Radiowe przemówienie wygłoszone przez O. Korneliana Dende, OFMConv.
w ramach programu GODZINY RÓŻAŃCOWEJ O. JUSTYNA
30 czerwiec 1991
WCIELENIE CHRZEŚCIJAŃSKICH ZASAD KONSTYTUCJI 3-go MAJA W ŻYCIE NARODU - #1
Witam Was Zacni Rodacy i Mile Rodaczki staropolskim Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Kościół Katolicki był obecny w tworzeniu Konstytucji Trzeciego Maja. Duchowni nie tylko należeli do współautorów samego tekstu Konstytucji, ale przyczyniali się do inspiracji duchowej, stworzyli społeczny klimat przychylny reformie, wychowali w szkołach pokolenie odważnych i mądrych patriotów. Najbardziej znanym takim wychowawcą był ksiądz Stanisław Konarski.
Dzisiaj przed mikrofonem Godziny Różańcowej przemówi jeden z wybitnych myślicieli i pisarzy katolickich w Polsce, wychowanek Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, a obecnie profesor socjologii na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie, doktor habilitowany Franciszek Adamski. W czasie swej kariery naukowej zajmował wiele stanowisk. Od wielu lat współpracuje z Kościołem jako członek Komisji Episkopatu do spraw rodziny, a obecnie jest członkiem Plenarnego Synodu Polski.
Autor wielu książek, doktor Adamski wykłada czasowo jako gość na Uniwersytecie w Buffalo socjologię religii i jednocześnie przygotowuje badania nad rolą rodziny polskiego pochodzenia w przekazie wartości moralnych, religijnych, patriotycznych i narodowych. Jemu wiec oddaje głos i przemówi na aktualny temat:
WCIELENIE CHRZEŚCIJAŃSKICH ZASAD KONSTYTUCJI 3-go MAJA W ŻYCIE NARODU (Cz. I)
Ostatnia wola konającej Ojczyzny
Przypadająca w tym roku rocznica Dwusetlecia Konstytucji 3-go Maja celebrowana jest przez Polaków w kraju i za granicą w szczególny sposób. Przede wszystkim tu w Stanach Zjednoczonych poszczególne ugrupowania polonijne już od paru tygodni dają wyraz swej pamięci tego, jakże znamiennego w naszej historii, wydarzenia.
Na temat Konstytucji 3-go Maja wiele już powiedziano, i nie jest moim zadaniem usiłowanie wniesienia czegoś nowego do tego tematu. Nie mam do tego należnych kwalifikacji. Chce tylko nawiązać do powtarzanego w literaturze historycznej sformułowania określającego Konstytucje mianem "ostatniej woli konającej Ojczyzny", która mimo swych ograniczeń i ustępstw na rzecz dawnego porządku ustrojowo-
prawnego, była wielkim postępowym dziełem odradzającego się Narodu, była przełomową chwila w społeczno-politycznym życiu naszego państwa.
Konstytucja 3-go Maja, jak to dumnie powtarzamy, była drugim, po tej z 17 września 1787 roku ogłoszonej w Filadelfii, dokumentem prawno-ustrojowym, państwowym, w skali świata, w którym postulowano solennie oparcie życia państwa i Narodu na czterech podstawowych zasadach: wolności, sprawiedliwego ładu społecznego, braterstwa i rozwoju osobowości ludzkiej.
Prymat religii katolickiej
Chcemy tu świadomie przypomnieć, że Konstytucja otwierała Polakom oczy na wartości uniwersalne. Pisana dla jednego, ginącego przecież państwa, przywoływała uwagę obywateli ku wartościom przekraczającym granice pierwszej Rzeczypospolitej. Stawiała jakby pomost pomiędzy Nowym Światem — Stanami Zjednoczonymi, które, jako pierwsze, dopracowały się Konstytucji o zasięgu ogólnoludzkim, a tą częścią Europy, która doświadczała faktu gwałcenia powszechnych, naturalnych dążeń człowieka i jego pragnienia wolności, sprawiedliwego ładu społecznego, braterstwa miedzy ludźmi i warunków prawno-ustrojowych oraz społeczno-kulturowych sprzyjających rozwojowi człowieka jako osoby. Nie musze podpowiadać, że wszystkie te wartości w pełni wyrosły na gruncie chrześcijańskim. Toteż, nie bez racji, tekst Konstytucji rozpoczyna się już w pierwszym paragrafie od stwierdzenia szczególnej roli religii rzymsko-katolickiej w kształtowaniu zasad nowego, proponowanego porządku prawno-ustrojowego i społecznego. "Religią narodową, panującą jest i będzie wiara święta rzymsko-katolicka ze wszystkimi jej prawami", czytamy w pierwszym paragrafie Konstytucji. A zaraz w następnym zdaniu, jakby dla zaakcentowania tradycyjnej polskiej tolerancji, "gwarantuje się wolność dla innych wyznań, a to ze względu na nakaz miłości bliźniego wynikający z chrześcijaństwa".
Konstytucja dokumentem w skali świata
Jakże współbrzmią z Konstytucją amerykańską stwierdzenia ustawy zasadniczej z 3-go Maja 1791 roku mówiące, że "wolni od hańbiącej obcej przemocy nakazów, cenimy drożej nad życie, nad szczęśliwość osobistą, egzystencje, niepodległość i wolność wewnętrzną Narodu". Stąd też daleko w życzliwej ocenie Konstytucji poszedł prezydent Stanów Zjednoczonych, Tomasz Jefferson, demokrata, przyjaciel Kościuszki, pisząc, że świat ówczesny uzyskał trzy konstytucje godne pamięci i szacunku, w kolejności ich ustanowienia: amerykańską (1787), polską (1791) i francuską (1791).
Jako Polacy możemy dziś chlubić się z tego, że 200 lat temu nasi rodacy opracowali i ogłosili dokument prawno-państwowy liczący się w skali świata; dokument, w którym postulowano solennie oparcie życia państwa i narodu na czterech podstawowych, wyżej wymienionych, ogólnoludzkich i ponadczasowych zasadach. Jednakże, nie o wyliczanie zdobyczy czy niedostatków pierwszej polskiej ustawy zasadniczej i porównywanie jej z innymi nam tu chodzi. Zarówno zdobycze jak i niedostatki są przecież niewątpliwe. Istotne jest postanowienie oparcia życia państwa na zasadach wynikających bezpośrednio z prawa natury otrzymującego określoną interpretacje w chrześcijańskiej doktrynie prawnej i społecznej.
Narodowy rachunek sumienia
Wydaje się natomiast, że pomijając drobiazgowe analizy owych zasad wartości o charakterze globalnym, warto dziś, gdy celebrujemy Dwustulecie ogłoszenia Konstytucji postawić pytanie, na ile te wartości, o które walczyli Hugo Kołłątaj, Benjamin Franklin, Tadeusz Kościuszko, Kazimierz Pułaski czy Tomasz Jefferson, a które znalazły swe prawne sformułowania w Konstytucji, są dziś realizowane tu w Ameryce jak i w Polsce, która obchodzi Dwusetną Rocznice Konstytucji jako kraj wolny i niepodległy po 45 latach zniewolenia bolszewickiego? To pytanie jest jakby wezwaniem do rachunku sumienia z tego, co zrobiliśmy w ciągu 200 lat z tymi wartościami, jakie zostały wybite na czoło w obu Konstytucjach? Z wolności ludzie uczynili niewoJe, zarówno w sferze obyczajowej, seksualnej; wolności od norm moralnych; wolności od zobowiązań społecznych czy rodzinnych. Sprawiedliwy ład społeczny podzielił ludzi na bogatych i ubogich, bardzo bogatych i bardzo ubogich tu na Zachodzie, obywateli pierwszej i drugiej kategorii w systemach totalitarnych. W tych warunkach zasada braterstwa została zastąpiona regułą Hobbesa "człowiek człowiekowi wilkiem". A co z samym rozwojem człowieka jako osoby? Sprowadzono go do wymiaru doczesności w zmaterializowanej i zsekularyzowanej kulturze współczesnego świata.
Powróćmy jednak do wspomnianego już stwierdzenia Konstytucji zakładającego oparcie życia państwa i Narodu na zasadach chrześcijańskich, ściśle, katolickich. Spytajmy, jak one wzrosły w świadomość naszego Narodu, jak ukształtowały jego moralność — jeśli tak można powiedzieć — "sylwetkę duchową"? Pytanie takie nie jest bagatelne wobec faktu podkopywania tych zasad zarówno przez zaborców, unicestwiających życie kraju nazajutrz po ogłoszeniu Konstytucji, przez okupanta hitlerowskiego i bolszewickiego, no i przede wszystkim, emisariuszy sowieckich sprawujących władzę nad państwem przez 45 lat powojennych. Czy pomimo tych wszystkich okoliczności Polska pozostała wierna chrześcijaństwu i jego moralności?
Polska wierna zasadom Konstytucji 3-go Maja
Trzeba na początku podkreślić, że społeczeństwo polskie jest dogłębnie dotknięte oddziaływaniem procesów ogólnoświatowych — a wiec: sekularyzacją, pluralizmem i subiektywizmem. Ale też jest silnie związane z religią i Kościołem. Religijność w życiu naszego Narodu funkcjonuje na dwóch płaszczyznach: ogólnonarodowej i życia codziennego.
Gdy mówimy o płaszczyźnie ogólnonarodowej, to chcemy przede wszystkim zaakcentować, że polska religijność jest zespolona z patriotyzmem i stanowi trwały czynnik integracji kulturowej, ściślej — społeczno-państwowej. Ujawnia się to w zespoleniu naczelnych wartości religijnych, narodowych i etyczno-społecznych tworzących dobro wspólne Polaków. Na ogół te wartości uznają wszyscy i one decydują o tożsamości religijnej i narodowej. Ujawnia się to w masowym udziale w praktykach
religijnych, które zespalają uczestników, niezależnie od osobistych więzi z religią i Kościołem czy w przynależności warstwowej. Idzie tu zarówno o praktyki jednorazowe — tak zwane ryty przejścia, jako też praktyki niedzielne i paschalne oraz
praktyki pobożne. Warto tu zaznaczyć, gdy mówimy o praktykach jednorazowych,
że na sto rodzących się w Polsce dzieci, dziewięćdziesiąt i siedmioro chrzci się
w Kościele. Na sto dzieci w drugiej klasie szkoły podstawowej, osiemdziesiąt
i sześcioro przystępuje do pierwszej Komunii świętej. Na sto związków małżeńskich zawieranych w urzędzie stanu cywilnego, osiemdziesiąt cztery błogosławi się
w Kościele. I na sto pogrzebów, to są pogrzeby organizowane na sposób religijny.
Z tego zatem punktu widzenia kraj nasz przedstawia fenomen w skali światowej.
Gdy dodamy jeszcze fakt masowych praktyk niedzielnych i świątecznych fenomen
ów jawi się tym bardziej przed każdym, kto do naszego kraju przyjedzie.
Praktyki te pełnią funkcje religijne — co jest oczywiste, ale też i funkcje społeczne; udział w nich masowy jest — przynajmniej był do niedawna — wyrazem poparcia dla wartości stanowiących podstawę konsensu a zarazem tożsamości i więzi religijno-narodowej. Owa specyficzna rola religii w płaszczyźnie ogólnonarodowej ujawnia się szczególnie w sytuacjach wyjątkowego zagrożenia; właśnie wówczas religia pomaga w znalezieniu sensu ofiary, krzywdy, cierpienia; skłania do bohaterstwa i przyczynia się do wytworzenia autentycznych więzi międzyludzkich. Cata ta sytuacja wzmaga religijność w płaszczyźnie ogólnonarodowej, rodzi też i umacnia zaufanie do autorytetu Kościoła i jego hierarchii. To było dostrzegalne zarówno w okresie zaborów, okupacji, jako też całego powojennego 45 lecia Polski Ludowej, szczególnie zaś w przełomowych latach 56, 70, 76, 80 i 89. Wszystkie ważne dla narodu wydarzenia tych lat były przeżywane na sposób patriotyczno-religijny i rola Kościoła w ich przebiegu nie ulega dla nikogo wątpliwości. Był on w tych momentach dla społeczeństwa jedyną ostoja zaufania i moralnego oparcia. To zaś nie może nie pozostawać bez związku łączenia religijności z patriotyzmem. Szczególne miejsce w tej religijności zajmuje, jak wiadomo. Matka Boża, Królowa Polski. Ucieczka w uciśnieniu społecznym i zagrożeniu narodowym.
Natomiast w płaszczyźnie życia codziennego religijność polska podlega tym samym tendencjom i procesom jakie wywarły wpływ na religijność społeczeństw chrześcijańskich krajów Zachodu. W Polsce okresu powojennego, razem z industrializacją i urbanizacją oraz upowszechnianiem oświaty zaczęły się zaznaczać procesy sekularyzacyjne. Na coraz szersza skalę upowszechnia się postawa selektywna w odniesieniu do wyznawanych prawd i wiary przyjmowanych norm moralności. Szerzy się też postawa ateistyczna i oblicza się, że ateiści stanowią około 5 do 6% ludności dorosłej, zwłaszcza postawa ateizmu praktycznego, a także obojętność religijna. Około 8% dorosłych deklaruje taką postawę. Zdaniem wielu badaczy i obserwatorów życia społecznego tylko nadzwyczaj trudna przez dziesiątki lat sytuacja materialna stanowi przeszkodę bardziej dynamicznego upowszechniania się. postawy obojętności czy zdecydowanej niewiary.
W sumie jednak Naród polski pozostał — w zasadzie niemal w całości — wiemy Kościołowi. Przynależność religijna Polaków jest w pełni czytelna dla całego świata. Pod tym względem społeczeństwo polskie nie odeszło od zasad Konstytucji 3-go Maja, pomimo tak wyjątkowych, w porównaniu z innymi narodami, warunków historycznych na przestrzeni dwusetlecia.
O. Kornelian: Bóg zapłać Panu Profesorowi za rozważanie nad zasadami chrześcijańskimi Konstytucji Trzeciego Maja i wprowadzaniu ich w życie. Pisarz J. Grudziński powiedział z okazji obchodu Dwusetnej Rocznicy tej Konstytucji: "Prawda umarłych nie pójdzie na marne, jeżeli potrafią walczyć o nią żywi". Bądźmy wierni Bogu, Kościołowi i Matce Bożej!
Ks. Prof. T. Zasępa: O Radiu Maryja jeszcze spokojniej i z radością
O Radiu Maryja jeszcze spokojniej i z radością
Rzecz o tym, co jest, a czego nie ma w "medialnym gdzie indziej"
W roku 1959 zmarł ojciec Justyn Figas, franciszkanin, współbrat św. Maksymiliana Kolbego. To on założył Radiową Godzinę Różańcową w Buffalo, w roku 1926 wybudował do dziś istniejące: szkołę średnią dla młodzieży polonijnej oraz szpital św. Józefa w Buffalo. Wydawał też drukiem pogadanki radiowe i książki. Jego pogrzeb był manifestacją przywiązania do charyzmatycznego franciszkanina, który w latach 30., podczas kryzysu gospodarczego i biedy w Ameryce, potrafił znaleźć odpowiedni język przepowiadania, otoczyć ludzi miłością i opieką, mieć do nich szacunek, wreszcie - związać słuchaczy z Chrystusem i Jego Matką, Kościołem, Polską, a także nauczyć lojalności wobec Ameryki, ich przybranej ojczyzny.
Dlaczego o tym piszę? Ponieważ sposób działania ojca Figasa jest zbieżny z działaniem twórcy Radia Maryja, mimo odległości przestrzennej i czasowej. Na czym polega ta zbieżność? O dziwo - rozumiem to lepiej po doświadczeniu współpracy z brytyjskim uniwersytetem w Preston w ramach Lubelskiej Szkoły Biznesu, którą kierowałem przez wiele lat. Otóż działanie tych dwóch charyzmatyków polega na wyczuciu potrzeb chwili i organizowaniu takich form życia, które dają ludziom w trudnych czasach poczucie godności i bezpieczeństwa, kierując w przyszłość. Nie wiem, czy ojcu Tadeuszowi Rydzykowi zależy na tym, by jego działalność określać według zasad nowoczesnego zarządzania, podawanych w podręcznikach o tematyce menedżerskiej. Z pewnością nie. Ale każdy, kto zna teorię zarządzania, powie, że ojciec Tadeusz Rydzyk świetnie zarządza zespołami ludzkimi, sytuacjami kryzysowymi, czasem itp. Przy czym dysponuje jeszcze dodatkowo najpotężniejszym środkiem - wiarą. A ze strony słuchaczy - ich wiernością i miłością. Tego nie ma w "medialnym gdzie indziej".
Mamy więc - podobnie jak w Buffalo - radio, szkołę i różnego rodzaju wydawnictwa. Nie mamy szpitala. Tę sprawę w Polsce załatwiają bonifratrzy. Ale są oni - jakże często - obecni w Radiu Maryja. Właśnie - o to wyczucie idzie.
Co jeszcze jest w Radiu Maryja, czego nie ma w "medialnym gdzie indziej"? Otóż jest prawdziwa kultura dziennikarska, dzięki której kierowanie dyskusją nie polega tu na przerywaniu wypowiedzi, agresji i sprawianiu wrażenia, że dziennikarz jest guru i wszystko wie lepiej, no i że pazur dziennikarski służy głównie - no właśnie - trudno powiedzieć czemu służy. A zadęcie dziennikarskie w "medialnym gdzie indziej" jest całkiem śmieszne i można je porównać z kulturą w Radiu Maryja i Telewizji Trwam.
Nawiążę w tym miejscu do ojca Figasa z Buffalo. Otóż i on był atakowany, zwłaszcza podczas programów radiowych. Dzwonili głównie działacze lewicowi (komunizujący) z Toledo w Ohio. Tam była wtedy ich siedziba. Dziwne to były telefony. Na przykład podczas pogadanki radiowej o małżeństwie i rodzinie dzwoni dziennikarz z Toledo i pyta: "To co, ojcze Figas, rozwodu nie może być? A co mam zrobić, gdy wracam z pracy, a moja żona na otomanie z obcym mężczyzną? Co mam zrobić?". "Spal kanapę" - odpowiedział ojciec Figas dziennikarzowi z Toledo, którego zwykł nazywać "pisarkiem z Toledo".
W czasie innej pogadanki, tym razem biblijnej, była mowa o potopie. "Pisarek z Toledo" - dyżurny dziennikarz, dzwoni i pyta: "Ojcze Figas, czy w Arce Noego były osły? No bo skąd by się wziął ojciec?". "A wiesz - odpowiada ojciec Figas - że musiały być i oślice, bo skąd ty byś się wziął?".
Nie zachęcam ojców z Radia Maryja do podobnych reakcji. Na to mógł sobie pozwolić w tamtym czasie ktoś taki jak ojciec Figas. Piszę jednak o tym, by ojcom dodać otuchy, by wiedzieli, że nie są pierwszymi i nie będą ostatnimi, do których zadzwoni czy napisze złośliwy "pisarek z Toledo". Wtedy uśmiechnijcie się do niego, myśląc o ojcu Justynie, który oprócz własnych ciętych wypowiedzi lubił jeszcze - od czasu do czasu - przytoczyć bajki Kryłowa, np.: "Oj, Miszka, Miszka malusi - skoro na słonia on szczeka, jakże silny być musi!". Albo: "Gdy ktoś szczeka na kogoś, a nie ma go siły zwyciężyć, podobny psu bywa, co o północy szczeka na księżyc" (Nie jestem pewien autorstwa drugiej bajki).
Czego jeszcze nie ma w "medialnym gdzie indziej"? To, o czym chcę teraz napisać, widać wyraźnie po wizycie pana prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego w Stanach Zjednoczonych. Przy czym pomijam całkowicie jej wymiar państwowy, to nie moja rzecz - choć z tego wymiaru się bardzo cieszę i jestem dumny, podobnie jak zdecydowana większość Polaków.
Mam natomiast na myśli Polonię amerykańską, którą odwiedził jako pierwszy urzędujący prezydent III Rzeczypospolitej. To wielkie wydarzenie. O znaczeniu Polonii amerykańskiej w sposób godny tej części naszego Narodu, słyszałem pierwszy raz z ust ks. kard. Karola Wojtyły (dziś sługi Bożego Jana Pawła II) w roku 1976 w Orchard Lake. W tym to roku Stany Zjednoczone obchodziły 200-lecie istnienia, a Kościół katolicki w Ameryce zorganizował Międzynarodowy Kongres Eucharystyczny.
Delegacji Episkopatu Polski na ten Kongres przewodniczył właśnie ks. kard. Karol Wojtyła. W Polskim Seminarium Duchownym w Orchard Lake pod Detroit powiedział, że miejsce Polonii amerykańskiej nie polega na praktykowaniu "kultury w obcasach" tzn. jedynie tańców ludowych. Jej miejsce jest w tworzeniu pomyślności Ameryki i Polski. Tak zawsze widział to także ks. kard. Stefan Wyszyński i były rektor KUL - ojciec Albert Krąpiec, twórca Szkoły Letniej Języka Polskiego i Kultury dla Polonii na KUL. Tak też określił to pan prezydent Lech Kaczyński, a ojciec Tadeusz Rydzyk przez media i uczelnię stwarza praktyczne warunki do urzeczywistnienia pomyślności Polonii amerykańskiej, jej wykształcenia, budzenia poczucia godności i ducha służby wobec Ameryki lub innych krajów osiedlenia, a także Polski oraz wobec Kościoła.
Jak Polacy rozsiani po świecie na to reagują? Wystarczy posłuchać Rozmów niedokończonych i usłyszeć, ile jest wdzięczności i ciepła w ich słowach pod adresem Radia Maryja i jego twórcy.
To, czego jeszcze nie ma w "medialnym gdzie indziej", to żywa i częsta obecność przedstawicieli parlamentu i rządu w Radiu Maryja. Nie chcę się narazić na zarzut polityczności, powiem tylko, że nikt z nas nie pójdzie z wizytą do domu, w którym na nas krzyczą, wymyślają nam, pogardzają nami. Ale chętnie idziemy tam, gdzie jest życzliwie i ciepło, a przy tym mamy poczucie, że jesteśmy dostrzeżeni i przyjęci z szacunkiem.
Rada dla "medialnych gdzie indziej"? "Spalić nieżyczliwe kanapy", kupić nowe i zapraszać przedstawicieli rządu. Przyjdą! Jestem prawie pewien. Trzeba też zrezygnować ze zbyt częstej techniki manipulacji, tzw. techniki cliché. Polega ona na wychwytywaniu i podawaniu wyłącznie złych informacji na jakiś temat. Życie tak nie wygląda. Obok zła jest dobro. Jest go znacznie więcej. Odwracanie proporcji jest kłamaniem. Słuchacze i widzowie szybko orientują się, że idzie o manipulację i dają temu wyraz w wyborach, ku zaskoczeniu kłamiących.
Jeszcze jedno. Jako częstochowianin, wychowany w pobliżu klasztoru jasnogórskiego, codziennie o godz. 21.00 przeżywam niezwykłą radość. Połączenie Radia Maryja i Telewizji Trwam z kaplicą Cudownego Obrazu w modlitwie obejmującej cały świat to prawdziwy cud. W tym też jest zwycięstwo Maryi. Nie można tego nie dostrzegać. Nie można się z tego nie cieszyć. Rozmodlenie Polski i Polaków na całym świecie jest niezaprzeczalną zasługą Radia Maryja. A duchowość chrześcijańska, Ojcowie Kościoła, modlitwa brewiarzowa, katecheza, twórczość religijna...
Tego właśnie nie ma w "medialnym gdzie indziej", a człowiek tego potrzebuje i dlatego wybiera Radio Maryja. Czy można czynić zarzut "medialnemu gdzie indziej", że nie ma tego wszystkiego, co jest w Radiu Maryja? Nie. Profil tamtych mediów jest taki, jaki jest. Niech robią to, co robią, ale niech robią to dobrze. A Radiu Maryja trzeba zostawić wypracowany profil, zapraszanie gości, Rozmowy niedokończone i to wszystko, co pięknie różni Radio Maryja od "medialnego gdzie indziej".
Jest jeszcze sporo rzeczy, których nie ma tam, a są w Radiu Maryja. Artykuł w prasie nie może być jednak tasiemcowy i stąd niech to na dziś wystarczy.
ks. prof. zw. dr hab.
Tadeusz Zasępa
Autor jest kierownikiem Katedry Współczesnych Form Przekazu Wiary KUL, rektorem Lubelskiej Szkoły Wyższej im. Króla Władysława Jagiełły, kierownikiem Katedry Dziennikarstwa w Katolickim Uniwersytecie w Ruzomberku (Słowacja).
Źli księża
O. Korneliana Dende, OFMConv.
w ramach programu GODZINY RÓŻAŃCOWEJ O. JUSTYNA
23 czerwiec 1991
ŹLI KSIĘŻA
Witam Was Zacni Rodacy i Miłe Rodaczki staropolskim Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Nie ma pośród nas nikogo, kto by w swym życiu nie spotkał, a co najmniej nie słyszał o jakimś złym księdzu. Reakcje nasze i innych są wiadome. A już upokorzeniu naszemu nie ma granic, gdy wrogowie naszej wiary i Kościoła wykorzystują, rozdmuchują, a często przejaskrawiają i wyolbrzymiają skandale celem usprawiedliwienia swojej bezbożnej postawy.
W miesięczniku pięknym "Nasza Rodzina" za kwiecień 1991 roku przeczytałem odpowiedź niejakiego księdza Piotra na list pewnej Polki, która porusza ten problem z prawdziwą troską. Dziś przytoczę Warn tę odpowiedź pod rozwagę i dzielę się treścią tego rzeczowego, pięknego rozważania w pogadance o szokującym tytule:
ŹLI KSIĘŻA
Problem zlych księży
"Szanowna Pani,
Napisała Pani do mnie list pełen goryczy. Doświadczenia Pani są rzeczywiście bardzo bolesne. Opisane przypadki zdzierstwa z okazji posług religijnych, arogancji przy załatwianiu spraw kancelaryjnych, bylejakość w czynnościach liturgicznych, nadużywanie alkoholu i inne sprawy, z jakimi Pani się spotkała, są rzeczywiście gorszące i zasługują na potępienie. Pyta Pani, skąd się biorą tacy księża, oraz czy wyciąga się z tego wnioski.
Nie ulega żadnej wątpliwości, że istnieje problem "złych księży" i zarówno wierni jak i inni kapłani, a także władze kościelne bardzo nad tym boleją. Ból ich jest tym większy, że ludzie gorszą się, narzekają, a nawet przestają chodzić do kościoła i nieledwie tracą wiarę. Jak wielki jest to problem? Trudno na ten temat jednoznacznie odpowiedzieć, gdyż zarówno kryteria, jak i skala ocen w takich sprawach są bardzo rozciągliwe, przy czym przypadki wyraźnie gorszących zachowań są stosunkowo rzadkie, chociaż, nie ukrywam, odbijają się szerokim echem w danym rejonie a nawet całym kraju.
Jak podejść do problemu "złych księży"
Jak zatem podejść do podniesionego przez Panią problemu? Oczywiście, można by całą sprawę skwitować dwoma stwierdzeniami: człowiek jest słaby i słabości nie omijają także księży, którzy są ludźmi z krwi i kości; i drugie stwierdzenie, że w każdej większej społeczności — a do takiej należy społeczność księży — zawsze znajdzie się. pewna liczba osób stanowiących tak zwany margines danej grupy, czyli ludzi moralnie skrzywionych. Zgoda, tak rzeczywiście jest. Z tym, że od księży wymaga się wiele więcej niż od przeciętnego śmiertelnika. Są oni z istoty swego powołania zobowiązani do wzorowego życia. Poza tym są duszpasterzami, czyli mają pomagać ludziom w prowadzeniu życia religijnego i wysoce etycznego. I dlatego uzasadnionym jest pytanie: dlaczego są "źli księża"? Skąd się biorą, dlaczego zapominają o swoim powołaniu i o obowiązku świadczenia życiem o Bogu, który jest miłością, miłosierdziem, który pochyla się nad każdym, który cierpi i każdemu chce przyjść z pomocą?
W związku z tym problemem trzeba sobie uzmysłowić kilka spraw, które rzucą nam pewne światło na "jakość" księży, ich zagrożenie, a także na ich szansę.
Sprawa moralnego poziomu rodziny i społeczeństwa
Jest rzeczą oczywistą, że księża nie rodzą się na kamieniu i nie spadają z nieba. Nie są też produktem jakiejś zamkniętej kasty kapłańskiej czy swoistego klanu. Bogu dzięki, księża nie zakładają rodzin i nie przygotowują sobie familijnych następców. Innymi słowy, księża rodzą się w normalnych rodzinach i tam wychowują się do okresu dojrzałości. Potem dopiero idą do seminarium. Można więc przyjąć, że księża są wypadkową wiary i moralności rodziny, a także społeczeństwa, w których dorastają. Jeżeli rodzina i społeczeństwo są na wysokim poziomie moralnym, istnieje duże prawdopodobieństwo, że i ksiądz wywodzący się z takiego środowiska będzie człowiekiem prawym, szlachetnym, obowiązkowym i oddanym powierzonym mu ludziom. Jeżeli rodzina i społeczeństwo jest chore, zatrute nienawiścią, rozpite, rozpustne, zachłanne, nie liczące się z zasadami etycznymi, to coś z tych "chorób" przeniknie do młodego człowieka. I wady tego społeczeństwa, a zwłaszcza rodziny mogą "zaowocować" w jego późniejszym kapłaństwie. Przysłowie mówi i to słusznie, że jabłko niedaleko pada od jabłoni.
Czytając ten tekst powie ktoś, że późniejszych księży przez minimum sześć lat wychowuje się w seminarium. To prawda. Trzeba jednak pamiętać, że kandydat na księdza przychodzący do seminarium ma już co najmniej 18 lat. Jest człowiekiem ukonstytuowanym. I niewiele można w nim zmienić. A poza tym pierwsze doświadczenia w rodzinie, jak wskazuje psychologia rozwojowa, mają decydujące znaczenie i rzutują później na całe życie. Można wprawdzie to i tamto przyciąć i jeszcze poprawić, ale praktycznie nic istotnego się nie zmieni. Chyba, że mamy do czynienia z człowiekiem o silnej woli i zdecydowanego walczyć ze swymi wadami. Ale nie wszyscy są tacy. Wielu wśród nich jest mięczaków. Jeżeli jednak kandydat przez wiele lat był w domu świadkiem różnych niewłaściwości, krzywd i niemoralnych zachowań, istnieje duże prawdopodobieństwo, że mogą one dać znać o sobie w jego życiu kapłańskim.
Nie znaczy to wcale, że z rodzin rozbitych, a także pijackich nie mogą wyjść dobrzy księża. Owszem, mogą, ale w normalnym porządku rzeczy sprawa wygląda
inaczej. Innymi słowy problem "złych księży" to przede wszystkim sprawa moralnego poziomu rodziny i społeczeństwa. Jeżeli chcemy mieć dobrych księży musimy się troszczyć o wysoki poziom etyczny rodzin i całego społeczeństwa.
Kapłaństwo to powołanie trudne
Powołanie kapłańskie to powołanie trudne. Nie dlatego jednak, że ksiądz nie może założyć rodziny i posiadać dzieci, ale dlatego że stale jest na świeczniku, że jest niezastąpiony, że nie może się skryć w tłumie. On jest tym, który naucza, kieruje, którego się słucha, który zawsze jest ważny. W takiej sytuacji łatwo się zapomnieć, że tak naprawdę ważny jest tylko Bóg i ludzie, do których ksiądz jest posłany.
Kapłaństwo to rola służebna i być księdzem to znaczy służyć, a niestety niektórzy księża o tym zapominają. Dlatego są żale i pretensje. I jeszcze inna sprawa. W codzienne życie księdza mniejszym lub większym strumieniem wlewa się "zło świata", grzechy ludzkie.
Niełatwo jest tkwić w błocie nie brudzić się; dotykać zła i nie zarazić się nim. Z doświadczenia wiemy, że wielu ludzi zaczęło nadużywać alkoholu dlatego, że znaleźli się w środowisku pijackim; zaczęli narkotyzować się dlatego, że robili to ich koledzy. Ten "grzech świata" jest tak wielki, że niektórzy biskupi zabraniają młodym księżom spowiadać przez trzy pierwsze lata po święceniach w wielkich miastach. Uważają bowiem, że winni oni najpierw trochę okrzepnąć w swoim kapłaństwie, by nie załamali się pod ciężarem ludzkich grzechów. To nie są żarty. Kiedy zdarzają się zgorszenia idące od księży i o tym trzeba pamiętać, że trzeba modlić się za księży, zwłaszcza młodych.
Brak modlitwy
Ksiądz, by mógł być wierny swojemu powołaniu i dobrze służyć ludowi Bożemu, musi się modlić — dużo modlić. Bez modlitwy bardzo szybko stanie się tylko urzędnikiem i mniej lub bardziej surowym sędzią. Dlaczego księża za mało się modlą? Często z własnej winy, nie doceniają znaczenia modlitwy, chociaż im wielokrotnie mówiono o tym w seminarium i później. I tutaj ponoszą całkowitą odpowiedzialność za utratę kontaktu z Bogiem. Ale bywa też i tak, że ksiądz jest tak zapędzony — zwłaszcza jeżeli ma dużą parafię, że istotnie niewiele mu zostaje czasu na modlitwę. Jeżeli w tym momencie nie uświadomi sobie, że zgubił proporcje między aktywnością, działaniem a modlitwą to grozi mu spłycenie a nawet utrata ducha modlitwy. I za to ponosi odpowiedzialność, chociaż nie tak wielką jak ten, który z lenistwa lub innych powodów przestał się modlić. Ale chciałbym tu podkreślić, że pewna odpowiedzialność spada też na wspólnotę parafialną, która nie potrafi dostrzec jego przemęczenia i nie pospieszyła mu z pomocą. Dzisiaj świeccy mogą wiele robić zarówno w sprawach religijnych, jak też materialnych i społecznych. Obojętność parafian bywa czasem przyczyną niepowodzeń i załamań księży.
Słabość człowiecza
Ksiądz "X" byłby dobrym księdzem, gdyby nie pewna rodzina. Był młody, energiczny i towarzyski. Gospodarz domu często zapraszał go do siebie. Był alkohol i karty. Ksiądz początkowo bardzo się wzbraniał — kiedy jednak towarzyskie więzy się zacieśniały, opór jego zmalał do zera. I stało się — ksiądz zaczął pić, potem
wszystko poleciało już "z pieca na łeb". Zdaje sobie sprawę z tego, że ksiądz był człowiekiem dojrzałym i wiedział co robi. Tak, wiedział. I on ponosi odpowiedzialność za to co się stało, ale czy tylko on, a czy rodzina, u której często gościł nie zauważyła tego, że zaczęło dziać się źle? Czy nie powinna zaprzestać podawania alkoholu? Łatwiej jest potem osadzać, trudniej zaś przyznać się do tego, że społeczność parafialna czy jakaś jedna czy druga rodzina ponosi również odpowiedzialność za to, że jakiś ksiajdz pogubił się w swoim kapłaństwie.
Podobnie rzecz wygląda z "paniami". Gdy zjawi się w parafii jakiś nowy ksiądz, zwłaszcza młody, przystojny, wtedy panie na gwałt starają się mu pomóc. Nie mam nic przeciw takiej pomocy, ale nie wolno zapominać, że jest to człowiek poświecony Bogu, a nadto jako człowiek nie wyzbył się ludzkich uczuć tylko z nich zrezygnował dla wyższych celów. Nie wolno zatem narażać jego i siebie również na coś, co godziłoby w jego zobowiązania jako księdza i mogło stać się wielkim zgorszeniem. A gdy stanie się nieszczęście, wtedy gorszymy się, narzekamy i gotowi jesteśmy go ukamienować. I znowu zgadzam się, że za zło, które się stało ksiądz ponosi prawie całą winę, gdyż on był duszpasterzem, on miał prowadzić nawet te narzucającą się czy zadurzoną w nim kobietę do Boga. Nie mniej jednak pewien procent winy ponosi dana osoba i społeczność parafialna, zwłaszcza jeżeli wiedzieli "co się świeci". Kapłan jest darem dla parafii, ale też wspólnota parafialna winna troszczyć się nie tylko o jedzenie i mieszkanie dla niego, ale także o jego stronę duchową. On jest ich, a oni są jego. Dlatego wszyscy razem mają obowiązek troszczyć się o to, by Boże sprawy w życiu kapłana i społeczności parafialnej były na pierwszym miejscu.
Wnioski
Pyta Pani, czy z niewłaściwej postawy księży wyciąga się jakieś sankcje? Tak, i to nieraz bardzo surowe. Oczywiście, najpierw są to rozmowy, perswazje, przeniesienia z jednej na drugą parafię. A gdy to nie pomaga, z zagrożeniem, że jeżeli się
nie poprawią, będą musieli zaprzestać spełniania obowiązków kapłańskich, łącznie
ze sprawowaniem Mszy świętej.
Wracam do podstawowej myśli niniejszego rozważania. Księża będą lepsi, o ile rodziny i społeczność, w których dorastają będą na wysokim poziomie religijnym i moralnym. I dalej, obowiązkiem wspólnoty parafialnej jest modlitwa za swoich księży, pomoc i troska, by nie narażać ich na niebezpieczeństwa, które mogą zagrażać ich kapłaństwu, a także pomoc w życiu i funkcjonowaniu wspólnoty parafialnej. Kończę z prośbą o modlitwę za mnie i innych księży".
w ramach programu GODZINY RÓŻAŃCOWEJ O. JUSTYNA
23 czerwiec 1991
ŹLI KSIĘŻA
Witam Was Zacni Rodacy i Miłe Rodaczki staropolskim Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Nie ma pośród nas nikogo, kto by w swym życiu nie spotkał, a co najmniej nie słyszał o jakimś złym księdzu. Reakcje nasze i innych są wiadome. A już upokorzeniu naszemu nie ma granic, gdy wrogowie naszej wiary i Kościoła wykorzystują, rozdmuchują, a często przejaskrawiają i wyolbrzymiają skandale celem usprawiedliwienia swojej bezbożnej postawy.
W miesięczniku pięknym "Nasza Rodzina" za kwiecień 1991 roku przeczytałem odpowiedź niejakiego księdza Piotra na list pewnej Polki, która porusza ten problem z prawdziwą troską. Dziś przytoczę Warn tę odpowiedź pod rozwagę i dzielę się treścią tego rzeczowego, pięknego rozważania w pogadance o szokującym tytule:
ŹLI KSIĘŻA
Problem zlych księży
"Szanowna Pani,
Napisała Pani do mnie list pełen goryczy. Doświadczenia Pani są rzeczywiście bardzo bolesne. Opisane przypadki zdzierstwa z okazji posług religijnych, arogancji przy załatwianiu spraw kancelaryjnych, bylejakość w czynnościach liturgicznych, nadużywanie alkoholu i inne sprawy, z jakimi Pani się spotkała, są rzeczywiście gorszące i zasługują na potępienie. Pyta Pani, skąd się biorą tacy księża, oraz czy wyciąga się z tego wnioski.
Nie ulega żadnej wątpliwości, że istnieje problem "złych księży" i zarówno wierni jak i inni kapłani, a także władze kościelne bardzo nad tym boleją. Ból ich jest tym większy, że ludzie gorszą się, narzekają, a nawet przestają chodzić do kościoła i nieledwie tracą wiarę. Jak wielki jest to problem? Trudno na ten temat jednoznacznie odpowiedzieć, gdyż zarówno kryteria, jak i skala ocen w takich sprawach są bardzo rozciągliwe, przy czym przypadki wyraźnie gorszących zachowań są stosunkowo rzadkie, chociaż, nie ukrywam, odbijają się szerokim echem w danym rejonie a nawet całym kraju.
Jak podejść do problemu "złych księży"
Jak zatem podejść do podniesionego przez Panią problemu? Oczywiście, można by całą sprawę skwitować dwoma stwierdzeniami: człowiek jest słaby i słabości nie omijają także księży, którzy są ludźmi z krwi i kości; i drugie stwierdzenie, że w każdej większej społeczności — a do takiej należy społeczność księży — zawsze znajdzie się. pewna liczba osób stanowiących tak zwany margines danej grupy, czyli ludzi moralnie skrzywionych. Zgoda, tak rzeczywiście jest. Z tym, że od księży wymaga się wiele więcej niż od przeciętnego śmiertelnika. Są oni z istoty swego powołania zobowiązani do wzorowego życia. Poza tym są duszpasterzami, czyli mają pomagać ludziom w prowadzeniu życia religijnego i wysoce etycznego. I dlatego uzasadnionym jest pytanie: dlaczego są "źli księża"? Skąd się biorą, dlaczego zapominają o swoim powołaniu i o obowiązku świadczenia życiem o Bogu, który jest miłością, miłosierdziem, który pochyla się nad każdym, który cierpi i każdemu chce przyjść z pomocą?
W związku z tym problemem trzeba sobie uzmysłowić kilka spraw, które rzucą nam pewne światło na "jakość" księży, ich zagrożenie, a także na ich szansę.
Sprawa moralnego poziomu rodziny i społeczeństwa
Jest rzeczą oczywistą, że księża nie rodzą się na kamieniu i nie spadają z nieba. Nie są też produktem jakiejś zamkniętej kasty kapłańskiej czy swoistego klanu. Bogu dzięki, księża nie zakładają rodzin i nie przygotowują sobie familijnych następców. Innymi słowy, księża rodzą się w normalnych rodzinach i tam wychowują się do okresu dojrzałości. Potem dopiero idą do seminarium. Można więc przyjąć, że księża są wypadkową wiary i moralności rodziny, a także społeczeństwa, w których dorastają. Jeżeli rodzina i społeczeństwo są na wysokim poziomie moralnym, istnieje duże prawdopodobieństwo, że i ksiądz wywodzący się z takiego środowiska będzie człowiekiem prawym, szlachetnym, obowiązkowym i oddanym powierzonym mu ludziom. Jeżeli rodzina i społeczeństwo jest chore, zatrute nienawiścią, rozpite, rozpustne, zachłanne, nie liczące się z zasadami etycznymi, to coś z tych "chorób" przeniknie do młodego człowieka. I wady tego społeczeństwa, a zwłaszcza rodziny mogą "zaowocować" w jego późniejszym kapłaństwie. Przysłowie mówi i to słusznie, że jabłko niedaleko pada od jabłoni.
Czytając ten tekst powie ktoś, że późniejszych księży przez minimum sześć lat wychowuje się w seminarium. To prawda. Trzeba jednak pamiętać, że kandydat na księdza przychodzący do seminarium ma już co najmniej 18 lat. Jest człowiekiem ukonstytuowanym. I niewiele można w nim zmienić. A poza tym pierwsze doświadczenia w rodzinie, jak wskazuje psychologia rozwojowa, mają decydujące znaczenie i rzutują później na całe życie. Można wprawdzie to i tamto przyciąć i jeszcze poprawić, ale praktycznie nic istotnego się nie zmieni. Chyba, że mamy do czynienia z człowiekiem o silnej woli i zdecydowanego walczyć ze swymi wadami. Ale nie wszyscy są tacy. Wielu wśród nich jest mięczaków. Jeżeli jednak kandydat przez wiele lat był w domu świadkiem różnych niewłaściwości, krzywd i niemoralnych zachowań, istnieje duże prawdopodobieństwo, że mogą one dać znać o sobie w jego życiu kapłańskim.
Nie znaczy to wcale, że z rodzin rozbitych, a także pijackich nie mogą wyjść dobrzy księża. Owszem, mogą, ale w normalnym porządku rzeczy sprawa wygląda
inaczej. Innymi słowy problem "złych księży" to przede wszystkim sprawa moralnego poziomu rodziny i społeczeństwa. Jeżeli chcemy mieć dobrych księży musimy się troszczyć o wysoki poziom etyczny rodzin i całego społeczeństwa.
Kapłaństwo to powołanie trudne
Powołanie kapłańskie to powołanie trudne. Nie dlatego jednak, że ksiądz nie może założyć rodziny i posiadać dzieci, ale dlatego że stale jest na świeczniku, że jest niezastąpiony, że nie może się skryć w tłumie. On jest tym, który naucza, kieruje, którego się słucha, który zawsze jest ważny. W takiej sytuacji łatwo się zapomnieć, że tak naprawdę ważny jest tylko Bóg i ludzie, do których ksiądz jest posłany.
Kapłaństwo to rola służebna i być księdzem to znaczy służyć, a niestety niektórzy księża o tym zapominają. Dlatego są żale i pretensje. I jeszcze inna sprawa. W codzienne życie księdza mniejszym lub większym strumieniem wlewa się "zło świata", grzechy ludzkie.
Niełatwo jest tkwić w błocie nie brudzić się; dotykać zła i nie zarazić się nim. Z doświadczenia wiemy, że wielu ludzi zaczęło nadużywać alkoholu dlatego, że znaleźli się w środowisku pijackim; zaczęli narkotyzować się dlatego, że robili to ich koledzy. Ten "grzech świata" jest tak wielki, że niektórzy biskupi zabraniają młodym księżom spowiadać przez trzy pierwsze lata po święceniach w wielkich miastach. Uważają bowiem, że winni oni najpierw trochę okrzepnąć w swoim kapłaństwie, by nie załamali się pod ciężarem ludzkich grzechów. To nie są żarty. Kiedy zdarzają się zgorszenia idące od księży i o tym trzeba pamiętać, że trzeba modlić się za księży, zwłaszcza młodych.
Brak modlitwy
Ksiądz, by mógł być wierny swojemu powołaniu i dobrze służyć ludowi Bożemu, musi się modlić — dużo modlić. Bez modlitwy bardzo szybko stanie się tylko urzędnikiem i mniej lub bardziej surowym sędzią. Dlaczego księża za mało się modlą? Często z własnej winy, nie doceniają znaczenia modlitwy, chociaż im wielokrotnie mówiono o tym w seminarium i później. I tutaj ponoszą całkowitą odpowiedzialność za utratę kontaktu z Bogiem. Ale bywa też i tak, że ksiądz jest tak zapędzony — zwłaszcza jeżeli ma dużą parafię, że istotnie niewiele mu zostaje czasu na modlitwę. Jeżeli w tym momencie nie uświadomi sobie, że zgubił proporcje między aktywnością, działaniem a modlitwą to grozi mu spłycenie a nawet utrata ducha modlitwy. I za to ponosi odpowiedzialność, chociaż nie tak wielką jak ten, który z lenistwa lub innych powodów przestał się modlić. Ale chciałbym tu podkreślić, że pewna odpowiedzialność spada też na wspólnotę parafialną, która nie potrafi dostrzec jego przemęczenia i nie pospieszyła mu z pomocą. Dzisiaj świeccy mogą wiele robić zarówno w sprawach religijnych, jak też materialnych i społecznych. Obojętność parafian bywa czasem przyczyną niepowodzeń i załamań księży.
Słabość człowiecza
Ksiądz "X" byłby dobrym księdzem, gdyby nie pewna rodzina. Był młody, energiczny i towarzyski. Gospodarz domu często zapraszał go do siebie. Był alkohol i karty. Ksiądz początkowo bardzo się wzbraniał — kiedy jednak towarzyskie więzy się zacieśniały, opór jego zmalał do zera. I stało się — ksiądz zaczął pić, potem
wszystko poleciało już "z pieca na łeb". Zdaje sobie sprawę z tego, że ksiądz był człowiekiem dojrzałym i wiedział co robi. Tak, wiedział. I on ponosi odpowiedzialność za to co się stało, ale czy tylko on, a czy rodzina, u której często gościł nie zauważyła tego, że zaczęło dziać się źle? Czy nie powinna zaprzestać podawania alkoholu? Łatwiej jest potem osadzać, trudniej zaś przyznać się do tego, że społeczność parafialna czy jakaś jedna czy druga rodzina ponosi również odpowiedzialność za to, że jakiś ksiajdz pogubił się w swoim kapłaństwie.
Podobnie rzecz wygląda z "paniami". Gdy zjawi się w parafii jakiś nowy ksiądz, zwłaszcza młody, przystojny, wtedy panie na gwałt starają się mu pomóc. Nie mam nic przeciw takiej pomocy, ale nie wolno zapominać, że jest to człowiek poświecony Bogu, a nadto jako człowiek nie wyzbył się ludzkich uczuć tylko z nich zrezygnował dla wyższych celów. Nie wolno zatem narażać jego i siebie również na coś, co godziłoby w jego zobowiązania jako księdza i mogło stać się wielkim zgorszeniem. A gdy stanie się nieszczęście, wtedy gorszymy się, narzekamy i gotowi jesteśmy go ukamienować. I znowu zgadzam się, że za zło, które się stało ksiądz ponosi prawie całą winę, gdyż on był duszpasterzem, on miał prowadzić nawet te narzucającą się czy zadurzoną w nim kobietę do Boga. Nie mniej jednak pewien procent winy ponosi dana osoba i społeczność parafialna, zwłaszcza jeżeli wiedzieli "co się świeci". Kapłan jest darem dla parafii, ale też wspólnota parafialna winna troszczyć się nie tylko o jedzenie i mieszkanie dla niego, ale także o jego stronę duchową. On jest ich, a oni są jego. Dlatego wszyscy razem mają obowiązek troszczyć się o to, by Boże sprawy w życiu kapłana i społeczności parafialnej były na pierwszym miejscu.
Wnioski
Pyta Pani, czy z niewłaściwej postawy księży wyciąga się jakieś sankcje? Tak, i to nieraz bardzo surowe. Oczywiście, najpierw są to rozmowy, perswazje, przeniesienia z jednej na drugą parafię. A gdy to nie pomaga, z zagrożeniem, że jeżeli się
nie poprawią, będą musieli zaprzestać spełniania obowiązków kapłańskich, łącznie
ze sprawowaniem Mszy świętej.
Wracam do podstawowej myśli niniejszego rozważania. Księża będą lepsi, o ile rodziny i społeczność, w których dorastają będą na wysokim poziomie religijnym i moralnym. I dalej, obowiązkiem wspólnoty parafialnej jest modlitwa za swoich księży, pomoc i troska, by nie narażać ich na niebezpieczeństwa, które mogą zagrażać ich kapłaństwu, a także pomoc w życiu i funkcjonowaniu wspólnoty parafialnej. Kończę z prośbą o modlitwę za mnie i innych księży".
DOBRY OJCIEC TO SKARB I SZCZĘŚCIE
Radiowe przemówienie wygłoszone przez O. Korneliana Dende, OFMConv.
w ramach programu GODZINY RÓŻAŃCOWEJ O. JUSTYNA
16 czerwiec 1991
DOBRY OJCIEC TO SKARB I SZCZĘŚCIE
Witam Was Zacni Rodacy i Mile Rodaczki staropolskim Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Słynny poeta i filozof francuski Paul Claudel (1868-1955) miał wykład w Rzymie. Był już wtedy u kresu swego życia. Gdy wspominał o swej młodości, głos jego sta! się miękki i czuły. Słowa płynęły proste. Wzrok jego widać było szukał dalekiej, rodzinnej wioski we Francji, gdzie spędził młode lata. Twarz mu się rozjaśniła jakby w jakiś cudowny poranek. Od całej jego postaci biła cisza i spokojność. Usta zaś jego mówiły do zasłuchanych osób cudną pochwałę swoich rodziców: "Panowie, jestem szczęśliwy, że miałem dobra matkę i roztropnego ojca".
Pragnę dzisiaj razem z Wami wspólnie wyrazić naszemu ojcu, żyjącemu czy zmarłemu, podobny hołd wdzięczności jaki złożył Paul Claudel wobec swego audytorium. Przykazanie Boże nakazuje czcić ojca swego i matkę swoją. Matce oddaliśmy cześć w drugą niedziele maja. Dziś, w trzecią niedziele czerwca święcimy Dzień Ojca. Jemu poświęcam niniejsze rozważanie pod tytułem:
DOBRY OJCIEC TO SKARB I SZCZĘŚCIE
Ojcostwo ziemskie odzwierciedla ojcostwo Boże
Nie ma najmniejszej wątpliwości, że "dzieci są najcenniejszym darem małżeństwa i rodzinom przynoszą najwięcej dobra" (Sobór Wat. II). Możemy też powiedzieć: największym szczęściem dla dziecka, obok matki, jest dobry ojciec. On przynosi dziecku miłość bez czułostkowości, poczucie pokoju i bezpieczeństwa; dzięki jego mądrości, roztropności, odwadze, dziecko może spokojnie i normalnie się rozwijać, wzrastać i dojrzewać.
Ojcostwo nie jest sprawą przypadkową. Jest darem Bożym. Ojcostwo ziemskie tkwi korzeniami w ojcostwie Bożym. Od Boga "bierze początek wszelkie ojcostwo" — mówi święty Paweł apostoł (Ef 3, 15). Dobrym ojcem jest zatem ten, którego ojcostwo odbija w sobie ojcostwo Ojca Niebieskiego, gdy jego męskie cechy osobowości, przetworzone i uszlachetnione przez łaskę, odzwierciedlają przymioty Ojca Niebieskiego, Jego miłość, czułość i miłosierdzie.
Odmienność psychiki ojca i matki
Jest rzeczą zadziwiającą, że Bóg zadanie rodzenia i wychowania dziecka powierzył rodzinie. Do tej roli specjalnie wyposażył kobietę i mężczyznę zupełnie odmienną psychiką. Cechy matki różnią się od cech ojca jak dwa różne szlify kryształu. | Miłość Boża przenikająca przez pryzmat kobiecej psychiki daje inne blaski niż przesiana przez pryzmat psychiki męskiej. Kiedy jednak występują razem w roli rodziców i wychowawców, cechy te wzajemnie się uzupełniają, a ich praca jest zgodna i pełna. Miłość ojca nie ma kobiecej czułości, zaś miłość matki ojcowskiej mocy. Tę przedziwną jedność oddał holenderski malarz Rembrandt w obrazie "Powrót i syna marnotrawnego", w którym ojciec kładzie ręce na ramionach syna. Rembrandt tak je namalował, że jedna ręka jest odrobinę większa od drugiej. Jedna jest bardziej męska, druga bardziej kobieca. Ojcostwo mężczyzny wzbogaca wrażliwość typową dla kobiet. Cechy nieskończonej miłości Boga: ciepło, życzliwość, miłość uprzedzająca i bezinteresowna znajdują odbicie w sercu ojca przez wpływ miłości matki — kobiety. Dzięki jej wpływowi ojciec jest nie tylko rzecznikiem prawa Bożego, ale również wiernym przekazicielem czułej miłości Bożej.
Miłość ojca z natury jest bardziej interesowna niż matki. Ojciec spodziewa się, że jego własne dzieci przedłużą jego działalność, ukształtują się na jego obraz i podobieństwo, zajmą odpowiedzialne stanowisko w społeczeństwie; przez ofiarny trud ojca będą miały łatwiejszą drogę życia. Taka postawa sprawia, że ojciec staje się stanowczy, wymagający, czasem jakby niemiłosierny. Ojciec spodziewa się, że dzieci okażą mu wdzięczność za jego wysiłki i prace. Tymczasem dzieci biorą wszystko tak, jakby im się to należało. Ojca docenią dopiero wtedy, gdy go zabraknie.
Ojcostwo jest zadaniem
Ojcostwo jest nie tylko dane, ale i zadane. Jest programem rozwoju, bo ojcostwo jest nie tylko fizyczne lecz i duchowe. Ojcostwo duchowe wypływa z wiary, wymaga od ojca postępu życia wewnętrznego i modlitwy. Dlatego ojcostwa trzeba się uczyć. Kobieta jest matką instynktownie. Ona dziewięć miesięcy nosi dziecko pod swym sercem, potem je rodzi. U niej więc macierzyństwo realizuje się już na poziomie biologicznym. Z mężczyzną jest inaczej. Jego ojcostwo nie jest tak spontaniczne. Musi do niego dorastać, nauczyć się go, przejmować się coraz bardziej świadomością, że jest ono przede wszystkim posługą a nie panowaniem; dobry ojciec nie przytłacza dzieci swym autorytetem, lecz służy im z miłością. Wskrzesić życie jest łatwo gdy małżonkowie są obdarzeni przez Boga darem płodności; trudniej jest dziecko dobrze wychować, by coraz bardziej stawało się dzieckiem Bożym. Rodzice potrzebują pomocy Bożej, bo człowiek w gruncie rzeczy nie dorasta do tego, aby formować drugiego człowieka. Ojciec musi duchowo rosnąć, by wypełnić godnie posługę ojcowską.
W pierwszej chwili rodzice mogą być zaskoczeni swą bezradnością wobec potrzeb ich maleństwa. Ojciec powinien być gotowy dawać dziecku swój czas od pierwszego dnia jego życia, w każdej chwili, w każdej sytuacji. Niekiedy młode matki niepokoją się czy ojciec nie upuści maleństwa i nie zrobi mu krzywdy z powodu braku doświadczenia. Ale ojciec nie tylko zdobywa potrzebne środki do życia rodziny, ale formuje swe ojcostwo przez ustawiczny kontakt z malutkim dzieckiem i najzwyklejsze posługi wobec niego.
Niedojrzały ojciec może unieszczęśliwić dziecko, komplikować mu życie, wykoleić je. Wypaczeniem roli ojcowskiej jest często paternalizm, władczo-opiekuńcza postawa ojca, który wszystko za dziecko chce zrobić i przez to nie przygotowuje dziecka do odpowiedzialnego korzystania z wolności, którą będzie się cieszyło po opuszczeniu domu rodzinnego. Takie dziecko będzie niezdolne do dokonywania własnych wyborów w życiu.
Ktoś przyrównał ojca do trenera sportowego. Trener musi być człowiekiem mądrym. Musi wiedzieć co i jak robić, żeby zawodnik osiągnął określoną sprawność. Nie może być słaby. Ma przecież być wsparciem, umocnieniem, podporą w najtrudniejszych momentach. Musi być cierpliwy, żeby zawodnik był cierpliwy, musi zachować spokój, gdy zawodnika ponoszą nerwy. Wreszcie trener ma pozostać w cieniu i cieszyć się z sukcesu zawodnika.
Przykład ojca
Ojciec wychowuje dzieci nie tyle słowami co przykładem swych cnót i głębokiej wiary. Życie nasze ziemskie jest krótkie. Jedną piątą część życia spędzamy w domu rodzinnym. Jest to ważny okres wychowania. Życie ludzkie ma wymiar ponadczasowy, wieczny, dlatego i ojciec i matka mają obowiązek przygotować dziecko do życia z Bogiem w Jego królestwie. Stąd rodzice mają wychowywać dziecko do świętości, by mogło osiągnąć zbawienie wieczne. Bez świętości osobistej nikt też nie potrafi przeżyć życia doczesnego szczęśliwie i godnie.
Papież Jan XXIII w liście-testamencie napisanym z okazji 80 rocznicy urodzin, wspominając kolejno każdego ze swych ukochanych bliskich pisał: "To właśnie liczy się najbardziej: zapewnić sobie życie wieczne, zawierzając się dobroci Boga, który wszystko widzi i troszczy się o wszystko". "Tajemnica prawdziwego pokoju — mówił kiedy indziej ten sam papież — trwałej zgody, uległości dzieci, rozkwitu dobrych obyczajów leży w ciągłym i hojnym naśladowaniu słodyczy i skromności Świętej Rodziny" (3.XII.1961).
Służebnica Boża Siostra Faustyna Kowalska, apostołka miłosierdzia Bożego zapisała w swym Dzienniczku: "Kiedy widziałam, jak ojciec się modlił, zawstydziłam się bardzo, że ja po tylu latach w zakonie nie umiałabym się tak szczerze i gorąco modlić, to też nieustannie składałam Bogu dzięki za takich rodziców" (398).
Dobry ojciec ufa, że Bóg wesprze go swoją łaską w pracy wychowawczej i o to się modli. Papież Jan XXIII zapewnia: "W rodzinach, gdzie ojciec się modli i wierzy wiarą radosną i świadomą, uczestniczy w pouczeniach katechetycznych i prowadzi na nie swoje dzieci, nie będzie burz i rozterek z powodu młodzieży zbuntowanej i szorstkiej".
Kryzys ojcostwa
Wielu ojców przeżywa dziś głęboki kryzys. Wielu nie wie kim ojciec jest i jaka jest jego rola. Kryzys ten spowodowany jest głównie utratą wiary, odejściem od Boga i Jego przykazań, odejściem od ewangelii.
Ofiarą okrucieństwa Józefa Stalina padły nie tylko miliony ludzi, lecz także jego żona i troje dzieci. Jego córka Swetlana pisała: "Żebym to miała szczęście narodzić się w chacie jakiegoś nieznanego szewca gruzińskiego! Jak naturalną i łatwą byłoby dla mnie rzeczą nienawidzić odległego tyrana, jego partię, jego słowa i czyny.
Wszystko byłoby wtedy dla mnie jasne. To, co białe byłoby białe, a to, co czarne
— czarne".
Nieszczęśliwy też był syn Stalina, Jakub. Stalin lubił tylko ludzi ślepo mu posłusznych, którzy byli gotowi skoczyć w ogień najego rozkaz. Gdy podczas drugiej wojny światowej Jakub dostał się do niewoli niemieckiej, zagraniczni korespondenci zapytali Stalina co o tym myśli. Odpowiedział: "W hitlerowskich obozach nie ma jeńców rosyjskich, są tam tylko rosyjscy zdrajcy i kiedy wojna się skończy pozbędziemy się ich". Dodał też: "Nie mam syna, któremu na imię Jakub". Możemy sobie wyobrazić co działo się w duszy Jakuba, kiedy w obozie w Sachsenhausen usłyszał te słowa przez radio. Po utracie wiary i zerwaniu łączności z Bogiem Stalin wyrósł na największego zbrodniarza wszystkich czasów. Przez narzucenie terrorem bezbożnictwa pogrążył całą Rosję w morzu krwi, w nędzy fizycznej i duchowej. Dziś Rosja potrzebuje powrotu do Boga, by mogła się odrodzić i wejść do rodziny ludzkiej.
w ramach programu GODZINY RÓŻAŃCOWEJ O. JUSTYNA
16 czerwiec 1991
DOBRY OJCIEC TO SKARB I SZCZĘŚCIE
Witam Was Zacni Rodacy i Mile Rodaczki staropolskim Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Słynny poeta i filozof francuski Paul Claudel (1868-1955) miał wykład w Rzymie. Był już wtedy u kresu swego życia. Gdy wspominał o swej młodości, głos jego sta! się miękki i czuły. Słowa płynęły proste. Wzrok jego widać było szukał dalekiej, rodzinnej wioski we Francji, gdzie spędził młode lata. Twarz mu się rozjaśniła jakby w jakiś cudowny poranek. Od całej jego postaci biła cisza i spokojność. Usta zaś jego mówiły do zasłuchanych osób cudną pochwałę swoich rodziców: "Panowie, jestem szczęśliwy, że miałem dobra matkę i roztropnego ojca".
Pragnę dzisiaj razem z Wami wspólnie wyrazić naszemu ojcu, żyjącemu czy zmarłemu, podobny hołd wdzięczności jaki złożył Paul Claudel wobec swego audytorium. Przykazanie Boże nakazuje czcić ojca swego i matkę swoją. Matce oddaliśmy cześć w drugą niedziele maja. Dziś, w trzecią niedziele czerwca święcimy Dzień Ojca. Jemu poświęcam niniejsze rozważanie pod tytułem:
DOBRY OJCIEC TO SKARB I SZCZĘŚCIE
Ojcostwo ziemskie odzwierciedla ojcostwo Boże
Nie ma najmniejszej wątpliwości, że "dzieci są najcenniejszym darem małżeństwa i rodzinom przynoszą najwięcej dobra" (Sobór Wat. II). Możemy też powiedzieć: największym szczęściem dla dziecka, obok matki, jest dobry ojciec. On przynosi dziecku miłość bez czułostkowości, poczucie pokoju i bezpieczeństwa; dzięki jego mądrości, roztropności, odwadze, dziecko może spokojnie i normalnie się rozwijać, wzrastać i dojrzewać.
Ojcostwo nie jest sprawą przypadkową. Jest darem Bożym. Ojcostwo ziemskie tkwi korzeniami w ojcostwie Bożym. Od Boga "bierze początek wszelkie ojcostwo" — mówi święty Paweł apostoł (Ef 3, 15). Dobrym ojcem jest zatem ten, którego ojcostwo odbija w sobie ojcostwo Ojca Niebieskiego, gdy jego męskie cechy osobowości, przetworzone i uszlachetnione przez łaskę, odzwierciedlają przymioty Ojca Niebieskiego, Jego miłość, czułość i miłosierdzie.
Odmienność psychiki ojca i matki
Jest rzeczą zadziwiającą, że Bóg zadanie rodzenia i wychowania dziecka powierzył rodzinie. Do tej roli specjalnie wyposażył kobietę i mężczyznę zupełnie odmienną psychiką. Cechy matki różnią się od cech ojca jak dwa różne szlify kryształu. | Miłość Boża przenikająca przez pryzmat kobiecej psychiki daje inne blaski niż przesiana przez pryzmat psychiki męskiej. Kiedy jednak występują razem w roli rodziców i wychowawców, cechy te wzajemnie się uzupełniają, a ich praca jest zgodna i pełna. Miłość ojca nie ma kobiecej czułości, zaś miłość matki ojcowskiej mocy. Tę przedziwną jedność oddał holenderski malarz Rembrandt w obrazie "Powrót i syna marnotrawnego", w którym ojciec kładzie ręce na ramionach syna. Rembrandt tak je namalował, że jedna ręka jest odrobinę większa od drugiej. Jedna jest bardziej męska, druga bardziej kobieca. Ojcostwo mężczyzny wzbogaca wrażliwość typową dla kobiet. Cechy nieskończonej miłości Boga: ciepło, życzliwość, miłość uprzedzająca i bezinteresowna znajdują odbicie w sercu ojca przez wpływ miłości matki — kobiety. Dzięki jej wpływowi ojciec jest nie tylko rzecznikiem prawa Bożego, ale również wiernym przekazicielem czułej miłości Bożej.
Miłość ojca z natury jest bardziej interesowna niż matki. Ojciec spodziewa się, że jego własne dzieci przedłużą jego działalność, ukształtują się na jego obraz i podobieństwo, zajmą odpowiedzialne stanowisko w społeczeństwie; przez ofiarny trud ojca będą miały łatwiejszą drogę życia. Taka postawa sprawia, że ojciec staje się stanowczy, wymagający, czasem jakby niemiłosierny. Ojciec spodziewa się, że dzieci okażą mu wdzięczność za jego wysiłki i prace. Tymczasem dzieci biorą wszystko tak, jakby im się to należało. Ojca docenią dopiero wtedy, gdy go zabraknie.
Ojcostwo jest zadaniem
Ojcostwo jest nie tylko dane, ale i zadane. Jest programem rozwoju, bo ojcostwo jest nie tylko fizyczne lecz i duchowe. Ojcostwo duchowe wypływa z wiary, wymaga od ojca postępu życia wewnętrznego i modlitwy. Dlatego ojcostwa trzeba się uczyć. Kobieta jest matką instynktownie. Ona dziewięć miesięcy nosi dziecko pod swym sercem, potem je rodzi. U niej więc macierzyństwo realizuje się już na poziomie biologicznym. Z mężczyzną jest inaczej. Jego ojcostwo nie jest tak spontaniczne. Musi do niego dorastać, nauczyć się go, przejmować się coraz bardziej świadomością, że jest ono przede wszystkim posługą a nie panowaniem; dobry ojciec nie przytłacza dzieci swym autorytetem, lecz służy im z miłością. Wskrzesić życie jest łatwo gdy małżonkowie są obdarzeni przez Boga darem płodności; trudniej jest dziecko dobrze wychować, by coraz bardziej stawało się dzieckiem Bożym. Rodzice potrzebują pomocy Bożej, bo człowiek w gruncie rzeczy nie dorasta do tego, aby formować drugiego człowieka. Ojciec musi duchowo rosnąć, by wypełnić godnie posługę ojcowską.
W pierwszej chwili rodzice mogą być zaskoczeni swą bezradnością wobec potrzeb ich maleństwa. Ojciec powinien być gotowy dawać dziecku swój czas od pierwszego dnia jego życia, w każdej chwili, w każdej sytuacji. Niekiedy młode matki niepokoją się czy ojciec nie upuści maleństwa i nie zrobi mu krzywdy z powodu braku doświadczenia. Ale ojciec nie tylko zdobywa potrzebne środki do życia rodziny, ale formuje swe ojcostwo przez ustawiczny kontakt z malutkim dzieckiem i najzwyklejsze posługi wobec niego.
Niedojrzały ojciec może unieszczęśliwić dziecko, komplikować mu życie, wykoleić je. Wypaczeniem roli ojcowskiej jest często paternalizm, władczo-opiekuńcza postawa ojca, który wszystko za dziecko chce zrobić i przez to nie przygotowuje dziecka do odpowiedzialnego korzystania z wolności, którą będzie się cieszyło po opuszczeniu domu rodzinnego. Takie dziecko będzie niezdolne do dokonywania własnych wyborów w życiu.
Ktoś przyrównał ojca do trenera sportowego. Trener musi być człowiekiem mądrym. Musi wiedzieć co i jak robić, żeby zawodnik osiągnął określoną sprawność. Nie może być słaby. Ma przecież być wsparciem, umocnieniem, podporą w najtrudniejszych momentach. Musi być cierpliwy, żeby zawodnik był cierpliwy, musi zachować spokój, gdy zawodnika ponoszą nerwy. Wreszcie trener ma pozostać w cieniu i cieszyć się z sukcesu zawodnika.
Przykład ojca
Ojciec wychowuje dzieci nie tyle słowami co przykładem swych cnót i głębokiej wiary. Życie nasze ziemskie jest krótkie. Jedną piątą część życia spędzamy w domu rodzinnym. Jest to ważny okres wychowania. Życie ludzkie ma wymiar ponadczasowy, wieczny, dlatego i ojciec i matka mają obowiązek przygotować dziecko do życia z Bogiem w Jego królestwie. Stąd rodzice mają wychowywać dziecko do świętości, by mogło osiągnąć zbawienie wieczne. Bez świętości osobistej nikt też nie potrafi przeżyć życia doczesnego szczęśliwie i godnie.
Papież Jan XXIII w liście-testamencie napisanym z okazji 80 rocznicy urodzin, wspominając kolejno każdego ze swych ukochanych bliskich pisał: "To właśnie liczy się najbardziej: zapewnić sobie życie wieczne, zawierzając się dobroci Boga, który wszystko widzi i troszczy się o wszystko". "Tajemnica prawdziwego pokoju — mówił kiedy indziej ten sam papież — trwałej zgody, uległości dzieci, rozkwitu dobrych obyczajów leży w ciągłym i hojnym naśladowaniu słodyczy i skromności Świętej Rodziny" (3.XII.1961).
Służebnica Boża Siostra Faustyna Kowalska, apostołka miłosierdzia Bożego zapisała w swym Dzienniczku: "Kiedy widziałam, jak ojciec się modlił, zawstydziłam się bardzo, że ja po tylu latach w zakonie nie umiałabym się tak szczerze i gorąco modlić, to też nieustannie składałam Bogu dzięki za takich rodziców" (398).
Dobry ojciec ufa, że Bóg wesprze go swoją łaską w pracy wychowawczej i o to się modli. Papież Jan XXIII zapewnia: "W rodzinach, gdzie ojciec się modli i wierzy wiarą radosną i świadomą, uczestniczy w pouczeniach katechetycznych i prowadzi na nie swoje dzieci, nie będzie burz i rozterek z powodu młodzieży zbuntowanej i szorstkiej".
Kryzys ojcostwa
Wielu ojców przeżywa dziś głęboki kryzys. Wielu nie wie kim ojciec jest i jaka jest jego rola. Kryzys ten spowodowany jest głównie utratą wiary, odejściem od Boga i Jego przykazań, odejściem od ewangelii.
Ofiarą okrucieństwa Józefa Stalina padły nie tylko miliony ludzi, lecz także jego żona i troje dzieci. Jego córka Swetlana pisała: "Żebym to miała szczęście narodzić się w chacie jakiegoś nieznanego szewca gruzińskiego! Jak naturalną i łatwą byłoby dla mnie rzeczą nienawidzić odległego tyrana, jego partię, jego słowa i czyny.
Wszystko byłoby wtedy dla mnie jasne. To, co białe byłoby białe, a to, co czarne
— czarne".
Nieszczęśliwy też był syn Stalina, Jakub. Stalin lubił tylko ludzi ślepo mu posłusznych, którzy byli gotowi skoczyć w ogień najego rozkaz. Gdy podczas drugiej wojny światowej Jakub dostał się do niewoli niemieckiej, zagraniczni korespondenci zapytali Stalina co o tym myśli. Odpowiedział: "W hitlerowskich obozach nie ma jeńców rosyjskich, są tam tylko rosyjscy zdrajcy i kiedy wojna się skończy pozbędziemy się ich". Dodał też: "Nie mam syna, któremu na imię Jakub". Możemy sobie wyobrazić co działo się w duszy Jakuba, kiedy w obozie w Sachsenhausen usłyszał te słowa przez radio. Po utracie wiary i zerwaniu łączności z Bogiem Stalin wyrósł na największego zbrodniarza wszystkich czasów. Przez narzucenie terrorem bezbożnictwa pogrążył całą Rosję w morzu krwi, w nędzy fizycznej i duchowej. Dziś Rosja potrzebuje powrotu do Boga, by mogła się odrodzić i wejść do rodziny ludzkiej.
ŻEBY Z MĘCZEŃSKIEJ ŚMIERCI WYROSŁO JAK NAJWIĘCEJ DOBRA
Radiowe przemówienk wygłoszone przez O. Korneliana Dende, OFMConv.
w ramach programu GODZINY RÓŻAŃCOWEJ O. JUSTYNA
20 październik, 1991
ŻEBY Z MĘCZEŃSKIEJ ŚMIERCI WYROSŁO JAK NAJWIĘCEJ DOBRA
(x. J. Popieluszko)
Witam Was Zacni Rodacy i Mile Rodaczki staropolskim — Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
W dwa dni po pogrzebie księdza Jerzego Popiełuszki Ojciec Święty Jan Paweł II powiedział do pielgrzymów polskich w Rzymie: "Drodzy Rodacy! Ja modle się za księdza Jerzego Popiełuszkę, ale jeszcze bardziej modlę się o to, żeby z tej męczeńskiej śmierci wyrosło jak najwięcej dobra dla mojej Ojczyzny — tak jak z Krzyża Chrystusowego wyrosło zmartwychwstanie".
Ta modlitewna prośba Namiestnika Chrystusowego chyba się sprawdza, skoro w ostatnich pięciu latach aż siedem milionów pielgrzymów przybyło do grobu męczennika przy kościele Św. Stanisława Kostki na Żoliborzu w Warszawie. Jego grób stał się nowym sanktuarium narodowym. Wielu z odwiedzających mogiłę przybywa z racji politycznych lub czysto humanitarnych, żeby oddać hołd bohaterskiemu obrońcy praw człowieka. Większość jednak szuka u grobu światła dla swojej drogi życiowej lub pragnie pogłębić swa wiarę i miłość.
Sprawy ducha są niewymierne. Poznajemy je po owocach. Te zaś Wyrastające ze śmierci męczeńskiej księdza Jerzego są nie tylko stokrotne, tysiąckrotne, ale milionkrotne, toteż możemy z nich wnioskować, że nasz męczennik więcej działa po śmierci niż .za swego krótkiego, choć tak bogatego w wydarzenia, życia.
W dzisiejszej pogadance zobrazuję nieco to oddziaływanie na dusze ludzkie. Pogadanka nosi tytuł:
ŻEBY Z MĘCZEŃSKIEJ ŚMIERCI WYROSŁO JAK NAJWIĘCEJ DOBRA
(O Ks. J. Popiełuszce)
W niecały rok po śmierci księdza Jerzego na jego grób przybyła grupa urzędników z Pomorza. Spytała stojącego opodal księdza: "Co się tu dzieje przy tym grobie? Tyle kwiatów, wieńców, zniczy, tyle ludzi . . . Co to za uroczystość była lub będzie?" Kapłan odpowiedział: "Panowie, przecież tak tu jest już od dziesięciu miesięcy! Tutaj znicze nie gasną dzień i noc! Kwiaty codziennie świeże!". Oni na to: "Tak?! A nam mówiono na zebraniach, że już wszystko się skończyło!". Powiedział ksiądz: "Można przebaczyć, ale zapomnieć? Można przebaczyć na przykład oprawcom Maksymiliana Kolbego, ale zapomnieć się nie da!".
Budziciel sumień
Tak, nie da się zapomnieć . . . Jan Paweł II powiedział kiedyś, że w jasnogórskim sanktuarium bije serce narodu polskiego. A my możemy twierdzić, że w sanktuarium Św. Stanisława Kostki na Żoliborzu ksiądz Jerzy budzi sumienia swoich rodaków i wszystkich, którzy do jego grobu przybywają. Każdy bowiem człowiek, który staje przy tym grobie — jeśli nie jest bezmyślny, jeśli nie jest płytki albo bez sumienia — musi sobie odpowiedzieć na pytanie: "Mam tylko jedno życie. Co z nim zrobię? Po której jestem stronie? Po stronie dobra czy zła? Prawdy czy kłamstwa? Miłości czy nienawiści?". Tam więc pielgrzymi uczą się "zło dobrem zwyciężać" (Rz 12, 21). Tam uświadamiają sobie, że miłość i prawdę można ukrzyżować, ale nie można ich unicestwić. Po tej głębokiej refleksji i modlitwie odchodzą stamtąd już inni, duchowo przemienieni.
Przykłady nawróceń
Niekiedy do grobu przychodzą zatwardziali grzesznicy, a wstrząśnięci tym, co się stało 19 października 1984 z bohaterskim młodym kapłanem, kruszą się, nawracają do Boga, wracają do wspólnoty Kościoła Chrystusowego. Tak było z jednym mężczyzną, który zwierzył się pewnemu kapłanowi:
"Proszę księdza, ja jestem katolikiem, ale w ostatnich latach zaniedbałem się. W niedzielę, zamiast do kościoła, jeździłem na swoją działkę i tam budowałem sobie domek. Kiedy stanąłem przy grobie księdza Jerzego, kiedy zobaczyłem te tysiące kwiatów, wieńców, zniczy i tyle ludzi modlących się i płaczących, tak mną coś wstrząsnęło, że zrozumiałem jedno: ten młody, 37-letni ksiądz oddał swoje życie nie dla działki, nie dla domku, nie dla wartości materialnych, ale dla wyższych wartości — duchowych, religijnych, patriotycznych. Poświęcił swoje młode życie. Jak jak wyglądam wobec tego księdza-Polaka-męczennika? Wstrząśnięty poszedłem do spowiedzi. I odtąd co niedziela jestem w kościele".
"Jest jak ziarno wrzucone w ziemię"
Śmierć księdza Jerzego jest jak ziarno wrzucone w ziemię, które coraz pełniej zaczyna owocować. Przykład takiego owocowania przytoczył ojciec Kalikst Suszyłło, dominikanin, opowiadając w czasie jednej homilii, jak przy grobie księdza Jerzego przeszedł ogromną duchową przemianę i wstąpił do seminarium. Przytaczam jego świadectwo:
"Gdy miałem kilkanaście lat, utraciłem wiarę w Boga, stałem się ateistą. Religia była dla mnie owym przysłowiowym 'opium dla ludu'. Kościół był dla mnie miejscem kultu, wspomnieniem dzieciństwa, zabytkiem architektonicznym. Nie mogłem jednak nie dostrzec, że w tych trudnych miesiącach i latach stał się on jeszcze czymś innym. Stał się miejscem pokojowej walki o powszechne dobro i sprawiedliwe prawa. Symbolem kapłana walczącego o te wartości był dla mnie ksiądz Jerzy Popiełuszko. (...) Ksiądz Jerzy, choć nigdy go nie poznałem osobiście, stał się dla mnie kimś bliskim. Dlatego właśnie jego męczeńska śmierć była dla mnie wstrząsem. Ten duchowny zginął również za mnie — myślałem. Zapragnąłem złożyć mu hołd, odwiedzając jego grób. Po kilkakrotnym odkładaniu tego zamiaru udało mi się wreszcie w końcu lipca 1985 roku wypełnić złożoną sobie obietnicę.
To normalne, że ogarnęło mnie wzruszenie przy jego grobie. Nie było normalne, że przeżegnałem się. Nie czyniłem tego od wielu, wielu lat. Bezwiednie wszedłem do kościoła Św. Stanisława Kostki. Odruchowo zmówiłem 'Ojcze nasz'. Nieporadnie przypomniałem sobie tekst modlitwy z dzieciństwa. Ze świątyni wyszedłem oszołomiony. Nie rozumiałem swego zachowania. Potem był szybki powrót do Poznania i ta pamiętna noc . . . Noc szczerego żalu za utarconym Bogiem i gorącej tęsknoty do Niego. Łzy były moją pierwszą żarliwą modlitwą. I nagle wszystko się w moim życiu odmieniło. Następnego dnia pobiegłem do kościoła na Mszę świętą. Byłem radosny jak nigdy. Po blisko trzydziestu latach uczestniczyłem we Mszy
świętej. (. . .) Szczęście, jakie mnie spotkało, zawdzięczam księdzu Jerzemu. To za jego wstawiennictwem otrzymałem od miłosiernego Pana Boga łaską (. . .). Duch Święty poruszył moje serce i napełnił mnie wiarą. Nie odrzuciłem jej (. . .).
Wreszcie naszedł ten dzień. Ten wielki dzień sakramentu pokuty i pojednania. Nigdy go nie zapomnę. Zaliczam go do najszczęśliwszych dni w życiu. Nie mogłem doczekać ranka, kiedy to pobiegłem jak najwcześniej na Mszę świętą, aby przyjąć Pana Jezusa. I stało się. Jeszcze raz się narodziłem! Tego niezwykłego błogosławieństwa me rozumie nikt, kto sam nie doświadczył (. . .). Moim najgorętszym pragnieniem i celem życia jest stać się wiernym uczniem Chrystusa. Tak mi, Panie Boże, dopomóż!".
To autentyczne świadectwo nawrócenia nie jest jedynym. Ksiądz Jerzy jest jak jasna latarnia morska, która pomaga trafić rozbitkom na wzburzonych falach oceanu życia do portu zbawienia, do Boga. Dlatego też jego grób, znajdujący się w sercu Polski, jest tak tłumnie odwiedzany.
Apel zza grobu trwa
Apel zza grobu ciągle się do nas niesie. Jest jak testament: Odnajdźcie sens swojego życia! Uporządkujcie swoje życie małżeńskie i rodzinne! Pojednajcie się z Bogiem. Nie przestawajcie być Jego dziećmi! Niech Bóg ma w was zawsze upodobanie. Katechizm nazywa to stanem łaski uświęcającej. Staniecie się wtedy Bogiem silni. Spotykając Boga, odnajdziecie w bliźnich braci i siostry. Nawet w tych, których nazywacie swoimi wrogami, nieprzyjaciółmi. Nienawiść jest uczuciem niegodnym człowieka, uczuciem moralnie degradującym.
Bierzmy z przykładu księdza Jerzego tyle, ile się da. Nie narzekajmy na trudności, niepowodzenia, cierpienia. Jemu trudniejsze lata przypadły w udziale. On nas uczy mądrości życiowej. Tylu było bardziej od niego wykształconych, lepszych mówców, imponujących erudytów. Tymczasem właśnie on, któremu w młodości nic nie było łatwo dane, przyciągał wszystkich do siebie. "On potrafił wypracować w ciągu swoich dwunastu latach kapłaństwa piękny model życia dla drugich" (ks. kard. J. Glemp). Brońmy się przed zatruciem moralnym, któremu tak wielu bezwiednie ulega. Zło nigdy nie rodzi dobra. Ofiarnie i z odwagą występujemy w obronie drogich nam wartości.
Pisał kiedyś wielki myśliciel rosyjski Lew Tołstoj:
"Człowiek, dorosły człowiek, bez światopoglądu religijnego, bez wiary jest duchowym i moralnym kaleką i może robić to, co właściwe jest człowiekowi, to jest żyć tylko dzięki sztucznym urządzeniom, jak zabawy, sztuka, żądza, ambicja, chęć zysku, ciekawość, nauka. Taki człowiek, tak jak kaleka, zawsze ulega władzy wszystkich. Można z nim robić wszystko, co się chce", (koniec cytatu).
Jeżeli tak bardzo ksiądz Jerzy zabiegał o to, aby Bóg był w sercu każdego wierzącego, to chciał, żeby ludzie nie byli kukłami, manekinami, ale żeby mogli dzięki Bogu być sobą.
Ksiądz Antoni Lewek napisał piękny wiersz pod tytułem "Jaka będziesz, Polsko?". Pod słowo "Polsko" podstawmy wyraz "Polonio".
Jaka będziesz, Polonio?!
"Gdy nam już zgaśnie gwiazda czerwona,
A biały orzeł błyśnie nad nami,
Wtedy będziemy wszyscy od nowa
Wszelkiemu złu winni sobie sami.
Zanim nadejdzie ten wyśniony czas,
Gdy wolność nam miłość swą wyzna,
Niechaj już dziś zapyta każdy z nas,
Jakaż będzie ta nasza Ojczyzna?
Czy nadal w niej będzie tyle kłamstwa,
Korupcji, kradzieży i zawiści,
Tyle płaczu z powodu pijaństwa,
Zbrodni Kaina i nienawiści?
Czy będą Polacy wreszcie uczciwi,
Życzliwi, trzeźwi i gospodarni,
Czy zechcą także być sprawiedliwi,
Mądrzy, bogobojni, solidarni?
Bo nie wystarczy zmiana ustroju,
Lecz prawdziwej tu trzeba mądrości.
Nic nie wywiedzie Polski z zastoju,
Tylko Boży duch solidarności.
Wiec wołajmy dziś: My chcemy Boga
W domu, w szkole, w polskiej codzienności.
Niech obca nam będzie przemoc i trwoga,
Bo my z Bogiem — ku Polsce przyszłości!" (koniec wiersza)
Gwiazda czerwona już zgasła: Nadszedł wyśniony czas — Polska zrzuciła kajdany bolszewickiej niewoli. Jaka teraz będzie? Zależy od Polaków, którzy żyją nad Wisłą i Bugiem, Wartą i Odrą. A jaka będzie Polonia? To też od nas zależy. Pamięć o bohaterskim życiu i śmierci księdza Jerzego Popiełuszki powinna nas wszystkich uczynić lepszymi. Pamięć ta jest bardzo żywa, skoro sławi ją film i pieśń ulubiona przez młodzież:
"Pamiętasz, nie tak dawno żył człowiek pośród nas
Do głębi wypełniony Chrystusem.
Na ustach swych kapłańskich niósł ewangelii treść
I nią jak ostrą szpadą dotykał ludzkich serc.
Refren: Choć odszedł w dal, żyje pośród nas
W milionach serc Jego serce drga — a swoim drżeniem
Wystukuje bardzo prosty rytm, że Ojczyzna Matką,
A Bóg Ojcem mym.
Na straży stał narodu, narodu, który wie,
Co godne jest człowieka, co Boże.
Są jednak ludzie, którzy odmienny mają cel,
Do niego ślepo dążą, choć ceną jego grzech.
Choć odszedł w dal. . .
Czy można mieć mu za złe, że kochał tak jak Ten,
Któremu wiernie służył do końca? Słowami,
które głosił uderzał prosto w cel,
Lecz zamiast nawrócenia, napotkał gorzką śmierć.
Choć odszedł w dal. . .
Pamiętasz nie tak dawno żył człowiek pośród nas
Do głębi wypełniony Chrystusem.
On zlecił nam zadanie
I udowodnił nam, że Polska nie zaginie,
dopóki Bóg jest w nas.
Choć odszedł w dal. . . (Fioretti B 5. Wciąż żywy. . .)
w ramach programu GODZINY RÓŻAŃCOWEJ O. JUSTYNA
20 październik, 1991
ŻEBY Z MĘCZEŃSKIEJ ŚMIERCI WYROSŁO JAK NAJWIĘCEJ DOBRA
(x. J. Popieluszko)
Witam Was Zacni Rodacy i Mile Rodaczki staropolskim — Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
W dwa dni po pogrzebie księdza Jerzego Popiełuszki Ojciec Święty Jan Paweł II powiedział do pielgrzymów polskich w Rzymie: "Drodzy Rodacy! Ja modle się za księdza Jerzego Popiełuszkę, ale jeszcze bardziej modlę się o to, żeby z tej męczeńskiej śmierci wyrosło jak najwięcej dobra dla mojej Ojczyzny — tak jak z Krzyża Chrystusowego wyrosło zmartwychwstanie".
Ta modlitewna prośba Namiestnika Chrystusowego chyba się sprawdza, skoro w ostatnich pięciu latach aż siedem milionów pielgrzymów przybyło do grobu męczennika przy kościele Św. Stanisława Kostki na Żoliborzu w Warszawie. Jego grób stał się nowym sanktuarium narodowym. Wielu z odwiedzających mogiłę przybywa z racji politycznych lub czysto humanitarnych, żeby oddać hołd bohaterskiemu obrońcy praw człowieka. Większość jednak szuka u grobu światła dla swojej drogi życiowej lub pragnie pogłębić swa wiarę i miłość.
Sprawy ducha są niewymierne. Poznajemy je po owocach. Te zaś Wyrastające ze śmierci męczeńskiej księdza Jerzego są nie tylko stokrotne, tysiąckrotne, ale milionkrotne, toteż możemy z nich wnioskować, że nasz męczennik więcej działa po śmierci niż .za swego krótkiego, choć tak bogatego w wydarzenia, życia.
W dzisiejszej pogadance zobrazuję nieco to oddziaływanie na dusze ludzkie. Pogadanka nosi tytuł:
ŻEBY Z MĘCZEŃSKIEJ ŚMIERCI WYROSŁO JAK NAJWIĘCEJ DOBRA
(O Ks. J. Popiełuszce)
W niecały rok po śmierci księdza Jerzego na jego grób przybyła grupa urzędników z Pomorza. Spytała stojącego opodal księdza: "Co się tu dzieje przy tym grobie? Tyle kwiatów, wieńców, zniczy, tyle ludzi . . . Co to za uroczystość była lub będzie?" Kapłan odpowiedział: "Panowie, przecież tak tu jest już od dziesięciu miesięcy! Tutaj znicze nie gasną dzień i noc! Kwiaty codziennie świeże!". Oni na to: "Tak?! A nam mówiono na zebraniach, że już wszystko się skończyło!". Powiedział ksiądz: "Można przebaczyć, ale zapomnieć? Można przebaczyć na przykład oprawcom Maksymiliana Kolbego, ale zapomnieć się nie da!".
Budziciel sumień
Tak, nie da się zapomnieć . . . Jan Paweł II powiedział kiedyś, że w jasnogórskim sanktuarium bije serce narodu polskiego. A my możemy twierdzić, że w sanktuarium Św. Stanisława Kostki na Żoliborzu ksiądz Jerzy budzi sumienia swoich rodaków i wszystkich, którzy do jego grobu przybywają. Każdy bowiem człowiek, który staje przy tym grobie — jeśli nie jest bezmyślny, jeśli nie jest płytki albo bez sumienia — musi sobie odpowiedzieć na pytanie: "Mam tylko jedno życie. Co z nim zrobię? Po której jestem stronie? Po stronie dobra czy zła? Prawdy czy kłamstwa? Miłości czy nienawiści?". Tam więc pielgrzymi uczą się "zło dobrem zwyciężać" (Rz 12, 21). Tam uświadamiają sobie, że miłość i prawdę można ukrzyżować, ale nie można ich unicestwić. Po tej głębokiej refleksji i modlitwie odchodzą stamtąd już inni, duchowo przemienieni.
Przykłady nawróceń
Niekiedy do grobu przychodzą zatwardziali grzesznicy, a wstrząśnięci tym, co się stało 19 października 1984 z bohaterskim młodym kapłanem, kruszą się, nawracają do Boga, wracają do wspólnoty Kościoła Chrystusowego. Tak było z jednym mężczyzną, który zwierzył się pewnemu kapłanowi:
"Proszę księdza, ja jestem katolikiem, ale w ostatnich latach zaniedbałem się. W niedzielę, zamiast do kościoła, jeździłem na swoją działkę i tam budowałem sobie domek. Kiedy stanąłem przy grobie księdza Jerzego, kiedy zobaczyłem te tysiące kwiatów, wieńców, zniczy i tyle ludzi modlących się i płaczących, tak mną coś wstrząsnęło, że zrozumiałem jedno: ten młody, 37-letni ksiądz oddał swoje życie nie dla działki, nie dla domku, nie dla wartości materialnych, ale dla wyższych wartości — duchowych, religijnych, patriotycznych. Poświęcił swoje młode życie. Jak jak wyglądam wobec tego księdza-Polaka-męczennika? Wstrząśnięty poszedłem do spowiedzi. I odtąd co niedziela jestem w kościele".
"Jest jak ziarno wrzucone w ziemię"
Śmierć księdza Jerzego jest jak ziarno wrzucone w ziemię, które coraz pełniej zaczyna owocować. Przykład takiego owocowania przytoczył ojciec Kalikst Suszyłło, dominikanin, opowiadając w czasie jednej homilii, jak przy grobie księdza Jerzego przeszedł ogromną duchową przemianę i wstąpił do seminarium. Przytaczam jego świadectwo:
"Gdy miałem kilkanaście lat, utraciłem wiarę w Boga, stałem się ateistą. Religia była dla mnie owym przysłowiowym 'opium dla ludu'. Kościół był dla mnie miejscem kultu, wspomnieniem dzieciństwa, zabytkiem architektonicznym. Nie mogłem jednak nie dostrzec, że w tych trudnych miesiącach i latach stał się on jeszcze czymś innym. Stał się miejscem pokojowej walki o powszechne dobro i sprawiedliwe prawa. Symbolem kapłana walczącego o te wartości był dla mnie ksiądz Jerzy Popiełuszko. (...) Ksiądz Jerzy, choć nigdy go nie poznałem osobiście, stał się dla mnie kimś bliskim. Dlatego właśnie jego męczeńska śmierć była dla mnie wstrząsem. Ten duchowny zginął również za mnie — myślałem. Zapragnąłem złożyć mu hołd, odwiedzając jego grób. Po kilkakrotnym odkładaniu tego zamiaru udało mi się wreszcie w końcu lipca 1985 roku wypełnić złożoną sobie obietnicę.
To normalne, że ogarnęło mnie wzruszenie przy jego grobie. Nie było normalne, że przeżegnałem się. Nie czyniłem tego od wielu, wielu lat. Bezwiednie wszedłem do kościoła Św. Stanisława Kostki. Odruchowo zmówiłem 'Ojcze nasz'. Nieporadnie przypomniałem sobie tekst modlitwy z dzieciństwa. Ze świątyni wyszedłem oszołomiony. Nie rozumiałem swego zachowania. Potem był szybki powrót do Poznania i ta pamiętna noc . . . Noc szczerego żalu za utarconym Bogiem i gorącej tęsknoty do Niego. Łzy były moją pierwszą żarliwą modlitwą. I nagle wszystko się w moim życiu odmieniło. Następnego dnia pobiegłem do kościoła na Mszę świętą. Byłem radosny jak nigdy. Po blisko trzydziestu latach uczestniczyłem we Mszy
świętej. (. . .) Szczęście, jakie mnie spotkało, zawdzięczam księdzu Jerzemu. To za jego wstawiennictwem otrzymałem od miłosiernego Pana Boga łaską (. . .). Duch Święty poruszył moje serce i napełnił mnie wiarą. Nie odrzuciłem jej (. . .).
Wreszcie naszedł ten dzień. Ten wielki dzień sakramentu pokuty i pojednania. Nigdy go nie zapomnę. Zaliczam go do najszczęśliwszych dni w życiu. Nie mogłem doczekać ranka, kiedy to pobiegłem jak najwcześniej na Mszę świętą, aby przyjąć Pana Jezusa. I stało się. Jeszcze raz się narodziłem! Tego niezwykłego błogosławieństwa me rozumie nikt, kto sam nie doświadczył (. . .). Moim najgorętszym pragnieniem i celem życia jest stać się wiernym uczniem Chrystusa. Tak mi, Panie Boże, dopomóż!".
To autentyczne świadectwo nawrócenia nie jest jedynym. Ksiądz Jerzy jest jak jasna latarnia morska, która pomaga trafić rozbitkom na wzburzonych falach oceanu życia do portu zbawienia, do Boga. Dlatego też jego grób, znajdujący się w sercu Polski, jest tak tłumnie odwiedzany.
Apel zza grobu trwa
Apel zza grobu ciągle się do nas niesie. Jest jak testament: Odnajdźcie sens swojego życia! Uporządkujcie swoje życie małżeńskie i rodzinne! Pojednajcie się z Bogiem. Nie przestawajcie być Jego dziećmi! Niech Bóg ma w was zawsze upodobanie. Katechizm nazywa to stanem łaski uświęcającej. Staniecie się wtedy Bogiem silni. Spotykając Boga, odnajdziecie w bliźnich braci i siostry. Nawet w tych, których nazywacie swoimi wrogami, nieprzyjaciółmi. Nienawiść jest uczuciem niegodnym człowieka, uczuciem moralnie degradującym.
Bierzmy z przykładu księdza Jerzego tyle, ile się da. Nie narzekajmy na trudności, niepowodzenia, cierpienia. Jemu trudniejsze lata przypadły w udziale. On nas uczy mądrości życiowej. Tylu było bardziej od niego wykształconych, lepszych mówców, imponujących erudytów. Tymczasem właśnie on, któremu w młodości nic nie było łatwo dane, przyciągał wszystkich do siebie. "On potrafił wypracować w ciągu swoich dwunastu latach kapłaństwa piękny model życia dla drugich" (ks. kard. J. Glemp). Brońmy się przed zatruciem moralnym, któremu tak wielu bezwiednie ulega. Zło nigdy nie rodzi dobra. Ofiarnie i z odwagą występujemy w obronie drogich nam wartości.
Pisał kiedyś wielki myśliciel rosyjski Lew Tołstoj:
"Człowiek, dorosły człowiek, bez światopoglądu religijnego, bez wiary jest duchowym i moralnym kaleką i może robić to, co właściwe jest człowiekowi, to jest żyć tylko dzięki sztucznym urządzeniom, jak zabawy, sztuka, żądza, ambicja, chęć zysku, ciekawość, nauka. Taki człowiek, tak jak kaleka, zawsze ulega władzy wszystkich. Można z nim robić wszystko, co się chce", (koniec cytatu).
Jeżeli tak bardzo ksiądz Jerzy zabiegał o to, aby Bóg był w sercu każdego wierzącego, to chciał, żeby ludzie nie byli kukłami, manekinami, ale żeby mogli dzięki Bogu być sobą.
Ksiądz Antoni Lewek napisał piękny wiersz pod tytułem "Jaka będziesz, Polsko?". Pod słowo "Polsko" podstawmy wyraz "Polonio".
Jaka będziesz, Polonio?!
"Gdy nam już zgaśnie gwiazda czerwona,
A biały orzeł błyśnie nad nami,
Wtedy będziemy wszyscy od nowa
Wszelkiemu złu winni sobie sami.
Zanim nadejdzie ten wyśniony czas,
Gdy wolność nam miłość swą wyzna,
Niechaj już dziś zapyta każdy z nas,
Jakaż będzie ta nasza Ojczyzna?
Czy nadal w niej będzie tyle kłamstwa,
Korupcji, kradzieży i zawiści,
Tyle płaczu z powodu pijaństwa,
Zbrodni Kaina i nienawiści?
Czy będą Polacy wreszcie uczciwi,
Życzliwi, trzeźwi i gospodarni,
Czy zechcą także być sprawiedliwi,
Mądrzy, bogobojni, solidarni?
Bo nie wystarczy zmiana ustroju,
Lecz prawdziwej tu trzeba mądrości.
Nic nie wywiedzie Polski z zastoju,
Tylko Boży duch solidarności.
Wiec wołajmy dziś: My chcemy Boga
W domu, w szkole, w polskiej codzienności.
Niech obca nam będzie przemoc i trwoga,
Bo my z Bogiem — ku Polsce przyszłości!" (koniec wiersza)
Gwiazda czerwona już zgasła: Nadszedł wyśniony czas — Polska zrzuciła kajdany bolszewickiej niewoli. Jaka teraz będzie? Zależy od Polaków, którzy żyją nad Wisłą i Bugiem, Wartą i Odrą. A jaka będzie Polonia? To też od nas zależy. Pamięć o bohaterskim życiu i śmierci księdza Jerzego Popiełuszki powinna nas wszystkich uczynić lepszymi. Pamięć ta jest bardzo żywa, skoro sławi ją film i pieśń ulubiona przez młodzież:
"Pamiętasz, nie tak dawno żył człowiek pośród nas
Do głębi wypełniony Chrystusem.
Na ustach swych kapłańskich niósł ewangelii treść
I nią jak ostrą szpadą dotykał ludzkich serc.
Refren: Choć odszedł w dal, żyje pośród nas
W milionach serc Jego serce drga — a swoim drżeniem
Wystukuje bardzo prosty rytm, że Ojczyzna Matką,
A Bóg Ojcem mym.
Na straży stał narodu, narodu, który wie,
Co godne jest człowieka, co Boże.
Są jednak ludzie, którzy odmienny mają cel,
Do niego ślepo dążą, choć ceną jego grzech.
Choć odszedł w dal. . .
Czy można mieć mu za złe, że kochał tak jak Ten,
Któremu wiernie służył do końca? Słowami,
które głosił uderzał prosto w cel,
Lecz zamiast nawrócenia, napotkał gorzką śmierć.
Choć odszedł w dal. . .
Pamiętasz nie tak dawno żył człowiek pośród nas
Do głębi wypełniony Chrystusem.
On zlecił nam zadanie
I udowodnił nam, że Polska nie zaginie,
dopóki Bóg jest w nas.
Choć odszedł w dal. . . (Fioretti B 5. Wciąż żywy. . .)
NIE ZOSTAWIAJMY PAPIEŻA SAMEGO
Radiowe przemówienie wykoszone przez O. Korneliami Dende, OFMConv.
w ramach programu GODZINY RÓŻAŃCOWEJ O. JUSTYNA
9 czerwiec 1991
NIE ZOSTAWIAJMY PAPIEŻA SAMEGO
Witam Was Zacni Rodacy i Miłe Rodaczki staropolskim Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Najpierw Napoleon czy kanclerz niemiecki Bismarck, a potem Stalin — kiedy zalecano im liczyć się ze Stolicą Apostolską — postawili ironiczne pytanie: a ile dywizji papież ma do dyspozycji? Za obecnym dziś Papieżem Janem Pawłem II stoi wielomilionowa społeczność katolicka, a w tym co najmniej 30 milionów polskich serc, które potężnie wspierają go swoją wiarą, miłością i modlitwą. Ojciec Święty ze zdumiewającą sprawnością wypełnia swoje zadania, których wiele się namnożyło. Zdobywa dla Chrystusa na wszystkich kontynentach miliony dusz i serc. W pociąga¬jący sposób objawia ludzkości prawdziwe oblicze Chrystusa. Jest to niemała zasługa wiernych i rodaków rosianych po całym świecie, którzy wytrwale wspierają go duchowo modlitwą. Role tego wsparcia doceniał Papież od samego początku, gdy zaraz po swej intronizacji prosił swych rodaków: "nie zostawiajcie mnie samego!" Przypominam Warn dziś tę prośbę i ten obowiązek w pogadance pod takim właśnie tytułem:
NIE ZOSTAWIAJMY PAPIEŻA SAMEGO
Modlitwa Kościoła
Nie zostawiać Ojca Świętego samego znaczy przede wszystkim wspierać go swoją modlitwą. W tym naśladujemy samego Pana Jezusa, który wspierał wyraźnie modlitwą pierwszego papieża, świętego Piotra, o czym wyraźnie go zapewnił w czasie Ostatniej Wieczerzy: "Ja prosiłem za tobą, żeby nie ustała twoja wiara" (Lk 22, 32). Chrystus napewno wspiera swą cudowną pomocą wszystkich papieży, dzięki czemu zdołali oni przez dwa tysiece lat przechować nienaruszony depozyt wiary i zasad Chrystusowych. Widzimy, ile trudności i przeciwności musi przezwyciężać obecny Papież, podobnie zresztą, jak już jego poprzednik Paweł VI, dla zachowania w Kościele tego skarbu wiary i zasad moralnych; ilu doznaje sprzeciwów, pogróżek a nawet obelg ze strony lekkomyślnych teologów, niektórych sióstr zakonnych a także świeckich katolików w społeczeństwach zachodnioeuropejskich i amerykańskich. To jest nie tylko osobista sprawa Papieża; to powinno nas wszystkich obchodzić i boleć.
Potrzebne jest Ojcu Świętemu nasze modlitewne wsparcie, takie, jakie świadczył pierwszemu Namiestnikowi Chrystusa pierwotny Kościół. Czytamy w Dziejach Apostolskich: gdy Piotr był w wiezieniu, "Kościół modlił się za niego nieustannie do Boga" (12, 5). Czy i my modlimy się nieustannie w intencji Papieża, o którym i duma mówimy, że jest" naszym Papieżem'' ? Czy wspieramy go bodaj raz w miesiącu? On wie o tych comiesięcznych nabożeństwach jakie odprawiają się w kościolach polskich w jego intencji. Liczy na nie, cieszy się nimi i czerpie z nich wielką pociechę.
Dzielić odpowiedzialność za losy Kościoła
Nie pozostawiać Ojca Świętego samego jak o to prosił to znaczy coś więcej niż tylko modlić się w jego intencji; znaczy to również dzielić z nim odpowiedzialność za losy tej wielkiej sprawy, jaką jest życie całego Kościoła. Ściślej mówiąc, chodzi o życie Jezusa Chrystusa w Jego świętym Kościele. Mówimy: "nasz Ojciec Święty" — a więc i jego sprawy i troski muszą stać się naszymi sprawami i troskami. A ileż ma on tych trosk i spraw!? Jakże one są trudne!? Ojciec Święty może powiedzieć dosłownie jak święty Paweł mówił "o swojej codziennej udręce, płynącej z troski o wszystkie Kościoły" (2 Kor 11, 28). Czyż nie dręczy Papieża to, co dzieje się w różnych Kościołach, jak w Kos'ciele niemieckim, holenderskim, francuskim, a zwłaszcza w naszym, amerykańskim? Czy pozostawimy Ojca Świętego samego z jego udręką?
Jakkolwiek spojrzelibyśmy na Kościół, spojrzenie to musi rodzić w nas poczucie odpowiedzialności za Kościół, do którego należymy.
Czymże jest Kościół? Jest on, w pewnym znaczeniu, samym Chrystusem; wciąż Chrystus żyje pośród nas i działa na naszych oczach w Kościele. Mówimy w uniesieniu ducha, że kochamy Jezusa, naszego Zbawiciela. Ale kochać Chrystusa to pragnąć tego, czego On pragnie, gdy woła: "Ogień przyszedłem rzucić na ziemię i czegóż innego pragnę, jak tylko aby był rozniecony" (Łk 12,49). To jest to gorące pragnienie Najświętszego Serca naszego Zbawiciela, które musi stać się naszym pragnieniem. Ten ogień wiary i miłości rozniecony przez Chrystusa jeszcze nie płonie pełnym blaskiem w oziębłych sercach ludzkich! Chrystus gorąco pragnie, aby ogień Jego łaski, ogień Jego miłości, ogień Jego prawdy i wiary zdobył i ożywił serca ludzkie; aby prawda i moralność Chrystusowa, które Chrystus głosi w Kościele przemieniały, uszlachetniały i uszczęśliwiały serca umęczonych ludzi, odnowiły życie wokół nas; poprzez nasze słowa, nasze czyny i nasze zachowanie Chrystus pragnie zdobyć każdy dom i każde serce. Nie możemy uchylać się od tej współpracy z Chrystusem w zbawieniu świata.
Kościół społecznością ludzi dobrej woli
Czymże — dalej — jest Kościół? Jest społecznością ochrzczonych w imię Trójcy Świętej, społecznością uświęconą darami chrztu, społecznością ludzi dobrej woli. Ta społeczność w chwili powstania była — jak sam Chrystus określił — maleńkim ziarnkiem, ale ustanowiona została dla całej ludzkości. Prawda, którą Bóg powierzył człowiekowi, odnosi się do każdego człowieka i każdemu jest potrzebna do życia prawego i wartościowego. Oburzamy się, gdy widzimy, że ktoś nie otrzymuje tego, co powinien otrzymać, jeśli nie otrzymuje chleba, jeśli nie otrzymuje prawdy, która jest chlebem dla duszy. Nie może być dla chrześcijanina obojętne, jakie zasady wyznają inni ludzie, jak postępują, co robią ze swoim życiem, ze swoją duszą. Musi
nas boleć, że są ludzie, którzy prawdy Chrystusowej nie znają, którzy ją lekceważą, którzy według niej nie postępują, lub od niej odeszli. Ważne jest dla nas co dzieje się w Kościołach zachodnich, ale jeszcze ważniejsze jest dla nas, co dzieje się w naszej diecezji i w naszej parafii.
Kościół jest Królestwem Bożym
Czymże jeszcze jest Kościół? Jest Królestwem Bożym. Tym Królestwem, którym rządzą prawa Boże, przykazania Boże, zasady Chrystusowe. Według najnowszych statystyk, żyje na świecie ponad 800 milionów katolików. Czy to jest dużo czy mało — to jeszcze nie najważniejsze. Nie jest najważniejsza liczba katolików; najważniejsza jest ich jakość. I jeżeli czasem budzi się w nas chęć krytyki Kościoła, to wiedzmy, że takim jest Kościół, jakim jestem ja. W XVIII wieku, gdy osłabła religijność francuskich katolików, ich ziomek, materialista Diderot, zagadnięty na temat Kościoła, odpowiedział lekceważąco: "jeszcze żyje; jeszcze żyje Kościół, ale już ledwie żyje". Otóż żyje Kościół Chrystusowy, jeżeli żyje w nas Chrystusowa cierpliwość, Chrystusowa ofiarność, Chrystusowe miłosierdzie i przebaczenie. Z poczucia odpowiedzialności za Kościół, rozwijajmy przede wszystkim we własnym sercu Chrystusowe wartości. To będzie najlepszą propagandą Kościoła. W ten sposób Kościół stanie się tym "znakiem podniesionym między narodami" — jak życzył Kościołowi ostatni Sobór. Słowo "propaganda" ma dzisiaj niemiłe skojarzenia: propaganda to jest to, co się często wypisuje w brukowych gazetach i w rozlepionych na murach afiszach; ale obok propagandy fałszywej i głupiej musi istnieć propaganda prawdy i dobra. Do uprawiania dobrej propagandy wszyscy jesteśmy zobowiązani. Uświadamiajmy sobie: jestem odpowiedzialny za posiadaną prawdę, na przykład, że czystość serca zapewnia szczęście w życiu! Nie dostałem tej prawdy tylko dla siebie. Mam dawać jej świadectwo własnym czystym życiem. Bo według mego życia będą sądzić tę prawdę ci, którzy pytają jak piłat: co to jest prawda? Według naszego życia inni sądzą Kościół, i słusznie sądzą, bo Kościół to nie tylko biskupi i księża — ale my wszyscy ochrzczeni w imię Trójcy Świętej.
Kościół strzeże Chrystusową prawdę i sprawiedliwość
Czymże jest wreszcie Kościół, do którego należę? Kościół jest instytucją, którą Chrystus powołał do życia, aby strzegła jego prawdy i sprawiedliwości. Ale z pojęciem instytucji wiąże się pojęcie władzy, administracji i funkcjonariuszy. Wówczas nasze spojrzenie kieruje się ku ludziom duchownym i przychodzi pokusa, aby powiedzieć: to oni odpowiadają! Oni mają głosić prawdę i sprawiedliwość? Oni mają jej bronić! Oni mają za nią cierpieć i umierać!! A my, owszem, będziemy ich szanować, słuchać, będziemy ich nawet utrzymywać, będziemy się ostatecznie za nich modlić, aby ich Duch Święty nie opuścił. Cała reszta należy do nich! Taka postawa jest bardzo wygodna — ale tchórzliwa i nieszlachetna i niedojrzała. Z jednej strony odżegnujemy się od klerykalizmu, gdy mówimy: co księża mają się wtrącać do wszystkiego, przecież oni nie mogą się na wszystkim wyznawać! Z drugiej zaś strony, gdy trzeba się narazić na przykrości — mówimy: ksiądz ich nauczy, ksiądz im pokaże, ksiądz im wygarnie, ksiądz im da! Katolicy świeccy stanowiący trzon Kościoła w krytycznych zmaganiach z niewiarą nie mogą chować się za księżowską sutannę.
Od takiego klerykalizmu odżegnał się ostatni Sobór, który podkreślił, że duchowni nie są po to, aby całe zbawcze posłannictwo brać na samych siebie (por. KK 30). Katolicy świeccy też otrzymali moc Ducha Świętego. Oni nie są tylko
"do pomocy" księżem, ale mają swoje własne zadania do spełnienia i docierają tam, dokąd nie może dotrzeć kapłan. Katolicy świeccy uobecniają Kościół w świecie i umożliwiają jego działanie w sprawach doczesnych (por. DA 29).
Szczególna odpowiedzialność Kościoła w Polsce
Od poczucia odpowiedzialności nie uwalnia nas fakt, że nasz naród "dał" światu Papieża. Wprost przeciwnie, prosił nas Papież: "nie sprawiajcie mi trudności! Wspomagajcie mnie!" Brakiem odpowiedzialności możemy mu tylko utrudniać działalność. Złośliwi mogą mu powiedzieć: "Ojcze Święty, zamiast nawoływać cały świat do poprawy, pozostań w swojej ojczyźnie i naucz najpierw swoich rodaków trzeźwości, oszczędności, solidności, pracowitości, poszanowania życia w łonie matki, bo z takimi zaletami pozostają w tyle za całym światem".
Po powstaniu Solidarności w 1980 roku w jednym liceum warszawskim młodzież samorzutnie udała się do dyrektora z żądaniem, aby w klasach zawieszono krzyże. Dyrektor był w niemałym kłopocie, bo reżim był jeszcze komunistyczny. Ale zlecił tę sprawę przebiegłej wychowawczyni, która powiedziała uczniom tak: "Słuchajcie! Krzyże mogą być — ale pod jednym warunkiem. Jako katolicy musicie zrozumieć jedno: krzyż to jest znak pewnej określonej postawy. Jeżeli będzie w klasie krzyż — to skończą się wagary (to znaczy wałęsanie się poza szkołą, gdy inni są na lekcjach), skończy się rozrabianie, skończy się palenie papierosów po kątach — skończą się wybryki seksualne i skończą się stopnie niedostateczne. Do tego musicie się wszyscy zobowiązać". Uczniom wydłużyły się miny i ustąpili. Ale nie całkiem. Zażądali, aby przynajmniej na korytarzach zawiesić portrety Papieża — jako wielkiego Polaka. Na to dyrektor się zgodził: wielki Polak może sobie figurować. Ostatecznie co Papież to nie krzyż. I wszyscy byli zadowoleni. Istotnie: pod krzyżem nie wypada wagarować, leniuchować, niszczyć swego życia papierosami i napojami alkoholowymi, rozpustą . . . itd. A czy pod portretem Papieża można żyć nieodpowiedzialnie?!
Niech więc obecność naszego rodaka na stolicy świętej zobowiąże nas do solidarności z nim w naszym prawdziwie chrześcijańskim życiu. W duchu odpowiedzialności za Kościół i współodpowiedzialności z Ojcem Świętym za trudne sprawy Kościoła, módlmy się za Papieża. Postawą apostolską i całym swoim życiem utwierdzajmy wraz z Janem Pawłem Królestwo Boże, Królestwo prawdy, sprawiedliwości, miłości i pokoju.
(Na podstawie ks. Tad. Olszańskiego, CM)
w ramach programu GODZINY RÓŻAŃCOWEJ O. JUSTYNA
9 czerwiec 1991
NIE ZOSTAWIAJMY PAPIEŻA SAMEGO
Witam Was Zacni Rodacy i Miłe Rodaczki staropolskim Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Najpierw Napoleon czy kanclerz niemiecki Bismarck, a potem Stalin — kiedy zalecano im liczyć się ze Stolicą Apostolską — postawili ironiczne pytanie: a ile dywizji papież ma do dyspozycji? Za obecnym dziś Papieżem Janem Pawłem II stoi wielomilionowa społeczność katolicka, a w tym co najmniej 30 milionów polskich serc, które potężnie wspierają go swoją wiarą, miłością i modlitwą. Ojciec Święty ze zdumiewającą sprawnością wypełnia swoje zadania, których wiele się namnożyło. Zdobywa dla Chrystusa na wszystkich kontynentach miliony dusz i serc. W pociąga¬jący sposób objawia ludzkości prawdziwe oblicze Chrystusa. Jest to niemała zasługa wiernych i rodaków rosianych po całym świecie, którzy wytrwale wspierają go duchowo modlitwą. Role tego wsparcia doceniał Papież od samego początku, gdy zaraz po swej intronizacji prosił swych rodaków: "nie zostawiajcie mnie samego!" Przypominam Warn dziś tę prośbę i ten obowiązek w pogadance pod takim właśnie tytułem:
NIE ZOSTAWIAJMY PAPIEŻA SAMEGO
Modlitwa Kościoła
Nie zostawiać Ojca Świętego samego znaczy przede wszystkim wspierać go swoją modlitwą. W tym naśladujemy samego Pana Jezusa, który wspierał wyraźnie modlitwą pierwszego papieża, świętego Piotra, o czym wyraźnie go zapewnił w czasie Ostatniej Wieczerzy: "Ja prosiłem za tobą, żeby nie ustała twoja wiara" (Lk 22, 32). Chrystus napewno wspiera swą cudowną pomocą wszystkich papieży, dzięki czemu zdołali oni przez dwa tysiece lat przechować nienaruszony depozyt wiary i zasad Chrystusowych. Widzimy, ile trudności i przeciwności musi przezwyciężać obecny Papież, podobnie zresztą, jak już jego poprzednik Paweł VI, dla zachowania w Kościele tego skarbu wiary i zasad moralnych; ilu doznaje sprzeciwów, pogróżek a nawet obelg ze strony lekkomyślnych teologów, niektórych sióstr zakonnych a także świeckich katolików w społeczeństwach zachodnioeuropejskich i amerykańskich. To jest nie tylko osobista sprawa Papieża; to powinno nas wszystkich obchodzić i boleć.
Potrzebne jest Ojcu Świętemu nasze modlitewne wsparcie, takie, jakie świadczył pierwszemu Namiestnikowi Chrystusa pierwotny Kościół. Czytamy w Dziejach Apostolskich: gdy Piotr był w wiezieniu, "Kościół modlił się za niego nieustannie do Boga" (12, 5). Czy i my modlimy się nieustannie w intencji Papieża, o którym i duma mówimy, że jest" naszym Papieżem'' ? Czy wspieramy go bodaj raz w miesiącu? On wie o tych comiesięcznych nabożeństwach jakie odprawiają się w kościolach polskich w jego intencji. Liczy na nie, cieszy się nimi i czerpie z nich wielką pociechę.
Dzielić odpowiedzialność za losy Kościoła
Nie pozostawiać Ojca Świętego samego jak o to prosił to znaczy coś więcej niż tylko modlić się w jego intencji; znaczy to również dzielić z nim odpowiedzialność za losy tej wielkiej sprawy, jaką jest życie całego Kościoła. Ściślej mówiąc, chodzi o życie Jezusa Chrystusa w Jego świętym Kościele. Mówimy: "nasz Ojciec Święty" — a więc i jego sprawy i troski muszą stać się naszymi sprawami i troskami. A ileż ma on tych trosk i spraw!? Jakże one są trudne!? Ojciec Święty może powiedzieć dosłownie jak święty Paweł mówił "o swojej codziennej udręce, płynącej z troski o wszystkie Kościoły" (2 Kor 11, 28). Czyż nie dręczy Papieża to, co dzieje się w różnych Kościołach, jak w Kos'ciele niemieckim, holenderskim, francuskim, a zwłaszcza w naszym, amerykańskim? Czy pozostawimy Ojca Świętego samego z jego udręką?
Jakkolwiek spojrzelibyśmy na Kościół, spojrzenie to musi rodzić w nas poczucie odpowiedzialności za Kościół, do którego należymy.
Czymże jest Kościół? Jest on, w pewnym znaczeniu, samym Chrystusem; wciąż Chrystus żyje pośród nas i działa na naszych oczach w Kościele. Mówimy w uniesieniu ducha, że kochamy Jezusa, naszego Zbawiciela. Ale kochać Chrystusa to pragnąć tego, czego On pragnie, gdy woła: "Ogień przyszedłem rzucić na ziemię i czegóż innego pragnę, jak tylko aby był rozniecony" (Łk 12,49). To jest to gorące pragnienie Najświętszego Serca naszego Zbawiciela, które musi stać się naszym pragnieniem. Ten ogień wiary i miłości rozniecony przez Chrystusa jeszcze nie płonie pełnym blaskiem w oziębłych sercach ludzkich! Chrystus gorąco pragnie, aby ogień Jego łaski, ogień Jego miłości, ogień Jego prawdy i wiary zdobył i ożywił serca ludzkie; aby prawda i moralność Chrystusowa, które Chrystus głosi w Kościele przemieniały, uszlachetniały i uszczęśliwiały serca umęczonych ludzi, odnowiły życie wokół nas; poprzez nasze słowa, nasze czyny i nasze zachowanie Chrystus pragnie zdobyć każdy dom i każde serce. Nie możemy uchylać się od tej współpracy z Chrystusem w zbawieniu świata.
Kościół społecznością ludzi dobrej woli
Czymże — dalej — jest Kościół? Jest społecznością ochrzczonych w imię Trójcy Świętej, społecznością uświęconą darami chrztu, społecznością ludzi dobrej woli. Ta społeczność w chwili powstania była — jak sam Chrystus określił — maleńkim ziarnkiem, ale ustanowiona została dla całej ludzkości. Prawda, którą Bóg powierzył człowiekowi, odnosi się do każdego człowieka i każdemu jest potrzebna do życia prawego i wartościowego. Oburzamy się, gdy widzimy, że ktoś nie otrzymuje tego, co powinien otrzymać, jeśli nie otrzymuje chleba, jeśli nie otrzymuje prawdy, która jest chlebem dla duszy. Nie może być dla chrześcijanina obojętne, jakie zasady wyznają inni ludzie, jak postępują, co robią ze swoim życiem, ze swoją duszą. Musi
nas boleć, że są ludzie, którzy prawdy Chrystusowej nie znają, którzy ją lekceważą, którzy według niej nie postępują, lub od niej odeszli. Ważne jest dla nas co dzieje się w Kościołach zachodnich, ale jeszcze ważniejsze jest dla nas, co dzieje się w naszej diecezji i w naszej parafii.
Kościół jest Królestwem Bożym
Czymże jeszcze jest Kościół? Jest Królestwem Bożym. Tym Królestwem, którym rządzą prawa Boże, przykazania Boże, zasady Chrystusowe. Według najnowszych statystyk, żyje na świecie ponad 800 milionów katolików. Czy to jest dużo czy mało — to jeszcze nie najważniejsze. Nie jest najważniejsza liczba katolików; najważniejsza jest ich jakość. I jeżeli czasem budzi się w nas chęć krytyki Kościoła, to wiedzmy, że takim jest Kościół, jakim jestem ja. W XVIII wieku, gdy osłabła religijność francuskich katolików, ich ziomek, materialista Diderot, zagadnięty na temat Kościoła, odpowiedział lekceważąco: "jeszcze żyje; jeszcze żyje Kościół, ale już ledwie żyje". Otóż żyje Kościół Chrystusowy, jeżeli żyje w nas Chrystusowa cierpliwość, Chrystusowa ofiarność, Chrystusowe miłosierdzie i przebaczenie. Z poczucia odpowiedzialności za Kościół, rozwijajmy przede wszystkim we własnym sercu Chrystusowe wartości. To będzie najlepszą propagandą Kościoła. W ten sposób Kościół stanie się tym "znakiem podniesionym między narodami" — jak życzył Kościołowi ostatni Sobór. Słowo "propaganda" ma dzisiaj niemiłe skojarzenia: propaganda to jest to, co się często wypisuje w brukowych gazetach i w rozlepionych na murach afiszach; ale obok propagandy fałszywej i głupiej musi istnieć propaganda prawdy i dobra. Do uprawiania dobrej propagandy wszyscy jesteśmy zobowiązani. Uświadamiajmy sobie: jestem odpowiedzialny za posiadaną prawdę, na przykład, że czystość serca zapewnia szczęście w życiu! Nie dostałem tej prawdy tylko dla siebie. Mam dawać jej świadectwo własnym czystym życiem. Bo według mego życia będą sądzić tę prawdę ci, którzy pytają jak piłat: co to jest prawda? Według naszego życia inni sądzą Kościół, i słusznie sądzą, bo Kościół to nie tylko biskupi i księża — ale my wszyscy ochrzczeni w imię Trójcy Świętej.
Kościół strzeże Chrystusową prawdę i sprawiedliwość
Czymże jest wreszcie Kościół, do którego należę? Kościół jest instytucją, którą Chrystus powołał do życia, aby strzegła jego prawdy i sprawiedliwości. Ale z pojęciem instytucji wiąże się pojęcie władzy, administracji i funkcjonariuszy. Wówczas nasze spojrzenie kieruje się ku ludziom duchownym i przychodzi pokusa, aby powiedzieć: to oni odpowiadają! Oni mają głosić prawdę i sprawiedliwość? Oni mają jej bronić! Oni mają za nią cierpieć i umierać!! A my, owszem, będziemy ich szanować, słuchać, będziemy ich nawet utrzymywać, będziemy się ostatecznie za nich modlić, aby ich Duch Święty nie opuścił. Cała reszta należy do nich! Taka postawa jest bardzo wygodna — ale tchórzliwa i nieszlachetna i niedojrzała. Z jednej strony odżegnujemy się od klerykalizmu, gdy mówimy: co księża mają się wtrącać do wszystkiego, przecież oni nie mogą się na wszystkim wyznawać! Z drugiej zaś strony, gdy trzeba się narazić na przykrości — mówimy: ksiądz ich nauczy, ksiądz im pokaże, ksiądz im wygarnie, ksiądz im da! Katolicy świeccy stanowiący trzon Kościoła w krytycznych zmaganiach z niewiarą nie mogą chować się za księżowską sutannę.
Od takiego klerykalizmu odżegnał się ostatni Sobór, który podkreślił, że duchowni nie są po to, aby całe zbawcze posłannictwo brać na samych siebie (por. KK 30). Katolicy świeccy też otrzymali moc Ducha Świętego. Oni nie są tylko
"do pomocy" księżem, ale mają swoje własne zadania do spełnienia i docierają tam, dokąd nie może dotrzeć kapłan. Katolicy świeccy uobecniają Kościół w świecie i umożliwiają jego działanie w sprawach doczesnych (por. DA 29).
Szczególna odpowiedzialność Kościoła w Polsce
Od poczucia odpowiedzialności nie uwalnia nas fakt, że nasz naród "dał" światu Papieża. Wprost przeciwnie, prosił nas Papież: "nie sprawiajcie mi trudności! Wspomagajcie mnie!" Brakiem odpowiedzialności możemy mu tylko utrudniać działalność. Złośliwi mogą mu powiedzieć: "Ojcze Święty, zamiast nawoływać cały świat do poprawy, pozostań w swojej ojczyźnie i naucz najpierw swoich rodaków trzeźwości, oszczędności, solidności, pracowitości, poszanowania życia w łonie matki, bo z takimi zaletami pozostają w tyle za całym światem".
Po powstaniu Solidarności w 1980 roku w jednym liceum warszawskim młodzież samorzutnie udała się do dyrektora z żądaniem, aby w klasach zawieszono krzyże. Dyrektor był w niemałym kłopocie, bo reżim był jeszcze komunistyczny. Ale zlecił tę sprawę przebiegłej wychowawczyni, która powiedziała uczniom tak: "Słuchajcie! Krzyże mogą być — ale pod jednym warunkiem. Jako katolicy musicie zrozumieć jedno: krzyż to jest znak pewnej określonej postawy. Jeżeli będzie w klasie krzyż — to skończą się wagary (to znaczy wałęsanie się poza szkołą, gdy inni są na lekcjach), skończy się rozrabianie, skończy się palenie papierosów po kątach — skończą się wybryki seksualne i skończą się stopnie niedostateczne. Do tego musicie się wszyscy zobowiązać". Uczniom wydłużyły się miny i ustąpili. Ale nie całkiem. Zażądali, aby przynajmniej na korytarzach zawiesić portrety Papieża — jako wielkiego Polaka. Na to dyrektor się zgodził: wielki Polak może sobie figurować. Ostatecznie co Papież to nie krzyż. I wszyscy byli zadowoleni. Istotnie: pod krzyżem nie wypada wagarować, leniuchować, niszczyć swego życia papierosami i napojami alkoholowymi, rozpustą . . . itd. A czy pod portretem Papieża można żyć nieodpowiedzialnie?!
Niech więc obecność naszego rodaka na stolicy świętej zobowiąże nas do solidarności z nim w naszym prawdziwie chrześcijańskim życiu. W duchu odpowiedzialności za Kościół i współodpowiedzialności z Ojcem Świętym za trudne sprawy Kościoła, módlmy się za Papieża. Postawą apostolską i całym swoim życiem utwierdzajmy wraz z Janem Pawłem Królestwo Boże, Królestwo prawdy, sprawiedliwości, miłości i pokoju.
(Na podstawie ks. Tad. Olszańskiego, CM)
JAN PAWEŁ II - PROROKIEM NASZYCH CZASÓW
Radiowe przemówienie wygłoszone przez O. Korneliana Dende, OFMConv.
w ramach programu GODZINY RÓŻAŃCOWEJ O. JUSTYNA
2-gi czerwiec 1991
JAN PAWEŁ II - PROROKIEM NASZYCH CZASÓW
Witam Was Zacni Rodacy i Mile Rodaczki staropolskim Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Na zaproszenie najwyższych władz państwowych i episkopatu Polski Ojciec Święty Jan Paweł II przybył do Polski l czerwca (1991) z czwartą, dziewięciodniową wizytą, podczas której odwiedzi dwanaście miast. Wizyta ta ma szczególne, historyczne znaczenie, bo odbywa się w umacniającej się wolności i niepodległości Ojczyzny. W lutym tego roku mówił Ojciec Święty do prezydenta Lecha Wałęsy: "Po 45 latach jarzma komunistycznego, niszczenia kraju, a nawet usiłowania zniszczenia Narodu, pozbawienia go ducha, wiary i tożsamości" powstała III Rzeczpospolita, a to "wszystko dokonało się w duchu Ewangelii, bez gwałtu i przemocy, bez wojny i rewolucji, we wzajemnym dialogu i poczuciu odpowiedzialności".
Papieska pielgrzymka odbywa się pod hasłem: "Bogu dziękujcie — ducha nie gaście!" (por. l Tes 5, 18-19). Słowa świętego Pawła apostoła będą myślą przewodnią papieskich homilii, przemówień i rozmów.
W odczuciu prezydenta Lecha Wałęsy również obecna pielgrzymka Papieża jest bardzo potrzebna.
Myli się więc ten, kto pielgrzymki Papieża do Polski uważa za sentymentalne przedsięwzięcie, jedynie za wyraz tęsknoty do Ojczyzny. Cele jego podróży były zawsze doniosłe, bardzo potrzebne, ściśle określone i solidnie przemyślane i przygotowane. Dzięki temu wystąpienia papieskie wywarły przeogromny wpływ na rozwój wypadków ostatniego dziesięciolecia zarówno w Polsce jak i w całej Europie Środkowej i Wschodniej, o czym powiem w dzisiejszej pogadance zatytułowanej:
JAN PAWEŁ II - PROROKIEM NASZYCH CZASÓW
Co oznacza prorok
Słowo "prorok" zwyczajnie kojarzy się nam z człowiekiem, który przepowiada lub przewiduje przyszłość. Nie w tym sensie używam go w tej pogadance, a w sensie biblijnym. W dziejach Izraela prorok to człowiek obdarzony specjalnym charyzmatem, to jest łaską Bożą, mającą na celu dobro religii objawionej, niezależną od zasługi osobistej. Prorok był wysłannikiem Boga do ludu, pełnomocnym i uwierzytelnionym Jego heroldem — głosicielem Jego woli. Nie głosił on jej we własnym imieniu, lecz w imieniu Boga: "W jego usta włożę słowa moje i będzie mówił wam wszystko, co mu polecę" powiedział Bóg (Pwt 18, 22). Prorok głosił naukę Boża, najczystsze idee i poglądy oraz najwznioślejsze hasła moralne, bo nawoływał do dochowania wierności Bogu. Izajasz, jeden z największych proroków, określił funkcję proroka jako tego, który mówi prawdę; który oczyma ducha widzi to, czego nie zauważają inni (30, 10).
Urząd prorocki był w dziejach Izraela zjawiskiem niezwykłym, jedynym a nawet koniecznym. Żydzi bowiem otoczeni morzem pogaństwa nieraz skłaniali się do bałwochwalstwa, do wiary w gwiazdy, sny, czary, wywoływanie duchów i do słuchania rad wróżbiarzy, zwłaszcza gdy bezpośrednio stykali się z poganami, gdy byli w niewoli egipskiej i babilońskiej. "Tym brzydzi się Pan! — wołał Mojżesz, piętnując obyczaje pogańskie. — Ciebie inaczej wychował Pan, Bóg twój; proroka z narodu twego, spośród twoich braci wzbudzi ci Pan, Bóg twój; jego będziesz słuchał" (Pwt 18, 14-15, 18-21). Słowa te odnoszą się do wszystkich proroków, których Bóg raczył zsyłać Ludowi wybranemu. W Nowym Testamencie nabrały jeszcze głębszego sensu. W Ewangelii świętego Jana i w Dziejach Apostolskich czytamy, że odnoszono je wprost do Jezusa Chrystusa: "Ten prawdziwie jest prorokiem, który miał przyjść na świat" — mówili Żydzi na widok cudownego rozmnożenia chleba (J 6, 14; Dz 3, 22). Jezus Chrystus miał pełnię władzy prorockiej czyli nauczycielskiej. Wszyscy wierni ochrzczeni uczestniczą w tej władzy nauczycielskiej Chrystusa i mają być świadkami Jego prawdy.
Jan Paweł II mówi nowym jeżykiem profetycznym
Rolę proroka czyli nauczyciela spełnia w wyjątkowy sposób Papież Jan Paweł II. Podobny tytuł przypisujemy dziś rosyjskiemu myślicielowi Aleksandrowi Sołżenicynowi, który w swych listach i pismach do władców Kremla a także do świata zachodniego apeluje o powrót do Boga i Jego przykazań, chłoszcząc Wschód za agresywny ateizm, a Zachód za zobojętnienie religijne.
Papież z racji najwyższego urzędu nauczycielskiego i szczególnego charyzmatu zdobywa sobie coraz bardziej opinię proroka naszych czasów. Naucza on wszystkich ludzi, nie tylko katolików i chrześcijan. Mówi nowym językiem profetycznym. Nie potępia, nie rzuca gromów jak starożytni prorocy. Na przykład Natan zdemaskował zbrodnię króla Dawida i rzucił mu ją w oczy; także Jan Chrzciciel poniósł śmierć męczeńską za wytknięcie królowi Herodowi cudzołożnego związku z Herodiadą, żoną swego brata Filipa.
Jan Paweł II odważnie świadczy o Chrystusie i Jego prawdzie. Powiedział w Oświęcimiu (7.VI. 1979 r.): "Nie mówię tego, żeby kogokolwiek oskarżać, mówię po to, żeby przypomnieć. Mówię w imieniu wszystkich narodów, których prawa są zapoznawane i gwałcone. Mówię, bo obowiązuje mnie, obowiązuje nas wszystkich prawda. Mówię, bo obowiązuje mnie, obowiązuje nas wszystkich troska o człowieka".
Występowanie w roli proroka — to szczególne zobowiązanie Papieża i Kościoła. Papież uczestniczy w królewskiej władzy Chrystusa nie po to, by szukać władzy politycznej, dążyć do panowania nad światem, ale, by służyć światu; zabiera głos w imieniu narodów biednych i ujarzmionych, które są pozbawione głosu i zepchnięte na margines życia. Podobnie prorocy Starego Testamentu głosili prawdy o Bogu i człowieku; papież głosi zasady i wymagania moralne tak lekceważone przez możnych. Mówił w homilii na Błoniach Krakowskich (10.VI. 1979): "Trzeba pracować na rzecz pokoju i pojednania miedzy ludźmi i narodami całej ziemi. Trzeba szukać zbliżeń. Trzeba otwierać granice. Pamiętajcie, że nie ma imperializmu Kościoła. Jest tylko służba". Ta prawda przemawia do naszych serc, gdy przypomnimy sobie, że Chrystus stał się naszym Królem przez najgłębsze uniżenie: przez przyjęcie ludzkiej natury i przez śmierć na krzyżu dla zbawienia wszystkich.
Jan Paweł II proboszczem świata
Choć Papież nie potępia, nie rzuca gromów, to jednak głosi prawdy Boże z wielką mocą i z autorytetem, a swą misję uważa za opatrznościową. Podróżuje po całym świecie, odwiedza lokalne Kościoły. Czuje się nie tylko proboszczem wiecznego Rzymu, ale też proboszczem całego świata. Jako proboszcz sprawuje podstawową funkcję każdego kapłana-duszpasterza; w imieniu Chrystusa gromadzi Lud Boży w jedno. W świecie różnorodnych ideologii, niekiedy bałamutnych i "obłąkanych", pomaga wiernym rozumieć swą chrześcijańską tożsamość i jedność z całym Kościołem powszechnym. Gromadzi Lud Boży, aby umocnić wiernych w prawdzie przekazanej nam przez Chrystusa, a tym samym ugruntować jedność wiary. Gromadzi Lud Boży dla podtrzymania nadziei opartej na Jezusie Chrystusie i pozwalającej przezwyciężyć strach i obawy niepewnej codzienności. Oto jego zachęty od początku jego nauczania: "Nie lękajcie się, nie bójcie się. Nie lękajcie się realizmu tego życia" w świecie, gdzie człowiek boi się człowieka, a nieraz własnego lęku. "Nie bójcie się! To Ja jestem! Jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata"! Tak mówił Chrystus do zalęknionych uczniów po zmartwychwstaniu, tak też mówi do nas Jego Namiestnik, Jan Paweł II. Żyjemy w okresie "rozpowszechnionego zwątpienia, zwątpienia o przyszłość nauki, a nawet samej ludzkości". I w tych właśnie czasach "Ewangelia proponuje nam po prostu wiarę, to jedyne lekarstwo na barbarzyństwo naszych czasów" — mówi jan Paweł II, prorok naszego wieku (A. Frossard, "Rozmowy z Janem Pawłem II", s. 3).
Szczególne świadectwo Polski
Dziś Ojciec Święty chodzi po polskiej ziemi, którą nazywa opatrznościową i "szczególnym znakiem". Polska, według jego słów, "stała się w naszych czasach ziemią szczególnie odpowiedzialnego świadectwa. Właśnie stąd — mówi Papież — ze szczególną pokorą trzeba głosić Chrystusa". Polski naród naznaczony piętnem szczególnego doświadczenia podczas drugiej wojny światowej, okupacji hitlerowskiej i półwiecznego niemal okresu programowej brutalnej ateizacji nie załamał się w wierze, bardziej się zjednoczył, okrzepł. Jeśli uznamy Polskę za opatrznościowy znak, "jakież ogromne rodzą się zadania i zobowiązania".
Papież przybył do Polski, by zaświadczyć w tym wysuniętym bastionie, na tym przedmurzu chrześcijaństwa, że Chrystus jest Odkupicielem każdego człowieka i wszystkich ludzi: że Ewangelia wyzwala z każdej niewoli. Podczas pierwszej pielgrzymki do Polski, stanąwszy na największym cmentarzysku świata w Oświęcimiu, na tej "Golgocie Narodów" Jan Paweł II wskazał na straszliwe konsekwencje hitlerowskiej ideologii. Słuchali go wszyscy, nie tylko ci w Oświęcimiu, i w domach przy radioodbiornikach i telewizorach, ale i ci w Belwederze, władcy, członkowie partii, milicjanci, zomowcy obałamuceni przez komunizm. Wniosek nasuwał się sam przez się: wszystkie ideologie, które budują "na zaprzeczeniu wiary, wiary w Boga i wiary w człowieka, i na radykalnym podeptaniu już nie tylko miłości, ale wszelkich oznak człowieczeństwa, ludzkości, które budują na nienawiści, na pogardzie człowieka, na okrucieństwie w imię obłąkanej ideologii" wiodą do ruiny i zguby. Mówił Ojciec Święty o niebezpieczeństwie obałamucenia: "Wystarczy ubrać człowieka w inny mundur, wystarczy uzbroić go w aparat przemocy, w środki zniszczenia, wystarczy narzucić mu ideologie, w której prawa człowieka są podporządkowane wymogom systemu, podporządkowane bezwzględnie, tak że faktycznie nie istnieją, a wszystko zacznie się na nowo" (Oświęcim, 7.VI. 1979).
Prorok i nauczyciel naszych czasów odrzuca stanowczo porządek świata oparty na ateiźmie, negującym prawo moralne: "Człowieka nie można do końca zrozumieć bez Chrystusa. Nie można zrozumieć, ani kim jest, ani jaka jest jego właściwa god¬ność, ani jakie jest jego powołanie i ostateczne przeznaczenie . . . Wyłączenie Chrystusa z historii człowieka jest aktem skierowanym przeciwko człowiekowi" (Warszawa, Plac Zwycięstwa, 2.VI. 1979).
Ojciec Święty już po raz czwarty udał się do Polski z wielką misją, by budować pomost między Wschodem i Zachodem. Wspierajmy utrudzonego Ojca Świętego swymi modlitwami, by dochowanie wierności Bogu, Chrystusowi, Krzyżowi i Ewangelii tam na ziemi polskiej roznieciło ogień Ducha Świętego do duchowego i moralnego odrodzenia świata. Prorokowi naszych czasów modlitwy nasze ułatwią rozpalić ten ogień w Polsce, bo z tej ziemi pochodzi i z jej duchowego i kulturalnego dziedzictwa czerpie wartości chrześcijańskie i ludzkie. Wyraźnie akcentuje swe pochodzenie. Na przykład przemawiał w Gnieźnie (3.VI. 1979): "Papież Jan Paweł II, Słowianin, syn polskiego Narodu . . . Krew z waszej krwi, kość z waszych kości". Módlmy się wiec usilnie wszyscy, by Bóg błogosławił mu w tej profetycznej, nauczycielskiej misji, strzegł go od zasadzek wroga i wspierał jego siły. Niech Najświętsza Maryja Panna, Królowa Polski wspiera jego trud swym wstawiennictwem u Syna Jezusa Chrystusa, naszego Zbawiciela.
w ramach programu GODZINY RÓŻAŃCOWEJ O. JUSTYNA
2-gi czerwiec 1991
JAN PAWEŁ II - PROROKIEM NASZYCH CZASÓW
Witam Was Zacni Rodacy i Mile Rodaczki staropolskim Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Na zaproszenie najwyższych władz państwowych i episkopatu Polski Ojciec Święty Jan Paweł II przybył do Polski l czerwca (1991) z czwartą, dziewięciodniową wizytą, podczas której odwiedzi dwanaście miast. Wizyta ta ma szczególne, historyczne znaczenie, bo odbywa się w umacniającej się wolności i niepodległości Ojczyzny. W lutym tego roku mówił Ojciec Święty do prezydenta Lecha Wałęsy: "Po 45 latach jarzma komunistycznego, niszczenia kraju, a nawet usiłowania zniszczenia Narodu, pozbawienia go ducha, wiary i tożsamości" powstała III Rzeczpospolita, a to "wszystko dokonało się w duchu Ewangelii, bez gwałtu i przemocy, bez wojny i rewolucji, we wzajemnym dialogu i poczuciu odpowiedzialności".
Papieska pielgrzymka odbywa się pod hasłem: "Bogu dziękujcie — ducha nie gaście!" (por. l Tes 5, 18-19). Słowa świętego Pawła apostoła będą myślą przewodnią papieskich homilii, przemówień i rozmów.
W odczuciu prezydenta Lecha Wałęsy również obecna pielgrzymka Papieża jest bardzo potrzebna.
Myli się więc ten, kto pielgrzymki Papieża do Polski uważa za sentymentalne przedsięwzięcie, jedynie za wyraz tęsknoty do Ojczyzny. Cele jego podróży były zawsze doniosłe, bardzo potrzebne, ściśle określone i solidnie przemyślane i przygotowane. Dzięki temu wystąpienia papieskie wywarły przeogromny wpływ na rozwój wypadków ostatniego dziesięciolecia zarówno w Polsce jak i w całej Europie Środkowej i Wschodniej, o czym powiem w dzisiejszej pogadance zatytułowanej:
JAN PAWEŁ II - PROROKIEM NASZYCH CZASÓW
Co oznacza prorok
Słowo "prorok" zwyczajnie kojarzy się nam z człowiekiem, który przepowiada lub przewiduje przyszłość. Nie w tym sensie używam go w tej pogadance, a w sensie biblijnym. W dziejach Izraela prorok to człowiek obdarzony specjalnym charyzmatem, to jest łaską Bożą, mającą na celu dobro religii objawionej, niezależną od zasługi osobistej. Prorok był wysłannikiem Boga do ludu, pełnomocnym i uwierzytelnionym Jego heroldem — głosicielem Jego woli. Nie głosił on jej we własnym imieniu, lecz w imieniu Boga: "W jego usta włożę słowa moje i będzie mówił wam wszystko, co mu polecę" powiedział Bóg (Pwt 18, 22). Prorok głosił naukę Boża, najczystsze idee i poglądy oraz najwznioślejsze hasła moralne, bo nawoływał do dochowania wierności Bogu. Izajasz, jeden z największych proroków, określił funkcję proroka jako tego, który mówi prawdę; który oczyma ducha widzi to, czego nie zauważają inni (30, 10).
Urząd prorocki był w dziejach Izraela zjawiskiem niezwykłym, jedynym a nawet koniecznym. Żydzi bowiem otoczeni morzem pogaństwa nieraz skłaniali się do bałwochwalstwa, do wiary w gwiazdy, sny, czary, wywoływanie duchów i do słuchania rad wróżbiarzy, zwłaszcza gdy bezpośrednio stykali się z poganami, gdy byli w niewoli egipskiej i babilońskiej. "Tym brzydzi się Pan! — wołał Mojżesz, piętnując obyczaje pogańskie. — Ciebie inaczej wychował Pan, Bóg twój; proroka z narodu twego, spośród twoich braci wzbudzi ci Pan, Bóg twój; jego będziesz słuchał" (Pwt 18, 14-15, 18-21). Słowa te odnoszą się do wszystkich proroków, których Bóg raczył zsyłać Ludowi wybranemu. W Nowym Testamencie nabrały jeszcze głębszego sensu. W Ewangelii świętego Jana i w Dziejach Apostolskich czytamy, że odnoszono je wprost do Jezusa Chrystusa: "Ten prawdziwie jest prorokiem, który miał przyjść na świat" — mówili Żydzi na widok cudownego rozmnożenia chleba (J 6, 14; Dz 3, 22). Jezus Chrystus miał pełnię władzy prorockiej czyli nauczycielskiej. Wszyscy wierni ochrzczeni uczestniczą w tej władzy nauczycielskiej Chrystusa i mają być świadkami Jego prawdy.
Jan Paweł II mówi nowym jeżykiem profetycznym
Rolę proroka czyli nauczyciela spełnia w wyjątkowy sposób Papież Jan Paweł II. Podobny tytuł przypisujemy dziś rosyjskiemu myślicielowi Aleksandrowi Sołżenicynowi, który w swych listach i pismach do władców Kremla a także do świata zachodniego apeluje o powrót do Boga i Jego przykazań, chłoszcząc Wschód za agresywny ateizm, a Zachód za zobojętnienie religijne.
Papież z racji najwyższego urzędu nauczycielskiego i szczególnego charyzmatu zdobywa sobie coraz bardziej opinię proroka naszych czasów. Naucza on wszystkich ludzi, nie tylko katolików i chrześcijan. Mówi nowym językiem profetycznym. Nie potępia, nie rzuca gromów jak starożytni prorocy. Na przykład Natan zdemaskował zbrodnię króla Dawida i rzucił mu ją w oczy; także Jan Chrzciciel poniósł śmierć męczeńską za wytknięcie królowi Herodowi cudzołożnego związku z Herodiadą, żoną swego brata Filipa.
Jan Paweł II odważnie świadczy o Chrystusie i Jego prawdzie. Powiedział w Oświęcimiu (7.VI. 1979 r.): "Nie mówię tego, żeby kogokolwiek oskarżać, mówię po to, żeby przypomnieć. Mówię w imieniu wszystkich narodów, których prawa są zapoznawane i gwałcone. Mówię, bo obowiązuje mnie, obowiązuje nas wszystkich prawda. Mówię, bo obowiązuje mnie, obowiązuje nas wszystkich troska o człowieka".
Występowanie w roli proroka — to szczególne zobowiązanie Papieża i Kościoła. Papież uczestniczy w królewskiej władzy Chrystusa nie po to, by szukać władzy politycznej, dążyć do panowania nad światem, ale, by służyć światu; zabiera głos w imieniu narodów biednych i ujarzmionych, które są pozbawione głosu i zepchnięte na margines życia. Podobnie prorocy Starego Testamentu głosili prawdy o Bogu i człowieku; papież głosi zasady i wymagania moralne tak lekceważone przez możnych. Mówił w homilii na Błoniach Krakowskich (10.VI. 1979): "Trzeba pracować na rzecz pokoju i pojednania miedzy ludźmi i narodami całej ziemi. Trzeba szukać zbliżeń. Trzeba otwierać granice. Pamiętajcie, że nie ma imperializmu Kościoła. Jest tylko służba". Ta prawda przemawia do naszych serc, gdy przypomnimy sobie, że Chrystus stał się naszym Królem przez najgłębsze uniżenie: przez przyjęcie ludzkiej natury i przez śmierć na krzyżu dla zbawienia wszystkich.
Jan Paweł II proboszczem świata
Choć Papież nie potępia, nie rzuca gromów, to jednak głosi prawdy Boże z wielką mocą i z autorytetem, a swą misję uważa za opatrznościową. Podróżuje po całym świecie, odwiedza lokalne Kościoły. Czuje się nie tylko proboszczem wiecznego Rzymu, ale też proboszczem całego świata. Jako proboszcz sprawuje podstawową funkcję każdego kapłana-duszpasterza; w imieniu Chrystusa gromadzi Lud Boży w jedno. W świecie różnorodnych ideologii, niekiedy bałamutnych i "obłąkanych", pomaga wiernym rozumieć swą chrześcijańską tożsamość i jedność z całym Kościołem powszechnym. Gromadzi Lud Boży, aby umocnić wiernych w prawdzie przekazanej nam przez Chrystusa, a tym samym ugruntować jedność wiary. Gromadzi Lud Boży dla podtrzymania nadziei opartej na Jezusie Chrystusie i pozwalającej przezwyciężyć strach i obawy niepewnej codzienności. Oto jego zachęty od początku jego nauczania: "Nie lękajcie się, nie bójcie się. Nie lękajcie się realizmu tego życia" w świecie, gdzie człowiek boi się człowieka, a nieraz własnego lęku. "Nie bójcie się! To Ja jestem! Jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata"! Tak mówił Chrystus do zalęknionych uczniów po zmartwychwstaniu, tak też mówi do nas Jego Namiestnik, Jan Paweł II. Żyjemy w okresie "rozpowszechnionego zwątpienia, zwątpienia o przyszłość nauki, a nawet samej ludzkości". I w tych właśnie czasach "Ewangelia proponuje nam po prostu wiarę, to jedyne lekarstwo na barbarzyństwo naszych czasów" — mówi jan Paweł II, prorok naszego wieku (A. Frossard, "Rozmowy z Janem Pawłem II", s. 3).
Szczególne świadectwo Polski
Dziś Ojciec Święty chodzi po polskiej ziemi, którą nazywa opatrznościową i "szczególnym znakiem". Polska, według jego słów, "stała się w naszych czasach ziemią szczególnie odpowiedzialnego świadectwa. Właśnie stąd — mówi Papież — ze szczególną pokorą trzeba głosić Chrystusa". Polski naród naznaczony piętnem szczególnego doświadczenia podczas drugiej wojny światowej, okupacji hitlerowskiej i półwiecznego niemal okresu programowej brutalnej ateizacji nie załamał się w wierze, bardziej się zjednoczył, okrzepł. Jeśli uznamy Polskę za opatrznościowy znak, "jakież ogromne rodzą się zadania i zobowiązania".
Papież przybył do Polski, by zaświadczyć w tym wysuniętym bastionie, na tym przedmurzu chrześcijaństwa, że Chrystus jest Odkupicielem każdego człowieka i wszystkich ludzi: że Ewangelia wyzwala z każdej niewoli. Podczas pierwszej pielgrzymki do Polski, stanąwszy na największym cmentarzysku świata w Oświęcimiu, na tej "Golgocie Narodów" Jan Paweł II wskazał na straszliwe konsekwencje hitlerowskiej ideologii. Słuchali go wszyscy, nie tylko ci w Oświęcimiu, i w domach przy radioodbiornikach i telewizorach, ale i ci w Belwederze, władcy, członkowie partii, milicjanci, zomowcy obałamuceni przez komunizm. Wniosek nasuwał się sam przez się: wszystkie ideologie, które budują "na zaprzeczeniu wiary, wiary w Boga i wiary w człowieka, i na radykalnym podeptaniu już nie tylko miłości, ale wszelkich oznak człowieczeństwa, ludzkości, które budują na nienawiści, na pogardzie człowieka, na okrucieństwie w imię obłąkanej ideologii" wiodą do ruiny i zguby. Mówił Ojciec Święty o niebezpieczeństwie obałamucenia: "Wystarczy ubrać człowieka w inny mundur, wystarczy uzbroić go w aparat przemocy, w środki zniszczenia, wystarczy narzucić mu ideologie, w której prawa człowieka są podporządkowane wymogom systemu, podporządkowane bezwzględnie, tak że faktycznie nie istnieją, a wszystko zacznie się na nowo" (Oświęcim, 7.VI. 1979).
Prorok i nauczyciel naszych czasów odrzuca stanowczo porządek świata oparty na ateiźmie, negującym prawo moralne: "Człowieka nie można do końca zrozumieć bez Chrystusa. Nie można zrozumieć, ani kim jest, ani jaka jest jego właściwa god¬ność, ani jakie jest jego powołanie i ostateczne przeznaczenie . . . Wyłączenie Chrystusa z historii człowieka jest aktem skierowanym przeciwko człowiekowi" (Warszawa, Plac Zwycięstwa, 2.VI. 1979).
Ojciec Święty już po raz czwarty udał się do Polski z wielką misją, by budować pomost między Wschodem i Zachodem. Wspierajmy utrudzonego Ojca Świętego swymi modlitwami, by dochowanie wierności Bogu, Chrystusowi, Krzyżowi i Ewangelii tam na ziemi polskiej roznieciło ogień Ducha Świętego do duchowego i moralnego odrodzenia świata. Prorokowi naszych czasów modlitwy nasze ułatwią rozpalić ten ogień w Polsce, bo z tej ziemi pochodzi i z jej duchowego i kulturalnego dziedzictwa czerpie wartości chrześcijańskie i ludzkie. Wyraźnie akcentuje swe pochodzenie. Na przykład przemawiał w Gnieźnie (3.VI. 1979): "Papież Jan Paweł II, Słowianin, syn polskiego Narodu . . . Krew z waszej krwi, kość z waszych kości". Módlmy się wiec usilnie wszyscy, by Bóg błogosławił mu w tej profetycznej, nauczycielskiej misji, strzegł go od zasadzek wroga i wspierał jego siły. Niech Najświętsza Maryja Panna, Królowa Polski wspiera jego trud swym wstawiennictwem u Syna Jezusa Chrystusa, naszego Zbawiciela.
TAJEMNICA TRÓJCY ŚWIĘTEJ
Radiowe przemówienie wygłoszone przez O. Korneliana Dende, OFMConv.
w ramach programu GODZINY RÓŻAŃCOWEJ O. JUSTYNA
26 maja 1991 TAJEMNICA TRÓJCY ŚWIĘTEJ
Witam Was Zacni Rodacy i Miłe Rodaczki staropolskim Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
W XVIII i XIX wieku, gdy komunikacja kolejowa nie była jeszcze rozwinięta, podróżowano dyliżansem czyli krytym pojazdem konnym (stagecoach). Pewnego razu dwunastoletni chłopiec imieniem Antoine odbywał podróż dyliżansem we Francji z Nancy do Luneville. W przedziale było kilku pasażerów, wśród nich pewien adwokat zajmujący wszystkich rozmową. W przejeździe przez jakąś wioskę, chłopiec na widok kościoła katolickiego zdjął nabożnie czapkę i przeżegnał się.
— Widzę, że chodzisz na katechizm — zagadnął go adwokat. Zobaczymy czego dobrego się tam nauczyłeś.
— Dowiedziałem się o istnieniu głównych tajemnic Bożych — odpowiedział
prosto młodzieniec.
— A możesz wymienić jakie to są?
— Tak, panie. Są nimi Trójca Święta, Wcielenie i Odkupienie.
— A czy możesz mi powiedzieć co to jest Trójca Święta?
— To tajemnica o jednym Bogu w trzech osobach — Ojcu, Synu i Duchu
Świętym.
I ty wierzysz w taki nonsens? Jeśli w to wierzysz, uwierzysz w byle co, co ci twój ksiądz powie. Mądrzy ludzie wierzą tylko w to, co potrafią zrozumieć — mówił adwokat.
— A wiec pan odrzuca wszystko, czego nie może zrozumieć? — zapytał chłopiec.
— Oczywiście! Każdy inteligentny człowiek tak czyni.
— To proszę mi wyjaśnić dlaczego pan porusza palcami, nogami, głową?
— Bo tego chce. Taka jest moja wola — odpowiedział adwokat.
— A niech pan zechce poruszyć uszami jak zając, każde ucho osobno lub oba
razem, w różne strony. Czy rozumie pan dlaczego zając może to zrobić a pan nie,
choćby chciał?
Jesteś za smarkaty, żeby mnie pouczać — zakończył szybko rozmowę zdenerwowany adwokat, bo pasażerowie zaczęli się z niego śmiać, podśmiewać.
W dzisiejszej pogadance będzie tematem największa z tajemnic Bożych. Tytuł pogadanki brzmi:
TAJEMNICA TRÓJCY ŚWIĘTEJ
Kamień obrazy
Tajemnica Trójcy Świętej była, jest i będzie dla wielu kamieniem obrazy, a to dlatego, że naiwnie do niej podchodzą. Myślą, że w jednym Bogu jest trzech bogów. Izraelici, wyznawcy surowego monoteizmu dostawali wprost białej gorączki, popadali w furię, gdy słyszeli z ust Pana Jezusa, że wraz z Ojcem stanowi jedno (por. J 17, 21); że istniał od wieczności, mówił bowiem: "Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: zanim Abraham stał się, Ja jestem" (J 8, 58). Uważali to za bluźnierstwo i chcieli Jezusa ukamienować. Gdy Kajfasz pod przysięgą zobowiązał Jezusa, by zeznał, czy jest Mesjaszem, Synem Bożym, Jezus mu odpowiedział: "Tak, Ja nim jestem". Wtedy najwyższy kapłan rozdarł swoje szaty i rzekł: "Zbluźnił. Na cóż nam jeszcze potrzeba świadków? Oto teraz słyszeliście bluźnierstwo. Co wam się zdaje? Oni odpowiedzieli: Winien jest śmierci i odesłali Go do Piłata, by Go ukrzyżował" (Mt 26, 63-66).
Jeszcze dziś Żydzi, innowiercy i niewierzący są przekonani, że chrześcijanie uprawiają bałwochwalstwo czcząc trzech bogów. Wiara jest darem Bożym, więc samymi rozumowymi argumentami nie można nikogo przekonać o istnieniu Trójcy Świętej. Nam chrześcijanom, prawda ta nie sprawia trudności. Wierzymy na słowo Jezusa Chrystusa, Syna Bożego, który z nieba zstąpił na ziemię, aby nas o wewnętrznym życiu Boga pouczyć, odkryć rąbek tej największej tajemnicy.
Bóg jeden, jedyny w trzech Osobach znaczy, że Bóg nie jest samotny, lecz jest wspólnotą. Dlatego Bóg, który jest miłością, nie jest egoistą, bo kocha Syna. Syn zaś jest Słowem i odbiciem Ojca. Ojciec poznaje i kocha siebie w Synu. Przepływ fal miłości między Ojcem i Synem jest Bożą miłością — Duchem Świętym. Za pomocą takich słów i różnych wyobrażeń chrześcijanie wszystkich czasów z czcią i miłością usiłowali wniknąć w tajemnicę Trójcy Świętej, choć jej w pełni nigdy nie poznamy. Wiemy jednak, że w Trójcy Świętej nie ma sprzeczności.
Kiedy święty Augustyn, genialny teolog, pisał traktat o Trójcy Świętej, miał mu się ukazać chłopczyk na plaży przelewający wodę z morza do dołka w piasku. Gdy mu mędrzec powiedział, że jest to fizycznie niemożliwe, dziecko, którym miał być podobno sam Pan Jezus, odpowiedziało: "Prędzej przeleję morze do tego dołka, niż ty zgłębisz tajemnice Trójcy Świętej, Augustynie!"
Namiętne spory w łonie Kościoła
Gdy na zewnątrz Kościoła Żydzi z furią odrzucali naukę chrześcijan o Trójcy Świętej jako bluźnierstwo, poganie uznawali ją za czczy nonsens lub proste wielobóstwo, w samym łonie Kościoła też odbywały się spory o to, jak tę tejemnicę rozumieć. Tajemnica ta niepokoiła umysły. Szukano więc sposobu wyjaśnienia jak to jest możliwe, jaki jest stosunek Syna Bożego, Jezusa Chrystusa do Ojca. Sprawę Ducha Świętego odkładano na później. Wiele do myślenia dawały im słowa samego Chrystusa: "Ojciec jest większy ode Mnie".
Dziś słowa te nie przysparzają nam wielkich trudności. Bóstwo w zestawieniu z człowieczeństwem Jezusa Chrystusa w nieskończony sposób przewyższa to drugie.
Niskość człowieczeństwa wyraźnie odbija się w słowach jakie święty Paweł odniósł do Jezusa:
"On, istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stawszy się podobnym do ludzi. A w zewnętrznym przejawie, uznany za człowieka, uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci — i to śmierci krzyżowej. Dlatego Bóg Go nad wszystko wywyższył i darował Mu imię ponad wszelkie imię, aby na imię Jezus zgięło się każde kolano istot niebieskich i ziemskich, i podziem¬nych. I aby wszelki język wyznał, że Jezus Chrystus jest Panem — ku chwale Boga Ojca" (Flp 2, 6-11).
Na błędnych drogach
Poznawanie tajemnicy Trójcy Świętej na siłę, za pomocą kruchego i ograniczo¬nego rozumu, może prowadzić tylko na manowce. I na nie niektórzy zeszli, kapłani i teologowie, nieraz bardzo gorliwi i pobożni.
Jedni wyjaśniali, że Jezus Chrystus jest zwykłym człowiekiem, a tylko pozornie Bogiem, gdyż bardzo przewyższał swymi walorami i cnotami wszystkich śmiertelników. Dzięki właśnie tym niezwykłym przymiotom — mówili — został On przebóstwiony i wyniesiony do godności boskiej podobnie jak greccy bohaterowie zaliczani w poczet bóstw, albo jak niedawno zmarły cesarz Hirohito, którego lud japoński uważał za boga.
Według tych teologów został przez Boga zaadoptowany, przybrany na Syna, stąd ten kierunek, tak wyraźnie sprzeczny z Ewangelią, nazwano adopcjonizmem. Kościół go jednogłośnie odrzucił.
Inni teologowie usiłowali ocalić j edyność Boga. Głosili oni: Bóg jest jeden, ale naszemu słabemu ludzkiemu rozumowi wydaje się, że jest trzech. Bóg stworzył świat, odkupił ludzi i uświęca ich, a więc mówimy o Bogu Stwórcy, Bogu Zbawcy i Bogu Uświecicielu — o trzech jakby Osobach. Naprawdę jednak są to tylko trzy sposoby widzenia Boga przez człowieka. Ten znów kierunek nazwano modalizmem od łacińskiego słowa "modi" czyli sposoby widzenia Boga.
Arianizm
Zdarza się nieraz, że kto walczy z błędną orientacją teologiczną sam wpada w inną. To przydarzyło się niektórym teologom zwalczającym modalizm. Ci wystąpili z następującym wyjaśnieniem Trójcy Świętej: jest Bóg Ojciec — On jest Bogiem w pełni tego słowa — Bóg z samego siebie, nie zrodzony ani nie stworzony. Obok niego jest Logos, Jezus, pośrednik miedzy Bogiem a światem. Chrystus jest zatem podporządkowany Ojcu, to znaczy, że stoi na niższym poziomie, jest Ojcu nierówny, ten właśnie kierunek rozwinął i wyprowadził z niego wnioski kapłan z Aleksandrii, w Egipcie, imieniem Ariusz.
Czy będziemy się gorszyć tym, że tak różne opinie o Trójcy Świętej wyrastały w łonie pierwotnego chrześcijaństwa? Absolutnie nie! Kapłani i teologowie ci mieli zazwyczaj dobrą wolę, jak na przykład wielki teolog i obrońca wiary żyjący w III wieku Orygenes. Chcieli oni pomóc wiernym, przybliżyć im nieco tajemnicę Trójcy Świętej, chcieli rzucić choć trochę światła na tę prawdę naszej wiary. Musimy pamiętać, że Kościół dopiero rozwijał się. Najwyższy Urząd Nauczycielski Kościoła, tak zwane Magisterium działało stopniowo i wolno. Kościół głosił prawdy wiary
oparte na Piśmie świętym i Tradycji Apostołów, ale jeszcze ich ściśle nie określił. Mię wiedziano jeszcze jak daleko może się rozum posunąć, gdzie leży granica, za która grozi już herezja. Prosty lud, nie rozumiejący zawiłych nieraz dyskusji teologów, stał twardo przy wyznawanej wierze, choć błądzili nieraz pasterze. I ta wiara była ostoją wiary w trudnych chwilach prześladowań, schizm i herezji.
Opatrznościowa decyzja soboru powszechnego
Gdy różne interpretacje o tajemnicy Trójcy Świętej powodowały zamieszanie i to zamieszanie zataczało coraz to większe kręgi, rozumiano, że trzeba zwołać już nie lokalny synod, ale sobór powszechny, światowy. I tak w roku 325 doszło do zwołania pierwszego soboru powszechnego w dziejach Kościoła w Nicei, w Bitynii, krainie leżącej na południowym brzegu Morza Czarnego, w dzisiejszej Turcji. Omawiano na nim wiele spraw tyczących życia Kościoła, ale na czoło wybijał się problem poprawnego rozumienia tajemnicy Trójcy Świętej. Sobór zdefiniował tę prawdę i orzekł jak ją trzeba pojmować. Heretyckie pojęcia Ariusza i inne zostały potępione.
Cieszymy się pamiątką Soboru nicejskiego czyli wyznaniem wiary, które odmawiamy wspólnie we wszystkie niedziele i większe święta roku kościelnego. W czasie udzielania sakramentu chrztu świętego kapłan stawia potrójne pytanie dotyczące Trójcy Świętej: Wierzysz w Boga Ojca? Wierzysz w Syna Bożego? Wierzysz w Ducha Świątego? Wierni ze spokojem i radością wyznają swą żywą wiarę, gdy odpowiadają trzykrotnie: wierzę! Pamiętajmy, że to pierwszy sobór powszechny uspokoił umysły i podał nam wyznanie wiary, w którym uwielbiamy tajemnicę Trójcy Świętej. Stąd całe chrześcijaństwo, zarówno na Wschodzie jak i na Zachodzie ma dla tego soboru ogromny szacunek.
W ostatnią niedzielę maja, w piękną uroczystość Trójcy Najświętszej rozważamy spokojnie tę tajemnicę i sławnym wyznaniem wiary wielbimy Boga Ojca, Syna Bożego i Ducha Świętego.
Słusznie chłopiec uczący się katechizmu w rozmowie z adwokatem w dyliżansie przypomniał, że Trójca Święta, Wcielenie i Odkupienie to najważniejsze i najradośniejsze tajemnice wiary katolickiej. Wyznawajmy je ze spokojem i radością.
w ramach programu GODZINY RÓŻAŃCOWEJ O. JUSTYNA
26 maja 1991 TAJEMNICA TRÓJCY ŚWIĘTEJ
Witam Was Zacni Rodacy i Miłe Rodaczki staropolskim Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
W XVIII i XIX wieku, gdy komunikacja kolejowa nie była jeszcze rozwinięta, podróżowano dyliżansem czyli krytym pojazdem konnym (stagecoach). Pewnego razu dwunastoletni chłopiec imieniem Antoine odbywał podróż dyliżansem we Francji z Nancy do Luneville. W przedziale było kilku pasażerów, wśród nich pewien adwokat zajmujący wszystkich rozmową. W przejeździe przez jakąś wioskę, chłopiec na widok kościoła katolickiego zdjął nabożnie czapkę i przeżegnał się.
— Widzę, że chodzisz na katechizm — zagadnął go adwokat. Zobaczymy czego dobrego się tam nauczyłeś.
— Dowiedziałem się o istnieniu głównych tajemnic Bożych — odpowiedział
prosto młodzieniec.
— A możesz wymienić jakie to są?
— Tak, panie. Są nimi Trójca Święta, Wcielenie i Odkupienie.
— A czy możesz mi powiedzieć co to jest Trójca Święta?
— To tajemnica o jednym Bogu w trzech osobach — Ojcu, Synu i Duchu
Świętym.
I ty wierzysz w taki nonsens? Jeśli w to wierzysz, uwierzysz w byle co, co ci twój ksiądz powie. Mądrzy ludzie wierzą tylko w to, co potrafią zrozumieć — mówił adwokat.
— A wiec pan odrzuca wszystko, czego nie może zrozumieć? — zapytał chłopiec.
— Oczywiście! Każdy inteligentny człowiek tak czyni.
— To proszę mi wyjaśnić dlaczego pan porusza palcami, nogami, głową?
— Bo tego chce. Taka jest moja wola — odpowiedział adwokat.
— A niech pan zechce poruszyć uszami jak zając, każde ucho osobno lub oba
razem, w różne strony. Czy rozumie pan dlaczego zając może to zrobić a pan nie,
choćby chciał?
Jesteś za smarkaty, żeby mnie pouczać — zakończył szybko rozmowę zdenerwowany adwokat, bo pasażerowie zaczęli się z niego śmiać, podśmiewać.
W dzisiejszej pogadance będzie tematem największa z tajemnic Bożych. Tytuł pogadanki brzmi:
TAJEMNICA TRÓJCY ŚWIĘTEJ
Kamień obrazy
Tajemnica Trójcy Świętej była, jest i będzie dla wielu kamieniem obrazy, a to dlatego, że naiwnie do niej podchodzą. Myślą, że w jednym Bogu jest trzech bogów. Izraelici, wyznawcy surowego monoteizmu dostawali wprost białej gorączki, popadali w furię, gdy słyszeli z ust Pana Jezusa, że wraz z Ojcem stanowi jedno (por. J 17, 21); że istniał od wieczności, mówił bowiem: "Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: zanim Abraham stał się, Ja jestem" (J 8, 58). Uważali to za bluźnierstwo i chcieli Jezusa ukamienować. Gdy Kajfasz pod przysięgą zobowiązał Jezusa, by zeznał, czy jest Mesjaszem, Synem Bożym, Jezus mu odpowiedział: "Tak, Ja nim jestem". Wtedy najwyższy kapłan rozdarł swoje szaty i rzekł: "Zbluźnił. Na cóż nam jeszcze potrzeba świadków? Oto teraz słyszeliście bluźnierstwo. Co wam się zdaje? Oni odpowiedzieli: Winien jest śmierci i odesłali Go do Piłata, by Go ukrzyżował" (Mt 26, 63-66).
Jeszcze dziś Żydzi, innowiercy i niewierzący są przekonani, że chrześcijanie uprawiają bałwochwalstwo czcząc trzech bogów. Wiara jest darem Bożym, więc samymi rozumowymi argumentami nie można nikogo przekonać o istnieniu Trójcy Świętej. Nam chrześcijanom, prawda ta nie sprawia trudności. Wierzymy na słowo Jezusa Chrystusa, Syna Bożego, który z nieba zstąpił na ziemię, aby nas o wewnętrznym życiu Boga pouczyć, odkryć rąbek tej największej tajemnicy.
Bóg jeden, jedyny w trzech Osobach znaczy, że Bóg nie jest samotny, lecz jest wspólnotą. Dlatego Bóg, który jest miłością, nie jest egoistą, bo kocha Syna. Syn zaś jest Słowem i odbiciem Ojca. Ojciec poznaje i kocha siebie w Synu. Przepływ fal miłości między Ojcem i Synem jest Bożą miłością — Duchem Świętym. Za pomocą takich słów i różnych wyobrażeń chrześcijanie wszystkich czasów z czcią i miłością usiłowali wniknąć w tajemnicę Trójcy Świętej, choć jej w pełni nigdy nie poznamy. Wiemy jednak, że w Trójcy Świętej nie ma sprzeczności.
Kiedy święty Augustyn, genialny teolog, pisał traktat o Trójcy Świętej, miał mu się ukazać chłopczyk na plaży przelewający wodę z morza do dołka w piasku. Gdy mu mędrzec powiedział, że jest to fizycznie niemożliwe, dziecko, którym miał być podobno sam Pan Jezus, odpowiedziało: "Prędzej przeleję morze do tego dołka, niż ty zgłębisz tajemnice Trójcy Świętej, Augustynie!"
Namiętne spory w łonie Kościoła
Gdy na zewnątrz Kościoła Żydzi z furią odrzucali naukę chrześcijan o Trójcy Świętej jako bluźnierstwo, poganie uznawali ją za czczy nonsens lub proste wielobóstwo, w samym łonie Kościoła też odbywały się spory o to, jak tę tejemnicę rozumieć. Tajemnica ta niepokoiła umysły. Szukano więc sposobu wyjaśnienia jak to jest możliwe, jaki jest stosunek Syna Bożego, Jezusa Chrystusa do Ojca. Sprawę Ducha Świętego odkładano na później. Wiele do myślenia dawały im słowa samego Chrystusa: "Ojciec jest większy ode Mnie".
Dziś słowa te nie przysparzają nam wielkich trudności. Bóstwo w zestawieniu z człowieczeństwem Jezusa Chrystusa w nieskończony sposób przewyższa to drugie.
Niskość człowieczeństwa wyraźnie odbija się w słowach jakie święty Paweł odniósł do Jezusa:
"On, istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stawszy się podobnym do ludzi. A w zewnętrznym przejawie, uznany za człowieka, uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci — i to śmierci krzyżowej. Dlatego Bóg Go nad wszystko wywyższył i darował Mu imię ponad wszelkie imię, aby na imię Jezus zgięło się każde kolano istot niebieskich i ziemskich, i podziem¬nych. I aby wszelki język wyznał, że Jezus Chrystus jest Panem — ku chwale Boga Ojca" (Flp 2, 6-11).
Na błędnych drogach
Poznawanie tajemnicy Trójcy Świętej na siłę, za pomocą kruchego i ograniczo¬nego rozumu, może prowadzić tylko na manowce. I na nie niektórzy zeszli, kapłani i teologowie, nieraz bardzo gorliwi i pobożni.
Jedni wyjaśniali, że Jezus Chrystus jest zwykłym człowiekiem, a tylko pozornie Bogiem, gdyż bardzo przewyższał swymi walorami i cnotami wszystkich śmiertelników. Dzięki właśnie tym niezwykłym przymiotom — mówili — został On przebóstwiony i wyniesiony do godności boskiej podobnie jak greccy bohaterowie zaliczani w poczet bóstw, albo jak niedawno zmarły cesarz Hirohito, którego lud japoński uważał za boga.
Według tych teologów został przez Boga zaadoptowany, przybrany na Syna, stąd ten kierunek, tak wyraźnie sprzeczny z Ewangelią, nazwano adopcjonizmem. Kościół go jednogłośnie odrzucił.
Inni teologowie usiłowali ocalić j edyność Boga. Głosili oni: Bóg jest jeden, ale naszemu słabemu ludzkiemu rozumowi wydaje się, że jest trzech. Bóg stworzył świat, odkupił ludzi i uświęca ich, a więc mówimy o Bogu Stwórcy, Bogu Zbawcy i Bogu Uświecicielu — o trzech jakby Osobach. Naprawdę jednak są to tylko trzy sposoby widzenia Boga przez człowieka. Ten znów kierunek nazwano modalizmem od łacińskiego słowa "modi" czyli sposoby widzenia Boga.
Arianizm
Zdarza się nieraz, że kto walczy z błędną orientacją teologiczną sam wpada w inną. To przydarzyło się niektórym teologom zwalczającym modalizm. Ci wystąpili z następującym wyjaśnieniem Trójcy Świętej: jest Bóg Ojciec — On jest Bogiem w pełni tego słowa — Bóg z samego siebie, nie zrodzony ani nie stworzony. Obok niego jest Logos, Jezus, pośrednik miedzy Bogiem a światem. Chrystus jest zatem podporządkowany Ojcu, to znaczy, że stoi na niższym poziomie, jest Ojcu nierówny, ten właśnie kierunek rozwinął i wyprowadził z niego wnioski kapłan z Aleksandrii, w Egipcie, imieniem Ariusz.
Czy będziemy się gorszyć tym, że tak różne opinie o Trójcy Świętej wyrastały w łonie pierwotnego chrześcijaństwa? Absolutnie nie! Kapłani i teologowie ci mieli zazwyczaj dobrą wolę, jak na przykład wielki teolog i obrońca wiary żyjący w III wieku Orygenes. Chcieli oni pomóc wiernym, przybliżyć im nieco tajemnicę Trójcy Świętej, chcieli rzucić choć trochę światła na tę prawdę naszej wiary. Musimy pamiętać, że Kościół dopiero rozwijał się. Najwyższy Urząd Nauczycielski Kościoła, tak zwane Magisterium działało stopniowo i wolno. Kościół głosił prawdy wiary
oparte na Piśmie świętym i Tradycji Apostołów, ale jeszcze ich ściśle nie określił. Mię wiedziano jeszcze jak daleko może się rozum posunąć, gdzie leży granica, za która grozi już herezja. Prosty lud, nie rozumiejący zawiłych nieraz dyskusji teologów, stał twardo przy wyznawanej wierze, choć błądzili nieraz pasterze. I ta wiara była ostoją wiary w trudnych chwilach prześladowań, schizm i herezji.
Opatrznościowa decyzja soboru powszechnego
Gdy różne interpretacje o tajemnicy Trójcy Świętej powodowały zamieszanie i to zamieszanie zataczało coraz to większe kręgi, rozumiano, że trzeba zwołać już nie lokalny synod, ale sobór powszechny, światowy. I tak w roku 325 doszło do zwołania pierwszego soboru powszechnego w dziejach Kościoła w Nicei, w Bitynii, krainie leżącej na południowym brzegu Morza Czarnego, w dzisiejszej Turcji. Omawiano na nim wiele spraw tyczących życia Kościoła, ale na czoło wybijał się problem poprawnego rozumienia tajemnicy Trójcy Świętej. Sobór zdefiniował tę prawdę i orzekł jak ją trzeba pojmować. Heretyckie pojęcia Ariusza i inne zostały potępione.
Cieszymy się pamiątką Soboru nicejskiego czyli wyznaniem wiary, które odmawiamy wspólnie we wszystkie niedziele i większe święta roku kościelnego. W czasie udzielania sakramentu chrztu świętego kapłan stawia potrójne pytanie dotyczące Trójcy Świętej: Wierzysz w Boga Ojca? Wierzysz w Syna Bożego? Wierzysz w Ducha Świątego? Wierni ze spokojem i radością wyznają swą żywą wiarę, gdy odpowiadają trzykrotnie: wierzę! Pamiętajmy, że to pierwszy sobór powszechny uspokoił umysły i podał nam wyznanie wiary, w którym uwielbiamy tajemnicę Trójcy Świętej. Stąd całe chrześcijaństwo, zarówno na Wschodzie jak i na Zachodzie ma dla tego soboru ogromny szacunek.
W ostatnią niedzielę maja, w piękną uroczystość Trójcy Najświętszej rozważamy spokojnie tę tajemnicę i sławnym wyznaniem wiary wielbimy Boga Ojca, Syna Bożego i Ducha Świętego.
Słusznie chłopiec uczący się katechizmu w rozmowie z adwokatem w dyliżansie przypomniał, że Trójca Święta, Wcielenie i Odkupienie to najważniejsze i najradośniejsze tajemnice wiary katolickiej. Wyznawajmy je ze spokojem i radością.
W OBRONIE BÓSTWA JEZUSA CHRYSTUSA
Radiowe przemówienie wygłoszone przez O. Korneliana Dende, OFMConv.
w ramach programu GODZINY RÓŻAŃCOWEJ O. JUSTYNA
19 maj 1991
W OBRONIE BÓSTWA JEZUSA CHRYSTUSA
(Sobór Nicejski)
Witam Was Zacni Rodacy i Miłe Rodaczki staropolskim Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Z nastaniem IV wieku naszej ery, cesarstwo rzymskie leżało w gruzach. Chrześcijanie po straszliwych prześladowaniach wyszli z katakumb i organizowali życie kościelne. Na arenie politycznej pojawił się cesarz Konstantyn Wielki, który sprzyjał chrześcijaństwu i nosił się z zamiarem przyjęcia chrztu. W religii chrześcijańskiej upatrywał on czynnik jednoczący dla rozbitego imperium, toteż postanowił uczynić z niej religię państwową.
W tym czasie jednak, kiedy cesarz zawiesił krzyż nad światem, Kościołem wstrząsały wewnętrzne kryzysy. Dwanaście co najmniej herezji rozwijało się na przestrzeni tego wieku, z których najgroźniejszą był arianizm. Arianizm zachwiał całym chrześcijaństwem, rozbił Kościół na dwie części i napełnił niepokojem niezliczoną ilość sumień.
O tej herezji, jak i o soborze, na którym została ona potępiona, powiem w dzisiejszej pogadance zatytułowanej:
W OBRONIE BÓSTWA JEZUSA CHRYSTUSA
(Sobór Nicejski)
Ariusz nie uznaje Chrystusa
Ową największą tragedię w Kościele wywołał kapłan aleksandryjski Ariusz. Od niego herezja otrzymała nazwę. Ariusz miał skomplikowany charakter, na który składało się wiele zalet i wad stopionych z pychą, występującą zawsze u wielkich heretyków. Wszystko u niego było niezwykłe: inteligencja, erudycja, charakter, gwałtowność, ambicja. Był porywającym mówcą i posiadał wrodzony talent do reklamy. Uchodził za człowieka cnotliwego, twardego dla samego siebie, oddanego pokucie i ascezie. Nigdy żaden z przeciwników nie postawił mu zarzutu natury moralnej, toteż otaczał go nimb dostojeństwa i prawie aureoli świętości.
Na czym polegał błąd Ariusza? Jego naukę można tak przedstawić: Syn Boży, Jezus Chrystus jest tylko stworzeniem. Bóg Ojciec stworzył Go z nicości. Był więc czas, gdy Go nie było. Nie jest wiec On synem właściwym, a jego natura nie pochodzi od Ojca. Podlega zatem zmianom i mógł nawet zgrzeszyć, choć nie zgrzeszył.
Arianizm wstrząsnął posadami wiary objawionej, godził w posłannictwo Chrystusa i Jego dzieło odkupienia. Jeżeli Chrystus nie jest Bogiem, cały chrystianizm załamuje się, traci swój sens. Nie ma już Wcielenia, nie ma Odkupienia. Nauka Ariusza świeciła triumfy zwłaszcza wśród pogan. Podobała się im idea człowieka, który stał się niemal bogiem przez swoje zasługi i był podobny do greckich lub rzymskich herosów, co to niemal do nieba sięgali po laury.
Błędy Ariusza spostrzegł biskup Aleksandrii Atanazy i na synodzie w Aleksandrii zostały one potępione przez stu biskupów z Egiptu i Libii. Były to czasy, kiedy wiara była żywa i gorąca, toteż broniono ją z gwałtownością, heroizmem, ryzykując nawet życie.
Sobór powszechny w Nicei
Ariusz musiał opuścić parafie i diecezję, lecz jego herezja poczęła zataczać już coraz szersze kręgi. Cesarz Konstantyn, oburzony niezgodą w Kościele, kazał zwołać sobór powszechny, światowy i na nim sprawy załatwić. Wydawało mu się, że jedno jego słowo pożar ugasi. Tymczasem jego osobisty doradca, biskup Kordoby, Hozjusz, Hiszpan, natychmiast zdał sobie sprawę, że nie chodzi tu bynajmniej o sprawy błahe, ale o istotę chrześcijaństwa — o dogmat Trójcy Świętej i bóstwo Jezusa Chrystusa.
Jest rzeczą godną podkreślenia, że pierwszy sobór powszechny i ekumeniczny w historii Kościoła zwołany został nie z inicjatywy rządców Kościoła, ale z inicjatywy rządu pogańskiego, w osobie cesarza, jeszcze poganina, używającego nadal tytułu, funkcji i wpływów najwyższego kapłana, jakie przysługiwały dawnym cesarzom rzymskim.
Wobec powagi sytuacji nie było czasu na porozumienie się z papieżem Sylwestrem, jak to miało miejsce w synodach lokalnych. Na 25 maja 325 roku zwołano biskupów do Nicei w Azji Mniejszej. Cesarz pokrywał wszystkie koszty podróży i zapewnił państwowy transport. Na Sobór stawiło sią około 300 biskupów, przeważnie ze Wschodu. Zachód reprezentowało pięciu biskupów. Biskup Hozjusz i dwaj inni dostojnicy rzymscy występowali w imieniu papieża Sylwestra.
Wspaniałe było to zgromadzenie, pełne radosnego podniecenia. Spotykali się bowiem-biskupi, którzy się nigdy przedtem nie widzieli, a byli wśród nich tacy, którzy wrócili z wygnania, inni zaś nosili na sobie ślady srogich prześladowań — ucięte ręce, wypalone piętno, wypalone oko . . . Niedawno, jako skazańcy "gnili w więzieniach", teraz byli triumfatorami. Otaczał ich przepych pałaców, majestat ceremonii i straż honorowa prezentująca broń przed nimi. Pokazywano też sobie dwóch cudotwórców — Spiridona i Jakuba z Nizibis, którzy — jak mówiono, wskrzeszali zmarłych. Konstantyn mógł z dumą przyglądać się temu, jedynemu w swoim rodzaju zgromadzeniu świętych, zebranemu dzięki jego staraniom.
Dogmat Trójcy Świętej
Biskupi zgromadzili się w wielkiej auli pałacu cesarskiego. Wszedł cesarz, poprzedzany przez dworzan - chrześcijan, zasiadł na tronie i po przywitaniu go wygłosił mowę — zachętę do pokoju, gdyż nie ma nic gorszego, jak walki wewnętrzne w Kościele. W czasie obrad, którym przewodniczył biskup Hozjusz, z miejsca zajęto się sprawa Ariusza i jego zwolenników. Ariusz nie brał udziału w soborze, ale odczytano fragmenty jego dzieła "Thalii". W pomieszczeniu jednak jego teorie podtrzymywało około 15 biskupów.
Błędną interpretacje Ariusza, że Syn Boży jest niższy od Ojca uczestnicy soboru odrzucili z oburzeniem. Najgłębsze poczucie chrześcijańskie było przeciwko niemu. Podstawowym założeniem, kamieniem węgielnym był niezaprzeczalny fakt odkupienia. Otóż odkupienie ma tylko wtedy sens, gdy sam Bóg staje się człowiekiem, gdy Chrystus jest równocześnie prawdziwym Bogiem i prawdziwym człowiekiem. "Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas" (J l, 14). Stwierdzenie świętego Jana zakłada, że Słowo jest w pełni Bogiem, a nie człowiekiem ubóstwionym w sensie wierzeń pogańskich. Syn nie jest stworzeniem, istniał zawsze; był zawsze u boku Ojca, zjednoczony z Nim, odrębny, ale nierozdzielny; był zawsze nieskalany i doskonały.
Syn jest współistotny, konsubstancjalny Ojcu.
Sobór opracował nową 'regułę wiary'. W zasadzie nie różniła się ona od tej, którą przekazali Kościołowi apostołowie, była jednak wyraźniejsza i tak zredagowana, że błąd nie mógł do niej przeniknąć. To wyznanie wiary, które do dziś dnia w niedziele stojąc odmawiamy, głosi prawdy zawarte w Ewangelii.
Kluczowym słowem tego wyznania był termin "współistotny". Termin filozoficzny, ale genialny a zarazem historyczny, bo po raz pierwszy wprowadzono do teologii oficjalnie termin filozoficzny. Odtąd rozpoczyna się współżycie teologii z filozofią. Teologia będzie mistrzynią, a filozofia jej służką. Ta współpraca doprowadziła do wspaniałego rozwoju teologii.
Sobór zakończył się wielkim bankietem wydanym na cześć biskupów. Konstantyn obdarzył ich sutymi podarunkami i wezwał do zgody i wzajemnej miłości.
Ostateczny triumf wiary mimo odżywania blędu
Niestety, herezja odżyła, gdy Ariusz i jego zwolennicy po kilku latach wrócili z wygnania a na zesłanie poszli z kolei obrońcy bóstwa Chrystusa, zwolennicy Nicei. Jak to się stało? Do zmiany namówiła cesarza jego rodzona siostra, uwikłana w błędy arian. W końcu Konstantyn oddał Bogu swą genialną i umęczoną dusze, ale otoczony już przez arian i z ich rąk przyjął chrzest na łożu śmierci. Jest w rękach miłosierdzia Bożego.
Po śmierci cesarza Konstantyna arianizm rozszerzył się jak ogień po całym imperium. Popierali go cesarze: Konstancjusz, syn Konstantyna, Julian Apostata, który za wszelką cenę chce zniszczyć katolicyzm, i Walens wyznający również wiarę ariańską. Cały świat zadrżał na widok, że stał się ariański — zanotował święty Hieronim.
Trzeba było pół wieku intensywnej pracy genialnych i świętych teologów takich jak: Atanazy, Grzegorz z Nazjanzu, Grzegorz z Nyssy, Bazyli Wielki, a na Zachodzie Hilary oraz arian dobrej woli, by ocalić Kościół od całkowitego zalewu herezji. Zwycięstwo przychodzi na soborze konstantynopolitańskim w 381 roku, na którym sprawa ariańska została raz na zawsze zamknięta, a arianom odebrano stolice biskupie.
Bolesne to doświadczenie dało wtedy Kościołowi do zrozumienia, że nie wystarczy tylko biskup gorliwy i pobożny, i dobry administrator, choćby nawet cudotwórca, jak biskup Spirydion. Do biskupa należy funkcja nauczania, toteż musi on być dobrym pasterzem i teologiem.
Czwarty wiek był nie tylko wiekiem wielkiego zamieszania, lecz jednym z najbardziej twórczych momentów w dziejach teologii, okresem głębokich zmagań o czystość tajemnic Bożych. Z tych dyskusji zrodziła się formuła, której uczy się dziś każde dziecko w katechizmie: Bóg jest jeden, ale w trzech osobach. Pamiętajmy o tym ile razy będziemy kreślić na czole znak krzyża świętego lub powtarzać doksologie uwielbienia: Chwała Ojcu i Synowi i Duchowi Świętemu, teraz i zawszei na wieki wieków, Amen.
Po wysłuchaniu tej pogadanki o bóstwie Chrystusa może pomyślicie sobie, dlaczego zająłem się herezja arian z IV wieku dzisiaj w dobie Soboru Watykańskiego Drugiego i ekumenizmu? Otóż w uroczystość Zesłania Ducha Świętego i ostatecznego triumfu Chrystusa zasiadającego po prawicy Ojca i obecnego w Kościele, zdajemy sobie sprawę, że dzisiaj szerzą się coraz to nowe odłamy chrześcijan. Bądźmy przekonani, że głównym powodem tego bolesnego rozbicia jest brak wiary w bóstwo Jezusa Chrystusa. Tymczasem wiara ta jest fundamentem chrześcijaństwa i jedności chrześcijan.
w ramach programu GODZINY RÓŻAŃCOWEJ O. JUSTYNA
19 maj 1991
W OBRONIE BÓSTWA JEZUSA CHRYSTUSA
(Sobór Nicejski)
Witam Was Zacni Rodacy i Miłe Rodaczki staropolskim Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Z nastaniem IV wieku naszej ery, cesarstwo rzymskie leżało w gruzach. Chrześcijanie po straszliwych prześladowaniach wyszli z katakumb i organizowali życie kościelne. Na arenie politycznej pojawił się cesarz Konstantyn Wielki, który sprzyjał chrześcijaństwu i nosił się z zamiarem przyjęcia chrztu. W religii chrześcijańskiej upatrywał on czynnik jednoczący dla rozbitego imperium, toteż postanowił uczynić z niej religię państwową.
W tym czasie jednak, kiedy cesarz zawiesił krzyż nad światem, Kościołem wstrząsały wewnętrzne kryzysy. Dwanaście co najmniej herezji rozwijało się na przestrzeni tego wieku, z których najgroźniejszą był arianizm. Arianizm zachwiał całym chrześcijaństwem, rozbił Kościół na dwie części i napełnił niepokojem niezliczoną ilość sumień.
O tej herezji, jak i o soborze, na którym została ona potępiona, powiem w dzisiejszej pogadance zatytułowanej:
W OBRONIE BÓSTWA JEZUSA CHRYSTUSA
(Sobór Nicejski)
Ariusz nie uznaje Chrystusa
Ową największą tragedię w Kościele wywołał kapłan aleksandryjski Ariusz. Od niego herezja otrzymała nazwę. Ariusz miał skomplikowany charakter, na który składało się wiele zalet i wad stopionych z pychą, występującą zawsze u wielkich heretyków. Wszystko u niego było niezwykłe: inteligencja, erudycja, charakter, gwałtowność, ambicja. Był porywającym mówcą i posiadał wrodzony talent do reklamy. Uchodził za człowieka cnotliwego, twardego dla samego siebie, oddanego pokucie i ascezie. Nigdy żaden z przeciwników nie postawił mu zarzutu natury moralnej, toteż otaczał go nimb dostojeństwa i prawie aureoli świętości.
Na czym polegał błąd Ariusza? Jego naukę można tak przedstawić: Syn Boży, Jezus Chrystus jest tylko stworzeniem. Bóg Ojciec stworzył Go z nicości. Był więc czas, gdy Go nie było. Nie jest wiec On synem właściwym, a jego natura nie pochodzi od Ojca. Podlega zatem zmianom i mógł nawet zgrzeszyć, choć nie zgrzeszył.
Arianizm wstrząsnął posadami wiary objawionej, godził w posłannictwo Chrystusa i Jego dzieło odkupienia. Jeżeli Chrystus nie jest Bogiem, cały chrystianizm załamuje się, traci swój sens. Nie ma już Wcielenia, nie ma Odkupienia. Nauka Ariusza świeciła triumfy zwłaszcza wśród pogan. Podobała się im idea człowieka, który stał się niemal bogiem przez swoje zasługi i był podobny do greckich lub rzymskich herosów, co to niemal do nieba sięgali po laury.
Błędy Ariusza spostrzegł biskup Aleksandrii Atanazy i na synodzie w Aleksandrii zostały one potępione przez stu biskupów z Egiptu i Libii. Były to czasy, kiedy wiara była żywa i gorąca, toteż broniono ją z gwałtownością, heroizmem, ryzykując nawet życie.
Sobór powszechny w Nicei
Ariusz musiał opuścić parafie i diecezję, lecz jego herezja poczęła zataczać już coraz szersze kręgi. Cesarz Konstantyn, oburzony niezgodą w Kościele, kazał zwołać sobór powszechny, światowy i na nim sprawy załatwić. Wydawało mu się, że jedno jego słowo pożar ugasi. Tymczasem jego osobisty doradca, biskup Kordoby, Hozjusz, Hiszpan, natychmiast zdał sobie sprawę, że nie chodzi tu bynajmniej o sprawy błahe, ale o istotę chrześcijaństwa — o dogmat Trójcy Świętej i bóstwo Jezusa Chrystusa.
Jest rzeczą godną podkreślenia, że pierwszy sobór powszechny i ekumeniczny w historii Kościoła zwołany został nie z inicjatywy rządców Kościoła, ale z inicjatywy rządu pogańskiego, w osobie cesarza, jeszcze poganina, używającego nadal tytułu, funkcji i wpływów najwyższego kapłana, jakie przysługiwały dawnym cesarzom rzymskim.
Wobec powagi sytuacji nie było czasu na porozumienie się z papieżem Sylwestrem, jak to miało miejsce w synodach lokalnych. Na 25 maja 325 roku zwołano biskupów do Nicei w Azji Mniejszej. Cesarz pokrywał wszystkie koszty podróży i zapewnił państwowy transport. Na Sobór stawiło sią około 300 biskupów, przeważnie ze Wschodu. Zachód reprezentowało pięciu biskupów. Biskup Hozjusz i dwaj inni dostojnicy rzymscy występowali w imieniu papieża Sylwestra.
Wspaniałe było to zgromadzenie, pełne radosnego podniecenia. Spotykali się bowiem-biskupi, którzy się nigdy przedtem nie widzieli, a byli wśród nich tacy, którzy wrócili z wygnania, inni zaś nosili na sobie ślady srogich prześladowań — ucięte ręce, wypalone piętno, wypalone oko . . . Niedawno, jako skazańcy "gnili w więzieniach", teraz byli triumfatorami. Otaczał ich przepych pałaców, majestat ceremonii i straż honorowa prezentująca broń przed nimi. Pokazywano też sobie dwóch cudotwórców — Spiridona i Jakuba z Nizibis, którzy — jak mówiono, wskrzeszali zmarłych. Konstantyn mógł z dumą przyglądać się temu, jedynemu w swoim rodzaju zgromadzeniu świętych, zebranemu dzięki jego staraniom.
Dogmat Trójcy Świętej
Biskupi zgromadzili się w wielkiej auli pałacu cesarskiego. Wszedł cesarz, poprzedzany przez dworzan - chrześcijan, zasiadł na tronie i po przywitaniu go wygłosił mowę — zachętę do pokoju, gdyż nie ma nic gorszego, jak walki wewnętrzne w Kościele. W czasie obrad, którym przewodniczył biskup Hozjusz, z miejsca zajęto się sprawa Ariusza i jego zwolenników. Ariusz nie brał udziału w soborze, ale odczytano fragmenty jego dzieła "Thalii". W pomieszczeniu jednak jego teorie podtrzymywało około 15 biskupów.
Błędną interpretacje Ariusza, że Syn Boży jest niższy od Ojca uczestnicy soboru odrzucili z oburzeniem. Najgłębsze poczucie chrześcijańskie było przeciwko niemu. Podstawowym założeniem, kamieniem węgielnym był niezaprzeczalny fakt odkupienia. Otóż odkupienie ma tylko wtedy sens, gdy sam Bóg staje się człowiekiem, gdy Chrystus jest równocześnie prawdziwym Bogiem i prawdziwym człowiekiem. "Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas" (J l, 14). Stwierdzenie świętego Jana zakłada, że Słowo jest w pełni Bogiem, a nie człowiekiem ubóstwionym w sensie wierzeń pogańskich. Syn nie jest stworzeniem, istniał zawsze; był zawsze u boku Ojca, zjednoczony z Nim, odrębny, ale nierozdzielny; był zawsze nieskalany i doskonały.
Syn jest współistotny, konsubstancjalny Ojcu.
Sobór opracował nową 'regułę wiary'. W zasadzie nie różniła się ona od tej, którą przekazali Kościołowi apostołowie, była jednak wyraźniejsza i tak zredagowana, że błąd nie mógł do niej przeniknąć. To wyznanie wiary, które do dziś dnia w niedziele stojąc odmawiamy, głosi prawdy zawarte w Ewangelii.
Kluczowym słowem tego wyznania był termin "współistotny". Termin filozoficzny, ale genialny a zarazem historyczny, bo po raz pierwszy wprowadzono do teologii oficjalnie termin filozoficzny. Odtąd rozpoczyna się współżycie teologii z filozofią. Teologia będzie mistrzynią, a filozofia jej służką. Ta współpraca doprowadziła do wspaniałego rozwoju teologii.
Sobór zakończył się wielkim bankietem wydanym na cześć biskupów. Konstantyn obdarzył ich sutymi podarunkami i wezwał do zgody i wzajemnej miłości.
Ostateczny triumf wiary mimo odżywania blędu
Niestety, herezja odżyła, gdy Ariusz i jego zwolennicy po kilku latach wrócili z wygnania a na zesłanie poszli z kolei obrońcy bóstwa Chrystusa, zwolennicy Nicei. Jak to się stało? Do zmiany namówiła cesarza jego rodzona siostra, uwikłana w błędy arian. W końcu Konstantyn oddał Bogu swą genialną i umęczoną dusze, ale otoczony już przez arian i z ich rąk przyjął chrzest na łożu śmierci. Jest w rękach miłosierdzia Bożego.
Po śmierci cesarza Konstantyna arianizm rozszerzył się jak ogień po całym imperium. Popierali go cesarze: Konstancjusz, syn Konstantyna, Julian Apostata, który za wszelką cenę chce zniszczyć katolicyzm, i Walens wyznający również wiarę ariańską. Cały świat zadrżał na widok, że stał się ariański — zanotował święty Hieronim.
Trzeba było pół wieku intensywnej pracy genialnych i świętych teologów takich jak: Atanazy, Grzegorz z Nazjanzu, Grzegorz z Nyssy, Bazyli Wielki, a na Zachodzie Hilary oraz arian dobrej woli, by ocalić Kościół od całkowitego zalewu herezji. Zwycięstwo przychodzi na soborze konstantynopolitańskim w 381 roku, na którym sprawa ariańska została raz na zawsze zamknięta, a arianom odebrano stolice biskupie.
Bolesne to doświadczenie dało wtedy Kościołowi do zrozumienia, że nie wystarczy tylko biskup gorliwy i pobożny, i dobry administrator, choćby nawet cudotwórca, jak biskup Spirydion. Do biskupa należy funkcja nauczania, toteż musi on być dobrym pasterzem i teologiem.
Czwarty wiek był nie tylko wiekiem wielkiego zamieszania, lecz jednym z najbardziej twórczych momentów w dziejach teologii, okresem głębokich zmagań o czystość tajemnic Bożych. Z tych dyskusji zrodziła się formuła, której uczy się dziś każde dziecko w katechizmie: Bóg jest jeden, ale w trzech osobach. Pamiętajmy o tym ile razy będziemy kreślić na czole znak krzyża świętego lub powtarzać doksologie uwielbienia: Chwała Ojcu i Synowi i Duchowi Świętemu, teraz i zawszei na wieki wieków, Amen.
Po wysłuchaniu tej pogadanki o bóstwie Chrystusa może pomyślicie sobie, dlaczego zająłem się herezja arian z IV wieku dzisiaj w dobie Soboru Watykańskiego Drugiego i ekumenizmu? Otóż w uroczystość Zesłania Ducha Świętego i ostatecznego triumfu Chrystusa zasiadającego po prawicy Ojca i obecnego w Kościele, zdajemy sobie sprawę, że dzisiaj szerzą się coraz to nowe odłamy chrześcijan. Bądźmy przekonani, że głównym powodem tego bolesnego rozbicia jest brak wiary w bóstwo Jezusa Chrystusa. Tymczasem wiara ta jest fundamentem chrześcijaństwa i jedności chrześcijan.
Subskrybuj:
Posty (Atom)