NAJŚWIĘTSZY SAKRAMENT W NASZYM ŻYCIU

Radiowe przemówienie wygłoszone przez O. Korneliana Dende, OFMConv.

w ramach programu GODZINY RÓŻAŃCOWEJ O. JUSTYNA

27 październik, 1991

NAJŚWIĘTSZY SAKRAMENT W NASZYM ŻYCIU

Witam Was Zacni Rodacy i Miłe Rodaczki staropolskim — Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Według przepisów nowej liturgii Najświętszy Sakrament przechowywany w tabernakulum powinien być umieszczony w specjalnej kaplicy lub w bocznym ołtarzu, w miejscu najbardziej sprzyjającym modlitewnemu skupieniu. Tabernakulum nie powinno wiec stać na głównym ołtarzu, nawet nie w centrum sanktuarium, chyba z bardzo ważnej przyczyny. Racja zaś tego postanowienia jest ta, że Msza święta jest Ofiara sprawująca zbawienie nasze; w adoracji zaś Najświętszego Sakramentu nasz umysł, serce i wola pogrążają się w sakramentalnej, rzeczywistej obecności i miłości Bożej.
Stawianie Mszy świętej na pierwszym miejscu jest zrozumiałe, gdy uprzytomnimy sobie, że Przenajświętsza Hostia przechowywana w tabernakulum, wystawiana w monstrancji, niesiona w procesji została zakonsekrowana podczas Mszy świętej. Pan Jezus jest obecny zarówno w Najświętszej Ofierze Mszy świętej, jak i w Hostii złożonej w tabernakulum, jednak Jego obecność we Mszy świętej jest wcześniejsza i bardziej wymowna, bo Chrystus pozostaje nie tylko w postaciach chleba i wina, lecz również w osobie kapłana, występującego w imieniu Chrystusa, następnie w słowie Bożym, odczytywanym z Pisma Świętego, w samym zgromadzeniu wiernych zebranych w imię Chrystusa i w czynności ofiarniczej Mszy świętej. W niej sam Chrystus składa Ofiarę za zbawienie świata. Stad Msza świętą jest w centrum naszego życia religijnego i duchowego.

Po tym przypomnieniu przystępuje do pogadanki o Najświętszym Sakramencie, aby się upewnić, że Kościół nie ujął nic ze czci, jaka. dotychczas otaczał Pana Jezusa w tabernakulum, i że kult Jego w Kościele nadal jest żywy i potrzebuje pogłębienia. Tytuł pogadanki brzmi:

NAJŚWIĘTSZY SAKRAMENT W NASZYM ŻYCIU

Zanik poczucia świętości

Winę za osłabienie czci do Najświętszego Sakramentu ponosi nie Sobór Watykański II. jak niektórzy sadzą, lecz samo współczesne społeczeństwo, w którym zanikło
poczucie tego, co święte. Stało się to na skutek zeswiecczenia życia, zmaterializowania, pogańskiego stylu życia i postępowania, nadmiernego umiłowania dóbr doczesnych i zbytniej troski o ciało, i jego sprawy, obracające się wokół tego, żeby dobrze zjeść, wypić, pięknie się ubrać, luksusowo mieszkać i długo żyć (por. Łk 12, 22 nn.). Nowym określeniem takiej postawy jest konsumpcyjność, od słowa łacińskiego "consumare" — spożywać, używać. Druga przyczyną zeświecczenia życia jest permisywność, rozwydrzenie moralne, czyli pozwalanie sobie na wszystko, co schlebia ślepym i egoistycznym zachciankom naszych zmysłów, mimo że naturalne prawo i pozytywne prawo Boże wskazuje nam na to, co jest szkodliwe dla naszej duszy. Spoganienie życia wywołało głęboki kryzys życia duchowego, wewnętrznego. Najbardziej poszkodowana jest młodzież, która powinna rosnąć i dojrzewać w klimacie ideałów i cnót chrześcijańskich. Tymczasem telewizja, główna winowajczyni deprawacji, oferuje programy nasycone seksem, gwałtami, przemocą, bluźnierstwami, boi się zaś najmniejszych nawet przejawów religijności jak diabeł święconej wody. Spoganieniu ulega też pewna część katolików, którzy obojętnieją na sprawy święte i Boże, lekceważą je. Widzi się to po ich zachowaniu się w kościele, gdy rozmawiają i nie starają się wniknąć w treść świętych obrzędów. Swej komunii świętej nie łączą z przystępowaniem regularnym do spowiedzi. Nie jest wykorzystany dotąd w rodzinie mszalik jako przygotowanie do Mszy świętej. Wierni nie zatrzymują się w kościele na chwilę dziękczynienia. A już zupełnie zaniedbany jest zwyczaj wstępowania do kościoła na adoracje. W Wyrazem zdziczenia społeczeństwa jest potrzeba zamykania świątyń, by chronić je przed złoczyńcami. Parafie nie przeżywają dość głęboko czterdziestogodzinnego nabożeństwa. Również starodawny zwyczaj procesji Bożego Ciała został zaniedbany i nie budzi jak dawniej żywiołowej manifestacji wiary w prawdziwą obecność Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie.

Potrzeba życia wewnętrznego

Praktyczny materializm łatwo spłyca życie. Człowiek ponad miarę utrudzony w staraniu ziemskim o to, ażeby zjeść, wypić, dobrze się ubrać, mieć wiele zmysłowych przyjemności, zaniedbuje swe umysłowe i duchowe potrzeby. Z czasem wszystkie sprawy religijne i Boże zaczynają go nudzić i męczyć, a w duszy wytwarza się potworna pustka, głód rzeczy duchowych, Boga; budzi się pragnienie sensu życia, ideałów, wewnętrznej harmonii, spokoju, zadowolenia i radości. Sprawdza się słuszność słów Pana Jezusa: "Nie samym chlebem żyje człowiek". Nie jest przecież samym ciałem, ale ma duszę nieśmiertelną, ma potrzeby duchowe. Potrzebuje życia wewnętrznego, religijnego. Od dzieciństwa znajduje w sobie skłonność do łączności z Bogiem, do refleksji, do zastanawiania się nad sobą, nad celem życia; pragnie prawdy, sprawiedliwości, miłosci. Nade wszystko pragnie Boga, który jest źródłem wszelkiego dobra. Każdy z nas czuje zależność od Boga. Swą zależność od Boga pragniemy wyrazić na zewnątrz, publicznie, w zgromadzeniu świętym, w kościele, gdy klękamy, składamy ręce do modlitwy, pochylamy głowę, składamy głęboki pokłon przed Najświętszym Sakramentem. Ogarnia nas radość gdy publicznie składamy majestatowi Bożemu hołd miłości, uwielbienia i wdzięczności. Stąd A też winniśmy wrócić do praktyki adoracji Najświętszego Sakramentu, która w pełni zaspakaja głód naszego życia duchowego.

Adoracja Najświętszego Sakramentu

Najsposobniejszym miejscem na adorację jest kościół lub kaplica pięknie urządzona. Są to miejsca uświęcone stałą obecnością Chrystusa w Najświętszym Sakra mencie. Słusznie nazywamy je domami Bożymi. Panuje tu większa cisza niż gdzi indziej. Blask wiecznej lampki kieruje nasz umysł i nasze serce na tabernakulum Wiara nam mówi, że w tabernakulum mieszka Bóg pod postaciami chleba. Adoracj Najświętszego Sakramentu rozwija życie wewnętrzne. W chwilach spędzonych prza Najświętszym Sakramentem możemy posłużyć się dobrą książeczką do nabożeństw; i rozważaniami o tej tajemnicy naszej wiary. Proste teksty adoracji płynące z pogłę bionej nauki Eucharystii Soboru Watykańskiego II pobudzają nas do żywej wiar i uwielbienia dla Chrystusa uobecniającego się w Eucharystii nieustannie Misteriun Paschy, naszego odkupienia. Z wielkim pożytkiem dla swego życia wewnętrznegc możemy wykorzystać rozważania o Eucharystii papieża Jana Pawła II wygłoszoro w czasie II Krajowego Kongresu Eucharystycznego (8-14 czerwca 1987 r.) w Polsce Lepiej pojmiemy, że "Eucharystia to sakrament miłości Boga do człowieka i czło wieka do Boga", i jak bardzo serca nasze potrzebują Eucharystii.

W obecności Pana Jezusa nie musimy wygłaszać mów i silić się na specjalni zwroty i słowa. Eucharystia wpisuje się w dzieje naszej duszy. Gdy przed utajonyn Zbawicielem otworzymy swe serce, będziemy mieli wiele do powiedzenia. On przenika nasze myśli i uczucia. Wie, kim jesteśmy, jak żyjemy, i postępujemy i cz? zabiegamy o swe życie duchowe. On sam nas wzywa: "Przyjdźcie do Mnie wszyscy którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię i znajdziecie ukojenie dli dusz waszych" (Mt 11, 30).
Możemy też jakiś czas zachować święte milczenie. "Ja patrzę na Niego, Oi patrzy na mnie" — mówił wieśniak do świętego Jana Vianey'a o swej adoracji Naj świętszego Sakramentu. Tak zwana "Godzina Święta", czyli publiczna adoracji Najświętszego Sakramentu, upływa szybko, jeśli jest dobrze urządzona. I my możerm poświęcić raz w miesiącu pół godziny na prywatną adorację Najświętszego Sakra mentu, jeśli miłujemy Boga. Zakochani chętnie i długo przestają ze sobą. I m} ożywmy swą modlitwę pozostając z Bogiem sam na sam. Może przez znaczną część życia unikaliśmy Pana? Może istnieje wiele sfer, które nie są pod Jego wpływem?

Wpatrujmy się w Jego wielkość i doskonałość. Czcijmy Go jako swego Stwórcy podtrzymującego wszystko w istnieniu i działaniu. Dziękujmy Mu za dobrodziejstwa, Odwzajemniajmy się miłością za Jego bezgraniczną miłość. Przepraszajmy za niewdzięczność i oziębłość. Przeżywajmy zjednoczenie z Panem w miłości. Gdy jesteśmy zmęczeni, podenerwowani z powodu zajęć i roztargnieni, chwile przeć Najświętszym Sakramentem przywrócą nam upragniony pokój. Nie poddawajmy się pokusie, żeby opuścić kościół, gdy nie czujemy nastroju i uważamy, że modlitwa nic nam nie daje. W Polsce jest zwyczaj, że ludzie przez cały dzień, do późnegc wieczora, wchodzą i wychodzą z kościoła. Wstępują tam w drodze do szkoły, miejsca pracy, na zakupy, podczas spaceru. Nasi rodacy ponad miarę utrudzeni okrucieństwami wojny, a potem długim okresem zniewolenia po nadzieję i siłę do przetrwania zwracali się do Boga. Przed Najświętszym Sakramentem odradzali się duchowo, doznawali pociechy i wychodzili ze świątyń z nową nadzieją na lepszg przyszłość. Życie religijne i Boże było też podstawą "Solidarności" i jej opatrznościowych osiągnięć. Odrodzenie religijne zadecyduje też o przyszłości Polski, która organizuje swe życie w warunkach wywalczonej z takim trudem wolności.

Przyciągnę wszystkich do siebie

Chrześcijanin jest optymistą. Wierzy w dobroć ludzi i w miłosierdzie Boże. Ostatnio pragnienia ludzkie skierowały się w stronę ostatecznych granic konsumpcjonizmu i permisywności. Samo staranie o dobra materialne i lekceważenie przykazań Bożych sprowadziło wielu na manowce. Wielu marnotrawnych synów i córek znalazło się na dnie upadku duchowego i moralnego. Zawsze jednak cieszą oznaki duchowej przemiany człowieka i jego powrót do Boga i Jego przykazań. Jak długo nie utracą skarbu wiary, mogą powrócić na dobrą drogę. Wystarczy, że spojrzą z miłością na krzyż i na Tego, którego ukrzyżowali swymi grzechami, a On miłościwie pociągnie ich do siebie (por. J 12, 32).

Kościół ciągle nawołuje do powrotu do Boga. W roku 1981 papież Jan Paweł II zaprowadził w Rzymie, w kaplicy Najświętszego Sakramentu, wieczystą adoracje. Od tej pory Najświętszy Sakrament jest wystawiony do adoracji we wszystkie dni powszednie od wczesnego ranka do późnego wieczora. Pielgrzymi z całego świata znajdują praktyczną zachętę do adoracji. Papież modlił się do Jezusa eucharystycznego: "Panie, pozostań z nami! Zostań z nami dzisiaj i zostawaj odtąd codziennie zgodnie z pragnieniem mojego serca, które idzie za wołaniem tylu serc, z odległych nieraz stron. . . Zostań, abyśmy mogli spotkać się z Tobą na modlitwie uwielbienia i dziękczynienia, na modlitwie zadośćuczynienia i prośby. . . Zostań, aby wszyscy w Twoim eucharystycznym sercu znajdowali źródło 'życia i świętości'. . .".
Za przykładem Ojca Świętego idą kapłani. Tam, gdzie przedtem nie było zwyczaju wystawiania Najświętszego Sakramentu, teraz wprowadzają wieczystą adorację.
Laureat nagrody Nobla, poeta szwedzki Werner von Heidenstam, protestant, a raczej ateista, wyzna! przy spotkaniu z błogosławioną Urszulą Ledóchowską, z jaką rozkoszą ze swego pałacyku w zimie obserwował palącą się latarnię przed starym, opuszczonym klasztorem i katolickim kościołem. Miał wrażenie, jakby paliła się przed nim wieczna lampka. Jej światło przypominało mu, że tam dawniej w Najświętszym Sakramancie był Pan Jezus.
W naszych katolickich świętyniach jest Pan Jezus w Najświętszym Sakramencie, wiec skorzystajmy z zaproszenia poety:
"Brama otwarta, wstąpię na chwilę, Wieczna tu lampa, więc się nie mylę. Jezus, co mieszka z rana, z wieczora, Prosi do środka, wszystkich nas woła". (Józef Kapica).

PIOTR OPOKĄ KOŚCIOŁA CHRYSTUSOWEGO

Radiowe przemówienie wygłoszone przez O. Korneliana Dande, OFMConv.

w ramach programu GODZINY RÓŻAŃCOWEJ O. JUSTYNA

13-ty październik, 1991

PIOTR OPOKĄ KOŚCIOŁA CHRYSTUSOWEGO

Witam Was Zacni Rodacy i Miłe Rodaczki staropolskim — Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Jacques Loew, z pochodzenia Żyd, przez długie lata był niewierzącym, ale tak się zachwycił Ewangelią i osobą Jezusa Chrystusa, że przyjął Go za oczekiwanego Mesjasza i uwierzył w Niego. Ale chrztu jeszcze nie przyjął. Poprzestał na umiłowaniu Chrystusa. Zdawało mu się, że to wystarcza. Wszędzie jednak napotykał Kościół katolicki, w którym mówiono, że jest to Kościół Chrystusowy. Jego istnienie i działalność nie dawała mu spokoju. Nie mógł być wobec niego obojętnym. Zaczął więc badać czym jest, czemu służy, jaki ma związek z Chrystusem?

Do Kościoła doprowadziła go Ewangelia. Począł ją na nowo studiować. A gdy się ochrzcił, po jakimś czasie został kapłanem. Wtedy to jego największym pragnieniem było zbliżyć masy spoganiałych robotników francuskich do Boga. Jako metodę wybrał zbliżenie ich do Kościoła. Z Ewangelii bowiem poznał, że Kościół jest przedłużeniem Mistycznego Ciała Jezusa Chrystusa. W Kościele spotykamy Chrystusa i przez Kościół otrzymujemy życie Boże dla dusz naszych.

Ksiądz Jacques Loew zaciągnął się do tak zwanych księży-robotników, których po drugiej wojnie światowej było sporo we Francji i przez jakiś czas pracował wśród dokerów, czyli robotników portowych w Marsylii. W roku 1970 Ojciec Święty Paweł VI wyróżnił go tym, że zaprosił do głoszenia rekolekcji w Watykanie, w obecności Papieża.
W dzisiejszej pogadance opowiem jak Jezus Chrystus założył fundament pod swój Kościół. Tytuł pogadanki brzmi:

PIOTR OPOKĄ KOŚCIOŁA CHRYSTUSOWEGO

Scena obietnicy prymatu

Otwórzmy Ewangelię według świętego Mateusza. W rozdziale szesnastym (13-20) czytamy o obietnicy, jaką Chrystus dał świętemu Piotrowi, że uczyni go Skałą, Opoką, Fundamentem swojego Kościoła. Wydarzenie to miało miejsce w północnej części Palestyny, na wyżynie Golan (Golan Heights), znanej nam z błyskawicznej wojny między Izraelem a Syrią w 1967 roku, w rezultacie której Syria utraciła tę krainę. Na tej wyżynie, około 30 mil na północ od Jeziora Galilejskiego, niemalże u podnóża ośnieżonej góry Hermon, leżała osada grecka Paneas, w brzmieniu ludowym Banias, znana jako ośrodek kultu bożka pasterzy imieniem Pan. Czczono go w grocie, w której wytryskało źródło.
Około 20 roku przed Chrystusem cesarz August podarował tę krainę Herodowi Wielkiemu, który przez wdzięczność zbudował niedaleko groty świątynie ku czci imperatora. Syn Heroda, Filip, rozbudował Banias i zmienił jego nazwę na Cezarea, również w tym celu, by się pochlebić cesarzowi. Za czasów Pana Jezusa oficjalna nazwa tego miasta brzmiała: Cezarea Filipowa, lud zaś po swojemu nadal nazywał miejscowość Banias.
Dlaczego Pan Jezus zapuścił się tak daleko w obce i pogańskie strony? Chciał być ze swoimi uczniami sam na sam. Tam bowiem, w tej uroczej krainie, pełnej urwisk skalnych wyniosłego Hermonu, gdzie stała przepiękna świątynia pogańska białością marmurów, dumnie odbijająca od głębokiej cichej zieleni lasów, Chrystus postanowił zrobić doniosłą zapowiedź.

Ty jesteś Piotra - Skała

Tu, na tej naturalnej scenie, stwarzającej wrażenie czegoś wielkiego i trwałego, mocniejszego niż czas, wobec ogromu góry wobec której człowiek staje się mały, Chrystus zapytał swoich apostołów: "Za kogo uważają mnie ludzie"? A oni zaczęli się zastanawiać i odpowiadali, że jedni za Jana Chrzciciela, inni za Eliasza, jeszcze inni za Jeremiasza, albo za innego jeszcze proroka. A wtedy padło pytanie zasadnicze: "A wy za kogo Mnie uważacie"? Wtedy Piotr w imieniu wszystkich wyznał: "Ty jesteś Chrystus (Mesjasz), Syn Boga żywego". A On, który po raz pierwszy został uznany za Tego, kim był naprawdę, powiedział tak: "Błogosławiony jesteś Szymonie . . . Otóż i Ja tobie powiadam: ty jesteś Piotr (to znaczy Skała, Opoka), a na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą. I tobie dam klucze królestwa niebieskiego, cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a cokolwiek rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie'' (Mt 16, 15-19).
Tak wśród skał Szymon został nazwany Piotrem, czyli Skałą, a wobec pogańskiej świątyni na skale, Chrystus rzucił myśl o Kościele wspierającym się na Piotrze, którego w spełnianiu tej roli Skały, czyli fundamentu Kościoła, nigdy nie przemoże nikt i nic.

Wykonanie obietnicy

To była zapowiedź. Wykonanie przyszło jakiś rok później. Po zmartwychwstaniu, kiedy Chrystus mógł niejako czerpać z dokonanego już zbawienia świata, a więc kiedy nabył nowych praw do każdego człowieka, wtedy spełnił to, co kiedyś zapowiedział w Cezarei Filipowej. Nad ranem apostołowie łowili ryby w Jeziorze Genezaret. Świt właśnie zapowiadał nowy dzień, kiedy zobaczyli, że na brzegu ktoś stoi. Pytał, czy mają coś do jedzenia, ale nie mieli, bo nic nie złowili. Kazał zarzucić sieci po prawej stronie łodzi. Usłuchali i zagarnęli takie mnóstwo ryb, że sieci nie mogli wyciągnąć. Wtedy Jan powiedział: "To jest Pan"! Piotr, gdy to usłyszał, od razu, bez namysłu rzucił się w wodę, by prędzej być przy Chrystusie. Wkrótce dopłynęli i inni i zobaczyli, że Pan przygotował im już śniadanie. A gdy już zjedli, stało się to najważniejsze. Chrystus spojrzał na Piotra i zapytał go: "Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie więcej, aniżeli ci"? A Piotr, zawsze pamiętający ową straszną noc Wielkiego Czwartku, odpowiedział nieśmiało: "Tak, Panie. Ty wiesz, że Cię kocham". I znowu potem to samo pytanie, po którym nastąpiła taka sama odpowiedź. Wtedy Chrystus powiedział: "Paś owce moje''. I po raz trzeci to samo pytanie i ta sama odpowiedź. I znowu polecenie: "Paś owce moje!'' (J 21, 1-17).
Tyle razy Chrystus nazywał się Pasterzem i wszystkich ludzi nazywał owcami. Swoimi owcami. A teraz powierza je Piotrowi. Powierzył mu prymat, po uprzednim upewnieniu się, że miłuje Chrystusa więcej niż inni. Otrzymał odpowiedzialne zadanie miłowania wszystkich ludzi. Taka miłość wypływa z miłości do Chrystusa.

Wyróżnienie Piotra w sposób wyjątkowy

Chrystus przez cały czas swej działalności publicznej wyróżniał Piotra w sposób wyjątkowy. Jemu jednemu zmienił imię, kiedy go powoływał, z Szymona — na Piotra. W tej zmianie imion zawierała się już zapowiedź zadań, jakie Chrystus miał powierzyć temu prostemu rybakowi. Właśnie wtedy, w czasie Ostatniej Wieczerzy, kiedy przepowiada mu zaparcie się wtedy też stwierdzał, że modli się za niego do Ojca, żeby nie ustała jego wiara, on zaś ze swej strony ma utwierdzać w niej swych braci (por. Łk 22, 31). O wiarę niezachwianą, niezłomną prosił Chrystus swego Ojca dla ucznia, który miał Go zastępować na ziemi i być Skałą, Fundamentem jedności wszystkich wiernych.
Fundament ten trwa i trwać będzie jak długo Kościół będzie istniał na ziemi i pozostanie po wsze czasy zwycięski. Moce piekielne nie przemogą go. Stad to oczyma wiary widzimy w każdym następcy Piętrowym Namiestnika Chrystusowego działającego i nauczającego w zastępstwie i w imieniu Chrystusa.
Istnieje w religii katolickiej dogmatyczny "kult Papieża", czyli miłość do Papieża. Po tej miłości łatwo możemy rozpoznać każdego katolika. Papież jest dla nas sakramentem, znakiem świętym rzeczywistości niewidzialnej, nadprzyrodzonej. Pokolenia chrześcijan widziały Chrystusa pod postacią Piotra, Grzegorza, Benedykta, a w naszym wieku widzimy Chrystusa w Piusie XI, w Janie XXIII, w Pawle VI, Janie Pawle I, a teraz w osobie Jana Pawła II. Zarówno Kościół jak i Papież jest tejemnicą, a więc czymś niepojętym dla "czystego" rozumu, nieuskrzydlonego wiarą. Podobnie rozum nie jest zdolny ogarnąć obecności realnej Chrystusa w konsekrowanej kruszynie chleba. Toteż najuczeńsze księgi i najzawilsze studia nie zdołają nas nauczyć "zmysłu Kościoła", który jest sprawdzianem naszej katolickości.

Gdzie Piotr, tam Kościół

"Gdzie Piotr, tam Kościół" — mówimy od wieków. Gdyby w Chrystusowym Kościele zabrakło Piotra i jego Najwyższego Urzędu Pasterskiego z władzą skuteczną i rozstrzygającą, to znikłaby jedność. Wtedy sprawdziłyby się słowa świętego Hieronima: "tyle byłoby w Kościele sekt, ilu kapłanów". Powiedział mi kiedyś pastor protestancki, że w protestanckich Kościołach każdy wierny stanowi osobną sektę, bo każdy może wierzyć jak mu jego sumienie własne dyktuje.
Ktoś krytyczny powie: "przyganiał kocioł garnkowi, a sam smoli". Czy Kościół katolicki się nie kruszy? Czy liberalni teologowie nie robią w nim wyłomów? Czy porzucenie kapłaństwa i stanu zakonnego przez setki a nawet tysiące synów i córek
Kościoła nie jest dowodem, że się rozpada? A ileż młodzieży katolickiej odpada od wiary i wybiera drogę samowoli i użycia dóbr tego świata?
Niewątpliwie, Kościół przeżywał w ciągu wieków i teraz przeżywa ciężkie próby. Moce piekielne przypuszczają wściekłe ataki na głoszoną przez niego naukę wiary i moralności. Przeżyliśmy nawet akt ślepej nienawiści, zamach na życie bezbronnego Papieża. Lecz oto pośród tych spiętrzonych i z furią uderzających fal zła, Skała Piotrowa stoi niewzruszona i jak latarnia morska wskazuje nam rozbitkom drogę do portu zbawienia. Wszyscy wierni wspierają swymi modlitwami Piotra naszych czasów. Walą się z trzaskami pomniki Lenina na samym Kremlu i przywódców krwawej rewolucji, którzy swymi kłamstwami i nieludzkimi zbrodniami sterroryzowali cały ogromny kraj, urągali Bogu i zagrażali całemu światu. A oto Namiestnik Chrystusa, Jan Paweł II niestrudzenie z wielką mocą i miłością pielgrzymuje po całym świecie i planuje apostolską podróż do Moskwy. Owszem i sam Kościół ponosi bolesne straty pod naporem wrogów, lecz Fundament, Skała trwa niewzruszona i na tym fundamencie można nadal budować. Na miejsce tych, którzy dopuścili się apostazji, odstępstwa od wiary, przychodzą nowi konwertyci, pośród których napewno wyłoni się drugi Chesterton, drugi Maritain, drugi kardynał Newman, drugi Malcom Muggeridge, druga Dorothy Day i druga błogosławiona Edyta Stein . . . Wierni, ojcowie i matki, przyniosą nowe dzieci na Chrzest do Kościoła katolickiego.

Zachowajmy miłość dla Ojca Świętego, Namiestnika Jezusa Chrystusa na ziemi pośród zamętu poglądów świata i pośród złudnych jego obietnic. Samowola w łamaniu Przykazań Bożych i zachłanne używanie dóbr tego świata nie zapewnią nam szczęścia prawdziwego. Gdzie Piotr, tam Kościół; tam jest nasz ziemski dom, w którym wzrastamy w miłości do Chrystusa i Jego Matki Maryi. Z tego domu Chrystus przeprowadzi nas do domu Swego Ojca w niebie.

OJCIEC ŚWIĘTY BŁOGOSŁAWI GODZINIE RÓŻAŃCOWEJ

Radiowe przemówienie wygłoszone przez O. Korneliana Dende, OFMConv.

w ramach programu GODZINY RÓŻAŃCOWEJ O. JUSTYNA

6 październik, 1991

OJCIEC ŚWIĘTY BŁOGOSŁAWI GODZINIE RÓŻAŃCOWEJ

Witam Was Zacni Rodacy i Miłe Rodaczki staropolskim — Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Na prośbę wielkiego przyjaciela Godziny Różańcowej, Księdza Jana Kardynała Króla z Filadelfii, Ojciec Święty Jan Paweł II wyróżnił Radiową Godzinę Różańcowa z okazji sześćdziesiątej rocznicy jej działalności w Ameryce Północnej odznaczeniem "Pro Ecclesia et Pontifice". Odznaczenie to jest w zasadzie indywidualne, ale Ojciec Święty, biorąc pod uwagę wielką zasługę naszej sieci radiowej w głoszenia Słowa Bożego i szerzeniu głosu Kościoła pośród Polonii w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie, rozszerzył je na cała "Naszą Gromadkę", a wiec na wszystkich moich współpracowników — Ojca Lucjana Królikowskiego i Ojca Eligiusza Kozaka. Z okazji tego odznaczenia Jan Paweł II przesłał pozdrowienie i błogosławieństwo Apostolskie dla wszystkich pracowników i słuchaczy Godziny Różańcowej Ojca Justyna.

Miałem propozycję, żeby Sześćdziesiąta Rocznicę naszego apostolstwa radiowego uczcić w Buffalo, skąd ono wychodzi. Uważałem jednak, że w lokalnej uroczystości byliby pominięci liczni słuchacze, którzy tworzą duchowa rodzinę Godziny Różańcowej w Stanach Zjednoczonych i w Kanadzie. Nie mógłbym Was zebrać, skoro stanowicie rodzinę przekraczając milion członków. Jak wiadomo cala Polonia w Stanach Zjednoczonych i w Kanadzie liczy około dziesięć milionów. Dlatego postanowiłem jubileuszowy uroczystość umieścić w programie radiowym. Pragnę zaznaczyć, że będzie to program wyjątkowy z tego powodu, że w swej dobroci i łaskawości zabierze w nim głos sam Ojciec Święty i udzieli Warn błogosławieństwa, które łączy się z odpustem zupełnym.
Udałem się więc do Wiecznego Miasta, do Rzymu i zamieszkałem w naszej franciszkańskiej Kurii Generalnej i tam czekałem na wezwanie Ojca Świętego do Watykanu na specjalna audiencje. Ojciec Święty po powrocie z Polski był umęczony, ale z wielką dobrocią upamiętnił nasz Jubileusz Sześćdziesieciolecia Godziny Różańcowej. Tę specjalna audiencje tytułuję:

OJCIEC ŚWIĘTY BŁOGOSŁAWI GODZINIE RÓŻAŃCOWEJ (na 60-lecie jej działalności)

Spotkanie z Janem Pawłem II

Wyjechałem do Rzymu l lipca po upewnieniu się, że będę przyjęty przez Ojca Świętego. Wezwanie do stawienia się na Watykanie otrzymałem od Sekretarza
Ojca Św., Ks. Prałata Stanisława Dziwisza dnia 5 lipca, to jest w piątek. Do spotkania z Ojcem Świętym doszło w sali przyjęć ambasadorów. Po przywitaniu się z Głową Kościoła przedstawiłem swą prośbę:

Umiłowany Ojcze święty!

W Sześćdziesięciolecie pracy Radiowej Godziny Różańcowej Ojca Justyna w Buffalo przybyłem osobiście do stóp Waszej Świętobliwości i przynoszę słowa głębokiej wdzięczności od Polonii Stanów Zjednoczonych i Kanady. Składam Ci dar Jubileuszu Sześćdziesięciolecia tej polonijnej radiostacji, którą kieruję od trzydziestu dwóch lat. Czynię to ze szczególnym wzruszeniem, bowiem ów dar opatrznościowo łączy się z Pięćdziesięcioleciem mojego kapłaństwa (rocznica przypada 5 lipca). Dziękuję zwłaszcza za wyróżnienie całej ekipy Rodziny Różańcowej medalem "Pro Ecclesia et Pontifice", które otrzymaliśmy w tym roku za pośrednictwem Księdza Kardynała Jana Króla, z okazji Jubileuszu. "L'Osservatore Romano" swego czasu nazwał Godzinę Różańcową Ojca Justyna "największą radiową siecią w języku polskim na świecie". Łańcuch 40 stacji radiowych jednoczy większe skupiska polonijne w Stanach Zjednoczonych i w Kanadzie w jeden symboliczny "różaniec", stąd właśnie nazwa "Godzina Różańcowa".

Zapewniam Cię, Ojcze Święty, że Polonia odczuwa żywą łączność z Tobą. Tę łączność wyraża w licznych listach do naszej redakcji. Jesteś szczególną podporą i symbolem jedności wszystkich radiosłuchaczy. Czterokrotnie do nich przemawiałeś i na falach Godziny Różańcowej, umacniając w wierze, jedności i tradycji ojców, i z okazji Jubileuszu proszę Cię, Ojcze Święty, o nowy dar słowa umocnienia, od grobu Pierwszego Papieża, dla całej rodziny radiowej w Ameryce Północnej i o błogosławieństwo swoje na dalsze lata jej istnienia.

Mocarz ducha

Po przywitaniu się i skierowanej prośbie spojrzałem w umęczoną ale pogodną twarz Papieża i uzmysłowiłem sobie wtedy, że ośmieliłem się zabrać Mu drogocenny czas, choć tyle innych spraw i trosk spoczywa na barkach Namiestnika Chrystusowego. Ośmieliłem się na to ze względu na duchowe dobro Słuchaczy Godziny Różańcowej. Ojciec Święty przyjął mnie z wielką dobrocią i odniosłem wrażenie, że gotowy udzielać się wszystkim potrzebującym. Przyszli mi wtedy na pamięć wielcy polscy poeci, wieszcze narodowi, którzy marzyli o bohaterze, mocarzu ducha, który siłą swego ducha mógłby dorównać duchowej całej ludzkości i w swym sercu pomieścił by przeznaczenia i losy i potrzeby wszystkich. Właśnie poeta Zygmunt Krasiński przeczuwał, że takim duchem-bohaterem może być tylko papież. Nie żaden polityk ani maż stanu, ani uczony, czy wódz militarny, bo każdy z nich obejmuje tylko cząstkę spraw ludzkich, zresztą, żaden z nich nie otrzymuje od Boga obietnicy, że będzie opoką, niewzruszoną skałą i moc swoją będzie czerpał z samego Boga.
Ojciec Święty niedawno wrócił z czwartej pielgrzymki do Polski, ale już nowej, wolnej, Trzeciej Rzeczypospolitej. On w wielkiej mierze był narzędziem Opatrzności Bożej w odzyskaniu tej wolności, do zrzucenia jarzma sowieckiego ateizmu i do politycznego powrotu Polski do Europy. To niesłychane, bezkrwawe zwycięstwo Polska odniosła umocniona Jego ewangelicznym nauczaniem. On rozbudził u swych rodaków silne poczucie solidarności. Teraz przypomniał potrzebę oparcia się o moce Boże Kościoła katolickiego. W jego oczach widziałem troskę i pragnienie, by jego rodacy dorośli do uzyskanej wolności, nie nadużyli jej, mieli potrzebną cierpliwość, ufność w pomoc Bożą i szli drogą mądrego dialogu i współpracy. Jego czwarta pielgrzymka do kraju przypadła akurat podczas ważnej rocznicy Dwusetlecia Konstytucji Trzeciego Maja — i w przededniu wolnych wyborów do Sejmu, a więc w momencie niezmiernie ważnym. Czy zatem potrafą mądrze zagospodarować Kraj i stworzyć sprawiedliwe warunki życia?
Takie myśli nasunęły mi się do głowy, gdy patrzyłem na umęczone ale spokojne oblicze Papieża. Tymczasem w jego oczach płonął ogień miłości przezwyciężający jego zmęczenie. Wspominał Polonię, a gdy otworzyłem aparat, ojcowską miłością objął nas wszystkich i przemówił.

Przemówienie Ojca Świętego

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Drodzy Bracia i Siostry, Umiłowani Rodacy w Stanach Zjednoczonych i w Kanadzie!
Już kilkakrotnie spotykałem się z Wami na falach Radiowej Godziny Różańcowej. Dziesięć lat temu przemawiałem do Was z okazji Złotego Jubileuszu. Dziś Godzina Różańcowa obchodzi 60-ty rok pracy radiowej — siejby słowa Bożego w języku polskim.
Na przestrzeni 60-ciu lat mogła ona swobodnie, w wolnym kraju, głosić Dobrą Nowinę wiernie trzymając się Magisterium Kościoła. Mogła też wzmocnić więź z Polską — z naszą Ojczyzną. Więź ta była i jest dla Was siłą duchową, głęboko zakorzenioną w Waszych sercach, tradycjach, rodzinach, w kulturze.
W trudnych czasach drugiej wojny światowej i w zmaganiach o prawdziwą wolność od jarzma totalitaryzmu Godzina Różańcowa mogła nieskrępowanie wydawać oceny moralne także w kwestiach politycznych, ciągle idąc wiernie w kierunku wskazanym przez Episkopat Polski.

Jak już wspomniałem swego czasu do przedstawicieli Polonii zebranych w Rzymie: "Winniśmy wzmacniać naszą tożsamość narodową, nie wolno nam zapominać kim jesteśmy i gdzie są nasze korzenie. Winniśmy czuć się zawsze pełną wspólnotą, niezależnie od tego, gdzie są nasze domy i miejsca pracy. Jesteśmy odpowiedzialni za rozwój naszej kultury i nauki, ale nie możemy też zapominać, iż należymy do wielkiej wspólnoty narodów, że korzystamy z ich dorobku i osiągnięć. Inne narody także chcą ubogacić się, czerpać z naszego skarbca. Możemy być dumni z tego, co mamy. Dlatego tak bardzo ważne jest, by czuć się Polakiem, mieć świadomość polskich korzeni, które sięgają tysiąca lat, a czerpią swą siłę z chrześcijańskiej wiary i europejskiej kultury. Świadomość tych związków, a zarazem świadomość wartości własnej kultury pomogą nam właściwie ocenić samych siebie i zwiększać poszanowanie kultury innych narodów. Jesteśmy odpowiedzialni za Polskę, za to, co ona stanowi, za to, co od niej otrzymaliśmy i otrzymujemy".

Jubileusz 60-lecia jest okazją do wyrażenia Bogu wdzięczności, a także do modlitwy dziękczynnej za inicjatora Godziny Różańcowej, ś.p. Justyna Figasa, za jego następcę, obecnego dyrektora Ojca Korneliana Dende, za jego współpracowników, za niezliczone rzesze słuchaczy, za tych, którzy dzięki usłyszanemu słowu odnaleźli Boga i swoje miejsce w Kościele powszechnym, za wszystkie łaski, jakimi Pan wspierał to dzieło przez 60 lat.
Na dalsze lata zaszczytnego posługiwania prosić będziemy za pośrednictwem Niepokalanej naszej Matki o Boże światło, o moc i skuteczność głoszonego słowa.
Z całego serca udzielam Godzinie Różańcowej i wszystkim słuchaczom błogosławieństwa apostolskiego w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego.

Msza święta w grocie Matki Bożej z Lourdes i w kaplicy MB Częstochowskiej

Podziękowałem serdecznie Ojcu Świętemu w imieniu Waszym i własnym za dobre słowa i za błogosławieństwo. Tego samego dnia, wieczorem zatelefonował do mnie osobisty sekretarz Papieża, Ksiądz prałat Stanisław Dziwisz i przekazał mi zaproszenie Ojca Świętego do koncelebry we Mszy świętej następnego dnia rano w Ogrodach Watykańskich. W niedzielę przed grotą Matki Bożej z Lourdes zebrało się przeszło tysiąc Polaków. Msza święta została odprawiona z okazji Stulecia założenia Zgromadzenia Sióstr Zmartwychwstanek przez Służebnice Boże Celinę Borzęcką i jej córkę Jadwigę. Jan Paweł II z okazji Pięćdziesięciolecia kapłaństwa mego dał mi miejsce przy ołtarzu obok siebie. Liturgię ubogacił piękny i natchniony śpiew Sióstr Zmartwychwstanek, a w przerwach chór ptaków ukrytych w krzewach pięknego ogrodu i w koronach drzew.
W swym Złotym Jubileuszu dzieliłem radość Zgromadzenia Sióstr Zmartwychwstania Pańskiego, które pracuje u nas w Stanach i w Kanadzie. Powstało ono za radą naszego wieszcza Adama Mickiewicza. Siostry Zmartwychwstanki niosły pomoc w duszpasterstwie. Głównie wychowują młodzież, organizują kursy zawodowe, szwalnie, pracownie robót kościelnych, prowadzą przedszkola, kursy gospodarstwa domowego, podejmują pracę charytatywną, opiekę nad chorymi, organizują kolonie, ośrodki katechetyczne i biorą udział w ruchu oazowym "Światło i Życie". Życzymy im: "Szczęść Boże"!

Sam z okazji Pięćdziesięciolecia kapłaństwa i Sześćdziesięciolecia Godziny Różańcowej miałem też wielkie szczęście i łaskę odprawić Mszę świętą (5.VU.1991) w kaplicy Matki Bożej Częstochowskiej w podziemiu katedry świętego Piotra, blisko grobu tego Apostoła. U stóp Matki Bożej Częstochowskiej, Królowej Polski, złożyłem również wszystkie Wasze sprawy, Drodzy Słuchacze, Waszych dzieci i rodzin. Prosiłem Matkę Bożą, by ukazywała nam wszystkim Swego Boskiego Syna, prowadziła nas do Niego, i strzegła wiary w sercach rodzin Polonii, szczególnie w sercach dzieci i młodzieży przez dalszą posługę naszego radiowego apostolstwa.

Wróciłem z Wiecznego Miasta uszczęśliwiony i umocniony na duchu, że Błogosławieństwo Ojca Świętego i przemożna przyczyna Matki Bożej wyjednają nam wszystkim u Boga obfite łaski przez dalszą posługę Godziny Różańcowej.
Za wszystko składam Bogu serdeczne podziękowanie!

JAŚNIEJĄCE CNOTY BŁOGOSŁAWIONEJ ANIELI SALAWY

Radiowe przemówienie wygłoszone przez O. Korneliami Dende, OFMConv.

w ramach programu GODZINY RÓŻAŃCOWEJ O. JUSTYNA

29 wrzesień, 1991

JAŚNIEJĄCE CNOTY BŁOGOSŁAWIONEJ ANIELI SALAWY

Witam Was Zacni Rodacy i Miłe Rodaczki staropolskim — Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Starożytny cynik grecki Diogones z latarnią chodził po ulicach Aten szukając człowieka. Miał na myśli człowieka uczciwego, cnotliwego. Kościół przez beatyfikacje i kanonizacje wskazuje nam ludzi cnotliwych. Ostatnio ukazał nam (13. VIII. 1991) Błogosławioną Anielę Salawę. Prymas Tysiąclecia Stefan Wyszyński ujął całe bogactwo jej serca i ducha w jednym zdaniu: "Im bardziej zdobywał ją sobie Bóg, tym więcej oddawała się ludziom w prawdziwej gotowości ofiary i usłużności, a nawet zastępczego cierpienia" ("Zapiski więzienne"). Paryż 1982, s. 31 10.X.1963).
Pragnę więc dziś ukazać Wam nieprzeciętna osobowość, pogłębioną duchowość i ofiarne życie tej bohaterskiej, prostej służącej. Niech będzie drogowskazem na nasze czasy pełne samowoli i nadmiernego użycia dóbr doczesnych ze szkodą dla naszego życia duchowego. Pogadankę tytułuję:

JAŚNIEJĄCE CNOTY BŁOGOSŁAWIONEJ ANIELI SALAWY

Życzliwość

Aniela Salawa była wysoka, smukła, czarnooka, zawsze ładnie ubrana. Na ramionach nosiła szeroki jedwabny szal. Tak ją odmalowano na beatyfikacyjnym obrazie. Lecz urok jej osobowości pochodził od wewnątrz, z jej duszy. Ze wszystkich cnót, jakimi jaśniała, najbardziej rzucała się w oczy jej życzliwość. Toteż lgnęły do niej ludzkie serca. Lgnęły przede wszystkim serca koleżanek. Nie dostrzegały u niej cienia zazdrości, zarozumiałości czy chłodnej obojętności.
Ta odruchowa uprzejmość i serdeczność nie spadła jej z nieba. Wypracowała ją w sobie wielkim wysiłkiem i pracą nad sobą, wyrzeczeniem się i samozaparciem. Jej przyjaciółka, Kasia, opowiada: "Wśród wiru zajęć i krzątaniny (do mieszkania Anieli) ustawicznie ktoś wchodził. Ten prosił o wsparcie, inny o radę, ów o protekcję, tamta p parę słów pokrzepiających . . . Nudzili, zabierali czas, a ona jakoś temu wszystkiemu podołała, taka pogodzona ze wszystkim, uśmiechnięta. 'Anielciu — mówię do niej — jakaś ty zgodzona ze wszystkim, szczególnie z ludźmi, drzwi
się prawie nie zamykają przed tą procesją, a tyś taka zadowolona, uśmiechnięta, jak gdyby nigdy nic'. 'Ej, Kasiu — odpowiedziała Aniela — ino tak po wierzchu, ale wewnątrz to nerwy skomlą. Ale ja bym dla Jezusa jeszcze więcej zniosła' ". Aniela odnosiła się do wszystkich z szacunkiem, toteż była bardzo wrażliwa gdy w jej obecności poruszano cudze grzechy i upadki. "Zostawmy to Panu Bogu, Bóg najlepiej wszystko wie . . . Kto tam wie jak było? Bóg jeden wie, jak sądzić. A czy ty, moja kochana, wiesz powody takiego postępku? Ja nie siedzę w jej sercu ani w głowie — cóż o tym mogę powiedzieć? Jezus jeden wie, jaką miała intencję". Nie znaczy to, że Aniela była obojętna wobec zła i grzechu. Zawsze miała odwagę każdego napomnieć, każdemu w oczy wytknąć jego złe uczynki, ale też umiała osłaniać człowieka przed sądem nieżyczliwym i niechętnym. A to dlatego, że niewiele mniemała o sobie, a drugich, każdego człowieka, otaczała głębokim szacunkiem.

Wykwintność i dobry smak

O świętych zazwyczaj myślimy, że skoro nie dbają o dobra doczesne, ich zewnętrzny wygląd nie miał dla nich znaczenia. Nie tak było z Anielą. Lubiła się ładnie ubierać i z dużym gustem. Nie był to z jej strony nigdy odruch kokieterii. Wyrzekła się przecież małżeńskiej, ludzkiej miłości, lecz uważała, że skoro całkowicie oddała się służbie Bożej, musi wyglądać nie tylko porządnie, ale i ładnie. Pan Bóg umie ocenić gust i elegancję skoro tak pięknie przystroił lilie polne, że sam król .Salomon w całym swym przepychu nie mógł się mierzyć z ich pięknością (por.Łk 12, 27). Aniela starała się o elegancję, bo mówiła, że "tak przystoi dziewczynie, która kocha Boga". Wszyscy, nawet księża podkreślali jej wyjątkowo miłą powierzchowność, jej sympatyczny wygląd, pełen wykwintności, dystynkcji i dobrego smaku.

Umiłowanie książek

Kochała też książki religijne. Tę tradycje wyniosła z domu. Absolwentka drugiej klasy szkoły podstawowej mogła się śmiało zmierzyć z niejednym teologiem. W wyborze książek była wybredna. Sięgała po najlepsze, najbardziej wartościowe i umiała sobie przyswoić ich treść. "Dziwiłem się — opowiada jeden z ojców karmelitów — skąd taka prosta dziewczyna cytowała na pamięć całe ustępy dzieł świętej Teresy z Avila i świętego Jana od Krzyża. Sam na nowo musiałem studiować te dzieła, by jej dać odpowiedź".
Lektury otwierały przed nią wspaniałe horyzonty, nowy, przedziwny świat nadprzyrodzony, tak mało znany przeciętnym katolikom. Rozpalały jej serce coraz gorętszą miłością Bożą, pomagały w coraz lepszym skupieniu i coraz bliżej prowadziły do Boga. Zdobyła nie tylko wiedzę religijną, lecz prawdziwą mądrość, "nadzwyczaj trafny, jasny, trzeźwy sąd o rzeczach i ludziach". "Nieraz z nią rozmawiałem — pisze jej spowiednik — Ojciec I. Nowakowski, jezuita — o niebie, o wieczności, o wierze świętej itp. Nigdy nie były to rozmowy banalne, jałowe,
nudne, ale pełne przekonania, życia, zapału i miłości Bożej". A inny z jej spowiedników tak się wyraża: "Rozmowa z nią, niewykształconą, wiejską dziewczyną
1 służącą — przedstawiała prawdziwą ucztę dla ducha". Wobec koleżanek odgrywała
często rolę duchowego kierownika. Aniela umiała trafnie tłumaczyć rzeczy niejasne
i trudności religijne i tłumaczyła je z takim namaszczeniem i stanowczością, jakby
przez nią sam Bóg przemawiał" — pisze jedna z nich.

Cierpienia laską

Aniela oglądała i wartościowała swe życie w świetle wiary. Cierpiała dużo a ostatnie cztery lata jej życia były istną gehenną. Ale nawet cierpienie w osamotnieniu przyjmowała z wielkim spokojem. "Jestem najspokojniejsza — mówiła - gdy się na cierpienie zgadzam". O. Nowakowski, który w okresie choroby często zanosił jej Komunię świętą wspomina: "Nigdy nie widziałem jej smutnej, zagniewanej, niecierpliwej, zniechęconej do życia, skarżącej się na głód, zimno, na obojętność ludzką. A przecież, (ponieważ zarobione pieniądze oddawała ubogim), żyła po prostu w nędzy, zdana na dobre serca znajomych i przyjaciółek. Jadła to, co jej zanoszono, a jadła bardzo mało. Mimo tego niedostatku zastawałem ją zawsze promieniejącą radością, uśmiechniętą i tak pełną wesela, że nieraz zdawało mi się iż przed moim przybyciem miała jakiegoś gościa z nieba i stąd ta ciągła radość nad przyrodzona przenikała jej serce i oblicze".

Pewnego razu Aniela "wyliczała swej znajomej wszystkie choroby, jakie ją dotknęły, a czyniła to z tak szczerą radością, że zdziwiona jej zachowaniem zapytała: "To się cieszysz z tego, że tyle cię chorób dręczy? A ona na to: Jeżeli Pan Jezu: daje, to jest to łaska Jego".
Aniela przyjmowała choroby jako łaskę i dar Boży, a nawet brała cierpienii drugich na siebie. Uczy nas, byśmy nie marnowali cierpienia jako okazji do doskonalenia się i wynagrodzenia za grzechy.
W dwóch wiadomych przypadkach Aniela prosiła Boga o przeniesienie cudzego cierpienia na nią. Pewien młody człowiek, dotknięty lekkim paraliżem prawej połowi ciała, pociągał prawą nogą, rozpaczał, bluźnił i narzekał na swój los groźbą odebrania sobie życia. Aniela przerażona jego duchowym stanem prosiła Boga "Jezu! Daj mi chorobę tego obłąkańca ... On poniewiera Twym skarbem i ukochaniem — krzyżem, on piekło sobie chce nim otworzyć" ... W niedługim czasie młodzieniec ten zupełnie wyzdrowiał. Aniela natomiast zapadła rzeczywiście na lekk paraliż prawej strony ciała. Do śmierci powłóczyła prawą nogą i miała utrudniom wszelkie ruchy prawej połowy ciała.

W drugim przypadku Aniela spotykała na ulicy człowieka, którego twarz byla zupełnie zjedzona przez raka. Poprosiła Pana Jezusa o przeniesienie jego chorób na nią. Człowiek ów cudownie uzdrowiał, a do gruźlicy Anieli dołączył się rak żołądka.
Może powiemy: zbieg okoliczności! Rozważmy jednak samą heroiczną gotowość odważnego wyciągania rąk po cudze cierpienie, a przecież to liczy się u Boga.

Życie wewnętrzne

Podkreślę jeszcze jej ścisłe zjednoczenie z Bogiem, do którego doszła przez stan pogłębienie życia wewnętrznego. Nie przyszło to jej łatwo.
Przeszła kolejno wszystkie etapy życia duchowego mistyków: przez ich trudności, stany, oschłości i wzloty; wznosiła się coraz wyżej ku Bogu po tych samych stopniach modlitwy. Zapytana kiedyś przez koleżankę jaki jest najwyższy stopień modlitwy, odpowiedziała: "Najwyższy stopień modlitwy jest, jeżeli dusza już nic nie mówi do Pana Jezusa . . . Ino spogląda na Niego w milczeniu . . . Owładnięte Jego Majestatem uwielbia Go bez dźwięku i hałasu słów — wewnętrznym spojrzeniem i krzykiem duszy".
To głębokie życie wewnętrzne sprawiało, że Aniela mogła z łatwością mówić
0 Bogu. Mówiąc o przeżyciach mistycznych nie zatraciła swego prostego stylu,
własnego obrazowania. Oto jak raz opisała jednej z koleżanek cierpienia Chrystusa:
"Wiesz Andziu — opowiem ci o tym, co cierpiał Pan Jezus. Z Wielkiej Środy na Czwartek całą noc spędził Jezus na rozmowie ze swoja ukochaną Matka. Opowiadał Jej o całej swojej bolesnej Męce, przedstawiając Jej w szczegółach, co Go czeka, jakie cierpienia będzie przechodził i w jaki sposób umrze na krzyżu na Golgocie, że Matka Najświętsza cała zapłakana drżała: Matko Moja ukochana wszyscy Mnie odstąpią, wszyscy o Mnie zwątpią — wszyscy uciekną i znikąd żadnej pociechy miał nie będę — Ty jedna mnie nie opuszczaj, jako nigdy dotychczas. . . Będziesz przy Mnie kochana Matko? — A na to Matka Najświętsza taką odpowiedź dała Jezusowi: Synu mój, widzisz, że to nad moje siły, jakże ja na te Twoje męki patrzeć będę, oko nie wytrzyma, serce nie zniesie, oczy moje utracą światło a serce z bólu pęknie. . . I jakże Cię przez to pocieszę, ja najbiedniejsza ze wszystkich matek. . . Synu mój, proszę, racz to sprawić dla Siebie i dla mnie, abym zasnęła na ten czas, a Twojej męki nie widziała. . . Pan Jezus przycisnąwszy czule do serca Swa Matkę Najświętszą, rzekł Jej na to: A któżby Mnie moja Matko żałował. . . Uczniowie? — Jeden Mnie zdradził, drugi się Mnie zaprze, inni uciekną. . . przyjaciele się pokryją, wrogowie Moi pod krzyżem cieszyć się będą i szydzić z męki i śmierci Mojej. . . Kogóż mieć będę przy sobie na krzyżu. . . Ciebie jedną, Matko moja miła, i Twoje kochające serce. . . Wiec Matka Najświętsza na to się zgodziła". . .
Słuchając tego opisu mamy wrażenie, jakby został wyjęty ze staropolskich Lamentacji, z naszych Gorzkich Żalów, tyle w nim prostoty i serdeczności. Serce Anieli było rozgrzane miłością Boża. Cała jej istota już była przeniknięta Bogiem, Jego obecnością. W Nim powoli się roztapiała, gubiąc resztę swych przywiązań i zainteresowań ziemskich. "Cała jestem gorejąca" — mówiła. Była "gorejąca"
miłością Boża i tęsknota za Bogiem w chmurach kurzu przy sprzątaniu, w kłębach
kuchennej pary, wśród garnków, szczotek i froterek i w cierpieniach przewlekłej
choroby; wszędzie wyczuwała święta obecność Boga.

Święty Augustyn przy swoim nawróceniu mówił do siebie: Mogli ci święci, mogły tamte święte wznieść się na szczyt doskonałości, dlaczego byś ty nie potrafił, Augustynie?
W życiu amerykańskim jesteśmy zagubieni w sprawach materialnych, zewnętrznych, w aktywności, w sportach widowiskowych, ale i dla nas jest otwarta droga do bogatego życia duchowego i prawdziwego szcęścia. Wskazuje ją nam prosta służąca, absolwentka dwóch klas szkoły podstawowej.
Błogosławiona Anielo Saiawo — módl się za nami. Wyjednaj nam łaskę postępu w życiu duchowym.

DAR PAPIEŻA NA ŚWIATOWY DZIEŃ MŁODZIEŻY (Beatyfikacja Anieli Salawy)

Radiowe przemówienie wygłoszone przez O. Korneliana Dende, OFMConv.

w ramach programu GODZINY RÓŻAŃCOWEJ O. JUSTYNA

22 wrzesień, 1991

DAR PAPIEŻA NA ŚWIATOWY DZIEŃ MŁODZIEŻY (Beatyfikacja Anieli Salawy)

Witam Was Zacni Rodacy i Miłe Rodaczki staropolskim — Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Od pamiętnego roku 1794, kiedy to na Rynku w Krakowie generał Tadeusz Kościuszko składał uroczystą przysięgę obejmując stanowisko Najwyższego Naczelnika Powstania, mieszkańcy tego miasta nie widzieli chyba tak wielkich tłumów ani takiego entuzjazmu jak 13 sierpnia bieżącego roku (1991) podczas uroczystości wyniesienia na ołtarze prostej służącej Anieli Salawy, przez papieża Polaka.
Jan Paweł II już od młodych lat pozostawał pod urokiem świętości Anieli. Znał
warunki jej ciężkiego życia, bo obydwoje pochodzą z tej samej Ziemi Krakowskiej,
a ich miejsca urodzenia Siepraw i Wadowice są odległe od siebie zaledwie o 20 mil.
O wiele więcej łączy ich dusze Karmel. Obydwoje zamierzali do niego wstąpić,
a choć Opatrzność inaczej ich życiem pokierowała, oboje pozostali wierni duchowi
karmelitańskiemu, bo byli rozmiłowani w mistyce świętego Jana od Krzyża i świętej
Teresy z Avila.
Jako metropolita krakowski Karol Wojtyła lubił uczęszczać do bazyliki OO. (Ojców) Franciszkanów w Krakowie, gdzie odmawiał brewiarz opodal kaplicy Męki Pańskiej, gdzie znajduje się grób błogosławionej Anieli, byłej tercjarki franciszkańskiej.
Beatyfikacja Anieli Salawy w wigilię Szóstego Światowego Dnia Młodzieży na Jasnej Górze w Częstochowie jest rzeczą znamienną. Najwidoczniej Ojciec Święty pragnie dać błogosławioną Anielę za wzór młodzieży bałamuconej fałszywymi bożyszczami współczesnego świata. Pogadankę tytułuję:

DAR PAPIEŻA NA ŚWIATOWY DZIEŃ MŁODZIEŻY (Beatyfikacja Anieli Salawy)

Skarb jaki powinna posiadać każda młodzież

Aniela, przedostatnia z dziesięciorga dzieci Bartłomieja i Ewy Salawów miała jeszcze dwu przyrodnich braci, bo jej ojciec Bartłomiej był wdowcem i miał dwu synów z pierwszego małżeństwa. Aniela umarła w Krakowie w czterdziestym
pierwszym roku życia. Od dziecka rosła w biedzie. Ojciec, nie mogąc wyżywić licznej rodziny z małego, sześciomorgowego pola, dorabiał rzemiosłem jako kowal. Chodził od domu do domu, naprawiał kosy, sierpy i różne rolnicze narzędzia. Aniela zaś przechodziła etapy wiejskiej "edukacji" — pasienia gęsi i krów, obierania kartofli i pomocy w gospodarstwie domowym. Ukończyła dwie klasy szkoły podstawowej. Nauczyła się czytać, pisać, rachować i haftować.
Ale Aniela otrzymała w domu skarb, który przydałby się dziś młodzieży: solidne wychowanie. Ojciec służył przykładem chrześcijańskiego życia. Dzieci widziały nieraz, jak wieczorami siadywał przed domem i głośno odmawiał różaniec, lub śpiewał pobożne pieśni. Matka była nieco więcej od męża wykształcona, a przy tym inteligentna, niezwykle pracowita i energiczna, nadawała ton domowi. Ona była jego duszą,. Ona przede wszystkim zajmowała się dziećmi i ich wychowaniem. Kształciła ich charakter, chroniła przed złem, a w dusze wszczepiała prawdziwą, ofiarna miłość Boga i człowieka. Cnoty dzieci nie rozwijały się w miękkiej, cieplarnianej atmosferze. W codziennym trudzie hartowała je i przygotowała ich dusze na ciężką walkę życia. I taką właśnie miłością rzetelną, wymagającą, hartowną i mocną kochała swe dzieci. "Tato był ostry — wspomina jedna z córek Salawów — a mama dobra, ale nas krótko trzymała, nie pozwoliła nigdzie się wałęsać; mieliśmy czas wolny to kazała nam czytać książkę pobożną".

Biblioteka domowa

Jeszcze jedno wskazuje na mądrość życiową tych wiejskich rodziców. W domu, w którym się nigdy nie przelewało, była stosunkowo bogata biblioteczka. Na półkach stały nieodzowne w polskim domu Żywoty Świętych Piotra Skargi, Pismo święte w tłumaczeniu Jakuba Wujka, Filotea, czyli droga do życia pobożnego świętego Franciszka Salezego, biskupa Genewy, dzieła ascetyczno-moralne świętego Alfonsa Liguori'ego oraz wiele różnych nabożnych książek i broszur współczesnych. Przy każdej okazji, na przykład robiąc zakupy w mieście, kupowano też religijną książkę. Sama "matka bardzo była oświecona w sprawach wiary" — jak powiada o niej jedna z osób opisujących młodość Anieli. I dbała, by tak samo oświecone były jej dzieci.
Toteż biblioteka nie stała bezużytecznie. Była pilnie czytywana. W niedzielne popołudnia, gdy już zmyto statki po obiedzie, gromadziły się w izbie wszystkie dzieci. Ojciec lub matka czytali głośno ustęp z jakiejś książki. Potem - posługując sięjakżeż nowoczesnymi metodami dydaktycznymi - ustęp ten z dziećmi omawiali, tłumaczyli im i objaśniali. Dzieci zadawały pytania. Była to formalna, doskonale prowadzona pogadanka. Prawdziwie po chrześcijańsku święcona niedziela.
Z podziwem i wzruszeniem patrzymy na takich rodziców, którzy jedyną wolną chwilę w tygodniu wypoczynku i rozrywki - łączą z ważną pracą nauczania katechizmu i prawd wiary. Roztropnie i mądrze potrafią wygospodarować w wypoczynku niedzielnym cenną godzinę na wspólne czytanie i omawianie prawd wiary, zamiast pozwolić swym pociechom beztrosko rozbiec się w poszukiwaniu zabaw i gier i wątpliwej jakości towarzystwa, lub ślęczeć przy telewizorze.

Służebne zajęcie

W 16 roku życia Aniela odrzuciła propozycję małżeństwa i w 1897 roku, za wzorem swej siostry Teresy, poszła z rodzinnego domu szukać pracy w Krakowie. Anielka miała naturalne poczucie piękna i wyjątkową na nie wrażliwość. Chłonęła młodzieńczą duszą wszystkie przejawy życia miejskiego. Lubiła elegancję w strojach, towarzystwo rówieśniczek i zabawy z nimi. Ale po śmierci ukochanej siostry Teresy, uznawanej za wzorową i świątobliwą niewiastę, w duszy Anieli nastąpił prawdziwy i głęboki przełom.
Przed młodą dziewczyną nie otwierały się różne możliwości pracy. Aniela podjęła służbę, a więc pracę najmniej płatną, lekceważoną i na ogół pogardzaną. Podjęła chętnie pracę domowa. "W duszy czułam zawsze, od dziecka - pisze pod koniec życia w swoim dzienniku - że tylko będąc w najbardziej poniżonym stanie odpowiem łasce Bożej. I dlatego dobrowolnie obrałam stan służącej, być służącą, wzgardziwszy szczęściem, które mi się nastręczało, ufna, że w tym stanie, tak upokarzającym, odpowiem żądaniu Bożemu".
W tym dobrowolnym wyborze najniższego stanu Aniela podobna jest do Karola de Foucauld, oficera francuskiego, którym wstrząsnęły słowa księdza Huvelin z parafii świętego Augustyna w Paryżu: "Pan Jezus obrał tak bardzo ostatnie miejsce, że nikt nie mógł Mu go odebrać". Te słowa stały się potem przewodnim hasłem jego życia. Niczego już nie pragnął, jak tylko samemu szukać z kolei ostatniego miejsca między ludźmi współczesnymi, bo tu jedynie mógł przebywać najbliżej Chrystusa.
Aniela Salawa również naśladowała Chrystusa w swych skromnych i ubogich warunkach, żyjąc w sytuacji ciągłego wyrzeczenia. Sytuacje życia codziennego uważała za swoją specyficzną misję w Kościele. Przez cierpienia włączyła się w Chrystusowe dzieło zbawienia ludzi, "dopełniając w swym ciele braki udręk Chrystusa dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół" (Kol l, 24). Służąc, wykonała to, co najcięższe i najmniej przyjemne. Toteż od pierwszej chwili waliło się na nią wszystko co niemiłe. Dźwigała na sobie skutki cudzego kalectwa, choroby, przykrego usposobienia, nawet złych skłonności czy narkomanii członków rodziny, dla których pracowała. "Kochałam moją służbę - mówiła - bo w niej mam wyborną sposobność wiele cierpieć, wiele pracować i wiele się modlić, a poza tym niczego na świecie nie szukam i nie pragnę".
Anielę cechowała prawdziwa chrześcijańska postawa wobec pracy. Żadna praca jej nie hańbiła. Z każdej robiła arcydzieło, wykonując ją sumiennie i dokładnie z miłości do Boga i ludzi. Przez jakiś czas nosiła się z zamiarem wstąpienia do karmelitanek, lecz za radą spowiednika pozostała w świecie, by mieć bezpośredni dostęp do nędzy ludzkiej zarówno materialnej i moralnej. Złożyła ślub dziewiczej czystości, żeby owocniej poświęcić się swojej misji.

Ogień, który zapala innych

Dobro ze swej natury rozprzestrzenia się, rozlewa, promieniuje, udziela się innym. Słynny konwertyta włoski i pisarz Giovanni Papini napisał: "Ogień, który nie zapala innych, szybko gaśnie". Życie potwierdza to piękne powiedzenie. Święci, którzy płonęli miłością Bożą, pragnęli, by i inni ogniem tym zapłonęli.
Nie było świętego ani świętej, nie było duszy naprawdę pobożnej, która nie byłaby ożywiona duchem apostolskim. I właściwie inaczej być nie może: dusza oddana Bogu nie może nie pragnąć, by ten Bóg był coraz szerzej znany, czczony i kochany; nie może pragnąć, by na świecie umniejszała się ilość zła, a mnożyła się
ilość dobra. Ożywiona prawdziwa i dobrze rozumianą miłością bliźniego — nie może nie pragnąć, by ludzie posiedli, i to w stopniu możliwie najwyższym dobro najwyższe: samego Boga.
Z tą właśnie miłością bliźniego, miłością przepojoną żarliwością apostolską, odnosiła się Aniela do swego otoczenia. Będąc prostą służącą nie miała sposobności do tworzenia wielkich dzieł. Poprzestała na małych osiągnięciach zewnętrznych, ale ogień miłości jej serca ogarnął Kraków i Polskę.
Otaczała miłością młode dziewczęta, które przyjeżdżały do miasta na służbę. Z miłością troszczyła się o nie nieraz przez długie lata. Gdy któraś straciła pracę, szukała dla niej nowego zajęcia. Interesowała się losem jej i pomagała przetrwać trudny okres dzieląc się swą pensją. W swym pokoiku, w chwile wolne od pracy, urządzała dla koleżanek rodzaj rekolekcji i porad. Czuwała, by prowadziły życie chrześcijańskie. Kierowała je na drogę cnoty, a czyniła to z taką wesołością i bezpośredniością, że dziewczęta lgnęły do niej. Drzwi jej mieszkania nie zamykały się przed potrzebującymi. Dzieliła się swymi zarobkami, strojem, a nawet obiadami. Nie pozwoliła, żeby żaden biedak odszedł bez wsparcia.
Miłosierdzie jej zajaśniało w pełni w czasie pierwszej wojny światowej. Przywożono wielu rannych żołnierzy. Kraków zamienił się w ogromny szpital. Klasztory i większe domy przeznaczano również na miejsca ratowania rannych i chorych. Aniela wszystkie godziny wolne od obowiązków domowych spędzała przy rannych. Zjawiała się codziennie w szpitalu przynosząc żywność, różne przysmaki, papierosy i z miłym uśmiechem rozdawała je żołnierzom. Wypatrywali jej i nazywali ją "naszą świętą panienką". Otoczyła opieką również jeńców wojennych, nosząc im wraz z koleżenkami gorącą zupę i chleb.
Pełna miłości Boga, Aniela uważała, że każdy czas, każde miejsce i każde zajęcie jest odpowiednie do świadczenia dobra, czyli do szerzenia Królestwa Bożego na ziemi, królestwa sprawiedliwości miłości i pokoju. Poświęcenie, oddanie się z bezinteresownej miłości zawsze imponują młodym i czystym duszom. Szukając wzorów pragną swe życie uczynić jak najbardziej sensownym, wartościowym — prawdziwą pieśnią dla Boga. Takim wzorem i taką pieśnią dla Boga jest właśnie trudne i święte życie Błogosławionej Anieli Salawy.
Błogosławiona Anielo Salawo — módl się za nami!

OTO NADCHODZI NOWE BOGA PLEMIĘ

Radiowe przemówienie wygłoszone przez O. Korneliami Dende, OFMConv.

w runach programu GODZINY RÓŻAŃCOWEJ O. JUSTYNA

15 wrzesień 1991

OTO NADCHODZI NOWE BOGA PLEMIĘ

Witam Was Zacni Rodacy i Mile Rodaczki staropolskim Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Mój serdeczny i wiemy przyjaciel, proboszcz dużej parafii w Radomiu, utrzymuje ze mną od lat wieź drogą korespondencji. Pisze zwykle na kartkach pocztowych stylem telegraficznym — krótko, zwięźle i rzeczowo. Z treści tchnie wielkie umiłowanie Boga i Kościoła. Ostatnio pisał: "U nas dobrze. Praca idzie. Ludzi moc. Ledwo dajemy rade. Musiałem na starość iść jeszcze do szkoły uczyć. Ale jestem zadowolony, bo dobrze słuchają. Ufamy, że lepsza Polska powstanie, byle kryzys moralny opanować . . .
Prymas Tysiąclecia kardynał Stefan Wyszyński z nadzieją patrzał w przyszłość gdy mówił: "Nadchodzi nowe Boga plemię!" Sądzę, że miał na myśli nie tylko młodzież polską, lecz nowe pokolenie, młodych całego świata, które po długich błądzeniach swych ojców i dziadów po manowcach niewiary, powróci do Boga i będzie Mu służyć z miłością. Czy możemy żywić taką nadzieję? Prorocze słowa zmarłego Prymasa Polski utwierdzają nas w tej nadziei. Jego słowa umieszczam w tytule dzisiejszej pogadanki:

OTO NADCHODZI NOWE BOGA PLEMIĘ

Jasna Góra we wspomnieniach konwertyty

Rosyjski konwertyta Michał Koriakoff wspomina w swej książce "Wyzwolenie duszy", że wybuch rewolucji bolszewickiej przypadł na jego dziecinne lata. Mieszkał wtedy z rodzicami na dalekiej Syberii, u podnóża Białych Gór, blisko mongolskiej granicy. Komuniści zaczęli zaprowadzać nowy ład od indoktrynacji dzieci i młodzieży, żądając od nich świadectwa nowej wiary w obiecany raj na ziemi i w geniusz człowieka. Najbardziej nadawała się na to niedziela. Szli z rozwiniętym czerwonym sztandarem i transparentem na plac przed cerkiew, by szykanować i dręczyć ludzi zdążających do kościoła krzykami i napisem: "Precz z klechami i z imperializmem"! Tam demonstracyjnie podpalali tekturową makietę z malowanymi na niebiesko kopułami i pozłacanymi krzyżami, skacząc, przeklinając i bluźniac.
W czasie drugiej wojny światowej nawrócony Koriakoff przypomniał sobie opowieść swego ojca o cudownej ikonie Matki Bożej w Polsce, w Częstochowie, do której — jak mówił — w przyszłości będą podążać pielgrzymi z całej Słowiańszczyzny, a może i ze świata.

Narodziny Światowego Dnia Młodych

Opowieść rozpowszechniona wśród pobożnego ludu rosyjskiego zdaje się przybierać konkretne kształty. Bo czy nie można widzieć spełnienia się tej przepowiedni w Szóstym Światowym Dniu Młodzieży, na który zaprosił młodych całego świata Papież Jan Paweł II do Częstochowy i to na samo święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny?
Wszystkim wiadomo, że Jan Paweł II jest wielkim przyjacielem młodych i cieszy się u nich wielkim autorytetem od zarania swej służby kapłańskiej. A już jako Namiestnik Jezusa Chrystusa na ziemi ogarnia swym sercem i troską młodzież całego świata. To w Mediolanie, w 1983 roku pierwszy raz zaprosił młodych całego świata do Rzymu na uroczystość Niedzieli Palmowej, aby mogli spojrzeć na Chrystusa, który uwalnia nas od złego i od grzechu, uświadomić sobie słabość własnych sił i złożyć przed Panem świadectwo ufności w Jego ostateczne zwycięstwo dobra nad złem.
Na wezwanie do Wiecznego Miasta przybyło w 1984 roku około 350.000 młodych. Liczba imponująca i nieoczekiwana. Spotkanie ich z Ojcem Świętym rozpoczęto pochodem z zapalonymi pochodniami od zamku świętego Anioła na Plac świętego Piotra. W powitalnym przemówieniu Ojciec Święty podkreślił symbolikę wnoszenia światła w mrok kończącego się dnia. Przez następne dni młodzież zbierała się na nabożeństwa w wyznaczonych bazylikach, które były ze sobą zradiofonizowane, by młodzi mogli zbiorowo przeżywać wszystkie spotkania. Były to spotkania ze znanymi osobistościami życia religijnego. Ale punktem szczytowym było poświęcenie palm na Placu świętego Piotra i procesja z palmami do ołtarza przed bazyliką.
Wielki entuzjazm młodych i niezwykłe owoce tego spotkania zachęciły Papieża do ponawiania zaproszeń. Tak więc rok 1984 można uważać za dzień narodzin Światowego Dnia Młodych. W następnym roku 1985 do Rzymu przybyło znów około 300.000 młodzieży, wobec czego Ojciec Święty podczas posiedzenia Kolegium Kardynałów (20.XII. 1985) potwierdził swe postanowienie spotykania się z młodymi regularnie, co roku. "Bóg pobłogosławił to spotkanie (w 1985 r.) w sposób nad¬zwyczajny" — mówił Papież do kardynałów. "Ustanowiony Światowy Dzień Młodzieży będzie włączony w pracę Papieskiej Rady do spraw Laikatu".

W roku 1987 liczba uczestników Światowego Dnia Młodzieży dosięgła niemal miliona. Zaobserwowano też inne szczególne zjawisko. Młodzież, która nie mogła przybyć do Rzymu na spotkanie z Ojcem Świętym, obchodziła Światowy Dzień Młodych w swoich krajach, w poszczególnych diecezjach, w których pasterze zatroszczyli się o to.
Młodzież przyjeżdża na spotkania nie dla samego przeżycia radości, ale po to, by się wspólnie modlić, wyspowiadać, śpiewać, wziąć udział w procesji, we Mszy świętej, przyjąć Komunię świętą i przemyśleć hasła wzięte z Ewangelii jakie Ojciec Święty podaje. Oto niektóre z nich:

"Bądźcie zawsze gotowi do obrony wobec każdego, kto domaga się od was uzasadnienia nadziei, która w was jest" (l P 3, 15; Rzym 1986). "Myśmy poznali i uwierzyli miłości, jaką Bóg ma ku nam" (l J 4, 16; II Buenos Aires 1987). "Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie" (J 2, 5; III Rzym 1988). "Ja jestem Drogą i Prawdą i Życiem" (J 14, 6; IV 1989 Santiago de Compostella). "Ja jestem krzewem winnym, wy latoroślami" (J 15, 5; V Rzym 1990).

Spotkanie z Ojcem Świętym na Jasnej Górze

Prócz regularnych spotkań Młodzieży w Rzymie, w Niedzielę Palmową, Ojciec Święty zaprasza jeszcze młodych do miejsc uświęconych, znanych z pielgrzymek. Tak na przykład w roku 1989 spotkanie miało miejsce w Santiago de Compostella, w południowej Hiszpanii, gdzie są czczone relikwie świętego Jakuba Starszego, apostoła. W roku bieżącym natomiast doszło do spotkania w Częstochowie, w święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panna, 15 sierpnia. Był to już VI z kolei Światowy Dzień Młodzieży. Zbiegł się on z rozpoczęciem w Polsce Wielkiej Nowenny, przez którą Naród Polski pragnie się przygotować do wkroczenia w trzecie tysiąclecie ery chrześcijańskiej. Duchową i moralną odnowę Naród przeprowadzi pod miłosnym spojrzeniem Matki Bożej, która w swym Cudownym Obrazie Jasnogórskim nawiedzi wszystkie parafie i diecezje.
Ojciec Święty zatwierdził na spotkanie w Częstochowie hasło: "Otrzymaliście ducha przybrania za synów"! Są to słowa wyjęte z Listu świętego Pawła do Rzymian (8, 15). Należycie wyjaśnione i przeżyte zadziwiły zgromadzonych pod murami Jasnej Góry głębią swej treści; zadziwiły wspaniałą tajemnicą powołania chrześci¬jańskiego. Ta tajemnica wyrwała z serca najmłodszego apostoła świętego Jana entuzjastyczny okrzyk: "Popatrzcie, jaką miłością obdarzył nas Ojciec: zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi: i rzeczywiście nimi jesteśmy" (l J 3, 1). Młodych zawsze porywa miłość. Ich młode serca nie mogą pozostać nieczułe na wezwanie ojcowskiej miłości Boga. Bóg Ojciec wszystkich zaprasza do wspólnoty życia głębokiego i intymnego. Bóg Ojciec urzeczywistnia swój plan zbawienia przez sakrament chrztu świętego. To właśnie na chrzcie otrzymaliśmy ducha przybrania za synów. Na chrzcie zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi i nimi jesteśmy. To nadzwyczajne zadziwienie przybrania za synów przeniknęło do młodych serc i wzbudziło w nich bardziej synowskie przylgnięcie do Boga, Ojca naszego.

Pielgrzymka wiary

Jaka jest różnica między spotkaniami młodzieży w Taize, we Francji, czy gdzie indziej w świecie pod egidą Brata Rogera Schutz, a spotkaniami, na które zaprasza Jan Paweł II?
Do Taize, we Francji podążają młodzi w większym czy mniejszym stopniu zagubieni, którzy szukają sensu życia i bardzo często nie wiedzą nic o "miłości, jaką Bóg ma ku nam" (l J 4, 16). Natomiast na spotkania z Papieżem pielgrzymują młodzi z wiarą w Chrystusa. Przebywają przeważnie młodzi z gorliwych rodzin katolickich, którzy szukają pogłębienia swej wiary w Chrystusa i życia z Bogiem. Ojciec Święty specjalnie zaprosił młodych do Częstochowy, aby poznali jak tam bije serce katolickiego Narodu Polskiego. U stóp Matki Bożej Jasnogórskiej bije to serce Polski najmocniej. Tu naród wzmacnia swą wiarę w bożych źródłach: w sakramencie Pokuty i Eucharystii, w nauce Ewangelii, w miłości do Matki Bożej. Rozbudowany program przygotował młodych do odnowienia świadomości, że Duch Święty nas odradza w wodzie chrztu do nowego życia, do życia Bożego. Od momentu chrztu Duch Święty nas wspiera, byśmy w próbach życia pozostali dziećmi Bożymi (por. Rz 8, 16). A być dzieckiem Bożym znaczy pozwolić prowadzić się Duchowi Świę¬temu; mieć otwarte serce na Jego działanie. Duch Święty przez naszą uległość na Jego natchnienia kieruje historią naszego życia osobistego i historią świata.
Któż obejmie i zgłębi tajemnicze działanie Ducha Świętego, który "tchnie kędy chce"? Z radością podziwiamy owoce działania Ducha Świętego w nowych błogosławionych, którymi są Józef Sebastian Pelczar, biskup z Przemyśla, Siostra Bolesława Lament, Ojciec Rafał Chyliński, franciszkanin i Aniela Salawa, służąca z Sieprawia. Ingerencję Ducha Świętego w historię świata uznają dziś wszyscy w nagłych i zaskakujących zmianach wolnościowych w Europie Środkowej i Wschodniej. Wywierają one wpływ na cały świat. Oto rodzą się nowe zadania nowego plemienia Boga, odrodzonego przez chrzest i umocnionego przez bierzmowanie! Mamy stanąć w pierwszej linii budowania nowej cywilizacji prawdy i miłości.

Pod opieką Maryi

Jan Paweł II oddał świat i młodych w macierzyńską opiekę Najświętszej Maryi Panny, aby ich wy karmiła jak kiedyś wykarmiła swego Syna Jezusa Chrystusa. Kiedyś na przełomie IV i V wieku, gdy hordy barbarzyńskie ze Wschodu zagrażały chrześcijańskiej Europie, święty Augustyn, przedziwny myśliciel, teolog i doktor Kościoła modlił się do Matki Bożej o dzielne, odważne pokolenie, które by mogło stawić czoło złu. Oto jego modlitwa:
"Napawaj Syna Twoim mlekiem, o Dziewico Święta! Nakarmiaj ten nasz Chleb. Ty wiesz, o Matko, że Dziecię, spoczywające na Twoim łonie, które z taką świętą rozkoszą przyciskasz do serca, będzie naszym Pokarmem. Jest Ono jeszcze zbyt młode, powinno dojść do dojrzałości i odpowiedniej wielkości, a więc odżywiaj Go starannie. Dawaj MU, Ukochana Matko, swą pierś dziewiczą, aby Mu przysporzyć wzrostu. Pomnij, że karmiąc swego Syna, karmisz i żywisz wszystkich wiernych, dla których On stanie się Pożywieniem".
Niech Boża Rodzicielka prowadzi nas do Swego Boskiego Syna, by zapewnić nowemu plemieniu życie Boże. Módlmy się o duchowe i moralne odrodzenie młodych serc. Dziękujmy Bogu za to, że Ojciec Święty zgromadził półtora miliona młodych u stóp Matki Bożej Jasnogórskiej w Częstochowie i zaopatrzył ich w moce Ewangelii, by ufnie szli na spotkanie trzeciego tysiąclecia naszej ery jako "nowe Boga plemię". Rzeczywiście przedziwne są dzieła Boże, dzieła Ducha Świętego. Bądźmy więc ulegli Duchowi Świętemu, który nie po raz pierwszy odnawia oblicze naszej ziemi polskiej, ziemi skołatanej i ziemi całego okręgu świata.

W POSZUKIWANIU NOWEGO ŚWIĘTEGO FRANCISZKA

Radiowe przemówienie wygłoszone przez O. Korneliana Dende, OFMConv.

w ramach programu GODZINY RÓŻAŃCOWEJ O. JUSTYNA

8-my wrzesień 1991

W POSZUKIWANIU NOWEGO ŚW. FRANCISZKA (Młodzież w Taize)

Witam Was Zacni Rodacy i Miłe Rodaczki staropolskim Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Parę lat temu mówiłem o niezwykłym zjawisku we Francji, w ubogiej wiosce Taize, nie opodal słynnego ongiś opactwa benedyktyńskiego Cluny, z którego wyszedł ruch odrodzenia religijnego na całą Europę. Nikt by na świecie nie słyszał o Taize, gdyby nie student uniwersytetu szwajcarskiego Robert Schutz, który na tym odludziu założył wspólnotę ekumeniczną mająca na celu zbratanie zwaśnionych chrześcijan.
Od roku 1962 aż po dziś dzień do Taize płyną fale tysięcy młodzieży z całego świata, głównie z Europy. Jest to ruch spontaniczny, niezorganizowany i niesłabnący. Gdy kilka tysięcy młodych odjeżdża stąd w świat, na ich miejsce przybywa nowych kilka tysięcy. Zjawisko to jest wielką sensacją, a mimo to środki spo¬łecznego przekazu, tak chciwe sensacji, o nim nas nie informują,
Kim jest młodzież? Dlaczego wybrała sobie na spotkania Taize i koczuje pod murami klasztoru? Czego tam szuka? Na te pytania pragnę odpowiedzieć w dzisiejszej pogadance pod tytułem:

W POSZUKIWANIU NOWEGO ŚWIĘTEGO FRANCISZKA (Młodzież w Taize)

Nie do laureatów Nobla

Dlaczego młodzi nie udają się po mądrość życiową do laureatów Nobla, albo do słynnych profesorów uniwersytetów, względnie do przywódców politycznych? Co ich pcha do Taize, gdzie poza klasztorem nie ma tam nic jak tylko czyste pole? Odpowiedź jest prosta. Młodzież jest życiowo zagubiona. Do mądrych i wielkich tego świata nie pójdzie, bo u nich nie znajdzie odpowiedzi na najważniejsze pytania: kim jest Bóg? Dlaczego nas stworzył? Jaki jest sens naszego życia? Dlaczego człowiek cierpi? Uczeni XIX i XX wieku ulegli szatańskiej pokusie negacji Boga. W naszym wieku ośmielili się bluźnierczo proklamować "śmierć Boga"! Oczywiście Bóg umarł w ich zagubionych sercach i umysłach i podcięli sami gałąź na której siedzą. Stawiają tylko na rozum. Czego rozum przy pomocy zmysłów nie pozna, to dła nich nie istnieje. Niejeden bezbożny chirurg chełpliwie powie, że krajać człowieka nie napotyka w nim duszy.

Dla młodych, którzy odziedziczyli świat rozdarty dwoma okropnymi wojnami, wniosek jest prosty: współczesny człowiek w swojej zarozumiałości uległ starej pokusie szatańskiej i postawił siebie na miejsce Boga i sam chce decydować co jest dobre a co złe; sam chce ustalić normy moralne i określić gdzie leży źródło szczęścia. Tacy uczeni zamiast służyć dobru ludzkości, poświęcają swój czas i talenty do udoskalania środków niszczących ludzi i życie. Do nich młodzi nie mają już zaufania. Nazywają siebie niesłusznie humanistami, ale stworzyli środowisko zlaicyzowane, zmaterializowane nie mające nic do czynienia z prawdziwym dobrem człowieka.

Wzajemne wotum zaufania

Młodzi natomiast darzą ogromnym zaufaniem Brata Rogera Schutz'a, przeora wspólnoty ekumenicznej w Taize, głównie dlatego, że on sam im zaufał. Dotarło do ich serc takie jego wezwanie: "Moim powołaniem jest zrozumieć każdego człowieka, niezależnie od jego rasy, pochodzenia i światopoglądu. Zrozumieć go w jego idelogicznych i moralnych powikłaniach, poznać jego frustracje, leki i tęsknoty, dopatrzyć się w nim dobra, jakie Bóg, Stwórca i Ojciec w nim włożył, a które nieraz są przysypane jakoby popiołem.
"Moją szczególną zaś misją jest zaufać młodym, darzyć ich wotum zaufania. Wsłuchuję się zatem w to, co oni pragną ludziom starszym powiedzieć. Próbuję odkryć w nich najlepszą cząstkę ich twórczej intuicji. Młodzi w przeróżny sposób dają nam do zrozumienia, że ich najbardziej palącym pragnieniem jest pojednanie i zbratanie ludzi w rodzinach, w narodach, w całym chrześcijaństwie, przez usunięcie uprzedzeń, nienawiści, niesprawiedliwości, które ścigają na ludzkość tyle okrutnych cierpień i wojen. Darzę młodych zaufaniem i jestem gotów o tym wszystkim mówić, choćby mi przyszło udać się do wszystkich zakątków ziemi, aż po krańce świata".

Okaleczona młodzież

Brat Roger Schutz nie potrzebował udawać się na krańce świata w poszukiwaniu młodych dobrej woli. Oni sami do niego przyszli i nie przestają przychodzić. Wspólnota zakonna w Taize była zaskoczona ogromną ich liczbą na początku nie wiedziała jak im pomóc.
Poznała przede wszystkim, że jest to młodzież bardzo często psychicznie i duchowo okaleczona, że ci młodzi nigdy nie byli kochani prawdziwą, bezinteresowną i ofiarną miłością: wielu pochodzi z rozbitych rodzin i ucieka przed przeraźliwą pustką życiową, szarpie ich bezsens własnego istnienia, poczucie bezcelowości i beztreściwości życia. Oto jeden z obrazów nieszczęśliwego życia, naszkicowany słowami studenta prawa, katolika z Belgii:

"Moi rodzice są bardzo bogaci, ale ja nie chcę prowadzić takiego trybu życia jak oni. Świat ich zacieśnił się, jest mały i sztuczny. U nich liczy się tylko sukces. Albo nie są zdolni widzieć, albo nie chcą widzieć krzywd i niesprawiedliwości 99% ludzkości. W szesnastym roku życia opuściłem dom rodzinny. Powiedziałem rodzicom dlaczego odchodzę. Postanowiłem, że nie dopuszczę się w życiu świadomego i dobrowolnego krzywdzenia drugich, to znaczy nie będę kradł i nie tknę narkotyków. Siedem miesięcy spędziłem dosłownie na drogach, spałem gdziebądź, doświadczyłem zimna i głodu. Szydzono ze mnie i urągano mi. Niekiedy spotkałem młodych ludzi wędrujących drogą jak ja, których jedynym celem było wydostać się z tego obłąkanego świata i poszukać innego, lepszego. Otwieraliśmy swoje plecaki i dzieliliśmy się tym, co kto miał. Nie wiem, czy jeszcze wierzę w Boga. Przybyłem autostopem z Belgii do Taize w nadziei, że tu odnajdę inny świat, inny niż ten, w którym żyją moi rodzice, inny światopogląd. Oni są tak pewni siebie, tak bardzt przeświadczeni, że są dobrymi katolikami. Tak bardzo są pewni wszystkiego, ja zaś niczego nie jestem pewny. W jednym tylko czuję się pewny: w poszukiwani) wizji i stylu życia zbliżonego do tego, jaki prowadził Jezus Chrystus".

Palec Boży

W tym niezwykłym zjawisku ściągania młodzieży z całego świata pod mur klasztoru, mnisi dostrzegli palec Boży. Opatrzność Boża zsyła im młodych, żeby zaspokoili ich duchowy głód. Młodzi, doznawszy dobrego przyjęcia zabrali się do postawienia kościoła, przeświadczeni, że będzie potrzebny dla wielu innych zagubionych włóczęgów i to na długie lata. Stawiali go głównie młodzi Niemcy w duchi ekspiacji za zbrodnie swych ojców. Gdy świątynia okazała się za mała, przedłużył ją ogromnym cyrkowym namiotem.
Zakonnicy opracowali dla nich całotygodniowy program, który przewidywa wiele czasu na rozmowy, dyskusje w grupach narodowościowo mieszanych po 10 osób, na tematy życiowe, a których nie słyszeli w domu, w szkole, nie czytali w gazetach, magazynach: jaki jest sens życia? Dlaczego człowiek cierpi? Dlaczegc Bóg nas kocha? Po odpowiedź sięgają do Biblii, zwłaszcza do Nowego Testamentu i Tradycji Kościoła. W chwilach wolnych można spotkać pojedynczo chłopców dziewczęta na czytaniu i medytacji Pisma Świętego.
Innym ważnym punktem programu jest wspólna modlitwa i adoracja Krzyża Wielu młodych nigdy nie rozmawiało z Bogiem, tu zaś odkrywają nie tylko po trzebe modlitwy, ale chętnie biorą w niej udział, choć trwa dwie godziny i więcej Rozkoszują się nią, bo polega ona na gregoriańskim śpiewie kanonów, jest prosta i oparta na tekstach Biblii, na przykład: "Wykrzykujcie na cześć Pana, wszystkie ziemi, służcie Panu z weselem" (Ps 100), albo: "Bóg jest miłością: kto trwa v miłości, trwa w Bogu, a Bóg trwa w nim" (l J 4, 16). Modlitewny śpiew kanonów jest przeżyciem wyjątkowym. W tym religijnym śpiewie wspólnym przeżywają po czucie jedności i ogromnej radości. Nie jest to tylko przeżycie estetyczne. We wspólnej modlitwie czuje się obecność Boga, który czyni ludzi zdolnymi do takie) religijnych przeżyć.
Przeżycie Bożej obecności pogłębia kontemplacja ikon rozmieszczonych pc świątyni i otoczonych mnóstwem palących się świec. Ikona jest poniekąd oknem przez które patrzy się w inny świat, niewyrażalny, umysłem nieogarniony, świa aniołów, świętych, Boga, Jezusa Chrystusa i Jego Niepokalanej Matki. Wśród ikon jest wizerunek Matki Bożej z Jasnej Góry w Częstochowie, dobrze znany wszystkim.
Do adoracji Krzyż jest złożony na podłodze pośród modlących się. Każdy może podejść, uklęknąć, dotknąć go czołem. Przy Krzyżu Chrystusa młodzi składają swoje problemy, intencje. Modlitwa przy Krzyżu trwa w ciszy albo w kojącym śpiewie kanonów.

Ku cywilizacji miłości

Młodzież z Taize pragnie odrzucić filozofię sukcesu opartą na przemocy, wyzysku, niesprawiedliwy przesyt w nadużywaniu dóbr tego świata, samowolę, bez żadnej odpowiedzialności przed Bogiemi ludźmi. Tam, w Taize, młodzież uczy
się, ze "nikt nie może położyć innego fundamentu, jak len, który jest położony, a którym jest Jezus Chrystus" (por. l Kor 3, 11). Świeccy humaniści zaprzeczający Boga, budują na piasku głosząc bluźnierczo "śmierć Boga"! Na naszych oczach zawalił się gmach komunizmu budowany na piasku. Nikt tego nie przewidział, że stanie się to na progu trzeciego tysiąclecia historii świata chrześcijańskiego. Ujawniła się oto Opatrzność Boża na światem i wzywa nas, by budować nie na piasku, nie niewolnicza, pracą, wymuszona terrorem nieludzkim, ale by budować na fundamencie wiary w Boga.
W Taize młodzi uczą się odkrywać porzucone wartości, wyszydzone przez świat, takie jak: miłość, prawda, sprawiedliwość, pokój, a wiec wartości ofiarowane nam przez Chrystusa i gwarantujące szczęście. Młodzi namawiali mnichów, żeby zorganizowali ruch pod jakąś nazwą, z którym mogliby się utożsamić. Zakonnicy odmówili. Zalecają im tylko wrócić do swoich domów rodzinnych, cywilizacji miłości. Niemniej młodzi czekają na swego duchowego przywódcę, na drugiego świętego Franciszka. Jeśli jest ich tylu, jeśli ich pragnienie i oczekiwanie jest takie wielkie, możemy być przekonani, że znajda człowieka posianego od Boga, Który zaświadczy o światłości.
Oto Papież Jan Paweł II organizuje Światowe Dni Młodzieży. Tego roku zwołał młodych do Częstochowy na Jasną Górę i ukazał im Maryję, Matkę Boża i Matkę nas wszystkich. Przypomniał im wzniosłe powołanie chrześcijańskie: "Otrzymaliście ducha przybrania za synów" (Rz 8. 15). Gdy otwierają się dla Chrystusa granice państw i opadają ateistyczne systemy, oparte na przemocy i zniewoleniu ludzi, młodzi winni wejść na "drogę wiary, nawrócenia i powrotu do istotnych wartości życia".

CZYŃCIE TO NA MOJĄ PAMIĄTKĘ

Radiowe przemówienie wygłoszone prztt O. Korneliom Deade, OFMCorv.

w ramach programu GODZINY RÓŻAŃCOWEJ O. JUSTYNA

l wrzesień 1991

CZYŃCIE TO NA MOJA PAMIĄTKĘ

Witam Was Zacni Rodacy i Mile Rodaczki staropolskim Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Najgorętszym pragnieniem Serca Bożego jest powrót ludzkości rozbitej przez grzech do jedności z Bogiem i scalenie jej w jedna rodzinę, w której Bóg jest Ojcem, a my Jego dziećmi. Za zrządzeniem Bożym dzieła pojednania Boga z ludźmi dokonał Syn Boży zesłany na ziemie pod ludzką postacią. Święty Paweł w Liście do Efezjan mówi: "W Nim wybrał nas przed założeniem świata, abyśmy byli święci i nieskalani przed Jego obliczem ... W Nim mamy odkupienie przez Jego krew — odpuszczenie występków, według bogactwa Jego laski". W Nim jako Głowie postanowił "wszystko zjednoczyć, to, co w niebiosach, i to, co na ziemi" (Ef l, 4.7. 10).
Pięć dni przed swoją śmiercią na krzyżu Pan Jezus stojąc na dziedzińcu świątyni jerozolimskiej gromkim głosem wolał: "Gdy zostanę nad ziemie wywyższony, przyciągnę wszystkich do siebie" (J 12, 32)! Krzyż stał się symbolem Jego nieskończonej miłości ku nam, znakiem zbawienia, sztandarem, pod którym wszystkie pokolenia ziemi maja się zbierać. Żeby ten sztandar nie wypłowiał w ciągu wieków, a samo wydarzenie nie pozostało tylko faktem historycznym, Pan Jezus uwiecznil swą miłość w Ofierze eucharystycznej złożonej we Wieczerniku, ściśle złączonej z Ofiarą krzyża. Chrystus przykazał apostołom i ich następcom uobecniać Swą Ofiarę wszystkim pokoleniom. Jego słowa nakazu będą tytułem dzisiejszej pogadanki. Oto doniosłe słowa Chrystusa:

CZYŃCIE TO NA MOJĄ PAMIĄTKĘ

Lud pamięci

Co Jezus chciał przez te słowa przekazać nam? Co osiągnąć? Znaczenie tych słów zrozumiemy lepiej poznawszy mentalność ludzka.
Jesteśmy "ludem pamięci". Konwertyta żydowski, świecki polski biblista, Roman Brandstaetter powiedział o swych ziomkach: "Bez pamięci nie można być Żydem. Ktoś, kto traci pamięć za życia, umiera; naród, który traci pamięć, ginie". Dla każdego narodu ważny jest nie tylko postęp, ale refleksja nad przeszłością. Postęp zależy również od poznania przeszłości. Dlatego każdy naród pilnie śledzi swą przeszłość, aby móc lepiej stawić czoła przyszłości.
Toteż Żydzi nawet w rozproszeniu czują się jednym narodem, jedną wspólnotą. Wielkie dzieła Boże dokonane w ich dziejach odnoszą się nie tylko do ich bezpośrednich odbiorców. Bóg adresuje je za ich pośrednictwem do wszystkich potomków. Potomkowie żyjący w naszych czasach przeżywają święto Paschy nakazane przez Boga, jakby sami wyszli z Egiptu. Przymierze, jakie Bóg zawarł z narodem wybranym na górze Synaj obejmuje potomków wszystkich następnych pokoleń (por. Pwt 5, 2-3).
Największe i najważniejsze przykazanie: "Słuchaj Izraelu! Pan jest twoim Bogiem — Panem jedynym! Będziesz miłował Pana Boga twojego z całego swego serca, z całej duszy swojej, ze wszystkich swych sił" — Bóg także obwarował nakazem pamięci: "Niech pozostaną w twym sercu te słowa, które Ja ci dziś nakazuje! Wpoisz je twoim synom, będziesz o nich mówił przebywając w domu, w czasie podróży, kładąc się spać i wstając ze snu. Przy wiążesz je do twojej ręki jako znak. Niech one będą ci ozdobą przed oczami. Wypisz je na drzwiach swojego domu i na twoich bramach" (Pwt 6, 4-9).

Przejawy pamięci

Nacisk na pamięć o tym największym i najważniejszym przykazaniu dał początek praktyce noszenia filakterii — miniaturowych skórzanych szkatułek, w których Żydzi umieszczają małe kartki pergaminowe z wypisanymi tekstami Pisma świętego. Przymocowują je rzemykami do czoła i ręki podczas modlitwy, dotykają ich wchodząc i wychodząc z domu, dając dowód pamięci o Prawie Bożym i niezliczonych dobrodziejstwach wyświadczonych przez Boga narodowi wybranemu.
Uczniowie szkół rabinackich pragnąc wyłuskać z ziaren słów Bożych mądrość, czytają Biblie na głos, ale każdy co innego, żeby drugich przekrzyczeć i przez ten harmider się przebić, bo wtedy uwaga koncentruje się i napina do ostateczności.
Żydzi i dziś są ' 'ludem pamięci''. Często wspominają holokaust ostatniej wojny światowej, budują muzea, piszą książki, nagrywają filmy. Obóz zagłady w Treblince zamienili na symboliczny cmentarz. Na terenie gdzie gazowano i spalono na stosach ciała Żydów, stoi las głazów, a każdy z nich oznaczony jest nazwą miasta pochodzenie pomordowanych.

Dzieło odkupienia ludzkości

Przejdźmy do największego dzieła Bożego dokonanego już nie dla dobra jednego narodu, ale dla dobra całej ludzkości. Dziełem tym jest Ofiara Syna Bożego, Jezusa Chrystusa, za grzechy świata. Dzieło to jest aktem historycznym, a jednocześnie posiada wymiar wieczności jak wszystkie dzieła Boże. Jest nie tylko pomnikiem upamiętniającym Ofiarę Jezusa na krzyżu, lecz aktualną, choć bezkrwawą Ofiarą Jezusa za każdego z nas. Dzięki wymiarowi wieczności Chrystus te Ofiarę uobecnia, czyni aktualną dla każdego pokolenia aż do końca świata. Każdy — kiedykolwiek — może się w nią włączyć przez uczestnictwo we Mszy świętej i korzystać z owoców odkupienia.
Nakaz uobecniania Najświętszej Ofiary dał Pan Jezus apostołom i ich następcom we Wieczerniku. Oto jak druga Modlitwa Eucharystyczna odtwarza i aktualizuje słowa i gesty naszego Zbawiciela: "On to, gdy dobrowolnie wydał się na mękę, wziął chleb i dzięki Tobie składając łamał i rozdawał swoim uczniom mówiąc:

Bierzcie i pijcie z niego wszyscy, to jest bowiem kielich Krwi Mojej nowego i wiecznego przymierza, która za was i za wielu będzie wylana na odpuszczenie grzechów. To czyńcie na moją pamiątkę"!

Zarzut protestantów

Protestanci stawiają zarzut katolikom i prawosławnym. Twierdzą, że Pan nasz, Jezus Chrystus, raz tylko się ofiarował Bogu Ojca za nasze grzechy i raz umarł na krzyżu. Msza święta nie jest już potrzebna. Powołują się na pisma świętego Pawła apostoła, który pisze: "Chrystus powstawszy z martwych już więcej nie umiera . . . umarł dla grzechu tylko raz" (Rz 6, 9-10); i tylko "raz jeden był ofiarowany dla zgładzenia grzechów przez ofiarę z samego siebie" (Hbr 9, 28).
Ta dowolna i fałszywa interpretacja powodowała w początkach Reformacji dziwaczne sytuacje. Tak na przykład po śmierci króla angielskiego Henryka VIII, który to zerwał z Rzymem i założył narodowy Kościół anglikański, nie wiedziano jak koronować następcę tronu, szesnastoletniego Edwarda VI. Ceremoniał wymagał, by uroczystość koronacyjna odbyła się w ramach Mszy świętej. Wpływy protestanckie były już wtedy tak wielkie, że Msze świętą jeszcze odprawiono, ale usunięto z niej najważniejszą cześć, mianowicie konsekracje chleba i wina.
My, katolicy, nie twierdzimy, że Jezus Chrystus w każdej Mszy świętej na nowo umiera w krwawy sposób. Chrystus ofiarował się tylko raz i tylko raz umarł, ale Jego ofiara, dzieło odkupienia posiada wymiar wieczności, dominuje nad upływem czasu, trwa wiecznie. We Mszy świętej Ofiara ta staje się obecną, aktualną dla nas ludzi XX wieku. Bierzemy udział w tej samej Ofierze, co Najświętsza Maryja Panna, święty Jan apostoł, Maria Magdalena, dobry łotr na krzyżu i inni. Zatem, choć ofiara ta odprawia się w każdym czasie i na każdym miejscu, dziś uczestniczymy w tej samej, jednej Ofierze naszego Zbawiciela składanej w sposób bezkrwawy.
Jak sobie to uzmysłowić wyjaśnię na przykładzie.
Każdego ranka mówimy: "słońce wstaje". W rzeczywistości zaś nie słońce wstaje tylko ziemia nasza odsłania się słońcu, wykonując obrót dokoła swej osi. W naszym układzie słonecznym słońce ciągle pozostaje w centrum, zaś planety krążą dokoła słońca. A ponadto nasza ziemia obraca się dokoła swej osi wywołując w nas wrażenie jakby słońce wstawało, przesuwało się łukiem po nieboskłonie ze wschodu do zachodu.
Podobnie ma się rzecz z Ofiarą krzyżową Jezusa Chrystusa za nasze grzechy. Ofiara ta jaśnieje jak słońce nieustające. Posiada wymiar ponadczasowy, wieczny, jest tylko jedna, zawsze ta sama, w skutkach swoich nieskończona. Na ziemi zaś pojawiają się nowi ludzie, a starzy umierają. Jedni i drudzy potrzebują odkupienia i mogą korzystać z owoców jego jak z dobroczynnego słońca. Biorąc udział we Mszy świętej, przyjmują promienie Bożej łaski. Ogrzewa nas Słońce sprawiedliwości, Sam Chrystus, z którym łączymy się przez przyjmowanie Komunii świętej.

Ofiara Jezusa naszą Ofiarą

Ofiara Pana naszego Jezusa Chrystusa uobecniona we Mszy świętej ma jeszcze inne znaczenie; jest również Ofiarą naszą. Biorąc udział we Mszy świętej włączamy się w Ofiarę Zbawiciela. Chrystus nie może cierpieć i umrzeć po raz drugi w swej ludzkiej naturze jaką otrzymał od swej Świętej Matki. Jest bowiem uwielbiony
i — jak mówimy w Wyznaniu wiary — "siedzi po prawicy Ojca". Jednoczy się jednak z nami w sposób mistyczny, cierpi i umiera w nas. Dlatego pod Damaszkiem prześladowca Szawet usłyszał Chrystusa mówiącego: "Szawle, Szawle, dlaczego Mnie prześladujesz" (Dz9,4)? A na Sadzie Ostatecznym Jezus powie: "Wszystko, co uczyniliście jednemu t tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili" (Mt 25, 40). Wszystko, co dobre i złe. Na podstawie tych słów Zbawiciela wielki myśliciel francuski B. Pascal powiedział: "Chrystus jest w nas w agonii aż do skończenia świata"; morze cierpień ludzkich otrzymuje zbawcza moc przez Ofiarę Chrystusa.
Uczestniczenie we Mszy świętej jednoczy nas najściślej i dlatego spełnia się pragnienie zawarte w modlitwie Zbawiciela: "Proszę, aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie, aby i oni stanowili w Nas jedno" (J 17, 21). Ze swej strony o to samo modlimy się we Mszy świętej po konsekracji: "Pokornie błagamy, aby Duch święty zjednoczył nas wszystkich, przyjmujących Ciało i Krew Chrystusa" (II Modlitwa Eucharystyczna).
Zjednoczenie z Chrystusem sprawia, że płynie w nas Jego życie. Uzyskujemy moce Boże do pokonywania zła w sobie i do naśladowania Zbawiciela, który jest naszym wzorem. Przez całe życie ceńmy sobie udział we Mszy świętej w niedziele i świela, bo przez nią uświęcamy czas swego pobytu na ziemi i rzeczywiście stajemy się "świeci i nieskalani przed obliczem" Boga (por. Ef l, 4). Tak wiec dla nas katolików Msza święta jest centralnym nabożeństwem, słońcem oświecającym drogę naszego ziemskiego życia. Dlatego nawet wierni, którzy z powodu choroby lub starości nie mogą już być w kościele, łączą się ze świętym zgromadzeniem przez pośrednictwo radia lub telewizji. Ofiara Chrystusa jak słońce przyświeca naszemu ziemskiemu pielgrzymowaniu do pełni zjednoczenia z Bogiem w wieczności.

MSZA ŚWIĘTA NASZEGO ZBAWICIELA

Radiowe przemówienie wygłoszone przez O. Konteliana Dende, OFMConv.

w ramach programu GODZINY RÓŻAŃCOWEJ O. JUSTYNA

25-ty sierpień 1991

MSZA ŚWIĘTA NASZEGO ZBAWICIELA

Witam Was Zacni Rodacy i Mile Rodaczki staropolskim Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Święty Jan od Krzyża, Hiszpan, reformator zakonu kamelitańskiego, zasłynął najbardziej przez swoje pisma uznane za perłę w światowej literaturze mistyki. Dzieła te, przełożone na różne jeżyki świata, zyskały świętemu tytuł doktora Kościoła. Święty Jan pisze w nich, że celem doskonałości człowieka jest zjednoczenie z Bogiem. Sam do tego zjednoczenia dążył, a innym dal następującą rade:
Bądź rozmiłowany w skupieniu i powściągliwy w mowie. Swe myśli i uczucia kieruj ku Bogu, a duszę twa szybko ogarnie ogień miłości Bożej, który rozpali ją w niepojęty sposób.
Podczas Ostatniej Wieczerzy we Wieczerniku, Jezus Chrystus ustanowił Najświętszą Ofiarę Eucharystyczna w tym właśnie celu, żeby dusze nasze rozpalić ogniem swojej miłości i zjednoczyć ze Sobą doprowadzając do stanu, o którym mówi święty Paweł Apostoł: "Teraz zaś już nie ja żyje, lecz żyje we mnie Chrystus" (Ga2,20). Okoliczności w jakich Chrystus ustanowił Najświętszą Ofiarę będą przedmiotem dzisiejszego rozważania w pogadance pod tytułem:

MSZA ŚWIĘTA NASZEGO ZBAWICIELA

Pascha inna niż poprzednie

Jezus ustanawiając Eucharystię nie dał jej nazwy jaką jej my dajemy. Jedyny termin jaki Ewangelie dają pierwszej Ofierze Eucharystycznej jest "To" — "To czyńcie na moją pamiątkę" (Łk 22, 19). Określenie "Msza święta" pojawiło się dopiero w czwartym wieku naszej ery i nie rozpowszechniło się jak dopiero w V i VI wieku. Znany kaznodzieja i pisarz niemiecki Józef Jung mann, S. J. nazwał Ostatnią Wieczerzę "pierwszą Mszą święta".
Jezus prowadził życie ubogie i proste. Gdy noc zapadała, bywało, że nie miał nawet gdzie głowy złożyć. Często spędzał noce na modlitwie. Lecz Noc Paschalna, ostatnią na ziemi, pragnąl przeżyć w sposób wyjątkowy w gronie swych ukochanych uczniów. To miała być inna Pascha, inna niż tradycyjna Pascha żydowska, która
upamiętniała wyzwolenie narodu żydowskiego z niewoli egipskiej. Jezus przyszedł
na ziemię nie po to, by żyć, ale po to, by umrzeć. Był dorosłym człowiekiem. Miał
33 lata. Świadom, że zbliża się godzina Jego najwyższej ofiary na krzyżu za zbawienie świata, pragnął Wieczerzy Ostatniej nadać pamiętny charakter. W tym celu
polecił dwom uczniom przygotować specjalne miejsce. Rzekł do nich: "Idźcie do
miasta, a spotka się z wami człowiek niosący dzban wody. Idźcie za nim i tam,
gdzie wejdzie, powiedzcie gospodarzowi: Nauczyciel pyta: gdzie jest dla Mnie
izba, w której mógłbym spożyć Paschę z moimi uczniami? — On wskaże wam na
górze salę dużą, usłaną i gotową. Tam przygotujcie dla nas" (Mk 14, 13-15).
W ten sposób Jezus wyraził doniosłość tego, co miał uczynić.
Nastał wieczór. Jezus przybył z uczniami do oznaczonego domu. Wszystko było jgotowe. Mistrz był poważny, ale szczęśliwy i pełen wylewnej miłości, czemu dał wyraz, mówiąc: "Gorąco pragnąłem spożyć tę Paschę z wami, zanim będę cierpiał" (Łk22, 15).

Lekcja pokory i miłości

Apostołowie z miejsca wyczuli, że ta Pascha jest inna niż poprzednie, że jest jakimś kluczowym momentem w historii ludzkości. Lecz mając fałszywe wyobrażenie o Mesjaszu, jak niemal wszyscy współcześni Żydzi, z tej świadomości wyprowadzili fałszywy, samolubny wniosek. Uznali tę chwilę za najbardziej stosowną, aby upomnieć się o lepsze miejsce przy stole, jak najbliżej Mistrza, a tym samym zapewnić sobie większą rangę, wyższe stanowisko w Królestwie Jezusa. Uważali bowiem, że zbliża się czas, kiedy Jezus je odbuduje na wzór królestwa Dawidowego.
Ewangelie nie wspominają, że na tym tle powstała sprzeczka między uczniami
0 miejsce przy stole. Możemy jednak przypuszczać, że do niej doszło z tej właśnie
przyczyny, zresztą nie pierwszy raz. Musiało to Pana Jezusa bardzo zaboleć, na
co wskazuje Jego reakcja. Wstał od stołu, w milczeniu zdjął wierzchnią szatę,
przepasał się prześcieradłem, nalał wody do miednicy i zaczął umywać uczniom
nogi. Zaskoczeni czynnością, jaką zwykle spełniał niewolnik wobec swojego pana,
przyglądali się jej głęboko zawstydzeni. Po umyciu nóg Jezus przerwał milczenie i spytał: "Czy rozumiecie, co wam uczyniłem"?
Nie wiedzieli co odpowiedzieć. Nie mieli wątpliwości, że zachowanie Jezusa miało jakieś wielkie znaczenie. Wynikało to ze słów skierowanych do Piotra, gdy ten bronił się przed obmyciem mu nóg przez Mistrza: "Jeśli cię nie umyję, nie będziesz miał udziału ze Mną". Lecz Jezus chciał utrwalić w ich pamięci jeszcze drugą lekcję i rzekł: "Jeżeli Ja, (wasz) Pan i Nauczyciel, umyłem wam nogi, to i wyście powinni sobie nawzajem umywać nogi" (J 13). Przypomniał im to, o czym już kiedyś mówił, że przełożeństwo w Jego Kościele będzie służbą miłości.

Tradycyjny baranek paschalny

Podczas gdy Jezus z uczniami zasiadał do spożycia swej osobliwej Wieczerzy Paschalnej, mieszkańcy Jerozolimy i tysiące pielgrzymów żydowskich przybyłych z całego imperium rzymskiego, urządzali tradycyjną ucztę paschalna, na która składały się gorzkie zioła, chleb i jagnię. Baranka przyrządzano ściśle według przepisów. Nawlekano go na rożen, przy czym jeden kij przewleczony był wzdłuż ciała, drugi poprzez barki. Nawleczony był więc na skrzyżowane drewno. Kiedy go pieczono nad otwartym ogniem wisiał niejako na krzyżu. Nie wolno było też łamać jego kości, a co pozostało po spożyciu, nie wyrzucano na śmiecie, lecz spalano, bo baranek był pokarmem świętym.
Bóg sam ustalił te tajemnicze znaki w sposobie przyrządzania baranka, by Żydzi mogli później odczytać, że Mesjasz jest owym Mężem boleści z proroctwa Izajasza; że został ukrzyżowany; że nie łamano Mu goleni jak innym skazańcom; że jest Barankiem, który gładzi grzechy świata, "dźwiga nasze boleści", "przebity jest za nasze grzechy, zdruzgotany za nasze winy; że chłosta jaka spadła na Niego jest dla nas zbawienna; że w Jego ranach jest nasze zdrowie" (Iz 53).
Osobliwością każdej wieczerzy paschalnej było to, że odkąd prorocy poczęli mówić o Mesjaszu, Żydzi czekali na Niego z utęsknieniem. Czekali na Niego właśnie w Noc Paschalną, nie w inną. Tego roku Mesjasz zjawił się, stanął pośród nich w osobie Jezusa z Nazaretu, wielki w mowie i czynie. Wskazał na Niego największy z proroków, święty Jan Chrzciciel, wołając do ludu: "Oto Baranek Boży, który gładzi grzechy świata" (J l, 29). Pięć dni przed Paschą lud zgotował Mu entuzjastyczny wjazd do Jerozolimy. Powiewając gałązkami palmowymi witał Go mesjańskim pozdrowieniem: "Hosanna! Błogosławiony, który przychodzi w imię Pańskie"! Oraz: "Król izraelski"!

Ofiara eucharystyczna

Lecz wkrótce wszystko się odmieniło. Przywódcy narodu knuli potajemnie spisek przeciw Jezusowi, żeby Go porwać i zgładzić. Oskarżali Go o bluźnierstwo, że czyni się Bogiem i głosi obcą naukę. Nazajutrz, przed Piłatem, oskarżą Go o to, że się mieni Królem żydowskim, podburzą lud, by wołał: "Ukrzyżuj Go! Ukrzyżuj! Poza Cezarem nie mamy króla" (J 19, 15)!
Według teologa francuskiego Xavier Leon-Dufour, Chrystus we Wieczerniku nie podjął żydowskiego rytuału paschalnego. Nie było po temu racji. Tradycyjny baranek paschalny był tylko figurą Jezusa Chrystusa. Dlatego w ewangelicznym opisie Ostatniej Wieczerzy Jezusa nie ma mowy ani o jagnięciu, ani o gorzkich ziołach. (X. Leon-Dufour, Kongres Eucharystyczny w Lourdes 1981 r.).
Pascha świętowana we Wieczerniku przyjęła inny obrót. Była już inna, nowa. Nawiązywała do tamtej, tradycyjnej, starotestamentarnej, ale wybiegała naprzód i wiązała się ściśle z niedaleką Ofiarą Jezusa na krzyżu, Ofiarą nowego Przymierza. Ewangelie mówią, że gdy apostołowie "jedli, Jezus wziął chleb i odmówiwszy błogosławieństwo, połamał i dał uczniom, mówiąc: 'Bierzcie i jedzcie, to jest Ciało moje'. Następnie wziął kielich i odmówiwszy dziękczynienie, dał im, mówiąc: 'Pijcie z niego wszyscy, bo to jest moja Krew Przymierza, która za wielu będzie wylana na odpuszczenie grzechów. To czyńcie na moją pamiątkę'" (Mt 26, 26-28; Lk 22, 19).

W cudowniejszy sposób odkupieni

W cudowny sposób Bóg nas stworzył, a w jeszcze cudowniejszy odkupił — mówi modlitwa Kościoła. Słysząc po raz pierwszy słowa przeistoczenia chleba w Ciało i wina w Krew Pana Jezusa, apostołowie ze zdumieniem musieli przypomnieć sobie scenę cudownego rozmnożenia chleba i mowę eucharystyczną swego Mistrza:
"Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba. Jeśli kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki. Chlebem, który Ja dam, jest moje ciało za życie świata". A gdy Żydzi sprzeczali się między sobą mówiąc: "Jak On może nam dać (swoje) ciało do spożycia"? — Jezus dopowiedział: "Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam:
Jeżeli nie będziecie spożywali Ciała Syna Człowieczego i nie będziecie pili Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie. Kto spożywa moje Ciało i pije moja krew, ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym. Ciało moje jest prawdziwym pokarmem, a Krew moja jest prawdziwym napojem. Kto spożywa moje Ciało i Krew moją pije, trwa we Mnie, a Ja w nim" (J 6, 51-56).
Kiedy Zbawiciel nasz, Jezus Chrystus, składał Najświętszą Ofiarę we Wieczerniku, miał przed sobą wizje krzyża i ściśle łączył swą Ofiar? z krzyżem. Tak samo kiedy składa Najświętszą Ofiarę przez ręce kapłana, łączy ja z Ofiarą krzyżową. Czas i przestrzeń, szerokość geograficzna nie odgrywają tu żadnej roli. Jest to ta sama, jedyna Ofiara, w której Jezus Chrystus czyni ze swojej własnej osoby i ze swego życia dar, aby w pełni zostało umocnione przymierze Boga z ludźmi.

MARYJNA DUCHOWOŚĆ ŚWIĘTEGO MAKSYMILIANA KOLBEGO

Radiowe przemówienie wygłoszone przez O. Korneliaiu Dende, OFMConv.

w ramach programu GODZINY RÓŻAŃCOWEJ O. JUSTYNA

18-ty sierpień 1991

MARYJNA DUCHOWOŚĆ ŚWIĘTEGO MAKSYMILIANA KOLBEGO

Witam Was Zacni Rodacy i Mile Rodaczki staropolskim Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Ojciec Maksymilian Kolbe przemawiając raz do braci zakonnych w Niepokalanowie o nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny powiedział: "Nie chodzi tu o to, by długo klęczeć i modlić się, ale o ten stosunek dziecka do matki. Spojrzenie miłosne na figurkę Niepokalanej, częste powtarzanie "Maryja", chociażby tylko sercem . . . Różne modlitwy i formułki z książeczki są dobre i piękne, ale istotą jest ten prosty stosunek dziecka do matki, to odczuwanie potrzeby tej matki, to zdawanie sobie sprawy, że bez Niej nic nie możemy. Czasem przychodzi to trudno, ale jak trudno, to (wtedy trzeba) prosić o łaskę".
Ojciec Maksymilian mówił to z własnego doświadczenia. Figurka Niepokalanej w jego pokoju stała zawsze na eksponowanym miejscu. Z figurką odbywał swoje podróże tak krajowe jak i zagraniczne. Ku niej zwracał swe oczy w trudnych problemach, a gdy nie widział rozwiązania klękał razem z odwiedzającą go osobą i odmawiał "Zdrowaśkę" - Gdy w Oświęcimiu zabrano mu cudowny medalik, wyprosił u współwięźnia, artysty grafika Mieczysława Kościelniaka wykonanie dwóch obrazków Chrystusa i Maryi Niepokalanej, wielkości znaczka pocztowego, które wszył do pasiaka od wewnętrznej strony i nie rozstawał się z nimi aż do śmierci męczeńskiej.
Temat jego dziecięcego stosunku do Niepokalanej rozwinę, w dzisiejszej pogadance zatytułowanej:

MARYJNA DUCHOWOŚĆ ŚWIĘTEGO MAKSYMILIANA KOLBEGO

Ksztaltowala go maryjna pobożność polska

Pisarz wioski ksiądz Moretti powiedział: "Aby zrozumieć Ojca Maksymiliana trzeba koniecznie zrozumieć Polskę. Ojciec Maksymilian nie jest chwalebnym epizodem, ale jest symbolem Polski tysiącletniej. W męczeństwie Ojca Kolbego za wiarę, za Ojczyznę jest cała dusza polska głęboko, głęboko katolicka i nad wyraz
patriotyczna . . .
W rodzinie Kolbów był ołtarzyk Matki Boskiej Częstochowskiej, przed którym klękali co dzień rodzice z dziećmi, odmawiali różaniec i śpiewali pieśni ku czci Matki Najświętszej. Rajmund Kolbe, późniejszy Ojciec Maksymilian, wstąpił do zakonu franciszkańskiego, którego jedną z podstawowych cech duchowości jest wielka cześć i gorąca miłość dla Niepokalanej. Pisarz i działacz katolicki Fryderyk Ozanam (+1853) określił tę cechę jako "pasję Zakonu".
Z wszystkich przymiotów Najświętszej Maryi Panny Ojciec Kolbe najbardziej zachwycał się Jej miłością do Boga i człowieka, moralną doskonałością, dobrocią i mocą. Łączył je w jedno określenie: "Niepokalana" i uważał, że właśnie dzięki temu przede wszystkim Najświętsza Maryja Panna pomaga człowiekowi w przełamywaniu skutków grzechu pierworodnego i realizowaniu ideału doskonałości, jaki nakreślił Jezus Chrystus.
Słowo "Niepokalana" stało się dlań imieniem własnym Maryi. Cokolwiek czynił pragnął w wyraźny sposób łączyć z Niepokalaną. Stąd organizację, którą założył, nazwał "Rycerstwem Niepokalanej", wszystkie pisma, jakie wydawał, miały w swoich tytułach słowo "Niepokalana" — "Rycerz Niepokalanej", "Kalendarzyk Niepokalanej", "Rycerzyk Niepokalanej", "Informator Rycerstwa Niepokalanej". Obydwa klasztory-wydawnictwa, jakie założył, nazwał "Niepokalanowem", a bracia w nich pracujący pozdrawiali się słowem "Maryja", w miejsce tradycyjnego "Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus".

Maryjna tradycja franciszkańska

Ojciec Maksymilian spotkał się w Zakonie franciszkańskim z bardzo silną tradycją Maryjną. Średniowieczny teolog Jan Duns Szkot (+1308) zasłynął nie tylko z tezy, że Syn Boży przyszedłby na świat nawet wtedy, gdyby ludzkość nie popadła w grzech pierworodny. Przyszedłby z miłości do ludzi, aby z nimi być i nauczyć ich żyć. Duns Szkot zasłynął również jako obrońca przywileju Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny. Wzniosłość Chrystusa Pana domaga się wzniosłości Maryi. Jako wybranka Boża, pełna łaski, musiała być wyjęta spod prawa grzechu pierworodnego, żeby stała się najgodniejsza i najświętsza ze wszystkich kobiet i żeby mogła kochać Boga tak jak nikt inny nigdy nie kochał i nigdy kochać nie będzie.
Ojciec Maksymilian rozważał przywilej Maryi z zachwytem i miłością. Stwierdził: "Niepokalana jest ostateczną granicą między Bogiem a stworzeniem. Ona jest wiernym odbiciem Bożej doskonałości, Jego świętości". Poznał licznych świętych i uczonych kaznodziejów franciszkańskich, którzy rozpowszechniali prawdę o Niepokalanym Poczęciu Maryi. Wdzięczny był tercjarzowi franciszkańskiemu, który został papieżem Piusem IX i w roku 1854 ogłosił dogmat Niepokalanego Poczęcia Maryi. Widział, że objawienie Matki Bożej Niepokalanej z Lourdes, zaledwie w cztery lata po ogłoszeniu dogmatu, jeszcze lepiej określiło jego duchowe orędzie. Sam przyczynił się do głębszego wyjaśnienia różnicy między słowami: "Niepokalanie Poczęta", a imieniem, jakie Matka Boża sobie dała w Lourdes: "Ja jestem Niepokalane Poczęcie".

Stać się żywym obrazem Niepokalanej

Kiedy Bernadeta Soubirous porwana jasnym światłem niebiańskiej wizji, wyglądała cała jak przemieniona i przeobrażona w Maryję, to symbolizowała nowy typ człowieka, ukształtowanego na obraz Dziewicy Niepokalanej. Dla Ojca Maksymiliana żyć po franciszkańsku znaczyło świadczyć o Maryi i stać się żywym obrazem Niepokalanej.
Nigdy w historii duchowości tajemnice Maryi nie były tak głęboko rozważane, z takim zapałem kochane, tak wewnętrznie przeżywane, tak żarliwie głoszone jak w życiu Ojca Maksymiliana. Maryja porwała jego serce, a on oddał się Jej całkowicie, absolutnie, bez zastrzeżeń, by zostać przez Nią przemienionym w Jezusa. W czasie jednej konferencji do braci niepokalanowskich mówił: "Wiemy z doświadczenia, że dusze całkowicie i bezgranicznie poświęcone Niepokalanej lepiej poznają Jezusa i boskie tajemnice. Rzeczywiście Matka Boża nie może prowadzić gdzie indziej aniżeli do Jezusa (20.06.1937).
W akcie poświęcenia się Niepokalanej, który dziś odmawiają tysiące członków Rycerstwa Niepokalanej, mówił: "O Niepokalana, nieba i ziemi Królowo, Ucieczko grzesznych i Matko nasza naj miłości wszą, Ty, której Bóg cały porządek miłosierdzia powierzyć raczył, jak niegodny grzesznik, rzucam się do stóp Twoich kornie błagając, abyś mnie całego i zupełnie za rzecz i własność swoją przyjąć raczyła i uczyniła ze mną wraz ze wszystkimi władzami mej duszy i ciała i całym mym życiem, śmiercią i wiecznością, cokolwiek Ci się podoba".
Jakże silnych słów użył Ojciec Kolbe: "rzecz i własność". Zobowiązują one mocniej niż wyrazy użyte przez świętego Ludwika M. Grigniona de Monfort, czy błogosławionego Honorata Koźmińskiego, innych czcicieli Matki Bożej: "sługa, syn i niewolnik". Ale nawet te słowa wydają mu się niedostateczne, aby wyrazić całkowite poświęcenie samego siebie. Powiedział: "Chcę być starty na proch dla Niepokalanej".

Odnowić wszystko w Chrystusie przez Niepokalaną

Już od lat szkoły średniej wzrastało w nim pragnienie, by "odnowić wszystko w Chrystusie przez Niepokalana". Urzeczywistniał to przez zorganizowanie zbiorowego apostolstwa. Wydał miesięcznik "Rycerz Niepokalanej", a rozpoczął wydawanie w okresie gwałtownej dewaluacji i bankrutowania wielu firm przemysłowych, spółek handlowych i wydawnictw. Bez żadnego zaplecza finansowego i bez doświadczeń w pracy dziennikarskiej czy wydawniczej. A mimo to, pismo jego osiągnęło największy nakład spośród wszystkich miesięczników wydawanych w Polsce międzywojennej. Trafiło pod strzechy wieśniacze, do mieszczan i robotników i części inteligencji. Z punktu widzenia zdrowego rozsądku niezrozumiały był także wyjazd Ojca Maksymiliana na Daleki Wschód z czterema braćmi zakonnymi, bez znajomości języka, bez zapewnionego punktu oparcia, nie wiedząc nawet gdzie założy swą misję. W Japonii chciano się go pozbyć, a jednak w miesiąc po przybyciu do Nagasaki wydał pierwszy numer "Rycerza Niepokalanej" po japońsku. Zawsze zaczynał niemal od zera. Wszędzie kładziono mu kłody pod nogi. Nic i nikt nie mógł jednak przygasić ognia jego miłości do Niepokalanej i dziecięcego zaufania, że Ona, niebieska Hetmanka prowadzi go pewnie.
Nie liczył się z realnymi możliwościami, które przerastały jego możliwości i zdawały się dowodzić braku roztropności czy nawet szaleństwa. Chodził w połatanym habicie, do Warszawy jeździł w pożyczonych butach, ale dla chwały Bożej i Niepokalanej i uświęcenia jak największej ilości dusz, używał najnowocześniejszych środków. Pracował dla innych do późna w nocy i to często w nieopalonej celi zakonnej, w której stały nieheblowane meble. W miejsce kołdry przykrywał się płaszczem. Bywało, że sam nosił paczki z "Rycerzem Niepokalanej" na pocztę, a swoje pisma
dnikowat z początku na najgorszym sprzęcie drukarskim. Żyt życiem maluczkich. Był głęboko przekonany, że ukryte apostolstwo modlitwy, cierpienia i ofiary, ubóstwa i szarej, codziennej pracy więcej przynosi chwały Bogu, a ludziom pożytku niż działalność zewnętrzna, prowadzona z wielkim rozmachem i o dużym zasięgu.

Miłość do Niepokalanej przypieczętowana śmiercią męczeńską

Swa miłość do Niepokalanej pragnął przypieczętować śmiercią męczeńska "dla przyśpieszenia zdobycia całego świata dla Niej". W Wigilie Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny 14 sierpnia 1941 roku kat hitlerowski wszedł do bunkra głodowego, żeby wykończyć tych, co jeszcze żyli. Ojciec Maksymilian siedział wsparty o ścianę. Oczy miał otwarte, twarz jasną. Był czysty i wydało się, że z umęczonego ciała promieniuje światło. Nazajutrz, w samo święto, przewieziono ciało Ojca Maksymiliana do krematorium i wkrótce jego prochy wiatr rozniósł na cztery strony świata, by, jak ziarno pszeniczne rzucone w ziemie, wydały plon obfity.
Brat Iwo Achtelik z Niepokalanowa miał słuszność, gdy pisał, że "nie ta wielka i szeroka działalność Ojca Maksymiliana jest najbardziej godna podziwu, ani nawet jego śmierć bohaterska, lecz to jego głębokie życie wewnętrzne i doskonała zgodność jego woli z wola Niepokalanej".
Święty Maksymilian Kolbe, Rycerz Niepokalanej, pozostanie w dziejach Kościoła w Polsce jako jedna z najpiękniejszych jego postaci, jako człowiek, który bezgranicznie zaufał Niepokalanej.