Katecheza (5): Kryzys jednostki

b/ Kryzys jednostki

Wielość źródeł kryzysu jednostki nie pozwala na wyczerpujące omówienie wszystkich. Dla nas najistotniejsze są te, które swoją genezę mają w depresji gospodarczej lat trzydziestych.

Bezrobocie i brak perspektyw rychłej pracy powodowały u znacznej części społeczeństwa amerykańskiego stopniowe wyzbywania się oszczędności, aż do mienia osobistego włącznie34/. Na tym tle rodziły się postawy prawdziwego zdziczenia i znieczulicy. Postawieni w przymusowej sytuacji wyprzedaży mienia, by przeżyć, często padali ofiarą nieuczciwych machinacji nabywców, dyktujących ceny i warunki sprzedaży-kupna. W ten sposób nędza jednych rodziła fortuny drugich, wyzbytych jakichkolwiek skrupułów ludzkich i moralnych.

Bezradni, niepewni jutra, pozbawieni pracy ludzie tracili poczucie sensu istnienia, jakiegokolwiek wysiłku. Rzutowało to także i na sferę życia religijnego35/. Nie był to teoretyczny ateizm jako efekt intelektualnych spekulacji, lecz kompletny brak zaufania do czegokolwiek i kogokolwiek. Odejście znacznych rzesz społeczeństwa od prawdziwej wiary i praktyk religijnych dało pole do popisu rozlicznym szarlatanom. Kwitło wróżbiarstwo, przepowiadania przyszłości z gwiazd, hipnoza, znachorstwo i spirytyzm36/. Zjawiska te nie tylko osłabiały życie religijne. Odbierały wolę działania i wysiłku na rzecz poprawy zaistniałej sytuacji. Zrozpaczony, zepchnięty na dno człowiek, gotów był uwierzyć we wszystko, co ukazywało inną, niż aktualna, perspektywę.

Człowiek pozbawiony zabezpieczeń, zwłaszcza w kryzysie ekonomicznym, przypominał biblijną sytuację Izraela w drodze przez pustynię: albo zaufa Bogu i ocaleje, albo zacznie sobie tworzyć bożki na miarę własnych wyobrażeń i zginie.

Każdy kryzys może być stymulowany politycznie i wymierzony w postawę religijną człowieka, jeśli ten ugnie się pod ciężarem doświadczeń. Może być także oczyszczeniem i nawróceniem, gdyż bezlitośnie obnaża kruchość wszelkich ludzkich zabezpieczeń. Tę prawdę głęboko rozumiał O. Justyn, nawołując do powrotu do Boga, zaufania Mu i Jego opiece.

Katecheza (4): Problem kryzysu rodziny w audycjach Radiowej Godziny Różańcowej

a/ Problem kryzysu rodziny w audycjach Radiowej Godziny Różańcowej

Depresja gospodarcza, likwidacja wielu zakładów i związane z tym bezrobocie, prowadziły nie tylko do alkoholizmu. Podcinały korzenie materialnej stabilizacji rodzin. Dezintegrowały je. Częstym zjawiskiem były ucieczki dzieci z domów rodzinnych. Kwestię tę poruszył O. Justyn w jednej z audycji, odczytując 10 listów rodziców, których dzieci uciekły z domu. Podobnych listów napływały setki. Ukazywały one wstrząsający obraz tragedii rodzinnych. W dramat ten, szczególnie bolesny, wplatała się tragedia ludzi młodych, owych „marnotrawnych tułaczy” – jak nazywał ich O. Justyn – narażonych i podatnych na wszelkie zło zewnętrzne, bo pozbawionych naturalnego zakorzenienia w zdrowym środowisku rodzinnym25/.

Kryzys ekonomiczny, uderzający w spójność rodziny, zrodził nową plagę społeczną – wzrost zachorowań na choroby weneryczne. Te z kolei były owocem wzrastającej, niekontrolowanej prostytucji.

Według danych Agencji Associated Press z 1935 roku, przytoczonych przez O. Justyna, 19 milionów Amerykanów cierpiało na choroby weneryczne. Liczba chorych na kiłę przewyższała cyfrę chorych na gruźlicę.

Innym groźnym zjawiskiem, uderzającym w rodzinę, była nagminna praktyka przerywania ciąży. Według oficjalnych danych – 90% matek umierających w wyniku sztucznych poronien – było matkami 4 lub 6 dzieci. W 1936 roku 66% kobiet dokonujących przerwania ciąży pochodziło z ośrodków miejsch, a 50 % kobiet nie przekraczało 30 roku życia26/. Największy procent zgonów po aborcji obejmował kobiety w wieku od 35 do 39 lat życia.

Bezrobocie i nędza powodowały dramatyczne decyzje matek rodzin wielodzietnych zabijania kolejnych, nienarodzonych dzieci. Zjawisko to najostrzej wystąpiło w środowiskach miejskich, szczególnie dotkniętych skutkami depresji gospodarczej. Wspierała je fałszywymi argumentami i usprawiedliwieniami oficjalna propaganda strasząca widmem przeludnienia, bazując na zdezawuowanej i nieprawdziwej teorii Thomasa Roberta Malthusa27/.

Demograficzne prognozy mówiące o przeludnieniu popychały z jednej strony do przerywania ciąży, z drugiej natomiast nawoływały do stosowania antykoncepcji, z której jedyne profity czerpał przemysł farmaceutyczny. W 1937 roku działała w Ameryce 374 ośrodki propagujące antykoncepcję. Ich roczny obrót wyniósł 250 milionów dolarów, z czego właściciele zarobili na czysto 75 milionów28/.

Zjawisko aborcji i antykoncepcji można rozpatrywać dwojako: w środowiskach katolickich lub w środowiskach innych wspólnot religijnych czy bezwyznaniowych. W ten sposób uzyskalibyśmy orientacyjny obraz wpływu przekonań religijnych lub ich braku na postawy w omawianej kwestii. Zadanie to, przekraczające ramy niniejszej rozprawy, pozostawiamy socjologom rodziny i religii.

Kolejnym zagrożeniem rodziny w dobie kryzysu były rozwody. Ich genezę można przypisać wielu czynnikom, między innymi niskiemu poziomowi moralnemu rodziny, nędzy materialnej, brakowi odpowiedniego przygotowania do małżeństwa. Znaczny udział we wzroście liczby rozwodów miały, wspomniane już – aborcja, antykoncepcja i coraz częściej stosowana – sterylizacja. Według danych, przytoczonych przez O. Justyna, w latach 1888-1932 była w Stanach Zjednoczonych – 3.348.806 rozwodów. Na każdy rok przypadało średnio 76.109 rozwodów. Liczba ta zaczęła gwałtownie rosnąć. W roku 1888 było 28.668 rozwodów. W 1931 roku już 183.695. Na 100 małżeństwa rozwodziło się siedemnaście29/.

Skutki rozbitej rodziny, a co za tym idzie, zaniedbań wychowawczych, nie dały na siebie długo czekać. Jak już wspomniano, zaczęła wzrastać liczba młodocianych przestępców30/ - złodziei, napastników na tle rabunkowym i seksualnym. Słabsi psychicznie uciekali się do samobójstw, których liczba w latach trzydziestych zastraszająco rosła.

Innym zjawiskiem doby kryzysu, rozwiniętym na niespotykaną dotąd skalę, był handel, tzw. „żywym towarem”. Jego ofiarami padały młode dziewczęta opuszczające dom rodzinny z nadzieją na karierę aktorską lub w tzw. wielkim świecie. Dziewczęta z fabryk i restauracji, młode mężatki znużone monotonią życia małżeńskiego, dziewczęta pozbawione opieki rodzicielskiej olśnione perspektywą zmiany sytuacji materialnej, perspektywą innego, ciekawszego życia, padały ofiarą płatnych poszukiwaczy „żywego towaru”. Ze wszystkich grup etnicznych, najczęściej ofiarami tego handlu padały młode Chinki. Sprzedawano je do Anglii, Argentyny, Brazylii, Meksyku, Grecji, Portugalii i Egiptu. Zjawisko to najostrzej ukazuje stopień społecznej demoralizacji. Nie tylko bezpośrednich handlarzy, ale całego społeczeństwa, które milcząco akceptowało taki stan.

Znaczna część kobiet uległa krzykliwej propagandzie, tzw. „wolnej miłości”31/. Miłości opartej na swobodzie wzajemnych kontaktów poza jakąkolwiek kontrolą Kościoła czy państwa. Bez zobowiązań i przyrzeczeń. Zerwanie związku mogło nastąpić w każdej chwili. Wystarczało, że jedna lub obie strony doszły do wniosku, że dalsze współżycie nie ma sensu, gdyż jest niewygodne i uciążliwe.

Rozkład rodziny, upadek społecznej moralności, relatywizowanie podstawowych wartości, szczególnie ciężko dotknęły młodzież. Przeciętny więzień w Ameryce, w 1937 roku, liczył 23 lata. W 1936 roku, na 584 więźniów-katolików w Attica, N.Y. – 233 uczęszczało wcześniej do szkół katolickich dwa i więcej lat; 312 – do szkół rządowych, 39 nie uczyło się w ogóle, 21 – nie było u pierwszej spowiedzi i komunii św., 117 miało tylko śluby cywilne, 207 w ogólne nie chodziło do kościoła przed uwięzieniem, 108 było nałogowymi alkoholikami, a 8 chorych wenerycznie. Prawie wszyscy więźniowie pochodzili z rodzin rozbitych. Rodziców określali jako: egoistów, religijnie obojętnych, nie troszczących się o swoje dzieci. Wszyscy byli pod ogromnym wpływem i urokiem kina. filmy natomiast pozostawały pod wpływem literatury Freuda, Adlera i Schopenhauera. Wychowanie tych więźniów w dzieciństwie pozbawione było pierwiastków religijnych i moralnych32/.

W grudniu 1936 roku, w znanym więzieniu Sing-Sing koło Nowego Jorku, przebywało 23 skazanych na karę śmierci, w tym 9 chłopców poniżej 21 roku życia33/.

Kryzys rodziny i jej rozpad, zaniedbanie moralne młodzieży, wzrost przestępczości, to tylko niektóre z aspektów moralnego upadku społeczeństwa amerykańskiego dotkniętego depresją gospodarczą. Generalnie można mówić o kryzysie jednostki w ogóle. Zagadnieniu temu O. Justyn poświęcał wiele uwagi w swoich programach Radiowej Godziny Różańcowej.

Katecheza (3): Kryzys ekonomiczny

Część Pierwsza

PROBLEMATYKA SPOŁECZNA I HISTORYCZNA

Rozdział I

UWARUNKOWANIA SPOŁECZNO-RELIGIJNE

1. Kryzys ekonomiczny

Problematyka historyczna, związana z powstaniem Radiowej Godziny Różańcowej, została przedstawiona w dwóch książkach9/ wydanych z okazji pięćdziesięciolecia jej istnienia oraz dwudziestopięciolecia pracy radiowej jej obecnego dyrektora – Ojca Korneliana Dende10/. Niniejszą pracę poprzedza ponadto krótka nota historyczna, ujmująca zasadnicze fakty z dziejów Radiowej Godziny Różańcowej i życia jej twórcy O. Justyna Figasa oraz O. Korneliana Dende.

Dla właściwego przedstawienia genezy oraz znaczenia instytucji duszpasterstwa radiowego (w tym przypadku – Radiowej Godziny Różańcowej) niezbędne wydaje się naszkicowanie tła społeczno-ekonomicznego. Tłem tym jest kryzys przełomu lat dwudziestych i trzydziestych naszego stulecia, nazywany w Stanach Zjednoczonych i Europie Zachodniej depresją gospodarczą. Słowo – „depresja” – ma w tym przypadku najgłębsze uzasadnienie. Obejmuje ono bowiem nie tylko sferę gospodarczą, ale także społeczną i moralną. Dotyczy społeczeństwa jako całości, przede wszystkim jednak jednostki i rodziny.

W wyniku kryzysu ekonomicznego doszło do likwidacji wielu dużych i małych przedsiębiorstwa. Prostym tego wynikiem było masowe bezrobocie. Odpowiedzią na nie – strajki. Sytuacji tej, w stopniu masowym, zaczęła towarzyszyć plaga alkoholizmu, będąca efektem wprowadzonej prohibicji. W takich warunkach kryzys rodziny i jednostki ujawnił się z całą ostrością.

Najskrajniejsze formy depresji ekonomicznej w USA wystąpiły w wielkich aglomeracjach miejskich posiadających rozwinięty przemysł. Do takich miast należało Buffalo ze swoim przemysłem chemicznym i bardzo liczną kolonią polskich emigrantów. Wszystkie grupy etniczne emigrantów, także polskich, czuły się szczególnie zagubione i bezradne. Stan ten pogłębiała dodatkowo nieznajomość języka angielskiego.

W tym trudnym momencie pojawił się w Buffalo O. Justyn Figas, franciszkanin. Z miejsca zorientował się, że opieką duszpasterską należy objąć nie tylko polskich emigrantów w Buffalo, ale wszystkich Polaków w Stanach Zjednoczonych. Było to możliwe tylko za pomocą, najnowocześniejszego wówczas środka masowego przekazu, jakim było radio. Początkowo własnej radiostacji nie mógł uruchomić ze względu na panujący kryzys ekonomiczny. Korzystał więc z radiostacji już istniejących. W efekcie stworzył w 1931 roku własną sieć radiową, obejmującą najpierw miasta: Buffalo, Nowy Jork, Detroit, Chicago, Filadelfię, a więc największe skupiska emigrantów polskich. Aktualnie, jak już wspominano, sieć ta obejmuje 42 radiostacje na terenie Stanów Zjednoczonych i Kanady.

Szybkość komunikacji radiowej sprawiła, że O. Justyn stał się uczestnikiem wszystkich aktualnych problemów polskiej grupy etnicznej. Była ona cząstką Kościoła Powszechnego i zarazem cząstką Polski, mimo iż żyła na obczyźnie. Te współzależności nadawały i nadal nadają kierunek Radiowej Godzinie Różańcowej.

O. Justyn stał się więc od razu, na samym początku swej działalności duszpasterskiej, katechetą i opiekunem robotników, którzy dla obrony swych praw uciekali się do strajku. Nie zawsze rozumieli oni jednak, że strajk bywał instrumentem manipulacji w rękach ludzi, którzy jedyny sposób rozwiązania robotniczych problemów widzieli w tzw. walce klas i dyktaturze proletariatu.

O. Justyn nie był zwolennikiem kapitalizmu w postaci, z jaką stykał się na co dzień w Stanach Zjednoczonych. Mimo to jednak, dyktaturę proletariatu nazywał konsekwentnie „stalowym walcem”, który zgniecie, zmiażdży i uśmierci wolność robotników11/.

Rozwiązania robotniczych problemów upatrywał O. Justyn w dialogu robotników z pracodawcami12/. Mówił wówczas: „Robotnicy i robotnice, rozważcie sobie te moja słowa. Macie nie tylko prawo, ale i obowiązek rozwiązywać wasze trudności, nieporozumienia i spory przy wspólnym stole. Usiądźcie obok waszych pracodawców. Pomiędzy siebie postawcie wizerunek Chrystusa Ukrzyżowanego. Nie łamcie prawa, by się nie pomściło na was i na waszych dzieciach. Dojdźcie do korzystnego porozumienia. Wtedy będziecie mogli pracować w spokoju, zadowoleniu i szczęściu”13/.

W postawie O. Justyna uderza duch pojednania, a jednocześnie jasne widzenie praw robotników zgodne z ówczesną społeczną nauką Kościoła14/. W pracy duszpasterskiej z robotnikami ciągle uświadamiał im niebezpieczeństwo wykorzystania ich do celów politycznych. Nazywał to wprost – „inną formą zniewolenia”. Mając świadomość rozlicznych zagrożeń, konsekwentnie postulował dialog jako skuteczny środek rozwiązywania konfliktów świata pracy.

W swoim nauczaniu społecznym O. Justyn dopuszczał możliwość strajku, ale tylko wtedy, kiedy zostały wyczerpane wszystkie środki porozumienia. Ostrzegał przed organizatorami strajków działającymi często w jawnej lub ukrytej zmowie z pracodawcami. Pytany przez robotników o prawo do strajku, odpowiadał twierdząco, ale tylko wówczas, kiedy pracodawcy odmawiają spokojnego i rzeczowego dialogu. Z kolei postulaty robotników winny być słuszne i sprawiedliwe, a nie wątpliwe i wygórowane. Ponadto musi istnieć pewność, że cel strajku, a więc określone prawa robotników, zostaną spełnione, skoro zawiodły próby dialogu. Podczas strajku O. Justyn dopuszczał spokojne pikietowanie, by inni go nie łamali. Zdecydowanie jednak opowiadał się przeciwko jakimkolwiek formom gwałtu, tak przeciw osobom, jak też mieniu15/.

Robotnicy polskiej grupy etnicznej mieli w osobie O. Justyna wielkiego, mądrego i rozważnego protektora. Bronił ich praw wobec pracodawców. Osłaniał i chronił przed wpływami lewicowymi, które w ówczesnej sytuacji znajdowały podatny grunt.

Pełne i sensowne rozwiązanie problemów świata pracy widział O. Justyn w oparciu o zasadę sprawiedliwości społecznej. Uważał, że nędza i cierpienie tak długo będą istnieć na świecie, jak długo garstka bogatych i uprzywilejowanych, a zarazem bezlitosnych osób, nie zostanie zmuszona do zmiany swoich poglądów na problemy świata robotniczego. Z największym oburzeniem donosił O. Justyn swoim słuchaczom o tym, co ujawnił w 1933 roku Międzynarodowy Komitet Pomocy Potrzebującym. Z głodu zmarło 2.400.000 ludzi. Jeden milion dwieście tysięcy osób popełniło samobójstwo z rozpaczy w obawie przed nędzą i głodem. W tym samym roku jednocześnie, by utrzymać ceny na odpowiednim poziomie, zniszczono 567.000 wagonów zboża, 267.000 worków kawy, 2.560 ton cukru, 114.000 wagonów ryżu, spalono 500.000 kg mięsa i 145.000 kg ryb16/.

W samych tylko Stanach Zjednoczonych, w 1934 roku, było 16.271 osób posiadających na swoich kontach bankowych 1 mln dolarów. Pół miliona miało 28.471 osób, 56.000 osób dysponowało 250.000 tys. Dolarów. Dysponentami kont od 100 tys. do 250 tys. dolarów było 144.379 osób, natomiast około 539.635 posiadało na swoim koncie poniżej 50.000 dolarów17/. Pięć lat wcześniej, w 1929 roku, ogólny dochód 36 tysięcy najzamożniejszych rodzin w USA równał się dochodowi 11 milionów rodzin ubogich. O. Justyn nie wierzył, co wiele razy podkreślał, w równy, bo utopijny w istocie, podział dóbr. Nie mógł jednak pogodzić się z tym, że 36 tys. ludzi jest 300 razy zamożniejszych, „inteligentniejszych, pracowitszych i bardziej zasłużonych”, niż pozostałe 11 milionów18/.

W tym miejscu przypominają się liczne wypowiedzi papieża Jana Pawła II, kierowane do ludzi podczas jego podróży apostolskich. Na szczególną uwagę zasługuje zwłaszcza końcowa homilia wygłoszona w Ottawie 20 września 1984 roku. Papież mówił wtedy: „Wierzymy (…), że źródła konfliktów znajdują się wszędzie tam, gdzie szerzy się niesprawiedliwość, gdzie godność wielu ludzi jest deptana. Aby budować pokój, musimy unaocznić sprawiedliwość. Jakież sumienie mogłoby spokojnie pogodzić się z tym, że istnieją wciąż straszliwe różnice pomiędzy wąskimi kręgami ludzi nadmiernie bogatych z jednej strony, a liczebną większością społeczeństw z drugiej strony, które stanowią biedacy czy wręcz nędzarze”19/.

Zasada społecznej nauki Kościoła – pokój jest owocem sprawiedliwości – ciągle towarzyszyła nauczaniu O. Justyna. Głosił ją, co nie jest bez znaczenia, w systemie kapitalistycznym. Nie zyskiwał przez to uznania wielkiego kapitału, ale też i nie popychał robotniczego świata, swoim nauczaniem, na barykady. Ten typ nauczania był konkretnym wkładem w życie społeczeństwa amerykańskiego, którego część stanowiła polska grupa etniczna. Był to również wkład w życie Kościoła, ciągle obecnego pośród potrzebujących i cierpiących skutki niesprawiedliwości społecznej.

Groźnym zjawiskiem, towarzyszącym depresji gospodarczej w USA, był alkoholizm. Drastyczne przedsięwzięcia rządu, aż do prohibicji włącznie, nie zlikwidowały problemu. Alkohol produkowano systemem domowy, nazywając go „munszjnówką” 20/. Pili prawie wszyscy: mężczyźni, kobiety, starcy, a nawet dzieci. Prohibicja, zamiast powstrzymać falę alkoholizmu, jeszcze ją wzmogła. Nałóg ten dotknął również polską grupę etniczną.

O. Justyn, w swoich audycjach radiowych, natychmiast włączył się w walę z alkoholizmem wśród Polaków. Wyjaśniał bezsens prohibicji i jej zgubne skutki, jeśli nie towarzyszy jej świadoma wstrzemięźliwość21/. Apelował do sumień słuchaczy. Wskazywał na upadek człowieka uzależnionego od alkoholu. Pokazywał przykłady zagrożenia dla rodziny, narodu, życia i zdrowia nienarodzonych. Mówił o wypadkach w pracy i na drogach22/.

Niezależnie od działań rządu, wysiłku lekarzy i organizacji społecznych, O. Justyn rozwinął akcję duszpasterską, w której zalecał środki nadprzyrodzone: modlitwę, spowiedź, zawierzenie Bogu. Nawet w sytuacjach, gdy już wszystko zawodziło, gdy pozornie znalazł się człowiek w matki bez wyjścia, alkohol nie może być jedynym ratunkiem i ucieczką. Nawołując do odrodzenia religijnego, do ufnego powierzenia swoich spraw i sytuacji Bogu, O. Justyn ratował w wielu przypadkach ludzi od desperackich kroków, od samobójstw, będących wówczas częstym zjawiskiem23/. W sytuacjach skrajnych wskazywał nie tylko na możliwość, ale wręcz konieczność leczenia alkoholizmu. Pomagał w umieszczaniu nałogowych alkoholików w lecznicach, gdzie odzyskiwali zdrowie i równowagę psychiczną. Często, podobnie jak bł. brat Albert, zbierał swoich bezdomnych alkoholików z ulicy. Otaczał opieką. A „zgorszonym pobożnisiom” odpowiadał, że nie miałby prawa do miana „ojca”, gdyby troszczył się tylko o dobrych i układnych24/.

Katecheza (2) - Radiowa Godzina Różańcowa Ojca Justyna (nota historyczna)

RADIOWA GODZINA RÓŻAŃCOWA OJCA JUSTYNA
(nota historyczna)

Zacznijmy od nazwy audycji, by rzecz wyjaśnić na samym początku. W Radiowej Godzinie Różańcowej nie odmawia się Różańca! Skąd zatem w jej nazwie „Różaniec”? Jej twórca, O. Justyn Figas – franciszkanin (OFMConv.), sięgnął do tradycji Różańca w inny sposób, symboliczny. Rozrzucone na ogromnym terytorium, początkowo Wielkich Jezior, a następnie całych Stanów Zjednoczonych i Kanady – od Pacyfiku po Atlantyk i od Meksyku po Alaskę, skupiska emigrantów polskich opasał O. Justyn siecią radiową jak Różańcem, którego paciorki stanowią poszczególne skupiska. Ten żywy, symboliczny Różaniec skupiał o określonej godzinie przy głośnikach radiowych najodleglejsze zbiorowiska Rodaków. Treścią audycji nie było i nie jest odmawianie Różańca, ale teologiczna formacja słuchaczy, złożone zagadnienia społeczne, zagadnienia etyczne i moralne, spawy polskie. Cały wysiłek O. Justyna i jego następców zmierza w kierunku uformowania mocnej, dojrzałej wiary u słuchaczy. Dlatego w tym sensie można mówić o katechezie radiowej Ojca Justyna. Do dziś zresztą audycje Radiowej Godziny Różańcowej zachowały podobny charakter. Sięgając w nazwie swej audycji po symbol Różańca, Ojciec Justyn odwoływał się zarazem do tradycji tej modlitwy w rodzinach Starego Kraju. Sam Różaniec, w swych piętnastu tajemnicach, zawiera wszystkie najważniejsze wydarzenia z dziejów Odkupienia. Stąd katecheza radiowa Godziny Różańcowej jest obszernym rozwinięciem każdej z tajemnic Różańca, chociaż nie dzieje się to przez jego odmawianie.

Twórca Radiowej Godziny Różańcowej, Ojciec Justyn Figas (na Chrzcie św. otrzymał imię Michał) urodził się 24 czerwca 1886 roku w McClure (obecnie Everson) w stanie Pensylwania. Był drugim, spośród jedenaściorga dzieci Jakuba i Marianny ze Szczepańskich. W wieku 4 lat został dotknięty paraliżem dziecięcym. Po kilku latach trwania choroby, bezradny ojciec, w akcie wiary, ofiarował dziecko Matce Bożej Częstochowskiej, ślubując, że jeśli będzie taka wola Boża uczyni wszystko, by syn został kapłanem. W wieku 7 lat Michał odzyskuje zdrowie. To niezwykłe zdarzenie wywarło wielki wpływ na życie przyszłego franciszkanina. Przez całe życie miał niezwykły kult dla Matki Bożej Częstochowskiej, a Jej obraz ciągle znajdował się w jego celi. Podczas wielu podróży do Polski nigdy nie ominął Jasnej Góry i Mszy św. przed cudownym obrazem.

W wieku 10 lat umiera mu matka. W rok później idzie do pracy w kopalni, gdzie od wielu lat pracował jego ojciec, uczęszczając jednocześnie do szkoły parafialnej oddalonej od miejsca zamieszkania o 5 kilometrów. Był uczniem nieprzeciętnie zdolnym, jednocześnie bardzo pilnym. Rozczytywał się w dziełach pisarzy amerykańskich i polskich. Jak potwierdza to jego następca w Radiowej Godzinie Różańcowej – Ojciec Kornelian Dende, w uczniowskiej biblioteczce O. Justyna znajdowały się przede wszystkich działa Adama Mickiewicza i Henryka Sienkiewicza, później doszły utwory Bolesława Prusa i Władysława Reymonta. Poprzez polską literaturę poznawał dzieje Starego Kraju. Chociaż urodzony w Ameryce, był na wskroś przesiąknięty miłością do Polski. Zawsze identyfikował się z tym, co było piękne i wzniosłe w dziejach Kraju Przodków.

W czternastym roku życia Michał Figas wstąpił do Gimnazjum św. Franciszka w Tresnton, N.Y., z zamiarem zostania kapłanem. Pobyt w gimnazjum trwał 4 lata. Podczas wakacji, przyszły O. Justyn, pracował z ojcem w kopalni, by zarobić na opłacenie szkoły, kupno odzieży i pomoc licznemu rodzeństwu.

Po ukończeniu gimnazjum w 1903 roku, Michał zostaje przyjęty do nowicjatu Ojców Franciszkanów, przybierając imię Justyn2/.

W rok po nowicjacie rozpoczął studia filozoficzne (1904-1907) w Trenton, N.Y. Następnie został wysłany na studia teologiczne do Rzymu. Zakończył je w 1911 roku doktoratem z teologii w Collegium Seraphicum Internationale. Przed ukończeniem studiów, 17 lipca 1910 roku, otrzymał święcenia kapłańskie z rąk kardynała Rafała Merry Del Val, ówczesnego protektora zakonu franciszkańskiego przy Stolicy Apostolskiej. Do Stanów Zjednoczonych powrócił w 1911 roku. Do roku 1914 pracował jako wikariusz w bazylice św. Józefa w Milwaukee, Wisconsin. W 1914 roku przybył do Buffalo, gdzie objął funkcję sekretarza polskiej prowincji Franciszkanów, u bogu ówczesnego prowincjała i zarazem twórcy tej prowincji, Ojca Jacka Fudzińskiego, a potem u boku Ojca Eustachego Bartoszewicza.

Po rezygnacji prowincjała E. Bartoszewicza, kapituła prowincjalna wybrała nowym przełożonym Ojca Justyna Figas, który funkcję tę pełnił nieprzerwanie od 1923 do 1939 roku. Aż sześciokrotnie Stolica Apostolska wyrażał zgodę na pełnienie tej funkcji przez Ojca Justyna.

Podczas pełnienia funkcji prowincjała, O. Justyn, obok wielu innych dokonań, powołał do istnienia dzieło swego życia – Radiową Godzinę Różańcową. W 1926 roku, w Buffalo zaczął przemawiać w miejscowej radiostacji, nadającej polski program. Program ten finansowali właściciele dużego sklepu meblowego z urządzeniami elektrycznymi, braci – Edmund i Leon Kolipińscy. Radiostacja nosiła wówczas nazwę WBEN.

W 1929 roku, na skutek ciężkiej depresji gospodarczej w Stanach Zjednoczonych, przestały działać niektóre radiostacje, a wiele programów zniknęło z fal eteru, m. in. Program braci Kolipińskich.

Słuchacze pamiętali jednak wcześniejsze wystąpienia O. Justyna, śląc listy z prośbą o wznowienie jego audycji. Nastąpiło to w 1930 roku, na mocy umowy podpisanej z H. Howell’em, właścicielem miejscowej radiostacji3/. Po roku O. Justyn zorganizował własną, niezależną sieć radiową, najrozleglejszą w świecie radiową sieć w języku polskim do dnia dzisiejszego. Początkowo obejmowała ona Buffalo, N.Y., Chicago, Ill., Pittsburgh, PA, Detroit, Mich., i inne większe skupiska polonijne. Obecnie liczy 42 radiostacje w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie.

Od 1931 roku, nieprzerwanie przez 28 lat, do chwili swej śmierci (23 X 1959) kierował O. Justyn Radiową Godziną Różańcową, nadając 750 programów do 5 milionów słuchaczy polskich w USA i Kanadzie. Na zakończenie tej krótkiej noty oddajmy głos samemu O. Justynowi, który tak mówił do swoich słuchaczy: „Jestem zwyczajnym księdzem, ubogim franciszkaninem, człowiekiem często niezrozumiałym. Ludzie oczekują ode mnie doskonałości, ale jeśli zaczniesz szukać błędów… O! Ile ich znajdziesz. Gdy nie przygotuję się do pogadanki i przemawiam chaotycznie, słuchacze uważają, że mówię zbyt głęboko. Gdy zaś wszystko wypracuję i opanuję tekst pamięciowo – mówią, że jestem sztuczny. Gdy dokucza mi wątroba, gdy przepracowany jest mój umysł i czuję się zmęczony psychicznie, ludzie mówią, że wyglądam pobożnie i kreują mnie na świętego. Kiedy zaś czuję się wypoczęty i wspaniale, pozwalając sobie na humor i żarty, mówią, że jestem frywolny. Uważają, żę powinienem kochać każdego. Jeśli czynię w tym kierunku niemały wysiłek, określają mnie hipokrytą. Jeśli daję odczuć, że na czymś bardzo mi zależy – wtedy okazuję się snobem. Chciałbym więc wszystkim, całemu światu powiedzieć, że moja koloratka nie zmienia we mnie ludzkiej natury. Jestem takim, jak inni ludzie. Tak jak oni, lubię się bawić, choć na własny sposób. Chcę im powiedzieć, że dawniej nie znosiłem przecieru jabłkowego. O mdłości przyprawiały mnie wszelkie mydła toaletowe. Chce im powiedzieć, że uodporniłem się na wszelkiego rodzaju ciosy i krytyki, że wdzięczny jestem za szczerą i obiektywną aprobatę, nie oczekując od nikogo czołobitności. W pracę swą wkładam to wszystko, co we mnie jest najlepsze i ufam, że Bóg mi za to wynagrodzi. Nie szukam zanych przywilejów, a każdym gestem chcę potwierdzić, iż jestem prawdziwym człowiekiem i usiłuję być prawdziwym kapłanem4/.

Ojciec Kornelian Dende

Po śmierci O. Justyna kierownictwo Radiowej Godziny Różańcowej objął O. Kornelian Dende, również franciszkanin, prowadzący tę audycję do chwili obecnej.

Ojciec Kornelian Dende, OFMConv., urodził się 8 sierpnia 1915 roku w Scranton, Pa. Na Chrzcie świętym otrzymał imię Edmund. Jest najstarszy spośród siedmiorga rodzeństwa. Jego rodzice – Jan i Maria Dende byli emigrantami z Polski. Ojciec, z wykształcenia i wykonywanego zawodu inżynier, od samego początku przybycia do Stanów Zjednoczonych „wsiąkł” od razu w życie Polonii amerykańskiej. Matka natomiast prowadziła sklep z pieczywem.

Niezwykle ruchliwa, czynna społecznie i przedsiębiorcza postać Jana Dende, ojca Edmunda, wywarła ogromny wpływ nie tylko na przyszłego Ojca Korneliana, ale i na całe jego rodzeństwo. Dlatego warto kilka spraw z jego życia przypomnieć.

Po przybyciu do Stanów Zjednoczonych, Jan Dende wraz z małżonką osiedlił się w Scranton. Tu natychmiast założył pismo o charakterze społeczno-polityczno-kulturalnym – „Republika Górnik”5/. Jednocześnie przez wiele lat pełnił funkcję prezesa Sokołów Polskich w Ameryce. Był przez kilka kadencji prezesem gminy 37 Związku Narodowego Polskiego. Był założycielem i pierwszym prezesem Polsko-Amerykańskiej Federacji Politycznej w powiecie Lackawanna. Przez wiele lat pełnił funkcję honorowego prezesa Stowarzyszenia Weteranów Armii Polskiej w okręgu Lackawanna, był też delegatem w pierwszym Kongresie Polonii Amerykańskiej. Był ponadto dyrektorem sierocińca św. Stanisława w Nanticoke.

Za zasługi dla Polonii Amerykańskiej, a tym samym dla Kraju, rząd RP odznaczył Jana Dende Krzyżem Walecznych i Krzyżem Zasługi. Natomiast za wcześniejszą działalność, w akcji naboru Rodaków do Armii gen. Józefa Hallera, otrzymał Miecz Hallerowski.

W redagowanym przez siebie piśmie – „Republika Górnik” – Jan Dende kładł szczegółowy nacisk na umacnianie związków Polonii z krajem, przede wszystkim poprzez ścisły związek z Kościołem i religią przodków.

W cieniu takiego ojca i w takiej atmosferze domowej wzrastał mały Edmund i reszta jego rodzeństwa. W domu mówiło się po polsku. Czytało najwybitniejsze dzieła literatury narodowej. Czas wypełniała nauka, a chwile wolne praca w drukarni ojca. Edmund wykazywał ponadto uzdolnienia muzyczne, więc uczył się gry na skrzypcach, a następnie na instrumentach dętych. Uczył się także rysunku. Aktywnie uczestniczył w zajęciach polonijnego harcerstwa.

Zamiłowanie do solidnej pracy i wysiłku, muzyki i sztuki – wyniósł Edmund Dende z domu rodzinnego.

Po ukończeniu szkoły podstawowej i średniej, w 1931 roku, Edmund Dende wstąpił do nowicjatu Zakonu OO. Franciszkanów. Po odbytym nowicjacie został skierowany na studia filozoficzne do Montrealu w Kanadzie. Pierwszy rok studiów ukończył z wyróżnieniem, otrzymując w nagrodę 10-tomową Biblię w edycji Filona. Jego profesor filozofii – Clement Locas – krótko i dobitnie scharakteryzował ówczesnego brata Korneliana: „Pierwszy spośród moich studentów – w pierwszym roku mego nauczania”6/.

Wybitne zdolności brata Korneliana, jak i niezwykła pracowitość sprawiły, że ówczesny prowincjał OO. Franciszkanów – O. Justyn Figas – skierował go na dalsze studia teologiczne do Polski w Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie. Znakomicie rozpoczęte (w 1937 roku) studia przerywa wybuch II wojny światowej7/.

Pierwszego września 1939 roku brat Kornelian przebywał w Warszawie, załatwiając formalności paszportowe w ambasadzie Stanów Zjednoczonych. Trzeciego września, o godz. 2 nad ranem, wyjechał ostatnim pociągiem z Warszawy do Lwowa. Po trzydniowej podróży, trasą przez Lublin, Lubartów, Rejowie i Bełżec, często przerywanej atakami na pociąg lotnictwa niemieckiego, dotarł do Lwowa. Tu uzyskawszy zezwolenie na opuszczenie miasta i po zabraniu indeksu studenckiego z Uniwersytetu Jana Kazimierza, wraz z innymi studentami amerykańskimi, ostatnim pociągiem z Polski przez Budapeszt, udał się do Rzymu. Do Wiecznego Miasta przybył 10 września 1939 roku o godz. 11.

W Rzymie, brat Kornelian kontynuuje przerwane studia teologiczne na Uniwersytecie Gregoriańskim poszerzając jednocześnie wiedzę z zakresu historii, sztuki i architektury, czemu sprzyjał popbyt w tym niezwykłym mieście.

Przebywając na studiach w Rzymie, brat Kornelian śledził nieustannie i wnikliwie wydarzenia w Polsce, zapisując je w swoim notatniku pod hasłem – „Polska walcząca”.

Kiedy wracał pamięcią do przeżyć związanych z podróżą ze Lwowa do Rzymu, podczas nalotów, o głodzie i pragnieniu, często przypominał sobie słowa matki, głęboko wierzącej i ufającej Bogu, że „nawet największy krzyż jest Bożym błogosławieństwem”.

Po powrocie do Stanów Zjednoczonych O. Kornelian był bliskim współpracownikiem O. Justyna przez wiele lat, a po jego śmierci, w 1959 roku, został dyrektorem audycji Godziny Różańcowej, kierując nią do chwili obecnej.
Obszerniejsze informacje o Radiowej Godzinie Różańcowej i życiorysy jej dyrektorów znajdują się w mojej książce – „Emigracyjni katecheci Radiowej Godziny Różańcowej”, wydanej w USA w 1984 roku8/.

Ks. T. Zasępa: Katecheza emigracyjna (1) - Wstęp

Wstęp

Działalność katechetyczna Radiowej Godziny Różańcowej Ojca Justyna rodzi dwa podstawowe pytania: czy w swym programie katechetycznym obejmuje całokształt nauczania prawd wiary i czy jest skutecznym sposobem przepowiadania Dobrej Nowiny?

Dziś, po 55 latach istnienia Radiowej Godziny Różańcowej, odpowiedź na pierwsze pytanie jest jednoznaczna. Archiwa audycji mówią same za siebie. Należy pamiętać, że u początków audycji nie istniał gotowy, dalekosiężny plan działalności katechetycznej. Audycję zrodziła potrzeba chwili. Ciężki światowy kryzys ekonomiczny z przełomu lat dwudziestych i trzydziestych naszego wieku szczególnie miażdżącym ciężarem spadł na społeczeństwo amerykańskie. Nie ominął, bo nie mógł ominąć, polskiej mniejszości etnicznej w USA. Emigranci z wielu krajów, którzy w Stanach Zjednoczonych szukali poprawy swych warunków materialnych, szczególnie dotkliwie, wręcz tragicznie doświadczali skutków kryzysu. Ojciec Justyn, potomek poznańskich emigrantów w pierwszym pokoleniu, widział doświadczenia kryzysu niezwykle ostro. Spiesząc z duchową i materialną pomocą Rodakom, sięgnął po najnowocześniejszy wówczas środek społecznego przekazu – radio. Sytuacja, w jakiej rozpoczął radiową działalność, nie dawała możliwości do szczegółowych przemyśleń dalekosiężnych programów. Trzeba było ratować podstawowe, fundamentalne zasady wiary chrześcijańskiej, międzyludzką solidarność, wartości wyniesione z Kraju Ojców. Cele doraźne, dyktowane potrzebami chwili, legły zatem u podstaw programu i działalności pierwszych lat Radiowej Godziny Różańcowej. Dopiero lata następne, po przezwyciężeniu kryzysu, sprzyjały kształtowaniu się programu, układającemu się dziś, z perspektywy półwiecza, w jednolity, konsekwentny system radiowej katechezy. Zatem odpowiedź na pytanie pierwsze jest twierdząca. Radiowa Godzina Różańcowa obejmuje swymi audycjami całokształt przekazu zasad wiary, zgodnie z obowiązującym Magisterium Kościoła Powszechnego, a w sposób szczególny lokalnego Kościoła polskiego, w którym tkwią religijne i kulturowe korzenie polskiej emigracji w USA.

Na pytanie drugie autor niniejszej rozprawy nie jest w stanie odpowiedzieć krytycznie i w sposób dostatecznie umotywowany. Niezbędne byłyby do tego badania socjologiczne i statystyczne na temat skuteczności przepowiadania Radiowej Godziny Różańcowej. Podczas wielu miesięcy spędzonych w archiwum audycji, autor miał możliwość wglądu nie tylko w zapisy poszczególnych programów, ale i listy słuchaczy, których nadchodzi rocznie do redakcji około 100 tysięcy. Listy o szczególnej treści i wartości zbierane są w oddzielnych tomach. Każdy z tomów zawiera około tysiąca listów. Listy te, chodzi o ów tysiąc, można by traktować jako spontaniczny reprezentatywny sondaż socjologiczny, upoważniający pośrednio do odpowiedzi twierdzącej również na drugie pytanie.

Bardzo ważnym testem wierności słuchaczy Radiowej Godziny Różańcowej decyzjom decyzjom Magisterium Kościoła była encyklika papieża Pawła VI – „Humanae vitae”. Encyklika ta do białości rozpaliła namiętności społeczeństwa amerykańskiego. Byli nią zaskoczeni nie tylko katolicy w USA. Uderzała ona niezwykle mocno w „wolne i demokratyczne” społeczeństwo amerykańskie. Nawet najodważniejsi nie przypuszczali, że Kościołowi katolickiemu starczy na tyle odwagi, by powiedzieć – „nie” – praktykom, zakorzenionym w świadomości ludzkiej, jako „prawie już normalnym i dozwolonym”, bo nagminnie przez wielu stosowanym. Słuchacze Radiowej Godziny Różańcowej, co wynika z wielu ich listów, wykazali w tym „niepopularnym” stanowisku Kościoła zrozumienie i aprobatę. Zdecydowanie opowiedzenie się Kościoła przeciwko antykoncepcji, aborcji i eutanazji przyjęli jako właściwe stanowisko, wzywające do naturalnych sposobów regulacji poczęć i kwestii śmierci człowieka. Odpowiedź zatem na drugie pytanie jest ponownie twierdząca, chociaż tylko pośrednio i w oparciu o listy słuchaczy Radiowej Godziny Różańcowej.

Zasoby archiwalne audycji są w stanie doprowadzić „do rozpaczy” każdego badacza. Nie z powodu nieporządku. O takim nie ma mowy. Archiwum jest wzorowo utrzymane i skatalogowane. Łatwość poruszania się w jego zasobach jest zdumiewająca. „Rozpacz” powoduje to, że co krok postawa badacza-teologa, „wiedziona jest na pokuszenie” przebogatą i niezwykle interesująca problematyką z zakresu najnowszej historii Polski, historii Kościoła amerykańskiego i jego cząstki – Kościoła polskiej mniejszości etnicznej, problematyką z zakresu dziejów kultury i cywilizacji, etnologii i socjologii, wreszcie historii literatury polskiej w jej funkcji społecznej i patriotycznej. Dlatego też wybór tematu rozprawy uwarunkowany jest, z jednej strony, wcześniejszymi zainteresowaniami autora problemem katechezy, z drugiej zdumiewającym „odkryciem” czystości przekazu zasad wiary w wydaniu audycji Radiowej Godziny Różańcowej. Przekaz wolny od „mód” – również teologicznych, pseudo postępowości, nie schlebiający gustom i postawom słuchaczy, skłonnym ze swej natury do liberalizujących interpretacji nakazów Chrystusa. Przekaż, nie pomijający aktualnych zjawisk, nawet najtrudniejszych, by rzucać na nie światło Bożego Słowa. Przekaż konsekwentny w swej wierności Magisterium Kościoła, nie relatywizujący niczego, zwłaszcza w sferze zasad etyczno-moralnych.

Nauczanie Radiowej Godziny Różańcowej nie uprawia teologicznego „nowinkarstwa”. Jest tradycyjne w najlepszym znaczeniu tego słowa. Nie raz też padał zarzut konserwatyzmu pod adresem audycji. Postawę „zachowawczą” należy tu rozumieć w sensie zachowania czystej nauki Chrystusa przed ludzką interpretacją i doraźnymi modami. Ten sam zarzut spotkał nauczanie Jana Pawła II. „Oskarżenie” o konserwatyzm w takim kontekście nie może przynosić ujmy, jedynie zaszczyt. Do spraw tych przyjdzie jeszcze wrócić w następnych partiach pracy.

Struktura pracy ma charakter dwuczęściowy: część pierwsza obejmuje zagadnienia społeczne i historyczne. Stanowi więc – sui generis – szerokie tło powstania i działalności Radiowej Godziny Różańcowej. Część druga zajmuje się już ściśle teologiczną problematyką jej nauczania.

W dwóch rozdziałach części pierwszej starano się pomieścić to wszystko, co dla O. Justyna i jego kontynuatorów stanowi tzw. aktualia. To one sprawiły, że początkowa działalność Radiowej Godziny Różańcowej w kryzysie – „ku pokrzepieniu serc” polskich emigrantów, przerodziła się z czasem z potężną ambonę, z której bezustannie pada Słowo Boże, rozświetlające mroki ludzkiej egzystencji. Jak przepowiadanie to rozwijało się na przestrzeni minionych 50 lat i jakie sfery zasad wiary chrześcijańskiej obejmowało, mówi druga część rozprawy i jej sześć rozdziałów.

Od strony metodologicznej wielokrotnie wracała pokusa, by część drugą rozprawy ująć opozycyjnie, tzn. konfrontować ją z aktualnymi tendencjami w teologii pastoralnej, katechezie i jej metodyce, w teologii dogmatycznej i fundamentalnej, w teologii moralnej, itp. Tego rodzaju analiza krytyczna byłaby niewykonalna choćby z tej racji, że w tym wypadku byłoby rzeczą niemożliwą sprecyzować, z chronologicznego punktu widzenia, „aktualny” stan wiedzy. Katechezy Radiowej Godziny Różańcowej obejmują długi okres czasu. Poza tym sporo czasu minęło między okresem ich wygłaszania, a czasem w którym stały się przedmiotem moich badań. Jest jeszcze druga racja, która przemawia przeciw analizie krytycznej katechez. Mianowicie, ujęcie krytyczne, konfrontacyjne, aczkolwiek erudycyjnie błyskotliwe, groziło zejściem na pozycje ocen w kategoriach tradycyjności i postępowości, konserwatyzmu i modernizmu, jak gdyby nauka Chrystusa wymagała każdorazowo korekt, w zależności od poziomu rozwoju cywilizacyjnego i kulturowego ludzkości.

Rozwój dyscyplin teologicznych, związany z ogólnym rozwojem wiedzy, może tylko przybliżać zrozumienie i przyjęcie Słowa Bożego. Samo Słowo było, jest i pozostanie niezmienne.

Słowo Boże, uwikłane w erudycyjny kontekst teologiczny, z góry zakłada pewien intelektualny poziom odbiorczy. A jeśli wiedza teologiczna słuchacza pozostaje na poziomie znajomości pacierza i podstawowych prawd wiary, to co wtedy? Pierwszymi odbiorcami audycji Radiowej Godziny Różańcowej byli polscy emigranci z przełomu XIX i XX wieku oraz ich dzieci. Chłopi z Galicji i poznańskiego, z Kongresówki i z Podhala, z dawnych kresów wschodnich Rzeczypospolitej. Elita intelektualna ówczesnego społeczeństwa polskiego typu Cypriana Kamila Norwida, Henryka Sienkiewicza, Heleny Modrzejewskiej czy Ignacego Paderewskiego, co najwyżej odbywała podróże do Stanów Zjednoczonych. Nigdy nie stanowiła jakiejś ważnej części polskiej mniejszości etnicznej w USA. Sytuacja uległa zmianie dopiero po II wojnie światowej i w latach następnych. Na emigracji znalazła się spora część przedwojennej kadry wojskowej i politycznej opozycji. Także drugie i trzecie pokolenie emigrantów zaczęło coraz intensywniej zaznaczać swoją obecność w życiu gospodarczym, politycznym i kulturalnym kraju osiedlenia.

Pamiętając o tych uwarunkowaniach, autor zrezygnował ostatecznie z efektownych rozwiązań metodologicznych na rzecz prezentacji katechezy Radiowej Godziny Różańcowej tak, jak rozwijała się ona w miarę upływu lat, z koniecznymi, w wielu wypadkach odwołaniami do bieżących dokumentów kościelnych, także do nowych zjawisk w teologii.

Część druga zatem, poświęcona analizie katechez Radiowej Godziny Różańcowej, musiała być skonstruowana na kanwie zasadniczych przekazów wiary i moralności, ujętych w katechizmie rozumianym – jako katechizm dla dorosłych. Takie katechizmu stały na straży wiary w polskich rodzinach. Dlatego też konieczne było uwzględnienie centralnej roli Chrystusa Pana jako objawiciela wewnętrznego życia Bożego, objawiciela drogi do Boga – czyli zasad moralnych – mieszczących się tradycyjnie w dwóch przykazaniach miłości Boga i bliźniego oraz w dziesięciorgu przykazań Bożych.

Chrystus Pan, jako wcielony Bóg, ogniskuje w sobie główne problemy wiary i teologicznej interpretacji. Dlatego została zwrócona szczególna uwaga na Chrystologię jako źródło, wzór i cel dobrego postępowania człowieka. Kwestie te omówione zostały w rozdziałach drugim i piątych.

Przeprowadzona analiza ukazuje wartość katechezy radiowej nie tylko dla życia jednostek, ale dla całej polskiej grupy etnicznej. Każde przemówienie, siłą rzeczy, dotykało istotnych spraw życia ludzkiego: jego sensu i sposobu realizacji. Dlatego też samo funkcjonowanie Radiowej Godziny Różańcowej powoduje wirtualne zaznajomienie się z całokształtem katechezy Kościoła. W rozumieniu autora sprawę tę należałoby pogłębić i tak budować poszczególne katechezy, by zawsze ukazywały sens życia ludzkiego (perspektywa życia człowieka z Bogiem w wieczności) i sposób godnego życia (miłość Boga w Nim samym i w bliźnim). Podkreślenie zatem sensu i sposobu osobowego życia chrześcijanina pojawia się jako postulat budowania katechezy i kazania.

Przedmiot analizy stanowią wyłącznie audycje Radiowej Godziny Różańcowej, co jest dokumentowane na obszarze całej pracy. Autor jest przekonany, że „fenomen Godziny Różańcowej” jest czymś wyjątkowym i tak doniosłym, że zasługuje sam w sobie na monograficzne, teologiczne opracowanie. Zarówno bowiem zasięg tej „największej polskiej ambony”, jak i jej długotrwałość są czymś niespotykanym, a wpływ na kilka pokoleń setek tysięcy polskich emigrantów Ameryki Północnej i Kanady domaga się poświęcenia szczególnej uwagi temu właśnie zjawisku. Jest to dzieło samo w sobie ogromne, a jego analiza i opracowanie mają się przyczynić w przyszłości dla projektowania podobnych przedsięwzięć, także na terenie Kraju. Czyż bliższe poznanie historii, ofiarności, a nade wszystko sposobu konstruowania i przekazywania katechezy Kościoła nie jest warte i poznania i jego odpowiednio zmodyfikowanego naśladowania?

Skoro wszelkie przedsięwzięcia ewangelizacyjne wiążą się z osobami, które poświęcają się temu apostolstwu, zatem – aby lepiej wprowadzić w tok samych analiz teologicznych, wpierw – dla uniknięcia anonimowości – krótko przypomnijmy osoby O. Justyna Figasa i O. Korneliana Dende, jako twórców i kierowników dzieła.

W: Ks. T. Zasępa: Katecheza emigracyjna Radiowej Godziny Różańcowej O. Justyna w USA (1931-1981), Lublin 1987.

APOSTOŁKA MIŁOSIERDZIA BOŻEGO

Radiowe przemówienie wygłoszone przez o. Korneliana Dende, OFMConv.
w ramach programu GODZINY RÓŻAŃCOWEJ OJCA JUSTYNA
8-my luty 1976

APOSOŁKA MIŁOSIERDZIA BOŻEGO
(S. M. Faustyna Kowalska)

Witam Was, Zacni Rodacy i Miło Rodaczki słowami:
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Francja dała światu świętą Teresę od Dzieciątka Jezus, która przez swoje „Dzieje duszy” ukazała ludziom, zaślepionym wiarą w nieograniczone możliwości rozumu, drogę powrotu do Boga; przypomniała ewangeliczną drogę dziecięcego zaufania i pokory, którą nazwała „Małą Drogą”. Może wkrótce Bóg wsławi Polskę przez siostrę Faustynę, również młodą zakonnicę, która wierzyła, że Bóg powierzył jej misję przypomnienia ludziom żyjącym w rozpaczy prawdy o Miłosierdziu Bożym.
Siostra Maria Faustyna Kowalska, o które mówię, pochodziła ze Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia, i podobnie jak jej francuska partnerka, święta Teresa, otrzymała od swego przewodnika duchowego Księdza Michała Sopoćki nakaz pisania Dziennika - dziejów swej własnej duszy. Będąc w Polsce oglądałem parę zeszytów tego Dziennika. W sumie jest ich tyle, że skoro będą kiedyś wydane drukiem, utworzą wcale pokaźne dzieło. Podziwiałem czyste, kształtne, krągłe litery jej pisma, jak wyszlifowane przez górski potok kamienie. Siostra Faustyna ukończyła zaledwie trzy klasy szkoły podstawowej, gdyż potrzebna była w gospodarstwie do pasienia krów i do innych zajęć. Toteż tekst Dziennika jest zaprószony błędami gramatycznymi. Ale strumień słów płynie gładko i wartko spod jej pióra. Nigdy nie przekreślała wyrazów, nie poprawiała, celowo nie upiększała. Rozwija natomiast zdumiewającą i urzekającą treść. Zda się, że potok jej myśli wypływa wprost z ognia Miłości Bożej.
Niejeden już z was o niej słyszał, niejedna rodzina ma u siebie obraz miłosiernego Jezusa z podpisem: „Jezu, ufam Tobie”, niejeden modli się o miłosierdzie dla zagrożonego dziś świata. Pogadankę dzisiejszą poświęcam Siostrze Faustynie. Tytułuje ją:

APOSTOŁKA MIŁOSIERDZIA BOŻEGO
(S. M. Faustyna Kowalska)

Krótki życiorys

Helena Kowalska, zwana później w zakonie Siostrą Marią Faustyną, urodziła się w 1905 roku we wsi Głogowiec w powiecie Turek w rodzinie chłopskiej. Już w siódmym roku życia słyszy głos Boga w duszy zapraszający ją do życia doskonalszego. Było to podczas nieszporów z wystawieniem Najświętszego Sakramentu. "Wtenczas - mówi o sobie - po raz pierwszy udzieliła się mi miłość Boża i napełniła moje małe serce, a Pan udzielił mi zrozumienia
rzeczy Bożych".
Kto raz doświadczy Boga, ten już nigdy o Nim całkowicie zapomnieć nie może. Od tego czasu wzrasta w niej miłość do Boga. Śni o Nim po nocach, budzi się siada na łóżku i modli się. Jako pasterka gromadzi przy sobie rodzeństwo, a niekiedy i dzieci sąsiadów i powiada im życiorysy świętych, mówi o pustelnikach, pielgrzymach, misjonarzach. Wspomina, że nadejdzie czas, kiedy i ona opuści dom i wieś rodzinną i przyłączy się do nich.
Mając lat 20 wstępuje do Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w Warszawie. Nowicjat odbywa w Łagiewnikach pod Krakowem. Śluby wieczyste składa w 1933 roku. Pracuje w różnych domach Zgromadzenia - w Warszawie, Płocku, Wilnie i innych, to w kuchni lub piekarni, to w ogrodzie lub przy furcie. Często "zapycha się nią dziury" - gdzie jakaś zakonnica zachorowała, Faustyna jedzie ją zastąpić. Czyni to zresztą chętnie, z radością, choć praca wszędzie jest ciężka, przekraczająca jej siły. Pod koniec życia zapada na gruźlicę i umiera w szpitalu na Prądniku w Krakowie 5 października 1938 roku.

Powiernica Milosierdzia Bożego

Siostra Faustyna dochodzi do stanu mistycznego zjednoczenia z Bogiem. Duszę jej ogarnia takie odczucie bliskości Boga, że nie wie co się wokół niej dzieje. Duch jej po prostu tonie w Bogu. Trwa nieraz na modlitwie godzinami, choć te wydają się jej minutami. Czuje, że Bóg rozwiązuje jej skrzydła do lotu; pragnie szybować w sam żar słońca Bożej miłości i nie zatrzymywać lotu, aż spocznie w Bogu na wieki. Jak wszyscy ludzie święci, żyje jedynie dla chwały Bożej i wypełnia we wszystkim Jego świętą wolę.
Na zewnątrz Siostra Faustyna niczym się nie różni od innych sióstr, jak tylko tym - zeznaje jedna z nich - że jest "cnotliwsza, więcej skupioną, bardziej z Bogiem zjednoczoną".

Dnia 22 lutego 1931 roku Siostra Faustyna staje się powiernicą Miłosierdzia Bożego. Przebywa wtedy w Płocku. Pisze o tym wydarzeniu w Dzienniku: "Wieczorem, gdy byłam w celi, ujrzałam Pana Jezusa ubranego w szatę białą. Jedną rękę miał wzniesioną do błogosławieństwa, a drugą dotykał szaty na piersiach. Z uchylenia szaty na piersiach wychodziły dwie wiązki promieni: jedna czerwona, a druga biała. W milczeniu wpatrywałam się w Pana. Dusza moja była przyjęta bojaźnią, ale i radością wielką. Po chwili powiedział Pan Jezus: Wymaluj obraz według wzoru, który widzisz, z podpisem: Jezu, ufam Tobie! Pragnę, aby ten obraz czczono na całym świecie. Obiecuję, że dusza, która czcić będzie ten obraz nie zginie. Obiecuję także już tu na ziemi zwycięstwo nad nieprzyjaciółmi, a szczególnie w godzinę śmierci. Ja bronić jej będę jako swej chwały".
Pan Jezus przedstawił jeszcze inne życzenia: 1. Pragnę ustanowienia święta Miłosierdzia Bożego; 2. Chcę, aby ten obraz, który wymalujesz pędzlem, był uroczyście poświęcony w pierwszą Niedzielę po Wielkanocy; 3. Ta niedziela ma być świętem Miłosierdzia; 4. Pragnę, aby kapłani głosili wielkie miłosierdzie Moje względem dusz grzesznych. "Niech się nie lęka zbliżać do Mnie grzesznik. Palą mnie płomienie miłosierdzia, chcę je wylać na dusze ludzkie".

Dwie związki promieni mają symbolizować krew i wodę, które wypłynęły z boku Chrystusa przebitego włócznią. Obraz ma przypominać udręczonej ludzkości Miłosierdzie Boże objawione w Chrystusie. Obraz ma też stać się dla niej naczyniem wielu łask. Pan Jezus nazywa Siostrę Faustynę "sekretarką swojej najgłębszej tajemnicy". Odtąd powiernica Boża jest cała przejęta wychwalaniem Miłosierdzia Bożego. Zupełnie zapomina o sobie i rozszerza tajemnicę Miłosierdzia Bożego. Tym jednym tylko żyje. Pragnie, by jak najwięcej dusz zdobyć dla Boga. Nigdy nie zdradzi najmniejszego wahania co do prawdziwości swego posłannictwa. Cały jej Dziennik jest jednym hymnem uwielbienia Miłosierdzia Bożego.

Reakcja Zgromadzenia i księży

Reakcja przełożonych Siostry Faustyny jest do przewidzenia. Wszyscy są ostrożni, kierują się roztropnością, odwlekają decyzję, aż zdobędą więcej danych. Spowiednik, któremu Siostra Faustyna zwierza się z żądaniem Jezusa, aby namalować obraz, mówi jej: "Tak, maluj obraz Boży w swojej duszy". Faustyna słyszy protest Jezusa: "Mój obraz jest w duszy twojej". Siostra Przełożona żąda, aby Pan Jezus dał jej jakiś znak, że jej widzenie i zlecenia Jezusa nie są iluzją. Matka Generalna Zgromadzenia M. Moraczewska nie bierze do serca tej sprawy. Dopóki wizje Faustyny dotyczyły wyłącznie jej życia osobistego, odnosiła się do nich życzliwie, lecz teraz sprawa przybiera inny obrót. Faustyna ma być inicjatorką nowego, dotychczas nie spotykanego obrazu. Prócz tego ujawnia swoją misję, która ma objąć nie tylko Zgromadzenia, lecz cały świat. Postanawia więc nie interesować się tą sprawą. Gdy Faustyna osobiście zwróciła się do niej z prośbą, by pomogła jej spełnić żądanie Chrystusa, mówi nieufnie i lekceważąco: "Dobrze, dam Siostrze płótno i farby, niech Siostra maluje".
Gdy wieści o łaskach mistycznych udzielonych Siostrze Faustynie poczęły potajemnie krążyć po klasztorach Zgromadzenia, wymowne spojrzenia, ironiczne uśmiechy, niekiedy wprost słowa potępienia poczęły spadać na udręczoną duszę Faustyny jak bicze. Jej widzenia przypisuje się histerii, dziwactwu, marzycielstwu, złudzeniu, lub wręcz działaniu złego ducha. Jedna z matek mówi jej: "Niepodobna, aby tak Bóg obcował ze stworzeniem. Ja się o Siostrę boję, czy nie jest to złudzenie". Druga strofuje ją: "Niech Siostra sobie wybije z głowy, żeby Pan Jezus miał z Siostrą tak poufale przestawać z taką nędzną, taką niedoskonałą. Pan Jezus tylko ze świętymi duszami tak obcuje . . . zapamiętaj to sobie". Jedna z Sióstr lituje się nad nią: "Słyszę jak mówią o Siostrze, że jest fanatyczką, że ma jakieś widzenia. Biedna Siostra, niech się Siostra broni przed tym".

Na kartach Dziennika Siostra Faustyna skarży się: "Jezus kazał mi o wszystkim mówić przełożonym, a przełożone niedowierzają moim słowo ale okazują mi litość, jak bym była w złudzeniu, albo pod wpływem wyobraźni". Przyznaje siostrom rację, że jest nędzna, ale ufa miłosierdziu Bożemu. Jezus ją uspakaja słowami: "Bądź spokojna, moja córko, właśnie przez taką nędzę chcę okazać moc Miłosierdzia Swego".
Udręczona tymi trudnościami pragnie mieć dobrego spowiednika, kierownika duszy. Bóg w wewnętrznym widzeniu dwukrotnie - raz w Warszawie, drugi raz w Krakowie - wskazuje jej księdza Michała Sopoćkę, profesora uniwersytetu i seminarium duchowego w Wilnie. Nie wiedziała wtedy jak się nazywa i gdzie przebywa. Dopiero gdy zostaje przeniesiona do Wilna rozpoznaje go a jednocześnie słyszy głos: "Oto jest pomoc widzialna dla ciebie, on ci dopomoże spełnić wolę Moją na ziemi".
Ksiądz Michał Sopoćko od pierwszego spotkania jest pod wrażeniem nowej penitentki. W późniejszych swoich wspomnieniach napisze: "Zwróciła ona moją uwagę na siebie niezwykłą subtelnością sumienia i ścisłym zjednoczeniem z Bogiem: przeważnie nie było materii do rozgrzeszenia, a nigdy nie obraziła Boga ciężkim grzechem". Również piękne świadectwo wystawia jej drugi spowiednik Ojciec Edmund Elter, jezuita, który się z nią zetknął na rok przed jej śmiercią. Po wielu latach od opisanego wydarzenia zeznaje:
"Wśród odprawiających rekolekcje była Siostra Faustyna, o której nic zgoła nie wiedziałem - nie znałem nawet jej imienia. Przyszła do mnie do konfesjonału, by otrzymać łaskę sakramentalną i wskazówki na najbliższą przyszłość. To, co mówiła i sposób w jaki to mówiła wzbudziły we mnie przeświadczenie, że mam do czynienia z duszą prawdziwie przez Pana Jezusa wybrana. Zrobiła na mnie wrażenie "świętej" (używam tego terminu bez chęci przesądzania o obiektywnym stanie rzeczy). Choć w ciągu trzydziestu z górą lat kapłańskiego życia stykałem się z wielu duszami dużej świątobliwości, nigdy, prócz jednego jeszcze wypadku - podobnego wrażenia świętości osoby, z którą rozmawiałem, nie doznałem. Przeświadczenie to odnośnie Siostry Faustyny, której nawet twarzy nie widziałem, było wynikiem stwierdzenia w jej duszy przedziwnego połączenia darów mistycznych, poufałego obcowania duchowego z Panem Jezusem z niezwykłą prostotą zewnętrznego sposobu życia i traktowania spraw codziennych. Byłem tym wielce zbudowany, na duchu podniesiony i wewnętrznie rozradowany. Pogłębił się mój szacunek do Zgromadzenia, które Pan Jezus takim skarbem obdarzył. Imię Siostry poznałem dopiero w kilka lat po jej śmierci, kiedy jej sława publicznie poczęła się szerzyć. Prawdziwość tego, co tu piszę, gotów jestem w razie potrzeby potwierdzić przysięgą wobec kompetentnego kościelnego trybunału".

Ksiądz Spoćko z miejsca prosił o zbadanie zdrowia psychicznego i fizycznego Siostry Faustyny. Wynik badań był pomyślny. Mimo to ksiądz Sopoćko przez dłuższy czas przyjął postawę wyczekującą, radząc się kilku światłych kapłanów w tej sprawie. Gdy wszystko przemawiało za tym, że Faustyna jest osobą ubogaconą przez Boga niezwykłą łaska, uznał prawdziwość jej wizji. Wtedy polecił tej pisać Dziennik, a artyście E. Kazimierowskiemu zlecił namalowanie obrazu według wskazań Siostry Faustyny. Potem zajął się wystawieniem obrazu najpierw w klasztorze Sióstr Bernardynek, potem w Ostrej Bramie, podczas Triduum na zakończenie Jubileuszu Odkupienia, a wreszcie, za pozwoleniem arcybiskupa Jałbrzykowskiego, w kościele świętego Michała w Wilnie. Napisał też szereg artykułów o Miłosierdziu Bożym i ułożył litanię o Miłosierdziu Bożym.

Legitymacja cierpienia

Każde dzieło Boże legitymuje się cierpieniem tych, którzy do niego przykładają rękę. Wiele cierpi Siostra Faustyna. Jedne cierpienia pochodzą za złej woli i złośliwości niektórych sióstr; drugie są cierpieniami zastępczymi, które Faustyna sama podejmowała za grzeszników, by ich uchronić od kary Bożej i zatraty duszy; inne wreszcie pochodzą wprost od Boga z niewypowiedzianej tęsknoty za Nim i z bólu, gdy Bóg się przed nią kryje pozostawiając w ciemnościach i w stanie duchowego opuszczenia. Cierpi też od szatanów. Zdumiewające fakty działania szatańskiego znane w życiu świętego Jana Bosko i innych zdarzają, się również w jej życiu. Szczytem cierpień będzie, gdy dzieło, "które tak Bóg zaleca" zostanie niemal całkowicie zniszczone. Faustyna otrzymuje od Jezusa zapowiedź tych trudności i pociesza księdza Sopoćkę: "Dusza twoja będzie nasycona goryczą na widok zniszczenia twoich usiłowań. Jednak zniszczenie to jest tylko pozorne, ponieważ Bóg co raz postanowił, nie zmienia. Kiedy to nastąpi, nie wiem; jak długo trwać będzie, nie wiem. Lecz wtedy właśnie wystąpi działanie Boże z wielką siłą, która da świadectwo prawdziwości. Kiedy ten triumf nadejdzie, to my już będziemy w nowym życiu. Miłosierdzie Boże będzie nowym blaskiem dla Kościoła, chociaż od dawna w nim spoczywającym.
Bóg pragnie, aby zanim przyjdzie powtórnie jako sędzia, wszystkie dusze poznały Go jako Króla Miłosierdzia. Czas powtórnego przyjścia Pana nie jest daleki".

Proroctwa Siostry Faustyny

Siostra Faustyna cieszy się również darem proroctwa. Przepowiada, że powstanie nowe Zgromadzenie Miłosierdzia w trzech różnych postaciach: jako zgromadzenie kontemplacyjne, zgromadzenie czynne i instytut świecki. Widzi w duchu pierwsze sześć sióstr, składających śluby wśród nocy w drewnianej kaplicy. Tak się też stało. W 1944 roku. dnia 16 listopada w kaplicy Sióstr Karmelitanek w Wilnie sześć pierwszych sióstr Zgromadzenia Jezusa Miłosiernego składało swoje śluby prywatnie na ręce księdza Sopocki.
Zapowiada też straszną karę Bożą. Nastąpi wielka i długa wojna, prześladowania, klasztory i kościoły będą niszczone. Wiele ludzi będzie cierpieć i dużo z nich wyginie. Wizja wojny często się powtarza, przynagla Faustynę do podwojenia modłów, ofiar i cierpień za świat. Polska też jest niewdzięczna Bogu, a za grzechy, które zasługują na najwyższą karę, strasznie ucierpi. Najpiękniejsze jej miasto zostanie zniszczone doszczętnie jak Sodoma i Gomora. Ale te doświadczenia będą dla niej oczyszczeniem. Odrodzenie przyjdzie przez kapłanów. Przez Matkę Najświętszą spłyną na Polskę wielkie dobrodziejstwa. Bóg przygotowuje dla Polski wielka tajemnicza misję. Faustyna zapisuje słowa Chrystusa: "Polskę szczególnie umiłowałem, a jeżeli posłuszna będzie Mojej woli, wywyższę ją w potędze i świętości. Z niej wyjdzie iskra, która przygotuje świat na ostateczne Moje przyjście".

Faustyna widzi też triumf Miłosierdzia Bożego nad całym światem. Przed jej oczyma przesuwają się obrazy dysput teologicznych w Watykanie na temat Miłosierdzia Bożego, zeznania sióstr, badania i upakarzania Faustyny. Ale Chrystus ją broni, dając duchownym do zrozumienia to, czego nie mogli pojąć. W końcu widzi wielką uroczystość odbywającą się równocześnie - jedną w Polsce, w kaplicy swego Zgromadzenia, drugą w pięknej świątyni Wiecznego Miasta, przy udziale wielkich tłumów. W Rzymie przemawia sam święty Piotr stojący między ołtarzem i Ojcem Świętym. Nie mogła go zrozumieć. Rozumiał go jednak Papież. Żywy Pan Jezus w postaci jak na obrazach stoi na ołtarzu, bierze ją, Faustynę, stawia obok siebie o rozsiewa promienie po całym świecie.
Na dwa lata przed swoją śmiercią przepowiada, że umrze w wieku lat 33, a dokładną datę śmierci poda na dziesięć dni przed swoim zgonem.

Śmierć

Śmierć ją nie przeraża. "Konam za Bogiem ... - pisze. Jak strasznie czuję, że jestem na wygnaniu. O, Jezu, kiedy nadejdzie chwila pożądana?" Ostatnie kartki Dziennika słabnącą ręką kreślone są jakby testamentem. Pisze między innymi: "Niech łaska Twoja, która spływa na mnie z litościwego Serca Twego umocni mnie do walki i cierpień, bym pozostała Ci wierną, a choć tak nędzną jestem, nie lękam się Ciebie, bo znam dobrze Twoje miłosierdzie. Nic mnie nie odstrasza od Ciebie, Boże . . ." Księdzu Sopoćce mówi, że niedługo już umrze, "i że już wszystko, co miała do powiedzenia i napisania, załatwiła . . ." Na parę dni przed śmiercią nie chce już rozmawiać z księdzem Sopocką tłumacząc, że jest "zajęta obcowaniem z Ojcem niebieskim". Przytomna do ostatniej chwili oddaje Bogu ducha z oczyma utkwionymi w obraz Chrystusa.

Zahamowanie i odrodzenie kultu Miłosierdzia Bożego

"Czuję dobrze, - mówiła kiedyś Siostra Faustyna - że moje posłannictwo nie skończy się ze śmiercią, ale się zacznie". Nie pomyliła się. Kult Chrystusa Miłosiernego istotnie zaczął się szerzyć nie tylko w Polsce, lecz także w innych krajach Europy, zwłaszcza we Włoszech i w Ameryce. Siostra Faustyna jest dziś znana na całym świecie. Obraz Chrystusa Miłosiernego rozszedł się po świecie z napisem "Jezu, ufam Tobie" w 60 językach.
Tymczasem na krótki czas przyszło zahamowanie kultu. Sprawa wizji była
badana przez Kościół. W 1959 roku Kongregacja Świętego Oficjum ogłosiła
dekret, w którym nie wypowiadając się w kwestii osobistej świętości Siostry
Faustyny - orzekła, że jej wizje nie posiadają znamion "objawienia prywatnego", że Stolica Apostolska nie zamierza ustanawiać osobnego święta Miłosierdzia Bożego: że kult Miłosierdzia w formie wskazanej przez Siostrę Faustyne jest odtąd zakazany, zaś roztropności biskupów pozostawia się sprawę usuwania lub nic usuwania obrazów, które zostały umieszczone w kościołach. Zabronienie przez Kościół rozpowszechnienia obrazu i nabożeństwa w formie polecanej przeznSiostrę Faustyne było dekretem czysto dyscyplinarnym. Prywatnie nadal zanoszono gorące modły do Miłosierdzia Bożego. Samo niebo zdawało się dopomagać. Duch Drugiego Soboru Watykańskiego sprzyjał kultowi.

Posłannictwo

Siostry Faustyny jest na czasie wobec szerzącej się w świecie rozpaczy. Siostra
Faustyna zanotowała słowa Chrystusa: "Nie znajdzie ludzkość uspokojenia,
dopóki się nie zwróci z ufnością do Mego Miłosierdzia". Jednym z częstych
powodów" odejścia od Boga jest nie brak wiary w istnienie Boga, lecz właśnie
rozpacz człowieka uwikłanego w grzechy nałogowe, wątpiącego w możliwość
otrzymania od Boga przebaczenia.
W czytaniach liturgicznych we Mszy świętej jest często mowa o Miłosierdziu Bożym, ale Kościół nie zatwierdził odrębnego nabożeństwa liturgicznego lub paraliturgicznego ku czci Chrystusa Miłosiernego. To wcale nie znaczy, że kult ten jest teologicznie nie uzasadniony i w ogóle nie wskazany. Nic nie stoi na przeszkodzie ustanowieniu święta Chrystusa Miłosiernego. Święto to jest zgodne z duchem Ewangelii, z duchem Soboru Watykańskiego drugiego. Za wzorem Chrystusa Sobór wychodzi naprzeciw wszystkich ludzi, potępiając błąd, zło, grzech, ale nie samych ludzi. Tę ewangeliczną drogę - drogę miłosierdzia - wytyczył Kościołowi jeszcze przed soborem Papież Jan XXIII i taką droogę wskazuje Paweł VI w przededniu zamknięcia Soboru. Święto Chrystusa Miłosiernego zbliżyło by wiernym najpiękniejsze stronice Ewangelii o dobrym rasterzu miłosiernym Samarytaninie, o wyrozumieniu dla grzeszników, o miłosierdziu Najświętszego Serca Jezusowego. Tajemnicę miłosierdzia Bożego rozświetla w części kult Najświętszego Serca Jezusowego. Wskazanie przez Siostrę Faustyne Niedzieli Przewodniej na święto Chrystusa. Miłosiernego jest bardzo odpowiednie, kiedy to Kościół wprowadza nas w tajemnicę zbawienia, jeśli chodzi o wizerunek Chrystusa Miłosiernego, to istnieje on już w dwudziestu co najmniej werjsach. Obraz przedstawia postać Chrystusa. Siostrze Faustynie nie podobał się obraz namalowany na zlecenie księdza Sopocki przez artystę E Kazimierowskiego. Nie był tak piękny jak ten, który oglądała w widzeniach. Chrystus miał jej na to powiedzieć: "Nie w piękności farby, ani pędzla jest wielkość obrazu, lecz w łasce Mojej".
Inne praktyki kultu Chrystusa Miłosiernego, propagowane przez Siostrę Faustyne i księdza Sopoćkę, jak litania do Miłosierdzia Bożego, nowenna ko¬ronka i kilka pieśni - powinny być uzgodnione z duchem liturgicznych modłów
Kościoła.

Objawienia prywatne

Pamiętajmy też, że Kościół nie podaje do wierzenia objawień prywatnych nawet wtedy, gdy nie widzi w nich nauki sprzecznej z wiarą i moralnością chrześcijańską. Katolik nie ma więc obowiązku wierzyć w prawdziwość objawień danych Małgorzacie Marii Alacoque czy też objawień w Lourdes, Fatima . . . Ale objawienia w Paray-le-Monial, w Lourdes, Fatima zapoczątkowały nowe formy pobożności i rozbudziły żarliwość religijną i przyczyniają się do odrodzenia religijnego. W objawieniach Siostry Faustyny Kowalskiej trudno się dopatrzeć znaków cudu. Nie znaczy to jednak, że nie miały charakteru nadprzyrodzonego. Nie można wykluczać, że Opatrzność Boża chce posłużyć się Siostrą Faustyna do pogłębienia katolickiej religijności.
Zwróciłem Waszą uwagę na Siostrę Faustynę, ale oczywiście, że chodzi głównie o zaufanie Miłosierdziu Bożemu. W każdej sytuacji bezgranicznie liczmy na Miłosierdzie Boże i sami też praktykujmy miłosierdzie względem naszych bliźnich w życiu codziennym za wezwaniem Chrystusa: "Bądźcie miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny" (Łk 6, 36).
Takim duchem była przejęta Siostra Faustyna. Właśnie zakończę rozważanie piękną modlitwą Siostry Faustyny:
". . . Dopomóż mi do tego, Panie, aby oczy moje były miłosierne, bym nigdy nie podejrzewała i nie sądziła wedle zewnętrznych pozorów, ale upatrywała to, co piękne w duszach ludzkich, i przychodziła im z pomocą. Dopomóż mi, aby słuch mój był miołsierny, abym skłaniała się do potrzeb bliźnich, aby uszy moje nie były obojętne na ludzkie bóle. Dopomóż mi, Panie, aby język mój był miłosierny, bym nigdy nie mówiła ujemnie o bliźnich, ale dla każdego miała słowo pociechy i przebaczenia. Dopomóż mi, Panie, aby ręce moje były miłosierne i pełne dobrych uczynków, abym umiała czynić dobrze ludziom, na siebie przyjmować cięższe, mozolniejsze prace. Dopomóż mi, Panie, aby nogi moje były miłosierne, abym zawsze spieszyła z pomocą bliźnim, opanowując własne znużenie i zmęczenie (...) Dopomóż mi, Panie, aby serce moje było miłosierne, abym czuła z wszystkimi cierpieniami bliźnich . . ."

Dlaczego chcą nas spokrewnić ze zwierzętami?

Radiowe przemówienie wygłoszone przez
o. Korneliana Dende, OFMConv.
w ramach programu
GODZINY RÓŻAŃCOWEJ o. JUSTYNA
22-gi luty, 1976

Dlaczego chcą nas spokrewnić ze zwierzętami?

Witam Was Zacni Rodacy i Miłe Rodaczki staropolskim Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

"Wolność dla małp!" - Z tym hasłem wystąpili członkowie nowo założonego w Milwaukee, Wisconsin (1974 r.) ruchu wyzwoleńczego małp (The Ape Liberation Movement). Miłośnicy tych zwierząt domagali się wypuszczenia z klatek i oswobodzenia z ogrodów zoologicznych wszystkich szympansów, goryli, orangutanów, pawianów, koczkodanów i innych przedstawicieli małpiej rodziny.
Odruch współczucia dla zwierząt jest zrozumiały, lecz żądanie pewnej rehabilitacji małp, czyli przywrócenia im godności rzekomo odebranej przez ludzi, zakrawa na żart. Miłośnicy małp żądają, żeby mapły przeszkolić i zatrudnić w fabrykach, na farmach, na przykład do zbierania owoców, bawełny, przy zautomatyzowanej produkcji (on the assembly line), a nawet w barach, przy nalewaniu piwa i przygotowaniu cocktailów. Pewien bezrobotny z Virginia podobno tak wziął ten apel do serca, że zaprotestował przeciwko zatrudnianiu małp w fabrykach, ze względu na obecny ostry kryzys ekonomiczny i bezrobocie. Angażowanie małp w tych warunkach byłoby krzywdą dla ludzi.
Jakie mogli mieć pobudki miłośnicy małp, którzy domagają się ich rehabilitacji? Może są wyznawcami teorii Darwina, która mówi, że człowiek jest spokrewniony z małpą? Może boleją nad losem małp, które nie miały szansy rozwinąć się jak ludzie? Może sam człowiek przyczynił się do pewnego ich zdegenerowania przez zamknięcie ich w klatkach i ogrodach zoologicznych? A więc teraz, gdy wszyscy walczą o równouprawnienie, trzeba by upośledzonym krewniakom podać rękę.
A może za tym ruchem oswobodzenia i rehabilitacji małp kryje się jeszcze coś więcej, mianowicie - usprawiedliwienie niewiary, odstępstwa od Boga Stworzyciela i Rządcy świata? Albo co najmniej próba usprawiedliwienia niemoralnego postępowania, bez hamulców, według dyktanda ślepych instynktów?
Cały ten apel jest wart beczki śmiechu, ale nie są śmieszne następstwa hipotezy Darwina, że cały człowiek rozwinął się ze zwierzęcia, bo jej zwolennicy zwalniają człowieka z odpowiedzialności za czyny i każą mu postępować według zwierzęcych instynków. Ponieważ tego zezwierzęcenia mamy już za dużo, więc w dzisiejszej pogadance rozprawię się z tym zagadnieniem. Tytuł pogadanki brzmi:

DLACZEGO CHCĄ NAS SPOKREWNIĆ ZE ZWIERZĘTAMI?

Ewolucja w przyrodzie

Największą zagadkę dla człowieka stanowi życie. Skąd się ono wzięło? Kiedy? Jakim sposobem? Według jakich praw? Wszystkie ludy wszystkich pokoleń wierzyły, że Źródłem życia i Stwórcą wszystkich gatunków tak roślin jak zwierząt jest Bóg. Później potwierdziła to Biblia, a więc Objawienie Boże. Biblia jednak daje nam zbyt obrazowy opis dzieła stworzenia, przystosowany do mentalności starożytnych ludzi. Dzieło stworzenia miało trwać sześć dni. Dawniej ludzie brali ten okres dosłownie - każdy dzień po 24 godziny.
Bóg obdarzył człowieka rozumem, więc człowiek począł jakoby Boga podglądać, obserwować Jego dzieła, analizować je, aby dowiedzieć się czegoś więcej. Wszystkim bez wyjątku rzuciło się w oczy zjawisko ustawicznego rozwoju w przyrodzie. Z języka łacińskiego przyjęliśmy określenie: ewolucja. Znaczy ono to samo co rozwój, wzrost, przemiana, przeobrażenie, dojrzewanie. Życie jest w ustawicznym ruchu, ciągle się rozwija i odnawia, tworzy nowe formy, przystosowuje się do warunków zewnętrznych takich jak światło, temperatura, ciśnienie, woda, powietrze . . .
Rozwój w przyrodzie nie uszedł uwagi nawet dzieci jaskiniowego człowieka. Na pewno tak samo wścibskie i spostrzegawcze jak dzieci naszego XX wieku zauważały, że kurczęta, ptaki i jaszczurki wylęgają się z jaj; że odrażająca gąsienica zamyka się w poczwarce jak w trumnie i tam się przeobraża w pięknego motyla, zaś kijanka podobna z początku do rybki zmienia się w żabę. Ich rodzice, bliżsi źródeł życia jeszcze więcej wiedzieli o zmianach, przeobrażeniach w nich następujących. Zwłaszcza matka wyczuwała co działo się w jej łonie po poczęciu, nim noworodek w jej łonie dojrzał i przyszedł na świat jako nowy, w pełni uformowany człowiek. Zdawali sobie sprawę, że ich udział w tworzeniu nowego życia jest niewielki, że wprawili tylko w ruch potężne siły natury podobnie jak inżynier za pociśnięciem guzika włącza w ruch potężną elektrownię. Starożytni Indianie zasiewający ziarno kukurydzy, albo Chińczyk flancujący źdźbło ryżu czy też Słowianin zakopujący w ziemię pestkę jabłoni - wszyscy oni dobrze wiedzieli, że natura została obdarzona przez Stwórcę potężnymi siłami rozwojowymi i poddana jest prawom, które pozwalają nasionom rozwijać się rosnąć, przeobrażać się w zboża, trawy, jarzyny, drzewa, kwiaty i owoce. Każdej wiosny ludzie oglądają cud odradzania się całej natury.

Ewolucja nie jest odkryciem ostatnich czasów

Tę cudowną ewolucję kontemplowali w ciszy i zachwycieniu. Ci, co więcej poświęcali czasu obserwacjom, lepiej zapoznawali się z tajemnicami natury, uchodzili za mądrych. Dzięki tym badaczom pokolenia gromadziły wiedzę o przyrodzie, a rozwoju jej życia. Dziś mamy do dyspozycji tyle spostrzeżeń i faktów, że nie starczy nam lat życia, aby wszystko samemu ogarnąć, przebadać, pojąć i zapamiętać. Wiemy na przykład, że z opuszczeniem matczynego łona rozwój człowieka się nie kończy, bo człowiek to nie tylko sama materia. Jego rozwój fizyczny trwa przeciętnie do 21 roku życia, zaś rozwój duchowy trwa aż do śmierci i to jeszcze nie koniec, bo dla ludzi wierzących jest jasne, że człowiek po śmierci zostanie przeobrażony, zmartwychwstanie do nowego życia w Królestwie Bożym. Wiemy również, że w całym wszechświecie istnieje ustawiczny ruch: jedne gwiazdy powstają, inne zamierają; cały świat, olbrzymie zbiory słońc i planet pędzą gdzieś w jakimś kierunku, a cały świat pulsuje, to się kurczy, to znów rozszerza.

Ewolucja nie jest więc zjawiskiem, czy odkryciem ostatnich czasów. Jest ona faktem znanym od zamierzchłych czasów. Ale ciekawość ludzka nie ma granic. Już starożytni myśliciele greccy starali się dotrzeć do samego źródła życia, poznać skąd się życie wzięło, jak się po raz pierwszy poczęło. W nowszych zaś czasach najpopularniejszym w tej dziedzinie stał się angielski przyrodnik Karol Darwin. Byłbym o nim wcale nie wspominał, i o rozwoju życia nie mówił, bo to sprawa raczej czystej nauki. Mówię jednak o tym ze względu na wnioski, jakie Darwin i jego zwolennicy z tych badań wyprowadzili, a które i dzisiaj rozprowadza się w szkołach średnich i na uniwersytetach.

Darwin i jego bezbożne wnioski

Wnioski jakie Darwin wyprowadza ze swych badań strzeszczają się do dwóch tez: pierwsza - że życie powstało zupełnie przypadkowo, bez udziału Boga Stworzyciela. Druga teza - że człowiek jest tylko zwierzęciem, że rozwinął się z najwyższego gatunku zwierząt, prawdopodobnie z małp człekokształtnych, również bez udziału Stwórcy.
Sto lat temu z górą, dokładnie 27 grudnia 1831 roku, młody, wykształcony przyrodnik Charles Darwin, człowiek o niezwykle zaostrzonym zmyśle obserwacyjnym, z grupą uczonych wyruszył w podróż do najbardziej odległych, egzotycznych zakątków naszego globu, z angielskiego portu Davenport. Wyprawa trwała kilka lat. Statek "Beagle" - pływające laboratorium - stał się dla uczonych domem. Z niego robili wypady na ląd celem badania okazów świata roślinnego i zwierzęcego, i na nim przeprowadzali badania. Głównie zaś zajęli się rozpoznaniem źródła życia i mechanizmem przyrody, który stwarzał bogactwo różnych form, odmian, gatunków. Po powrocie z wyprawy Darwin ogłosił swoje spostrzeżenia i wnioski w książkach. A wnioski te były rewolucyjne.
Darwin do końca życia pozostał człowiekiem religijnym, ale wnioski jakie podawał były bezbożne. Uczonego uderzyła pozorna sprzeczność między tym czego uczyła Biblia o powstaniu życia na ziemi, a tym co zaobserwował w przyrodzie. Jako protestant uznawał tak zwany fundamentalizm w tłumaczeniu Pisma świętego. Brał więc dosłownie, że Pan Bóg stworzył świat w siedmiu dniach; że swoim wszechmocnym "fiat" - "stań się" stworzył niebo i ziemię oraz powołał do życia kolejno wszystkie gatunki, a na koniec człowieka, koronę całego stworzenia.

Darwin twierdził, że rzecz miała się inaczej. Pana Boga nie było przy stworzeniu życia na ziemi. Poczęło się ono samo, przypadkowo, dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności. Poczęło się z martwej nieorganicznej materii na skutek sprzyjających warunków fizyko-chemicznych. Pierwsze życie - powiada Darwin - powstało w oceanach, w wodzie. Przyszło w postaci małej komórki, z której w pochodzie wieków, rozwinęły się wszystkie istoty żyjące, i z niższych powstawały wyższe, z prostych coraz bardziej złożone i doskonafee. Wśród zwierząt najbardziej doskonałym gatunkiem okazały się małpy człekokształtne, jak goryl, szympans, orangutan, z których rozwinął się człowiek. Proces tych gigantycznych przemian trwał miliony lat, a nie siedem dni, jak mówi Biblia.

Darwin nie był jedynym uczonym, który wyszedł z hipotezą o rozwoju życia na ziemi. Liczymy jeszcze pięćdziesiąt siedem innych hipotez, które podają takie czy inne rozwiązanie zagadki życia na ziemi. Teoria Darwina stała się jednak najpopularniejszą, przyjęto ją z entuzjazmem, a jej idee królowały przez długi okres czasu. Królują nawet i dziś, mówi się o niej na uniwersytetach, mimo że co poważniesi uczeni ze wstydem jej się wyrzekli i nazywają ją bajką dla dorosłych.

Bezbożne wnioski

Ironią wieloletnich badań Darwina i jego zwolenników jest to, że szukając rozwiązania zagadki życia, gasili oni życie w jego najwyższej formie i godzili w życie duchowe człowieka. Jeśli bowiem przyjmie się, że życie powstało przypadkowo, bez udziału Boga, bez Jego planu, wtedy człowiek nie ma duszy, nie jest odpowiedzialny za swoje czyny przed nikim, ani przed Bogiem ani przed ludźmi. Może sobie życie odebrać, zniszczyć je w zarodku lub zmarnować przez niemoralne prowadzenie się. Jeśli Bóg człowiek nie stworzył, to człowiek nie ma żadnego wyższego celu życia i jest igraszką ślepych sił przyrody.
Jeśli człowiek jest zwierzęciem bez duszy, to nie grzeszy i może postępować jak zwierzę, bez jakichkolwiek moralnych hamulców i zasad. Jeśli jest zwierzęciem, wtedy miłość bliźniego oznacza słabość. Powinien kierować się egoizmem, przepychać się przez życie łokciami, iść po trupach innych, aby utrzymać się przy życiu, zdobyć sławę, powodzenie, pieniędze. Tego wymaga zasada bezpardonowej walki o byt. Tylko najsilniejsze jednostki mają prawo do życia. Wtedy Hitler miałby rację, że tępił narody, które w jego mniemaniu były słabsze. Miał rację mordując miliony Żydów, Polaków, Rosjan i Cyganów w komorach gazowych. Nauka Darwina usprawiedliwiała zbrodnie Hitlera. Walka o byt usprawiedliwia dziś mordowanie tysięcy dzieci rocznie w łonach matek. Są światu niepotrzebne, zawadzają. Walka o byt może zażądać, że za parę lat w ten sam sposób będzie się usuwać starców, kaleki, umysłowo chorych, sieroty, przestępców. Wszystko to będzie się robić dla oczyszczenia społeczeństwa i uwolnienia go od ciężarów.

Darwin idzie na rękę bezbożnym

Nauka Darwina została przez późniejszych uczonych odrzucona. Nie nazywa się jej nawet teoria, bo teoria musi się opierać na jakichś faktach, doświadczeniach, jest raczej hipotezą, przypuszczeniem, bo Darwin tylko spekuluje, fantazjuje. Pewien uczony powiedział, że powstanie człowieka z małpy jest "dość zabawne - pokazuje to jak filozofowie dochodzą nieraz do romantyzowania nauki". Inny uczony czuje "zawstydzenie na myśl, że tego rodzaju rzeczy podaje się za naukę". Jeszcze inni nazwali naukę Darwina "teoria bezwartościową", "wprowadzającą chaos w umysły ludzkie", "bajką dla dorosłych", "fantazją".
A jednak wielu ludzi zwłaszcza półinteligentnych przyjmuje hipotezę Darwina jakoby za pewnik. Dlaczego? Dlaczego ludzie z reguły krytyczni, opierający swe przekonanie na faktach, sprawdzający wszystko po sto razy, w tym wypadku dają się nabrać i ponosić fantastycznym ideom angielskiego uczonego?
Nie przypuszczajmy, by ci ludzie kiedykolwiek zawiesili broń i przestali mówić o zwierzęcym pokrewieństwie człowieka. Będą się trzymać tej hipotezy jak rzep psiego ogona ze względów praktycznych, światopoglądowych, bo są ateistami, bo nie wierzą w Boga. odrzucają grzech, odrzucają plan zbawienia ludzkości, moralność. Darwinizm idzie im na rękę. Nie tyle obchodzi ich darwinizm jako hipoteza przyrodnicza, co jego wnioski: że życie powstało na ziemi samorodnie, przypadkowo, bez woli Stwórcy. Wtedy łatwiej dowodzić, że Bóg jest niepotrzebny, a nawet, że nie istnieje. Podoba im się przypuszczenie Darwina, bo jeśli człowiek jest tylko zwierzęciem, to nie ma duszy nieśmiertelnej, nie ma nieba. Królestwa Bożego, a tylko jest ziemia, która ma być rajem. Ateiści czują się po prostu zmuszeni opowiedzieć się za ewolucjonizmem i przy nim uparcie trwać. Ewolucjonizm jest dla nich jedyną logiczną konkluzją. On usprawiedliwia ich niewiarę, pozwala na swobodę w postępowaniu moralnym.

Odrzucamy naukę Darwina i jego wnioski, nie zaś samą ewolucję

Odrzucamy hipotezę Darwina i jego wnioski, ale nie musimy odrzucić ewolucji jako takiej. Na wstępie już wykazałem, że fakt ewolucji był znany starożytnym, a nawet prymitywnym ludziom. Ewolucja nie jest sprzeczna ani z filozofią ani z teologią. Kościół katolicki nie zabrania nam jej uznawać. Nie możemy się tylko zgodzić, że życie powstało przypadkiem, bez udziału Boga, i że cały człowiek rozwinął się ze zwierzęcia. Jako wierzący katolicy możemy nawet przyjąć, że samo ciało człowieka pochodzi od zwierzęcia, że jest z nim spokrewnione. To nam nie przeszkadza. Filozofia katolicka zawsze podkreśla stronę zwierzęcą człowieka, określa go jednak jako zwierzę rozumne - "animal rationale", czyli jako istotę złożoną z duszy i ciała. Przez swoje ciało człowiek spokrewniony jest z całą naturą; budowa ciała zawiera pierwiastki znajdujące się w ziemi: wodę siarkę, wapno, fosfor, żelazo . . . Ciało ludzkie ma życie wegetatywne tak jak rośliny; ma też życie zmysłowe, tak jak zwierzęta.
Niektórzy katolicy utrzymują, że ciało ludzkie mogło drogą ewolucji rozwinąć się z ciała zwierzęcego. Kościół nie wypowiedział się definitywnie co do sposobu utworzenia ciała, ani co do czasu kiedy Pan Bóg wlał w ciało duszę nieśmiertelną. Z Biblii też o tym nie wiemy. Zresztą Biblia nie jest podręcznikiem biologii. Ona przekazuje nam tylko prawdę, że Bóg jest sprawcą całego życia, wszystkich jej form, odmian i gatunków. Nic nie przeszkadza, żeby Bóg tchnął ducha nieśmiertelnego w ciało najdoskonalszego zwierzęcia,, które się rozwijało tysiące tysięcy lat. Dla Boga nie stanowi to żadnej trudności stworzyć coś w jednej chwili, lub rozłożyć dzieło stworzenia na okres milionów lat. W każdym razie nic nigdy nie dzieje się bez przyczyny. W stworzeniu musi być Przyczyna Pierwsza, czyli Bóg. Bóg jest Autorem ewolucji. On stworzył mechanizm i nadał prawa rozwojowe, dzięki którym natura automatycznie się rozwija. Ewolucja świadczy o wielkiej mądrości, wszechmocy i Opatrzności Bożej.

Ciało ludzkie nie zdaje się pochodzić od malpy

Gdyby ciało ludzkie pochodziło od małpy czy innego zwierzęcia przez to samo nie ucierpiałaby jeszcze dostojność natury ludzkiej, która opiera się głównie na rozumie i wolnej woli. Dziś coraz więcej uczonych odrzuca teorię, że człowiek przeobraził się z małpy człekokształtnej. Owszem, pod względem samej budowy ciała człowiek jest do- niej dość podobny, na przykład pod względem wzrostu, uzębienia, narządów trawiennych i oddechowych, systemu krwionośnego i nerwowego, budowy mięśni, kości, wnętrzności i grupy krwi, i innych biologicznych funkcji . . .
Z drugiej strony są też wielkie różnice. Z pośród wszystkich zwierząt człowiek ma największą czaszkę, a twarz najmniejszą. U człowieka przeważa część górna głowy, w której mieści się mózg posiadający szczególny związek z życiem psychicznym. W małpie zaś przeważa część dolna służąca życiu wegetatywnemu. Objętność mózgu jest daleko większa u ludzi niż u małp. Stosunek mózgu do całego ciała wynosi u człowieka l:50, a u małpy l:200. Mózg małpy prezstaje róść około szóstego roku jej życia, czaszka jej szybko kostnieje, a tylko twarz i szczęki nadal się rozwijają. Wzrost mózgu ludzkiego trwa znacznie dłużej, a proces kostnienia czaszki jest o wiele późniejszy. "Rozwój olbrzymiego mózgu ludzkiego - pisze Broom - stanowił zawsze nierozwiązalny problem" dla ewolucjonistów. Ponadto małpiątko w bardzo krótkim czasie staje się samowystarczalne, dziecko ludzkie zaś przez długi szereg lat żyje w całkowitej zależności od swych rodziców.

Gdyby ciało ludzkie rozwinęło się ze zwierzęcia, to między nim a człowiekiem musiałyby kiedyś istnieć jakieś formy pośrednie i to olbrzymia ich ilość, na co sami ewolucjoniści się godzą. Ponadto któreś z tych ogniw powinno się zachować do dziś w pokładach ziemi, albo przy życiu. Gdy więc mówimy, że uczeni szukają brakującego ogniwa (the missing link) trzeba pamiętać, że chodzi tu nie o jedno ogniwo ale o bardzo dużą ich ilość.

Pokrewieństwo nadprzyrodzone chwalą człowieka

Dotychczas wszelkie poszukiwania brakującego ogniwa nie dały żadnych rezultatów. Pokrewieństwo człowieka ze światem organicznym i nieorganicznym wcale nam ujmy ani chwały nie przynosi. Go nam przynosi naprawdę chwałę to pokrewieństwo nadprzyrodzone, duchowe z Bogiem i Jego aniołami. Podstawą tego pokrewieństwa jest duch nieśmiertelny stworzony na obraz i podobieństwo Boże. Jesteśmy wdzięczni za wywyższenie natury ludzkiej, a uczucie to możemy oddać słowami Psalmisty: "Czym jest człowiek, że pamiętasz o nim (o Boże), że się troszczysz o niego; mało co mniejszym uczyniłeś go od aniołów, chwałą i czcią uwieńczyłeś go. Wszystko poddałeś pod nogi jego" (Hbr 2, 6-7).
Nie dajmy się ściągać w dół, równać ze zwierzątami. Jeśli ktoś zagubił ogniwo łączące go z Bogiem, z Jego łaską, niech na nowo szuka zjednoczenia z Bogiem-Stworzycielem i Ojcem. Dzięki łączności z Bogiem stajemy się Jego dziećmi i dziedzicami nieba. "Jesteśmy wybranym plemieniem, królewskim kapłaństwem, świętym narodem, ludem (Bogu) na własność przeznaczonym, obyśmy ogłaszali dzieła potęgi Tego, który nas wezwał z ciemności do przedziwnego Swojego światła" (l P 2,9). Nasza duchowa natura stawia nas na najwyższym szczeblu ziemskich stworzeń i uzdalnia do wykonywania kapłańskiej roli w imieniu wszystkich stworzeń przed Bogiem, przez oddanie Mu czci i dziękczynienia w sposób wolny i świadomy.

Pokrewieństwo zwierzęce może ściągnąć w dół

Zapatrzenie się w niepewne pokrewieństwo zwierzęce ściąga nas w dół, sprawia, że człowiek postępuje jak zwierzę, nawet gorzej, bo zwierzę idzie instynktownie za wolą natury czyli za wolą Boga. Święty Paweł mówi, że "dążność ciała prowadzi do śmierci, dążność zaś ducha - do życia . . . Ciało wprawdzie podlega śmierci ze względu na (skutki) grzechu, duch jednak posiada życie na skutek usprawiedliwienia" i przemieszkiwania w nas, Boga, "który przywróci do życia śmiertelne ciała mocą mieszkającego w nas ducha". Człowiek, którego ciało nie jest kierowane Duchem Bożym popada w niewolę, pogrąża się w bojaźni, natomiast poddany Bogu staje się przybranym dzieckiem Boga i dziedzicem nieba, współdziedzicem Chrystusa, ma prawo wzywać Boga "Ojcze" (Rz 8, 5-17). Jesteśmy powołani do Królestwa Bożego.
Zapatrzenie się w więzy pokrewieństwa zwierzęcego zwalniające od odpowiedzialności przed Bogiem za swoje czyny, ośmielające do robienia tego, co się komu żywnie podobna, co mu się zachce, jest fałszywe i błędne. Życie moralne nie zależy od kaprysu chwili, od zwierzęcych zachcianek. Czy właśnie pragnienie swobody moralnej, zwalnianie się od odpowiedzialności, egoizm i dogadzanie zmysłom, nie jest przyczyną dlaczego wielu ludzi wyznaje filozofię czysto materialistyczną? Wolą uznać, że są tylko zwierzętami, wyższego gatunku, ale tylko zwierzętami, bez duszy nieśmiertelnej! Kto wierzy w to, że jest zwierzęciem, będzie postępował jak zwierzę, będzie się przebijał przez życie nogami i łokciami, będzie po innych deptał, innymi pogardzał, innych eliminował według zasady Darwina, że tylko najsilniejsze zwierzę ma prawo do życia. Jeśli uwierzy w nieubłaganą, bez pardonową walkę o byt, wtedy wyda mu się, że robi ludzkości przysługę, gdy usuwa słabych, chorych, starych . . . Przekaże potomności swe najlepsze zwierzęce zalety: brak litości, egoizm, pożądliwość zmysłów posuniętą do najwyższego stopnia, słowem dzikie najniższe instynkty.
Ludzie zezwierzęceni ciągle spychają ludzkość w dół, gdy święci i ludzie żyjący duchem starają się ją ciągle podnosić, uszlachetniać, formować według wzoru prawdziwego Boga, który stał się Człowiekiem, Jezusa Chrystusa. "Uczcie się ode Mnie, - mówi Jezus Chrystus - bo jestem cichy i pokorny sercem" (Mt 11, 29); "Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemnie miłowali tak, jak Ja was umiłowałem ... Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłować (J 13, 34-35). W kazaniu na Górze podał nam Chrystus naszą duchową konstytucję potwierdzając, że na ziemi i w niebie będą szczęśliwi (błogosławieni) ci, którzy są cisi, pokorni, miłosierni, łaknący sprawiedliwości, czystego serca, wprowadzający pokój.
Uszanujemy swą godność wtedy, gdy nie będziemy się wpatrywać w małpę beztrosko skaczącą po drzewach, lecz w obliczu Syna Człowieczego, Jezusa Chrystusa wiszącego na drzewie krzyża i umierającego za nasze grzechy. On pociąga nas wszystkich ku Sobie, wywyższa, uszlachetnia, uświęca. On jest tym Koniecznym Ogniwem w rozwoju ludzkości, które łączy ziemię z niebem, ludzkość z Bogiem, Ojcem naszym.

NIEDZIELA PALMOWA

Radiowe przemówienie wygłoszone przez o. Korneliana Dende, OFMConv.
w ramach programu GODZINY RÓŻAŃCOWEJ o. JUSTYNA
11-ty kwietnia 1976

NIEDZIELA PALMOWA

Wiłam Was, Zacni Rodacy i Miłe Rodaczki słowami: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

W średniowieczu, gdy większość ludzi nie umiała czytać ani pisać, głównymi środkami przekazu Dobrej Nowiny były malowidła, rzeźby, pieśni, przedstawienia religijne, tak zwane misteria. Artyści długie lata pracowali, nieraz całe swe życie, by przedstawić wydarzenia z życia. Pana Jezusa odnoszące się do naszego zbawienia w kamieniu, w drzewie, na płótnie. Przy kościołach, zwłaszcza przy katedrach pracowały całe szkoły artystów pod kierownictwem mistrzów światowej sławy. Z ich rąk wychodziły przepiękne rzeźbione tryptyki, freski pokrywające całe ściany, sięgające nieraz do samego stropu świątyni, podzielone na sceny, w których występowały setki i tysiące postaci.
Ulubionym ich tematem była męka i śmierć na krzyżu oraz zmartwychwstanie naszego Zbawiciela. Dzieła sztuki były jakoby ludowymi podręcznikami historii zbawienia. Podobną rolę spełniały pieśni. Dlatego mamy ich takie bogactwo z tamtych czasów. Pieśni polskie opisują na przykład całą mękę Zbawiciela, a już Gorzkie Żale wchodzą w najdrobniejsze jej szczegóły usiłując przedstawić stan duszy Zbawiciela, Matki Bolesnej, wiernych patrzących na cierpnienia Jezusa, oraz zachowanie się nieprzyjaciół.
Bardzo popularną formą katechezy były misteria o męce Pańskiej, tak zwana Pasja. Zwyczaj przedstawiania męki Zbawiciela zachował się przypadkowo aż po dziś dzień w Niemczech, w bawarskim miasteczku Oberamergau. W XVII wieku, gdy w Europie szalała zaraza dżumy, rada miejska w imieniu wszystkich mieszkańców, a nawet przyszłych pokoleń, złożyła ślub, że jeśli zaraza ich ominie, to co dziesięć lat będą wystawiać mękę Zbawiciela - od triumfalnego wjazdu do Jerozolimy aż do ukrzyżowania. Zaraza nie zabiła nikogo i mieszkańcy Oberamergau do dzisiejszego dnia spłacają Bogu swój dług wdzięczności. Znamy jednak większą scenę, niż ta w Oberamergau, na której rozgrywa się dramat męki Pańskiej po dziś dzień, i trwać będzie aż do końca dziejów rodzaju ludzkiego. Jest nią ołtarz z ponawianą na nim Najświętszą Ofiarą Mszy świętej, a przede wszystkim liturgia Niedzieli Palmowej i Wielkiego Tygodnia. Dramat ten rozgrywa się i dostępny jest każdemu pokoleniu, każdemu człowiekowi w każdym zakątku naszego globu. Liturgia ta ukazuje nam wokół postaci Chrystusa osoby dramatu męki: apostołów, Kaifasza, Piłata, Heroda, Weronikę, Marię Magdalenę, dobrego łotra, Szymona z Cyreny, setnika, żołnierzy rzymskich, tłum . . .

Dzisiejszą pogadankę poświęcam wypadkom Niedzieli Palmowej, zwłaszcza tym, które się rozegrały w czasie triumfalnego wjazdu Pana Jezusa do Jerozolimy, aby przeżyć dramat męki Pańskiej i podziękować Bogu za łaskę zbawienia. Taki też jest tytuł pogadanki:

NIEDZIELA PALMOWA

Zapotrzebowanie na ziemskiego króla

Według odwiecznych planów Bożych potoczyły się wypadki całego tygodnia, który nazywamy Wielkim Tygodniem. Tego dnia Chrystus osiągnął szczyt swojej popularności, której nigdy nie szukał. Lud izraelski znalazł swojego króla, o którym marzył, do którego tęsknił o którego się modlił, który był mu od Boga obiecany i przez proroków zapowiedziany. Lud rozpoznał w Chrystusie swego Mesjasza, Pomazańca Bożego i teraz gotuje Mu wielki, spontaniczny triumf. Takiego triumfu nie zgotował dotąd nikomu innemu od czasów króla Dawida. Nigdy też podobnej radości nie przeżył od czasu wyjścia z ziemi egipskiej, z niewoli faraonów.
Bezpośrednią przyczyną triumfu stał się niesłychany cud: wskrzeszenie Łazarza. Wielu Żydów, czy to mieszkańców Jerozolimy, czy pielgrzymów przybyłych z Palestyny lub z innych krajów, z tak zwanego rozproszenia, było świadkami takiego czy innego cudu. Ten jednak cud przewyższył wszystkie, nawet cud rozmnożenia chleba i ryb. Już wtedy cud rozmnożenia chleba nad brzegami uroczego jeziora Galilejskiego taki rozbudził zapał wśród tłumów, że wszyscy byli gotowi obwołać Chrystusa swoim królem. Ale Jezus udaremnił ich zamiary. Wrymknął się im i zniknął. Ten jednak cud w Betanii jest dla tłumów niezbitym dowodem, że Chrystus jest Zesłańcem Bożym. To jest Jego uwierzytelniający znak, że przybywa od Ojca niebieskiego, o którym stale im opowiadał.

Takiego króla potrzebują - mądrego w słowie i możnego w czynie; takiego, któremu nikt nie potrafi się przeciwstawić. Jego cudotwórcza moc będzie najpotężniejszą bronią przeciwko nieprzyjaciołom, zwłaszcza przeciw znienawidzonym Rzymianom, których obecność odczuwają nawet w Świątyni, podczas nabożeństw, ofiar, modlitw i śpiewów. Do placu Świątyni przylega bowiem forteca Antonia, na której murach ustawicznie czuwa straż, a w razie wielkiego religijnego zgromadzenia podejrzliwy okupant zawsze przewiduje ewentualne zarzewie buntu. Zaalarmowani żołnierze podziemnymi tunelami wypadali na dziedziniec świątyni i rozpoczynali rzeź.

Chrystus w Betanii

Wszyscy wiedzą, że Chrystus przybył na święta wielkanocne do Jerozolimy, że stoi gościną w domu swego przyjaciela Łazarza i jego sióstr Marii i Marty. Wiedzą też o śmierci Łazarza i o cudownym wskrzeszeniu. Nikt nigdy takiego cudu nie dokonał. Entuzjazm więc jest wielki. Miasto huczy o tym cudzie. Wielu pobiegło do Betanii leżącej od Jerozolimy zaledwie dwie mile, aby przypatrzeć się wskrzeszonemu i Cudotwórcy.
Tylko arcykapłani, uczeni w Piśmie i faryzeusze nie podzielali tego entuzjazmu. Zbici z tropu zwołali Wysoką Radę, Sanhedryn ,aby przedyskutować sytuację z punktu widzenia politycznego i religijnego. "Co poczniemy?" - pytali jeden drugiego - "Ten człowiek rzeczywiście wielkie cuda czyni. Jeżeli Go tak pozostawimy, to cały naród pójdzie za Nim. A wtedy przyjdą Rzymianie, sprawią mieszkańcom rzeź, zniszczą Świątynię i obalą nasze rządy". Wówczas zabrał głos Kajfasz, najwyższy kapłan tego roku: "Czyście postradali rozum?" - wołał. - "Czy nie widzicie, że lepiej dla nas, jeśli jeden człowiek umrze niżby całv naród miał zginać?" Postanowili więc szukać sposobu, aby Jezusa potajemnie, bez rozgłosu, zwłaszcza bez narażenia się na gniew ludu, zaaresztować i szybko zlikwidować. Jeśli się da, trzeba to uczynić jeszcze przed świętami wielkanocnymi. Oczywiście trzeba otrzymać też na to zgodę prokuratora rzymskiego Poncjusza Piłata (J 11, 45-53).

Tworzenie się pochodu triumfalnego

Nastał pierwszy dzień tygodnia, pierwszy po szabacie, który chrześcijanie nazwą później niedzielą, dniem Pańskim. Chrystus, jego apostołowie i kilkudziesięciu uczniów opuściło Betanię, aby udać się do świątyni Jerozolimskiej na modlitwę. Za nimi ruszyła wielka gromada wielbicieli Jezusa - świadkowie wskrzeszenia Łazarza, chwalcy Jego mocy. Szli spodziewając się widzieć nowe cuda i nowe wydarzenia. Może tym razem nie będzie im przeszkadzał i zgodzi się, aby ogłosili Go królem. Może ogłosi manifest, zwoła do siebie wszystkich zwolenników. Nie nadarzy się inna, sposobniejsza okazja do powstania i obalenia nienawistnych rządów rzymskich. Tam, w dole miasto wrze od entuzjazmu i mówi tylko o Jezusie. A wszystkich w mieście, z okazji świąt jest około milion.
Gromada zatrzymała się na szczycie Góry Oliwnej, w pobliżu wioski Betfage. Słusznie się tak nazywa - Betfage znaczy bowiem kraina fig. Wioska w kotlinie tonie w zieleni figowych drzew. Chrystus zwraca się do dwóch apostołów i mówi: "Idźcie do wsi, która jest przed wami, a zaraz przy wejściu do niej znajdziecie oślę uwiązane, na którym jeszcze nikt z ludzi nie siedział. Odwiążcie je i przyprowadźcie tutaj. A gdyby was kto pytał, dlaczego to robicie, powiedzcie, że Pan go potrzebuje i zaraz odeśle je z powrotem".
Usłuchali rozkazu, chociaż głowy im pękały od sprzecznych myśli. Mieli bez zgody właściciela odwiązać osła i przyprowadzić. Nie zdziwili się, gdy po przybyciu do Betfage ujrzeli dwa osły przywiązane u bramy. Gdy zaś gospodarz po odruchowym sprzeciwie i krótkim wahaniu uwierzył im, że osła zwrócą, i chętnie się zgodził na jego wypożyczenie, zdawało się im jakoby cały ten plan był już z góry przygotowany.
Młody osiołek nie miał siodła, więc uczniowie zarzucili nań płaszcze, a Jezus dosiadł osiołka i wszyscy ruszyli do Jerozolimy. Pierwszy raz wdzieli Jezusa podróżującego na wierzchowcu. Czyżby to był zdecydowany krok, aby wyjechać do miasta w triumfie? Ale myśli ludzi nie były myślami Zbawiciela. On nie szukał sławy tego świata, władzy ani królestwa. Nie chodzi Mu o triumf na wzór zwycięzkich wodzów wracających z wypraw wojennych. Pozostawia go pysznym, aroganckim wodzom rzymskim, którym stawia się triumfalne łuki, przez które wjeżdżają do miasta na ognistych koniach na czele legionów, a za nimi łupy wojenne i skuci łańcuchami jeńcy. Wszyscy wodzowie czynią wszystko, aby bitwę wygrać. Jezus wygra ją również, ale straszliwą ceną własnej ofiary.
Chrystus idzie jako Król Pokoju. Takiego pokoju oprócz Niego nikt zapewnić nie może. Wjeżdża do Świętego Miasta, by wypełniła się przepowiednia: "Nie bój się, Córko Syjońska! Oto Król twój przychodzi, siedząc na oślęciu!"
Córką Syjońską jest Jerozolima. Uczniowie mają myśli zaprzątnięte czym innym i nie kojarzą sobie tego wydarzenia uroczystego wjazdu Chrystusa do Jerozolimy na źrebięciu oślicy ze znaną przepowiednią proroka Zachariasza. Przypomną sobie ją dopiero po Wniebowstąpieniu Chrystusa.

"Jeśli ci umilkną, kamienie woląc będą"

Lud i apostołowie tłumaczyli sobie jazdę na osiołku jako wyraźną wolę Chrystusa, że przystępuje do akcji, że ogłosi się ich królem i przyjmie od nich należne hołdy. Wobec tego trzeba Mu zorganizować prawdziwy triumf.
Ale na długie przygotowania nie było czasu, ani też nie było to możliwe ze względu na obecność okupanta rzymskiego, który by taki triumf uznał za próbę zamachu stanu. Przyjęcie jednak było wspaniałe i całkowicie spontaniczne. Wśród radosnych okrzyków i oklasków poczęto wielbić Boga za wszystkie cuda, których byli świadkami. Wołali: "Błogosławiony król, który przychodzi w imię Pańskie. Pokój w niebie i chwała na wysokościach (Łk 19,37-38).
Wskrzeszenie umarłego męża było dla nich widomym dowodem łaski i opieki Pana nad Izraelem i zapowiedzią wielkich wstrząsających wydarzeń i zmian. Oto tym cudownym wskrzeszeniem przypomniał im miniona dumną, przeszłość, dzieje potężnego państwa, ubłogosławione przez mądrych władców i natchnionych proroków. Jezus jest potomkiem słynnego króla Dawida. Teraz przychodzi do nich w imię Pańskie. Czy nie jest to znak, że nadszedł czas odrodzenia królestwa, zwycięstwa nad pogańskim Rzymem? Mieli powód do radości i dlatego wołali: "Błogosławiony, który przybywa w imię Pańskie! Błogosławione królestwo ojca naszego Dawida"! Przy tym dęli w trąbki, powiewali chorągiewkami, tańczyli przy dźwiękach piszczałek i tamburynów, tak jak ich pradziadowie za czasów dobrego króla Dawida. Rzucano kolorowe szaty pod nogi osiołka, zrywano gałęzie palmowe, które splata się nad głową zwycięzcy tak, jak krzyżuje się szpady nad głową zwycięskiego generała. Oto triumf ziemski, o którym od dawna marzył Judasz.

Hosanna Synowi Dawidowemu!

Z naprzeciwka, z Jerozolimy, nadciągnęła wielka rzesza mieszkańców, która z daleka zobaczyła kolorowy pochód spuszczający się po stoku Góry Oliwnej wśród tumanu kurzu. Gdy się połączyły dwie rzesze, wzmogło się wołanie: "Hosanna Synowi Dawidowemu"!
Pierwotnie słowo "hosanna" znaczyło "zbaw nas". Była to zatem prośba o zwycięstwo. Później jednak słowo to stało się radosnym wiwatem, do którego dodawano nieraz: "na wysokościach"! Tu zaś do "Hosanna" dodano "Synowi Dawidowemu"! Okrzyki te przetłumaczone na dzisiejszy język znaczyły: "Niech żyje Wybawiciel! Niech żyje Pomazaniec. Mesjasz, Syn Dawida! Niech żyje Posłaniec Boży, Król Izraela"! Okrzyki te znaczyły również to samo co: "Ogłaszamy Cię naszym Królem! Cześć i chwała naszemu Bogu na wysokościach"!
W pochodzie szli też faryzeusze pilnie obserwując co się dzieje, aby dać sprawozdanie Kajfaszowi i jego Wrysokiej Radzie. Wybaczali jeszcze ludowi bezwiedne bluźniersto, jak przypuszczali, gdy Jezus nazywał Mesjaszem. Ale gdy widzieli wiwatujących na Jego cześć apostołów, zwrócili się do Tezusa i rzekli: "Nauczycielu, zabroń tego swoim uczniom". Chrystus nie zgasił jednak ich zapału. Niedługo, a wszyscy się przekonają, że przecież nie chodzi Mu o berło królestwa ziemskiego. Ma jednak prawo do czci i chwały królewskiej iako Król królów i Pan panujących. Występuje tu jako Król, Spadkobierca Dawida. Przyjmuje wszystkie tytuły i oklaski jako rzecz Sobie należną. Odpowiada więc Faryzeuszom: "Powiadam wam. jeśli ci umilkną, kamienie wołać będą" (Łk 19, 35-40). - "Daremne nasze nalegania - mówili faryzeusze ieden do drugiego - widzicie, że nic nie zyskujemy. Oto cały świat poszedł za Nim" (J 12, 19).

Chrytsus placze nad Jerozolimą

Chrystus zbliżył się do skłonu Góry Oliwnej, który w tym miejscu począł gwałtownie opadać aż do strumienia Cedronu. Ostrożniej teraz zstępują w dół ku dolinie. Ale gdy wszyscy byli zajęci patrzeniem, by się nie potknąć i nie pośliznąć, Chrystus spojrzał poprzez dolinę Cedronu na przeciwległe, niższe wzgórze. Przystanął, a cała rzesza z Nim. Wzgórze, na którym rozłożyła się Jerozolima przypominało swym kształtem przeciągającego się lwa. Wzrok Chrystusa zatrzymał się na mieście. To Jego Oblubienica, Córka Syjońska. Ileż razy wzruszał się jej wspaniałością. Zaprawdę była klejnotem nad klejnotami wśród nieprzebranych skarbów Jahwe.
Ponad mozaiką płaskich domów, ponad kopułami wież i pałaców oraz nad plamami zieleni wznosiła się Świątynia Pańska. Kapała złotem, świeciła krużgankami z białego marmuru. Na ten widok Chrystus popadł w zadumę. Wzrokiem wyławiał miejsca, w których w ciągu trzech lat pełnił Swoją trudną rolę Mesjasza; rozstaje dróg, gdzie głosił Dobrą Nowinę; place, na których uzdrawiał paralityków i kaleki; uliczki przedmiejskie, gdzie przywracał wzrok ślepym.

Umilkły wiwaty. Wyczekując jakichś słów, rozkazów, a może cudu, wszyscy w napięciu obserwowali Jezusa. Po chwili spostrzegli w Jego oczach łzy. W bolesnym geście wyciągnął ku miasta ramiona, ku Świątyni, mieszkaniu Swego Ojca. Widzi dobrze dobrodziejstwa, które spełniał wśród tych ulic, w krużgankach świątyni. Za nie knują najobzrydliwszy spisek, najokrutniejszą zemstę. Już tylko niewiele świtań dzieli Go od dokonania tej zemsty, którą miasto wywrze na Synu Człowieczym. Na zachód od miasta, tuż za murami, wznosi się jałowe wzniesienie; góra Kalwaria. Wyrzucony z miasta jak trędowaty, tam umrze na krzyżu jak złoczyńca. Wtem z ust Chrystusa płyną słowa gorzkie jak łzy, dla słuchających jeszcze nie zrozumiałe, tajemne: "O, gdybyś i ty poznało w ten dzień to, co służy pokojowi. Ale teraz zostało to zakryte przed twoimi oczami. Bo przyjdą na ciebie dni, gdy twoi nieprzyjaciele otoczą cię wałem, obiegną cię i ścisną zewsząd. Powalą na ziemię ciebie i twoje dzieci z tobą i nie zostawią w tobie kamienia na kamieniu za to, żeś nie rozpoznało czasu twojego nawiedzenia" (Łk 19, 41-44).

Chrystus nieco później, w samym mieście, powie: "Jeruzalem, Jeruzalem! Ty zabijasz proroków i kamienujesz tych, którzy są do ciebie posłani! Ile razy chciałem zgromadzić twoje dzieci, jak ptak swe pisklęta zbiera pod skrzydła, a nie chcieliście. Oto wasz dom zostanie wam pusty" (Mt 23, 37-38).
Chrystus uczynił na oczach tłumów tyle wielkich cudów, a większość w Niego nie uwierzyła, spełniając na sobie proroctwo Izajasza. Niewiara zaślepiła ich oczy, skamieniła serca. Teraz mają oczy, a nie widzą, mają rozum, a nie poznają, bo nie chcą zwrócić się do Niego po łaskę uzdrowienia (J 12, 37-40). Za parę dni Jerozolima odrzuci Chrystusa, zbuntuje się przeciwko Niemu, pójdzie na kompromis ze swoim wrogiem i wzgardzi prawdziwym pokojem. Chrystus przyszedł założyć Królestwo Boże, królestwo pokoju, królestwo miłości. Jerozolima miała rozszerzyć to Królestwo na cały świat, lecz nie okazała się godna. Czterdzieści lat później podniesie sztandar buntu przeciwko Rzymianom, ale ich generał Tytus, tu właśnie, na górze Oliwnej, złoży swoją główną kwaterę. Stąd będzie kierował oblężeniem, pierścieniami legionów otoczy miasto, ściśnie je żelaznymi kleszczami, zdruzgocze, zniszczy w nim wszystko. Zgina mężczyźni, kobiety, starcy i dzieci. Pozostanie tylko góra osmolonych ognierr kamieni i splamionych krwią gruzów, stos ofiarnych prochów.
Przebrała się miara zła tego miasta. Dlatego nie ma w jego murach miejsca dla Chrystusa, mimo pozorów triumfalnego powitania; dlatego patrzy On dziś na nie z uczuciem wielkiej miłości i wyrzutu. Ale nie złorzeczy miastu, tylko płacze nad nim. Niedługo będzie prosił niewiasty jerozolimskie by się do tego płaczu przyłączyły, by płakały nie nad Nim, tylko nad sobą dziećmi swoimi.
Zniszczenie Jerozolimy jest symbolem ruiny duszy, która odtrąca Zbawiciela, która nie rozpoznaje czasu Jego nawiedzenia, która nie wie co jest ku jej pokojowi, natomiast hołduje grzechowi, pławi się w rozpuście, odstępuje od przykazań Bożych, karmi się intrygami, kłamstwem i oszczerstwami, dyszy zazdrością, chciwością i nienawiścią. Lęk przed karą Bożą jest świętą bojaźnią i często jedynym ratunkiem zagrożonych dusz.

Groźba Chrystusa dotyczy każdego z nas, bo każde serce powinno Go przyjąć, a nie odrzucać. Ta groźba winna odstraszyć nas od grzechu i zbrodni. Chrystus przestrzega przed ogólnym odstępstwem od Boga, bo wtedy "powstanie naród przeciwko narodowi i królestwo przeciwko! królestwu, i będą zarazy, głód i miejscami trzęsienia ziemi. A wszystko to dopiero początek boleści" (Mt 24, 7-8). Mogą nastać gorsze rzeczy, gdy "brat wyda na śmierć brata i ojciec syna, i powstaną dzieci przeciw rodzicom i będą ich zabijali" . . . Może przyjść do tego, że po ulicach naszych miast "będą deptali poganie", a mieszkańcy "będą zabijani i uprowadzani w niewolę". Nad miastami i wioskami "słońce się zaćmi i księżyc nie da światłości swojej, a gwiazdy spadać będą z nieba" ... a także na naszej ziemi narody w przerażeniu pytać będą, gdzie jest Bóg. który zwie się naszym ojcem, który mówi, że nas kocha bez końca? Dlaczego nas opuścił w potrzebie (Mt 24; Mk 13; Łk 21)?

Chrystus mówi o wydarzeniach przy końcu świata, ale przecież my mamy na uwadze swój koniec, śmierć czy to na łożu w gronie rodziny, czy to na ulicy z ręki zbrodniarza, czy podczas trzęsienia ziemi, bombardowania nieprzyjacielskiego i błysku wyprodukowanych bomb wodorowych. Na śmierć powinniśmy się przygotować, mając w pamięci przestrogi Chrystusa, byśmy nie byli zaskoczeni.

Akt Miłosierdzia Bożego

Chrystus przepowiedział to wszystko dla wszystkich narodów i dla każdego z nas. Dlaczego był tak okrutny? - zapytamy. A może to był akt miłosierdzia? Może chciał nas przebudzić, abyśmy czuwali i czekali na Jego powrót, rozpoznali czas Jego nawiedzenia, żebyśmy poznali to wszystko co służy pokojowi naszej duszy, rodziny, narodu (Łk 21, 5-26).
Nic dziwnego, że wszystkich - apostołów, uczniów i tłum ogarnął niepokój. Zdrętwiały serca wszystkich jak przed przepaścią. Sposępniały twarze pod wrażeniem płaczu Jezusa i Jego słów, jeszcze przed chwilą weselne i odświętne. Dlaczego ich drogi Nauczyciel popadł w taki przygnębiający smutek? Co zaszło w Jego wnętrzu ? Co to była za troska, która kazała Mu płakać nad Jerozolima wśród radosnych ich krzyków, śpiewów i muzyki na Jego cześć i chwałę? Ludzie czekali na wyjaśnienie, które by rozproszyło ich lęk i przywróciło radosny nastrój słonecznego dnia.

"Ta przepowiednia jeszcze bardziej rozjątrzy Jego wrogów" - pomyśleli apostołowie. Zaś w duszy Judasza dokonał się wtedy głęboki przełom. Ten dzień go przekonał, że Chrystus nie jest następcą wielkiego króla Dawida, nie jest takim królem, na jakiego on liczył i wielu innych. Wszyscy oczekiwali, że Chrystus założy królestwo ziemskie a potem rozszerzy je na cały świat. Judasz w tym królestwie widział siebie na wysokim stanowisku, może ministra skarbu. Teraz nie ma już żadnych złudzeń. Płaczący Mąż nie nadaje się na wodza, na króla, któryby mógł się przeciwstawić potędze Rzymu i zjednoczyć naród. To fałszywy prorok!
Zatrzymajmy się w tym miejscu pochodu Chrystusa, aby te chwile lepiej rozważyć i przeżyć. Triumfalny wjazd do Jerozolimy nie jest ani legendą ani samą historią. Prócz tego, że jest historycznym wydarzeniem jest również przepowiednią. Przepowiada nam co się stanie i co się będzie dziać w przyszłości. Ten triumfalny wjazd jest żywym objawieniem, które nam odkrywa to, co dokonuje się stale na naszych oczach. Odsłania nam życie Chrystusa pośród nas dzisiaj. Bóg jest zawsze z nami i pozostanie po wszystkie dnia aż do skończenia świata. Ewangelia mówi o ustosunkowaniu się do Niego każdego z nas. Możemy znaleźć siebie w galerii osób Wielkiego Tygodnia, które brały udział w dramacie Jezusa Chrystusa. Możemy wskazać siebie palcem. Ktoś może być jak święty Piotr, ktoś inny jak Jan lub Judasz, jeszcze inny jak Piłat, Herod, Kajfasz lub Malchus . . . Można siebie znaleźć wśród płaczących niewiast, w osobie Marii Magdaleny, dobrego łotra, obojętnych przechodniów. Wystarczy otworzyć Ewangelię, a zwłaszcza opis Wielkiego Tygodnia, a przekonamy się, że każdy z nas jest tam dokładnie zapowiedziany, wymieniony, odmalowany. Stańmy przy Mistrzu ze szczerą miłością.
W pewnym sensie wszyscy mamy wspólną cechę, tę samą co wiwatujący na cześć Chrystusa Żydzi: szukamy sensacji, a nie szczerego nawrócenia; wyczekujemy cudów tam, gdzie Bóg pragnie naszego wysiłku i poświęcenia; przede wszystkim zaś marzy się nam ciągle królestwo ziemskie, raj na ziemi; mimo twardej rzeczywistości, która ustawicznie zrywa nam łuskę z oczu, zapominamy, że jesteśmy tylko pielgrzymami na tej ziemi. Zakładamy sobie mieszkanie, gromadzimy dobra, jakbyśmy na ziemi mieli żyć wiecznie. W Bogu chcielibyśmy mieć agenta ubezpieczeniowego na życie, chlebodawcę, któryby nas stale cudownie karmił, lekarza, który by wszystkie choroby nasze leczył, a wobec naszych wrogów użył swych hufców niebieskich, lub co najmniej Swego miażdżącego słowa czy spojrzenia, aby padli ze strachu na ziemię lub wynieśli się z naszej obecności.
Tymczasem Król Pokoju jest władcą innego pokroju. Zamiast przynieść pokój jaki nam się marzy, przynosi miecz. Sam pod niego podchodzi jak owieczka do strzygących ją i nakazuje swoim zwolennikom czynić to samo. "Kto chce iść za Mną, niech weźmie krzyż swój i naśladuje Mnie", co na jedno wychodzi: "Zło dobrem zwyciążaj, bo królestwo moje jest nie tylko dla ciebie, lecz dla wszystkich bez wyjątku, bez różnicy rasy, narodowości, języka, kultury, klasy społecznej, stanowiska, stopnia popularności. Moje królestwo jest królestwem miłości".