło nam przecież wielkie Światło. Bądźmy synami Światłości. Niech nikt nie będzie głuchy na zaproszenie tego Światła, tej Bożej Dzieciny z Betlejem. Zacznijmy na nowo przeżywać nasza wiarę, nasze modlitwy i sens naszej pracy, radośnie śpie¬wając kolędę "Cicha noc, święta noc". Niech nasze serca otrząsną się z oziębłości, niech uwolnią się od słabości, niech się rozgrzeją niewypowiedziana miłością Boga wcielonego ku ludziom. "Narodził się Zbawiciel, tego świata Odkupiciel!". Ten apel dobrze oddają słowa wielkiego poety polskiego, Stanisława Wyspiańskiego, z "Wyzwolenia". Tym apelem kończę dzisiejsza pogadankę:
"Boże Narodzenie — ta noc jest dla nas święta.
Niech idą w zapomnienia niewoli gnuśne peta.
Daj nam poczucie siły, o Boże, i Polskę daj nam żywą,
by losy się spełniły nad ziemia ta. szczęśliwą!
Jest tyle sił w narodzie, jest tyle mnogo ludzi.
Niechże w nich Duch Twój wstąpi i śpiących niech obudzi".
W hołdzie Kardynałowi Newmanowi
Radiowe przemówienie wygłoszone przez O. Korneliana Dende, OFMConv.
w ramach programu
GODZINY RÓŻAŃCOWEJ O. JUSTYNA
16 grudnia 1990
W HOŁDZIE KARDYNAŁOWI NEWMANOWI
Witam Was Zacni Rodacy i Miłe Rodaczki staropolskim Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Przed końcem bieżącego roku pragnę ukazać świetlaną postać i chlubę Kościoła katolickiego w Anglii, kardynała Jana Henryka Newmana. W tym roku mija setna rocznica jego śmierci. Polski teolog ks. Wojciech Życiński nazwał go "człowiekiem wszystkich epok". Tym samym tytułem określono kanclerza Anglii, świętego Tomasza More'a, w filmie pt. "The Man For All Seasons", męczennika za wiarę, ściętego toporem z rozkazu swego dawnego przyjaciela, króla Henryka VIII.
Z pewnym zadowoleniem mówi się w Anglii, że Kościół anglikański znajduje się pośrodku miedzy wiara katolicką a wiarą protestancką. Odszczepieństwo jednak pozostaje odszczepieństwem i boleśnie rani serce Jezusa, który w przededniu śmierci na krzyżu modlił się o jedność Kościoła.
Prawdziwy tytuł do chwały dla Anglii stanowią dwaj wspomniani luminarze - święty Tomasz More i kardynał Jan Henryk Newman. More przypomina, że Anglia przez dziesięć wieków była katolicka, o czym świadczą wspaniałe katedry gotyckie. Kardynał Newman po czterech wiekach herezji toruje narodowi angielskiemu drogę do jednej owczarni i jednego pasterza. Dzisiejszą pogadankę tytułuję:
W HOŁDZIE KARDYNAŁOWI NEWMANOWI
Burzliwy wiek
John Henry Newman obejmuje klamrą swego życia cały niemal dziewiętnasty wiek. Urodził się w Londynie w roku 1801. Jego ojciec, bankier londyński, pochodził z rodziny żydowskiej z Holandii, a matka, z rodziny hugenockiej. wyemigrowała z Francji, Jan Henryk, wychowany religijnie po kalwińsku przez matkę, był nad wiek rozwinięty. Już w siódmym roku życia rozczytywał się w Biblii. Mając czternaście lat przeżył, pod wpływem anty religijnej lektury, chwilowy kryzys, W wyniku którego postanowił być człowiekiem cnotliwym, ale niereligijnym. Jednakże rok później — jak pisze w swym dzienniczku — Bóg "zawrócił go z tej drogi, na której stał się podobny raczej do diabła niż do psotnego i złośliwego chłopca". Poduchowej przemianie Newman postanowi) żyć w celibacie i poświecić sje głoszeniu Ukończywszy studia w Oksfordzie (1824), przyjął anglikańskie świecenia kapłańskie i z ogromnym zaangażowaniem oddał się pracy parafialnej odnosząc duże sukcesy w głoszeniu słowa Bożego. Jednocześnie z wielkim zamiłowaniem poświęcał się pracy naukowej. Będąc z natury samotnikiem, bardzo wrażliwym i subtelnym, pasjonował się muzykg.
Wiek XIX był bardzo burzliwy. Uczeni współcześni Newmanowi tacy, jak: Charles Robert Darwin, Karol Marks i Zygmunt Freud, kierowali świat na drogę ateizmu, który osiągnął swój szczyt w komunizmie za naszych czasów.
Newman ze zgroza patrzył, jak liberalizm, 10 dziecko racjonalizmu, niby huragan w wtargnął w dziedziny życia religijnego zarówno katolików i protestantów, jak żydów, buddystów i mahometan. Idąc naturalnym głosem wolności liberalizm zmiął wyzwolenia się spod nadprzyrodzonych prawd i nakazów Bożych. Sytuację, jaka wówczas panowała, zobrazowuje liberalizm, który w Kościele katolickim przyjął nazwę modernizmu. Jego zwolennikami byli najczęściej wykładowcy na uniwersytetach i w seminariach. Chcieli oni przystosować doktrynę katolicka i organizację Kościoła do współczesnego świata, opierając się na zasadzie, że istotę przeżycia religijnego stanowi uczucie. Według modernistów wszystkie religie są prawdziwe, stąd należy znieść niezmienność dogmatów, dokonać zmian w oparciu o opinie publiczny, odrzucić przestarzałe obrzędy i praktyki religijne, znieść zakony kontemplacyjne i celibat księży oraz wprowadzić demokratyczne formy zarządzania Kościołem. Te błędy, potępione przez papieża Piusa X, odżyły w naszym stuleciu po Soborze Watykańskim II, stajać się zmorą dla całego Kościoła.
Ruch oksfordzki
Newman po ukończeniu studiów, chcąc przeciwdziałać szerzącemu się w jego ojczyźnie liberalizmowi, postanowił przyczynić się do odrodzenia wiary anglikańskiej. Jego wpływu na życie ludzkie nie można porównać z rewolucyjnymi hasłami Darwina i Freuda. Jest on raczej podobny do ewangelicznego zaczynu, do drożdży spulchniających ciasto i przyspieszających proces rośnięcia.
Newmana ogarnęła świadomość, że jest powołany do wykonania szczególnej misji. "I must do it" — mówił. Nie wiedział jednak, na czym ma polegać ta misja. Doszedł w końcu do przekonania, że odrodzenie religijne i uświęcenie człowieka należy rozpocząć od siebie samego. Włączył się wówczas w lak zwany ruch oksfordzki, który jako nurt intelektualno-rekolekcyjny stawiał sobie za cel odkrywanie woli Bożej, gdyż ona nadaje kierunek życiu każdego człowieka. Członkowie ruchu przyjęli cztery niezbędne warunki ("absoluty"): czystość, uczciwość, zamiłowanie do prawdy, praktykowanie pokory oraz dawanie publicznego świadectwa wyznawanej wierze.
Ruch oksfordzki zapoczątkował masowe przejścia z Kościoła anglikańskiego na katolicyzm, a to głównie dzięki temu, że Newman, który wybił się na czoło ruchu, szukając mocnego poparcia dla wiary, skierował swój wzrok na Kościół Chrystusa z pierwszych wieków. On i jego koledzy z pasją oddali się studiowaniu dziel Ojców Kościoła, a swoje wyniki ogłaszali w "Traktatach na czasie". Pogłębione studia nad Ojcami Kościoła doprowadziły Newmana do przekonania, że Kościół katolicki najlepiej przechowuje skarb wiary i że protestanci, uważający Biblie za jedyne źródło wiary, są w błędzie. W pismach Ojców znajdywał jeszcze drugie źródło wiary — tradycje, czyli ustne podanie, nie notowane w Ewangeliach ze względu na pow¬szechność i czystość praktyk religijnych, w których prawdy wiary się przejawiały.
Epokowe dzieło
Newmanowi pozostało jeszcze jedno zadanie do wykonania, a mianowicie rozwiązanie problemu "rzymskich innowacji", jak protestanci nazywają dogmaty katolickie, czyli prawdy wiary określone na soborach lub przez papieży, podane do wierzenia pod sankcją utraty zbawienia. Newman, chcąc zyskać czas na zbadanie tego problemu, zrzekł się obowiązków proboszcza anglikańskiego (1842) i z kilkoma przyjaciółmi udał się do Littlemore, gdzie dokończył pisania epokowego dzieła "O rozwoju doktryny chrześcijańskiej".
Od Ojców Kościoła Newman dowiedział się, że prawdy wiary należy coraz doskonalej wyrażać, formułować, a nawet drogą rozumowania wydobyć z nich to, co jest w nich ukryte, gdyż jedna rzeczywistość wyprowadzona z drugiej jest jej konsekwencją, jak na przykład to, że Jezus jako prawdziwy Bóg i prawdziwy człowiek miał dwie wole — ludzką i Boską; albo, że prawda o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Panny Maryi zawiera się w planach Bożych o Jej Boskim macierzyństwie i w pełności otrzymanej przez Nią łaski.
Badania ułatwiły Newmanowi zrozumienie rozwoju i wzrostu Kościoła. Kościół jest jak ziarno gorczyczne, które, chociaż "najmniejsze ze wszystkich nasion, gdy wzrośnie, staje się drzewem, tak że ptaki przylatują i gnieżdżą się na jego gałęziach" (Ml 13, 31). Przypowieść Jezusa wyraźnie wskazuje, że Jego Kościół będzie rósł, rozwijał się, że w istocie swojej pozostanie zawsze ten sam, choć przechodzi przez różne fazy rozwojowe, tak jak ziarno albo człowiek, który jest zawsze ten sam — w łonie matki, a potem w okresie dzieciństwa, młodości, dojrzałości i starości. Chrystus miał na myśli nie tyle rozwój liczebny Kościoła, ile przede wszystkim coraz to głębsze "zrozumienie wiary, przez które cały Kościół rośnie i rozwija się na przestrzeni wieków, wciąż po tej samej linii i w tym samym znaczeniu" (Congar).
Pan Bóg poddał wszystkie stworzenia prawom rozwoju. I dlatego w przypowieściach lubił brać przykłady z przyrody, gdzie wszystko żyje i rośnie. Ziarno pszenicy, gdy padnie na ziemie żyzną, kiełkuje, rośnie i wydaje plon stokrotny (Mt 13, 1nn). J. Newman zrozumiał więc, że na historię chrześcijaństwa nie trzeba patrzeć płasko, statycznie. Kościół nie stoi w miejscu, bez ruchu, nie jest pozbawiony dynamiki, życia. Jest on organizmem żywym. Ciałem Mistycznym, jego członkami są ludzie, a Głowa — Chrystus, Bóg, wchodząc w historie ludzką, uszanował prawa ludzkiego rozwoju i tym prawom poddał również Kościół. Wzrost Kościoła jest wspaniały, bo kieruje nim Duch Święty przez łaskę.
Warto dodać, że genialny umysł Newmana wpadł na myśl o rozwoju doktryny katolickiej piętnaście lat wcześniej niż Darwin wypracował teorie o rozwoju gatunków w przyrodzie.
Nawrócenie
Te wszystkie badania doprowadziły Newmana do Kościoła katolickiego w roku 1845. Zarówno jego przejście na katolicyzm jak i jego poglądy, wywołały zaniepokojenie i istną burze wśród protestantów i anglikanów. Cały szereg podejrzeń, zarzutów, wątpliwości, wyrazy potępienia popłynęły z wielu ust. Usunięto go z Kościoła anglikańskiego, usunięto z zajmowanych stanowisk, odebrano subsydia odwrócono się od mego jak od człowieka trędowatego. Strona katolicka była podzielona Oskarżano go o modernizm, nie wierzono w szczerość jego nawrócenia. Kres tym powątpiewaniem położył dopiero papież Leon XIII, który mianował go kardynałem Kościoła.
Zasada życia kardynała Newmana brzmiała: "Holiness first" — "Najpierw świętość". Niemal do samego końca swego życia oddawał się pracy naukowej i pisarskiej — jako prawie dziewięćdziesięcioletni staruszek pozostawił ogromną spuściznę — jakże cenną dla kultury chrześcijańskiej.
"To Ojcowie Kościoła uczynili mnie katolikiem — pisał do swego przyjaciela księdza Edwarda B. Pusey'a — i nie zamierzam odtrącać drabiny, poprzez którą wstąpiłem do Kościoła. Jest do drabina stosowna do tego celu, zarówno obecnie jak i dwadzieścia lat temu. Jakkolwiek twierdzę, że proces rozwoju prawdy apostolskiej potrzebuje czasu i w nim się dokonuje, to jednak nie zastępuje on nauczania Ojców, ale je wyjaśnia i uzupełnia".
Papież Jan Paweł II niebawem ogłosi Newmana sługą Bożym, torując mu tym samym drogę na ołtarze, a z czasem — być może — doktorem Kościoła. Kardynał Newman poruszył bowiem wiele religijnych problemów i rozbudził duchową energię, kierując się wyłącznie umiłowaniem prawdy i wiernością Chrystusowi. Nic dziwnego, że Ojciec Światy poda go za wzór współczesnym teologom, którzy tak bardzo kuszeni są hasłami liberalizmu i modernizmu.
w ramach programu
GODZINY RÓŻAŃCOWEJ O. JUSTYNA
16 grudnia 1990
W HOŁDZIE KARDYNAŁOWI NEWMANOWI
Witam Was Zacni Rodacy i Miłe Rodaczki staropolskim Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Przed końcem bieżącego roku pragnę ukazać świetlaną postać i chlubę Kościoła katolickiego w Anglii, kardynała Jana Henryka Newmana. W tym roku mija setna rocznica jego śmierci. Polski teolog ks. Wojciech Życiński nazwał go "człowiekiem wszystkich epok". Tym samym tytułem określono kanclerza Anglii, świętego Tomasza More'a, w filmie pt. "The Man For All Seasons", męczennika za wiarę, ściętego toporem z rozkazu swego dawnego przyjaciela, króla Henryka VIII.
Z pewnym zadowoleniem mówi się w Anglii, że Kościół anglikański znajduje się pośrodku miedzy wiara katolicką a wiarą protestancką. Odszczepieństwo jednak pozostaje odszczepieństwem i boleśnie rani serce Jezusa, który w przededniu śmierci na krzyżu modlił się o jedność Kościoła.
Prawdziwy tytuł do chwały dla Anglii stanowią dwaj wspomniani luminarze - święty Tomasz More i kardynał Jan Henryk Newman. More przypomina, że Anglia przez dziesięć wieków była katolicka, o czym świadczą wspaniałe katedry gotyckie. Kardynał Newman po czterech wiekach herezji toruje narodowi angielskiemu drogę do jednej owczarni i jednego pasterza. Dzisiejszą pogadankę tytułuję:
W HOŁDZIE KARDYNAŁOWI NEWMANOWI
Burzliwy wiek
John Henry Newman obejmuje klamrą swego życia cały niemal dziewiętnasty wiek. Urodził się w Londynie w roku 1801. Jego ojciec, bankier londyński, pochodził z rodziny żydowskiej z Holandii, a matka, z rodziny hugenockiej. wyemigrowała z Francji, Jan Henryk, wychowany religijnie po kalwińsku przez matkę, był nad wiek rozwinięty. Już w siódmym roku życia rozczytywał się w Biblii. Mając czternaście lat przeżył, pod wpływem anty religijnej lektury, chwilowy kryzys, W wyniku którego postanowił być człowiekiem cnotliwym, ale niereligijnym. Jednakże rok później — jak pisze w swym dzienniczku — Bóg "zawrócił go z tej drogi, na której stał się podobny raczej do diabła niż do psotnego i złośliwego chłopca". Poduchowej przemianie Newman postanowi) żyć w celibacie i poświecić sje głoszeniu Ukończywszy studia w Oksfordzie (1824), przyjął anglikańskie świecenia kapłańskie i z ogromnym zaangażowaniem oddał się pracy parafialnej odnosząc duże sukcesy w głoszeniu słowa Bożego. Jednocześnie z wielkim zamiłowaniem poświęcał się pracy naukowej. Będąc z natury samotnikiem, bardzo wrażliwym i subtelnym, pasjonował się muzykg.
Wiek XIX był bardzo burzliwy. Uczeni współcześni Newmanowi tacy, jak: Charles Robert Darwin, Karol Marks i Zygmunt Freud, kierowali świat na drogę ateizmu, który osiągnął swój szczyt w komunizmie za naszych czasów.
Newman ze zgroza patrzył, jak liberalizm, 10 dziecko racjonalizmu, niby huragan w wtargnął w dziedziny życia religijnego zarówno katolików i protestantów, jak żydów, buddystów i mahometan. Idąc naturalnym głosem wolności liberalizm zmiął wyzwolenia się spod nadprzyrodzonych prawd i nakazów Bożych. Sytuację, jaka wówczas panowała, zobrazowuje liberalizm, który w Kościele katolickim przyjął nazwę modernizmu. Jego zwolennikami byli najczęściej wykładowcy na uniwersytetach i w seminariach. Chcieli oni przystosować doktrynę katolicka i organizację Kościoła do współczesnego świata, opierając się na zasadzie, że istotę przeżycia religijnego stanowi uczucie. Według modernistów wszystkie religie są prawdziwe, stąd należy znieść niezmienność dogmatów, dokonać zmian w oparciu o opinie publiczny, odrzucić przestarzałe obrzędy i praktyki religijne, znieść zakony kontemplacyjne i celibat księży oraz wprowadzić demokratyczne formy zarządzania Kościołem. Te błędy, potępione przez papieża Piusa X, odżyły w naszym stuleciu po Soborze Watykańskim II, stajać się zmorą dla całego Kościoła.
Ruch oksfordzki
Newman po ukończeniu studiów, chcąc przeciwdziałać szerzącemu się w jego ojczyźnie liberalizmowi, postanowił przyczynić się do odrodzenia wiary anglikańskiej. Jego wpływu na życie ludzkie nie można porównać z rewolucyjnymi hasłami Darwina i Freuda. Jest on raczej podobny do ewangelicznego zaczynu, do drożdży spulchniających ciasto i przyspieszających proces rośnięcia.
Newmana ogarnęła świadomość, że jest powołany do wykonania szczególnej misji. "I must do it" — mówił. Nie wiedział jednak, na czym ma polegać ta misja. Doszedł w końcu do przekonania, że odrodzenie religijne i uświęcenie człowieka należy rozpocząć od siebie samego. Włączył się wówczas w lak zwany ruch oksfordzki, który jako nurt intelektualno-rekolekcyjny stawiał sobie za cel odkrywanie woli Bożej, gdyż ona nadaje kierunek życiu każdego człowieka. Członkowie ruchu przyjęli cztery niezbędne warunki ("absoluty"): czystość, uczciwość, zamiłowanie do prawdy, praktykowanie pokory oraz dawanie publicznego świadectwa wyznawanej wierze.
Ruch oksfordzki zapoczątkował masowe przejścia z Kościoła anglikańskiego na katolicyzm, a to głównie dzięki temu, że Newman, który wybił się na czoło ruchu, szukając mocnego poparcia dla wiary, skierował swój wzrok na Kościół Chrystusa z pierwszych wieków. On i jego koledzy z pasją oddali się studiowaniu dziel Ojców Kościoła, a swoje wyniki ogłaszali w "Traktatach na czasie". Pogłębione studia nad Ojcami Kościoła doprowadziły Newmana do przekonania, że Kościół katolicki najlepiej przechowuje skarb wiary i że protestanci, uważający Biblie za jedyne źródło wiary, są w błędzie. W pismach Ojców znajdywał jeszcze drugie źródło wiary — tradycje, czyli ustne podanie, nie notowane w Ewangeliach ze względu na pow¬szechność i czystość praktyk religijnych, w których prawdy wiary się przejawiały.
Epokowe dzieło
Newmanowi pozostało jeszcze jedno zadanie do wykonania, a mianowicie rozwiązanie problemu "rzymskich innowacji", jak protestanci nazywają dogmaty katolickie, czyli prawdy wiary określone na soborach lub przez papieży, podane do wierzenia pod sankcją utraty zbawienia. Newman, chcąc zyskać czas na zbadanie tego problemu, zrzekł się obowiązków proboszcza anglikańskiego (1842) i z kilkoma przyjaciółmi udał się do Littlemore, gdzie dokończył pisania epokowego dzieła "O rozwoju doktryny chrześcijańskiej".
Od Ojców Kościoła Newman dowiedział się, że prawdy wiary należy coraz doskonalej wyrażać, formułować, a nawet drogą rozumowania wydobyć z nich to, co jest w nich ukryte, gdyż jedna rzeczywistość wyprowadzona z drugiej jest jej konsekwencją, jak na przykład to, że Jezus jako prawdziwy Bóg i prawdziwy człowiek miał dwie wole — ludzką i Boską; albo, że prawda o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Panny Maryi zawiera się w planach Bożych o Jej Boskim macierzyństwie i w pełności otrzymanej przez Nią łaski.
Badania ułatwiły Newmanowi zrozumienie rozwoju i wzrostu Kościoła. Kościół jest jak ziarno gorczyczne, które, chociaż "najmniejsze ze wszystkich nasion, gdy wzrośnie, staje się drzewem, tak że ptaki przylatują i gnieżdżą się na jego gałęziach" (Ml 13, 31). Przypowieść Jezusa wyraźnie wskazuje, że Jego Kościół będzie rósł, rozwijał się, że w istocie swojej pozostanie zawsze ten sam, choć przechodzi przez różne fazy rozwojowe, tak jak ziarno albo człowiek, który jest zawsze ten sam — w łonie matki, a potem w okresie dzieciństwa, młodości, dojrzałości i starości. Chrystus miał na myśli nie tyle rozwój liczebny Kościoła, ile przede wszystkim coraz to głębsze "zrozumienie wiary, przez które cały Kościół rośnie i rozwija się na przestrzeni wieków, wciąż po tej samej linii i w tym samym znaczeniu" (Congar).
Pan Bóg poddał wszystkie stworzenia prawom rozwoju. I dlatego w przypowieściach lubił brać przykłady z przyrody, gdzie wszystko żyje i rośnie. Ziarno pszenicy, gdy padnie na ziemie żyzną, kiełkuje, rośnie i wydaje plon stokrotny (Mt 13, 1nn). J. Newman zrozumiał więc, że na historię chrześcijaństwa nie trzeba patrzeć płasko, statycznie. Kościół nie stoi w miejscu, bez ruchu, nie jest pozbawiony dynamiki, życia. Jest on organizmem żywym. Ciałem Mistycznym, jego członkami są ludzie, a Głowa — Chrystus, Bóg, wchodząc w historie ludzką, uszanował prawa ludzkiego rozwoju i tym prawom poddał również Kościół. Wzrost Kościoła jest wspaniały, bo kieruje nim Duch Święty przez łaskę.
Warto dodać, że genialny umysł Newmana wpadł na myśl o rozwoju doktryny katolickiej piętnaście lat wcześniej niż Darwin wypracował teorie o rozwoju gatunków w przyrodzie.
Nawrócenie
Te wszystkie badania doprowadziły Newmana do Kościoła katolickiego w roku 1845. Zarówno jego przejście na katolicyzm jak i jego poglądy, wywołały zaniepokojenie i istną burze wśród protestantów i anglikanów. Cały szereg podejrzeń, zarzutów, wątpliwości, wyrazy potępienia popłynęły z wielu ust. Usunięto go z Kościoła anglikańskiego, usunięto z zajmowanych stanowisk, odebrano subsydia odwrócono się od mego jak od człowieka trędowatego. Strona katolicka była podzielona Oskarżano go o modernizm, nie wierzono w szczerość jego nawrócenia. Kres tym powątpiewaniem położył dopiero papież Leon XIII, który mianował go kardynałem Kościoła.
Zasada życia kardynała Newmana brzmiała: "Holiness first" — "Najpierw świętość". Niemal do samego końca swego życia oddawał się pracy naukowej i pisarskiej — jako prawie dziewięćdziesięcioletni staruszek pozostawił ogromną spuściznę — jakże cenną dla kultury chrześcijańskiej.
"To Ojcowie Kościoła uczynili mnie katolikiem — pisał do swego przyjaciela księdza Edwarda B. Pusey'a — i nie zamierzam odtrącać drabiny, poprzez którą wstąpiłem do Kościoła. Jest do drabina stosowna do tego celu, zarówno obecnie jak i dwadzieścia lat temu. Jakkolwiek twierdzę, że proces rozwoju prawdy apostolskiej potrzebuje czasu i w nim się dokonuje, to jednak nie zastępuje on nauczania Ojców, ale je wyjaśnia i uzupełnia".
Papież Jan Paweł II niebawem ogłosi Newmana sługą Bożym, torując mu tym samym drogę na ołtarze, a z czasem — być może — doktorem Kościoła. Kardynał Newman poruszył bowiem wiele religijnych problemów i rozbudził duchową energię, kierując się wyłącznie umiłowaniem prawdy i wiernością Chrystusowi. Nic dziwnego, że Ojciec Światy poda go za wzór współczesnym teologom, którzy tak bardzo kuszeni są hasłami liberalizmu i modernizmu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)