"Radiowe apostolstwo"

Żródlo: http://www.dobrapolskaszkola.com/?p=8343

Joasia Makuła jest lubianą i cenioną nauczycielką Sobotniej Polskiej Szkoły im. M. Konopnickiej w Rochester, NY. Jest nauczycielką z wykształcenia i z zamiłowania. Uczy najstarszą klasę. Jest mamą czwórki dzieci. Poprosiłam o rozmowę, nie przypuszczając, że odkryję takie duchowe skarby. Joasia pracowała w rozgłośni radiowej ojca Justyna Figasa, z pochodzenia Polaka, urodzonego w Pensylwanii, franciszkanina rozmiłowanego w języku, tradycji i historii polskiej.

Godzina Różańcowa, bo tak nazywała się ta rozgłośnia, nadawana była przez 79 stacji radiowych na terenach USA i Kanady. Poruszała tematy wiary i moralności. Była to największa rozgłośnia katolicka w tamtych czasach. Ojciec Justyn prowadził ją przez 28 lat, do swojej śmierci w roku 1959. Dzięki takim ludziom jak Joasia, możemy tę niezwykłą sylwetkę ojca duchownego przybliżyć Polonii.

Bożena Chojnacka: Joasiu, wróćmy do historii. Przeżyjmy razem z Tobą spotkanie z niezwykłymi ludźmi i nie – zwykłymi ich dziełami.

Joanna Makuła: Temat Godziny Różańcowej jest bardzo obszerny. To, co postaram się opisać, będzie okruszyną wielkiego radiowego dzieła, które sięga roku 1931. Założycielem Godziny Różańcowej był O. Justyn Figas, franciszkanin. Urodził się on w McClure, Pensylwanii w 1886 roku. Na chrzcie nadano mu imię Michał.

Rodzice jego pochodzili z Polski, do Ameryki przyjechali za chlebem oraz aby chwalić Boga w języku polskim. Pochodzili oni z poznańskiego, gdzie podczas zaboru pruskiego nauka polskiego była surowo zabroniona. Wpoili w swoje dzieci zamiłowanie do wszystkiego co polskie, do mowy, do pieśni, do tradycji i zwyczajów. Ojciec ciężko pracował w kopalni węgla miękkiego. Mimo, iż był prostym chłopem o podstawowym wykształceniu, dokładał wszelkich starań, aby jego dzieci miały dostęp do nauki, a szczególnie do dobrej książki. Z biblioteki parafialnej wypożyczał książki, a szczególnie dzieła Sienkiewicza.

Michał wraz z rodzeństwem z wielkim zainteresowaniem poznawał historię kraju i narodu polskiego. W domu czytali po polsku, śpiewali po polsku i modlili się po polsku. Ta atmosfera domu rodzinnego, przepojona ogromną miłością i poświęceniem obojga rodziców, uczyniła Michała szlachetnym człowiekiem i gorącym patriotą. Miał on wielki szacunek dla polskich ojców i matek, którzy prowadzili życie proste, ale pełne poświęcenia i ciężkiej pracy, życie głębokiej wiary w Opatrzność Bożą i wdzięczności za wszystko, czym Bóg i obdarzył.

Jego powołanie kapłańskie zrodziło się w wieku 12 lat, kiedy to ojciec opowiedział mu historię z dzieciństwa: mały Michaś ciężko zachorował na paraliż dziecięcy, do ósmego roku życia nie mógł nawet postawić nogi na podłodze. Wydawało się, że pozostanie kaleką na całe życie. Ojciec, jako ostatnią deskę ratunku, pełen wiary i ufności, zaniósł go na ręku przed obraz Matki Bożej Częstochowskiej i polecił dziecko Jej opiece. W kilka dni po tym zdarzeniu Michał po raz pierwszy stanął na nogi o własnych siłach. I tak w wieku 12 lat postanowił wstąpić do zakonu i poświęcić swoje życie na rzecz Polaków w Ameryce. Odbył studia w Trenton, NJ, Syracuse, NY oraz w Rzymie. Został wyświęcony na kapłana w 1910 r.

W Zakonie Franciszkańskim Braci Mniejszych Konwentualnych wyróżnił się jako 6-krotny prowincjał w Buffalo, NY. Na tym stanowisku założył trzy intytucje edukacyjne: Liceum św. Franciszka w Athol Springs, NY, Wyższe Seminarium św. Jacka w Granby, Mass., oraz Nowicjat w Elicott City, MD. Ojciec Justyn podjął też inicjatywę budowy Szpitala św. Józefa w Cheektowaga, NY, który do dziś funkcjonuje.

Za jego niezmordowaną pracę na rzecz Polaków w Ameryce i w świecie rząd polski odznaczył go orderem Polonia Restituta, a Zakon Franciszkański uhonorował go najwyższym tytułem – Definitora Generalnego. Pracował dla Boga i dla ludzi.

Niewątpliwie jego największym dziełem było założenie radiowego programu – Godziny Różańcowej, które prowadził przez 28 lat aż do śmierci w 1959 r. Godzina Różańcowa miała charakter religijno – społeczny. Poruszała tematy wiary i moralności, a także omawiała bieżące tematy społeczne. Pogadanki odbywały się w języku polskim. Nieodłącznym elementem audycji była Skrzynka Pytań – w ramach której słuchacze otrzymywali odpowiedzi na zadawane pytania. O. Justyn często odpowiadał z humorem, ale bardzo stanowczo.

Dużą wagę przykładał do kształcenia młodzieży polskiej na dobrych obywateli amerykańskich, ale takich, którzy nie wstydzą sie swojego pochodzenia i swojej przebogatej kultury, którzy zapuszczając korzenie na ziemi amerykańskiej “nie rozpłyną się bez śladu”. Na pytanie jednego ze słuchaczy, dlaczego zawsze wychwala mowę polską, tak odpowiedział: “Chwalę mowę polską, bo to mowa zacnych rodziców moich, w której nauczyli mnie pacierza; bo to mowa narodu szlachetnego, który nigdy Bogu się nie sprzeniewierzył; bo to mowa arcypiękna, od Stwórcy mi dana na to, abym w tej mowie stwórcę chwalił i bliźniemu służył”. Każdą audycję kończyła modlitwa i błogosławieństwo Najświętszym Sakramentem.

O. Justyn był sercem franciszkańskiego apostolatu radiowego. Po Ojcu Justynie apostolat radiowy przejął O. Kornelian Dende, o którym można napisać cały nowy artykuł, a następnie O. Marian Tołczyk, i O. Władysław Mężyk. W tym czasie moja przygoda pracy w Godzinie Różańcowej zakończyła się, ale nie zakończyło się moje świadectwo o tym wspaniałym dziele wśród Polonii amerykańskiej.

W czasach rozkwitu, Godzina Różańcowa nadawana była przez 79 stacji radiowych na terenach Ameryki Północnej oraz w Kanadzie. Była to największa rozgłośnia katolicka w tym czasie. Teraz powoli przechodzi do historii. Przykro powiedzieć, ale większość Polaków słuchających niegdyś Godzinę Różańcową, zakończyło swój ziemski żywot, a młode zmaterializowane pokolenie Polaków może odczuwa jakby mniejszą potrzebę słowa Bożego, może nie mają czasu na rodzinne słuchanie audycji katolickiej, a może wielu z nich nigdy nie słyszało o tej rozgłośni.

Bożena Chojnacka: Jak udział w Godzinie Różańcowej pomagał Ci w życiu, w pracy, w rodzinie?

Joanna Makuła:W Godzinie Różańcowej rozpoczęłam pracę w 2000 roku. Zaraz po ślubie przyjechałam wraz z mężem do Ameryki, gdzie mąż rozpoczynał studia stomatologiczne. Mąż wychował się w Ameryce, ja w Polsce. Przed przyjazdem do Ameryki pracowałam jako nauczycielka języka angielskiego w Lublinie, uczyłam w Gimnazjum i w Liceum. Gdy postawiłam nogę na ziemi amerykańskiej, zaczęłam szukać pracy.

Myślałam o pracy na uczelni w sektorze administracji ds. wymiany studentów międzynarodowych. Rozmawiałam raz z ciocią mojego męża, która powiedziała, że zna dla mnie idealne miejsce pracy. Powiedziała, że będę mogła pracować pod jednym dachem, gdzie znajduje się Najświętszy Sakrament. Czy może być lepsza praca niż to? – pomyślałam. Nie mogę chyba zbłądzić będąc tak blisko każdego dnia kaplicy z Najświętszym Sakramentem.

Zadzwoniłam do Ojców Franciszkanów i zaprosili mnie na interview. Rozpoczęłam pracę w następnym tygodniu i zrezygnowałam z moich wcześniejszych planów pracy na uczelni. Patrząc z perspektywy czasu był to najlepszy wybór – pracując tylko 4 lata – związałam się duchowo na całe życie z tym apostolatem.

Czytając archiwalne pogadanki O. Justyna, O. Korneliana oraz poprawiając bieżące mowy radiowe, moja wiara pogłębiała się z dnia na dzień. Na nowo uczyłam się katechizmu, czytałam Pismo Święte, zaczęłam nawet odmawiać Liturgię Godzin i zatapiałam się w czytaniu pięknej literatury religijnej, na którą nie miałam czasu będąc na studiach. Gromadka Godziny Różańcowej zastępowała mi moją rodzinę, którą zostawiłam w Polsce i za którą bardzo tęskniłam. A moje wizyty w kaplicy Najświętszego Sakramentu przed pracą, w południe na Anioł Pański i po zakończeniu pracy łączyły mnie duchowo z moimi bliskimi oraz z innymi ludźmi, za których się modliłam, a których nie znałam.

Dziękowałam Opatrzności Bożej za ten dar. Oprócz sprawdzania mów radiowych, tłumaczenia tekstów, pomaganiu w układaniu Nowenn, przygotowywaniu wysyłek, korespondencji ze słuchaczami, udało mi się opracować wystawę o życiu O. Justyna oraz udzielić pomocy w tłumaczeniu filmu “Ponad falami eteru” o apostolacie radiowym.

Po czterech latach, gdy mąż ukończył studia, musieliśmy wyjechać z Buffalo do Niemiec, gdzie mąż pracował jako dentysta dla wojska amerykańskiego. Poświęciłam się całkowicie wychowaniu dzieci, utrzymując kontakt listowny, czy telefoniczny z Godziną Różańcową. Teraz, gdy odwiedzamy męża rodzinę w Buffalo, staramy się odwiedzić również znajomych pracowników Godziny Różańcowej. Odwiedzamy też w Chicopee, MA Ojców Seniorów: byłego Dyrektora O. Mariana Tołczyka, O. Eligiusza Kozaka, O. Lucjana Królikowskiego, wieloletnich Sekretarzy apostolatu, utrzymujemy też kontakt z byłym Dyrektorem O. Władysławem Mężykiem.

Chociaż moja praca w Godzinie Różańcowej już dawno się skończyła, nadal odczuwam jej błogosławieństwa w życiu rodzinnym, starając się wpoić moim dzieciom patriotyzm i miłość do wszystkiego co polskie, a szczególnie do wiary naszych ojców i pięknych nabożeństw w języku polskim. Tak jak O. Justyn, wraz z mężem dbamy o staranne wykształcenie naszych dzieci, a szczególnie o podtrzymanie języka polskiego i nauczenie ich historii Polski. Z Gromadką Godziny Różańcowej łączę się w moich modlitwach za całą Polonię.

Bożena Chojnacka: Dlaczego wybrałaś filologię angielską i jaka była potem Twoja droga zawodowa? I przyjazd do Ameryki – przypadek czy inny powód?

Joanna Makuła: Zawsze chciałam być nauczycielką i interesowały mnie zagraniczne podróże, poznawanie nowych kultur. Język angielski był najbardziej popularnym językiem, za pomocą którego można było porozumiewać się na całym świecie. Wybrałam więc zawód nauczyciela języka angielskiego – ta profesja dawała nie tylko możliwość opanowania języka angielskiego, ale także kontakt z młodzieżą, na której wychowanie mogłam mieć duży wpływ, a także możliwość podróży i poszerzania wiedzy o świecie. Studiowałam w Kolegium Języka Angielskiego w Puławach (filia Uniwersytetu Warszawskiego), a następnie wyjechałam do Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej na 2-letnie studia magisterskie. W międzyczasie brałam udział w obozach językowych jako wychowawca i tłumacz, a także pracowałam w Anglii jako woluntariuszka opiekując się upośledzonymi ludźmi. Tak szkoliłam mój język angielski.

W Ameryce na studiach poznałam męża i tak po 2- letniej rozłące powróciłam do Ameryki, aby zamieszkać tu na stałe. Jestem mamą czwórki dzieci. Najważniejsze dla nas to wychować je dobrze, przekazać im wiarę i polskie wartości. W domu staramy się rozmawiać tylko po polsku, zachowujemy polskie obyczaje i tradycje. Uczymy dzieci szacunku do starszych i miłości do bliźnich poprzez służenie tym, którzy mniej od nas posiadają.

Chcemy, żeby dzieci nasze znały dobrze swoją wiarę, która da im siłę do przeżycia naszego ziemskiego życia. Chcemy, żeby były czułe na krzywdę ludzką i niosły pomoc potrzebującym. Uczymy ich, że nie żyją dla siebie, ale dla innych, i tylko w służbie bliźnim i Bogu odnajdą zadowolenie. Chcielibyśmy, żeby były mądre, ale jeśli nie uda im się dojść do wysokiego szczebla kariery zawodowej, to znaczy, że Bóg wyznacza im inną drogę. Mówimy im, aby każdą, nawet najmniejszą pracę, starali się wykonać jak najlepiej potrafią, tak jakby robili to dla Boga samego. Nasz cel to doprowadzić ich do wieczności.

Bożena Chojnacka: Jesteś jedną z wyróżnionych nauczycieli w Konkursie Polonijny Nauczyciel Roku 2010. Czemu przypisujesz opinię dobrej, lubianej i cenionej nauczycielki?

Joanna Makuła: Dziękuję za to uznanie, ale nie mam w tym wielkiej zasługi. Biorę przykład z moich koleżanek – nauczycielek. Ich poświęcenie jest dla mnie inspiracją w pracy. Ze swojej strony mogę powiedzieć, że staram się przyjść dobrze przygotowana na lekcje i po każdej lekcji zadaję dużo pracy domowej. A dla moich uczniów staram się być jak mama. Czasem przycisnę, gdy leń ich ogarnia, ale więcej chwalę za nawet najmniejsze osiągnięcia.

Cieszę się razem z nimi, gdy czegoś nowego się nauczą, albo, gdy lekcja ich bardzo zaciekawi i zgłaszają się, żeby odpowiedzieć na pytania. Sama uczę się w przy nich i muszę przyznać, że z każdą lekcją, im lepiej ich poznaję, tym lepiej mogę im służyć.

Rozmawiała: Bożena Chojnacka

„MUSIMY POROZMAWIAĆ”

„MUSIMY POROZMAWIAĆ”

O. Marian Tołczyk

(…) w Fort Lauderdale na Florydzie można było zobaczyć plakaty z hasłami, które wywołały zdumienie mieszkańców i gości oraz komentarze prasy na całym świecie. Hasła zapraszają bowiem ludzi do odnowienia kontaktu z Bogiem w życiu codziennym. Wśród siedemnastu innych haseł, sygnowanych przez Boga, jedno brzmi: „Musimy porozmawiać”

Potrzeba modlitwy

Otóż to – współczesny człowiek rozmawia ze swym Stwórcą za mało albo wcale! „Zbyt zabiegany”, aby usiąść, a cóż dopiero uklęknąć. „Zbyt zapracowany”, aby te spracowane ręce złożyć do modlitwy… „Zbyt zajęty” gonieniem za dobrami materialnymi, aby zatroszczyć się o dobra wieczne. „Zbyt zmęczony”, aby otworzyć usta do swoich najbliższych, a cóż dopiero otworzyć serce przed Bogiem, który czeka w ukryciu. „Nie w nastroju” aby odciąć się od hałasu, a otworzyć na ciszę, w której przemawia Bóg. Mimo to dusza współczesnego człowieka jest spragniona Boga (por. Ps 42,2) i spotkania z Nim – w modlitwie.

Modlitwa i życie chrześcijańskie są nierozdzielne

Czym jest modlitwa? Klemens Aleksandryjski w III (trzecim) wieku po Chrystusie nazwał modlitwę „rozmową z Bogiem”. Żyjący czterysta lat po nim święty Jan z Damaszku jest autorem definicji, którą być może pamiętacie z nauki katechizmu: „Modlitwa jest wzniesieniem duszy do Boga lub prośbą skierowaną do Niego o stosowne dobra”. Ten Doktor Kościoła zaraz też dodaje: „Modlitwa i życie chrześcijańskie są nierozdzielne”. Nie ma więc chrześcijanina, który się nie modli! Brak modlitwy jest dla nas tym samym, czym dla rośliny brak światła lub wyjęcie ryby z wody – prowadzi do natychmiastowej śmierci duchowej.
Dlatego podejmuję temat modlitwy nie jako „luksusu” dla nielicznych, ale „chleba naszego powszedniego”, którym musi się karmić każdy ochrzczony.

Bóg jest pierwszym, który pragnie kontaktu z nami

Mamy niestety dużo fałszywych wyobrażeń o modlitwie. Myślimy bowiem, że w modlitwie to my wykazujemy się inicjatywą. Nic bardziej mylnego! Jak „miłujemy [Boga], ponieważ Bóg sam pierwszy nas umiłował” (1 J 4,19), tak szukamy rozmowy z Nim w modlitwie, ponieważ to On sam nas woła. Od stworzenia i upadku człowieka, którego szukał pytając: „Adamie, gdzie jesteś?” (por. Rdz 3,9) aż po nasze czasy Bóg jako pierwszy woła – jak z plakatu w Fort Lauderdale: „Musimy porozmawiać!”

Bóg uczy modlitwy

Szukajmy więc nauczycieli modlitwy. Mistrzem i wzorem modlitwy winien być dla nas Syn Boży. On sam jako człowiek uczył się modlitwy od swej Matki, Maryi, która zachowywała i rozważała w swym sercu wielkie sprawy Boże (por. KKK 2599). Dlatego my także zwracajmy się do Jezusa i Jego Matki. Razem z Nimi, na Różańcu czy w modlitwie „Anioł Pański”, uczymy się modlić.
Najlepszym sposobem nauczenia się modlitwy jest bowiem… sama modlitwa. Jak mówiłem, jest ona rozmową, dialogiem pomiędzy Ojcem – Bogiem, a Jego dzieckiem – człowiekiem. Podobnie jak dziecko uczy się mówić, odpowiadając na słowa swoich rodziców – najpierw spojrzeniem, uśmiechem lub płaczem, wyciągnięciem rąk, gaworzeniem, tak my zaczynamy nasz dialog z Bogiem od „ma-ma” i „ta-ta”. Nie możemy jednak na tym poprzestać, ale jak najwięcej rozmawiać z naszym Ojcem, aby od Niego samego uczyć się modlitwy.

Daj Bogu dojść do słowa

Modlitwa nie jest tylko mówieniem do Boga. Pan Jezus przestrzega swych uczniów: „Na modlitwie nie bądźcie gadatliwi jak poganie. […] Albowiem wie Ojciec wasz, czego wam potrzeba, wpierw zanim Go poprosicie” (Mt 6,7-8). „Najważniejszym zadaniem modlitwy jest mówienie do Boga i słuchanie Boga mówiącego w głębi twego serca” nauczał święty Franciszek Salezy. W czasie modlitwy trzeba więc także zamilknąć i w sercu słuchać, co poprzez słowa Pisma świętego czy wydarzenia naszego życia chce nam powiedzieć Bóg.

„Sam na sam” z Bogiem

Nieraz nuży nas wspólna, oficjalna modlitwa liturgiczna, na przykład Msza święta. Wielu ludzi ucieka z niej twierdząc, że nawet Pan Jezus zalecał: „gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu. A Ojciec twój,
który widzi w ukryciu, odda tobie” (Mt 6,6). Poza tym sam Jezus w wielu momentach publicznej działalności usuwał się w ustronne miejsca i tam modlił się. Ale ten sam Jezus przejął praktykę modlitw narodu, w którym się narodził: brał udział w modlitwach synagogi i w
uroczystościach religijnych w świątyni jerozolimskiej.
(…) Mieliśmy okazję (…) widzieć naszego Ojca Świętego podczas pielgrzymki do Ameryki: na stadionach, wśród tysięcznych tłumów, wobec kamer telewizji całego świata Papież modlił się tak, jakby „w izdebce” swej duszy był sam na sam – z Bogiem. Skupienie, ta
autentyczność wiary i modlitwy Jana Pawła II (drugiego) tak podnosi na duchu Ciebie, Drogi Słuchaczu i Miła Słuchaczko. Pomyśl, że Twoja nieobecność na modlitwie we wspólnocie pozbawia kogoś świadectwa Twojego skupienia, autentyczności wiary i modlitwy, które podniosłyby go na duchu.

Walka modlitwy (por. KKK 2725)

Modlitwy nie możemy ograniczać tylko do recytowania formułek. Kto bezmyślnie się modli, przypomina człowieka, który przyszedł na spotkanie z ukochaną osobą, ale ignorując jej obecność zaczyna czytać gazetę. Nie można jednak wpadać w drugą skrajność, kiedy w
modlitwie będziemy liczyli tylko na własną improwizację. Tradycyjne modlitwy są wielkim bogactwem. Rozważajmy je i wnikajmy w treść ich słów
Dlatego modlitwa wymaga wysiłku, skupienia i przygotowania.

Ora et…?

Zapewne znacie hasło benedyktynów „Ora et labora” – „Módl się i pracuj”. Modlitwa nie jest więc „świętym leniuchowaniem” w obecności Pana Boga. Ten sam czcigodny zakon wypracował jeszcze i drugie hasło: „Laborare est orare” czyli „Praca jest modlitwą”. Zaś
święty Jan Chryzostam poucza, że „można modlić się często i gorąco. Nawet na targu czy w czasie samotnej przechadzki, […] a nawet przy gotowaniu”!
Czy zdajemy sobie z tego sprawę? Kiedyś chłop, zanim zaczął orać, siać lub żąć, robił znak krzyża, bo wiedział, że na roli jest tylko współpracownikiem Boga, Pana nieba i ziemi. A dziś? Czy wykonujemy naszą pracę jak modlitwę i jako modlitwę? Jakże inaczej wyglądałby nasz świat, gdybyśmy nasze codzienne prace i obowiązki traktowali nie jako ciężkie jarzmo, sposób
zarobienia na chleb powszedni czy dorobienia się, ale jako odpowiedź na stwórcze słowo Boga, który dał ludziom ziemię, aby poprzez pracę czynili ją sobie poddaną (por. Rdz 1,28).

Bóg wysłuchuje modlitw

Dość powszechna jest skarga, że Bóg nie wysłuchuje modlitw. Czasami jednak na modlitwie przypominamy rozkapryszone dziecko, tupaniem i płaczem chcące zmusić rodziców do kupienia porcji słodyczy, które zniszczą mu zęby. Dlatego czasami Bóg, kiedy chce nas
ukarać, spełnia to, o co Go prosimy. Tymczasem to nie On ma spełniać moją wolę, bo modlę się do Niego, ale ja poprzez modlitwę mam dorosnąć do poznania, przyjęcia i wypełniania w swoim życiu słów „Ojcze… bądź wola Twoja”… Takiej modlitwy uczy nas Pismo święte od Abrahama (zob. Rdz 24,42) aż do Jezusa Chrystusa (zob. Mt 6,10; 26,42). Bóg wysłuchuje modlitwy, ale czy my to zauważamy? (…) W czasie pierwszej pielgrzymki do Polski (2 VI 1979), na Placu Zwycięstwa w Warszawie – Ojciec Święty Jan Paweł II modlił się: „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi, tej ziemi!” Nie minęło dziesięć lat, a Polska i z nią oblicze całego świata zmieniło się nie do poznania. Runął nieludzki system komunizmu, zakłamania i zniewolenia człowieka. Na naszych oczach uciemiężone narody odzyskały wolność i otworzyły drzwi dla Chrystusa.

Modlitwa to nie „Książka próśb i zażaleń”

Mamy jednak nie tylko zauważać, że Bóg wysłuchuje naszych próśb – na modlitwie winniśmy więcej dziękować. Ileż dóbr otrzymujemy od Niego, choć nie prosiliśmy o nie! Nieraz nawet nie zdajemy sobie sprawy, że to są dary Boże. Lecz gdy ich zabraknie: trwoga – i do Boga! Ilu z nas dziękuje za zdrowie, za życie, za to, co posiada?… Jak często wielbimy Boga za to, że po prostu JEST i że nas kocha? Czy potrafimy ze łzami i bólem serca przepraszać Go za nasze grzechy i prosić o zmiłowanie? A wszystko to jest modlitwą!

Gdy nie umiemy się modlić…

Kiedy jednak stwierdzamy, że nadal nie potrafimy się modlić, musimy przypomnieć sobie naukę świętego Pawła, że Duch Święty „przychodzi z pomocą naszej słabości. Gdy bowiem nie umiemy się modlić tak, jak trzeba, sam Duch przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić słowami” (Rz 8,26).

Nie samą modlitwą…

Bez modlitwy nawet post będzie zwykłym głodowaniem. I dlatego już w Starym Testamencie ten, kto pokutował i pościł – modlił się (zob. Ps 35:13; Dn 9,3; Est 5,27; Jon 3,6). Pan Jezus zachęcał do duchowej walki ze złem „modlitwą i postem” (Mt 17,21; por. Mk 9,29). W
Kościele od czasów apostolskich post łączono z modlitwą (Dz 14,23).
Podobnie jałmużna bez modlitwy jest zwykłą filantropią. Modlitwa setnika Korneliusza została wysłuchana – Bóg wspomniał na złożone przez niego jałmużny (por. Dz 10,1-5; 30-32) i posłał apostoła Piotra, który ochrzcił setnika z całym jego domem. W dwóch poprzednich pogadankach mówiłem o poście i jałmużnie jako praktykach religijnych, które łączą się ze sobą. To modlitwa
jest spoiwem wszelkich aktów religijnych. Kiedyś wiele uroczystości kościelnych poprzedzały wigilie, jak Wigilia Paschalna czy wigilia Bożego Narodzenia. Ich zadaniem było przygotowanie do uroczystości przez czuwanie, post, dzieła miłosierdzia i wzmożoną modlitwę.
Musimy zrozumieć, że teraz przeżywamy „wielką wigilię” trzeciego tysiąclecia chrześcijaństwa. Potrzeba umocnienia naszej nadziei – że post, który dzisiaj podejmujemy, ma sens i przyniesie owoce nie tylko w przyszłym tysiącleciu, ale przede wszystkim – w wieczności.
Trzeba większej miłości, która jest pobudką w dawaniu jałmużny. A do tego wszystkiego trzeba wiary – w moc modlitwy, która jest zadatkiem wiary przyszłych pokoleń.

Moc modlitwy

Na Uniwersytecie stanu South Carolina wykładał pewien profesor filozofii – zaciekły ateista. Za główny cel obrał sobie wykazanie, że Bóg nie istnieje. Co roku na zakończenie semestru zwracał się do sali wypełnionej po brzegi przez trzystu studentów: – Jeśli jest tu jeszcze
ktoś wierzący w istnienie Boga – niech wstanie! Kto by wierzył w Boga – jest głupcem. Jeśli Bóg istnieje, to niech uchroni ten kawałek kredy przed spadnięciem na ziemię i rozbiciem.
Po tych słowach profesor upuszczał trzymaną w rękach kredę, która spadając na posadzkę roztrzaskiwała się w drobne kawałki. W sercach studentów jednego po drugim rocznika coś także rozpadało się na drobne kawałki, bo w ciągu dwudziestu lat nikt się nie podniósł,
aby się przyznać do swojej wiary. Jednak kilka lat temu trafił się pewien student pierwszego roku, który – jak wszyscy inni – bał się profesora-ateisty. Ale w ciągu całego
semestru codziennie rano modlił się o odwagę, aby na ostatnim wykładzie filozofii wstać, niezależnie, co powie profesor i co pomyślą koledzy. W końcu nadszedł ten dzień. Profesor powiedział: — Jeśli jest jeszcze ktoś, kto wierzy w Boga, niech wstanie!
Student wstał. Oczy wszystkich z niedowierzaniem skierowały się na niego. Profesor krzyknął:
— Ty durniu! Czy Bóg jest, żeby uchronić tę kredę przed rozbiciem się na ziemi?!
Był jednak tak wzburzony, że kiedy chciał upuścić trzymany w ręku kawałek kredy, ten wyśliznął mu się z palców, odbił od mankietu koszuli, poleciał na spodnie i po nich stoczył na czubek buta, z którego bez uszczerbku spadł na posadzkę. Otwarte do krzyku usta profesora
zamarły. Patrzył przez chwilę na kawałek kredy, potem na stojącego studenta, wreszcie bez słowa wybiegł z sali.
Tyle, jeśli mówimy o mocy modlitwy. Dla tego, kto nie wierzy, żaden argument nie wystarczy. Dla tych, co wierzą, nie potrzeba argumentów. Nie tylko więc mówmy o modlitwie, ale także módlmy się: „Boże Ojcze, pozwól nam z wiarą, nadzieją i miłością (…) abyśmy poznali „Ciebie, jedynego prawdziwego Boga, oraz Tego, którego posłałeś, Jezusa Chrystusa” (por. J 17,3). Bądź z nami pośród radości i smutku, w pokoju i zawierusze, w chorobie i zdrowiu. Ojcze, poprzez
modlitwę, jałmużnę i post czyń nas narzędziami Twego pokoju, prawdy i miłości, tak abyś nas – swoje przybrane dzieci – włączał dziś w strumień łaski, przez tysiąclecia płynący z Krzyża Twojego Syna. Niech uszy naszego umysłu otworzą się na Twoje słowo, a oczy naszych
serc na potrzeby bliźnich, w których mamy miłować Ciebie, jedynego i prawdziwego Boga, Ojca wszystkich ludzi. Amen

WSZYSCY JESTEŚMY DZIEĆMI JEDNEGO OJCA

WSZYSCY JESTEŚMY DZIEĆMI JEDNEGO OJCA
O. Marian Tołczyk

O. Marcel: Podczas tygodnia Modlitw o Jedność Chrześcijan Ojciec Święty Benedykt XVI powiedział, że wszyscy wierzący w Chrystusa są zaproszeni do zjednoczenia się w modlitwie. Prosił wszystkich, którzy idą za Panem, aby modlili się o dar pełnej komunii. Zaprosił wszystkich do refleksji nad czterema filarami jedności, które są w życiu pierwotnego Kościoła. Pierwszy to wierność Ewangelii Jezusa Chrystusa głoszonej przez Apostołów. Drugi to braterska wspólnota, współczesny wyraz tego, co się widzi we wzrastającej przyjaźni ekumenicznej pomiędzy chrześcijanami. Trzecim jest łamanie się chlebem; chociaż niemożliwość chrześcijan odłączonych, aby dzielić się tym samym chlebem jest przypomnieniem, że wciąż nadal jesteśmy od
jedności, której Chrystus pragnął dla swoich uczniów, jest to też bodziec, aby zwiększyć wysiłki, by usunąć wszelkie przeszkody na drodze do jedności. Na koniec, modlitwa pomaga nam realizować to, że jesteśmy dziećmi jednego Ojca niebieskiego, wezwani do przebaczenia i pojednania. Ojciec Święty prosił, aby modlić się, aby wszyscy chrześcijanie wrastali w
wierności Ewangelii, w braterskiej jedności i misyjnej gorliwości, aby przyciągnąć wszystkich mężczyzn i kobiety do zbawczej jedności Chrystusowego Kościoła.
Droga do widzialnej jedności wszystkich chrześcijan polega na modlitwie. Drodzy słuchacze zapraszam Was na archiwalną pogadankę Ojca Mariana Tołczyka, w której zachęci każdego z nas do modlitwy o dar pełnej komunii wszystkich chrześcijan.

O. Marian: Pewien młody Japończyk zauważył: „Mój ojciec jest członkiem «Kościoła świętości», moja matka jest metodystką, mój brat członkiem Kościoła episkopalnego, moja żona baptystką, a ja jestem kongregacjonalistą”. Po tym postawił pytanie, w którym brzmiała rozterka i ubolewanie: „Dlaczego rodzina Boga jest aż tak podzielona?”
Te słowa mieszkańca Dalekiego Wschodu powinny przemówić nam do rozumu i serca. Jeśli jako chrześcijanie naprawdę kochamy Chrystusa i Kościół, to winniśmy się wstydzić tych podziałów, gdyż – jak to napisał Jan Paweł II w bulli „Incarnationis mysterium” ogłaszającej Wielki Jubileusz Roku 2000 – „Wszyscy jesteśmy dziećmi jednego Ojca”.

Jesteśmy jedną rodziną

Nie możemy jednak poprzestać na samym zawstydzeniu. Pozwólcie, że przytoczę słowa polskiego biskupa Kazimierza Ryczana, który rozbicie w Kościele Chrystusowym przedstawia w taki obrazowy sposób: „Na początku chrześcijanie tworzyli wielki Dom Boży, siadali za jednym stołem i dzielili się jednym chlebem. Do niego nie trzeba było nikogo specjalnie zapraszać,
w nim wszystko mierzyło się szerokością serca i otwartością wyciągniętej dłoni. Dziś, choć Słowo jest to samo i nie straciło na swej mocy, to serce chrześcijan zapisane zostało, jak się wydaje, innym szyfrem. Nastąpiło pomieszanie mowy i języków, stąd każdy w tym wielkim domu siada obecnie przy oddzielnych stoliczkach i jada własny chleb”. Po dwóch tysiącach lat nie jesteśmy już razem, choć nadal jesteśmy jedną rodziną, bo mamy jednego Ojca w niebie, a Jego
Syn – Jezus Chrystus, w którego wszyscy wierzymy, czyni nas Jego dziećmi. Dlatego nasz Ojciec Święty wzywa katolików do rachunku sumienia także w sprawie jedności Kościoła. „Całe życie chrześcijańskie jest jakby «pielgrzymowaniem do domu Ojca» – pisze Jan Paweł II w liście „Tertio millennio adveniente”, we fragmencie poświęconym (…) rokowi Boga Ojca –
którego bezwarunkową miłość do każdego człowieka, a zwłaszcza «syna marnotrawnego» (por. Łk 15,11-32) odkrywamy na nowo każdego dnia”.

Skłóceni synowie miłosiernego Ojca

W tych słowach Papież nawiązuje do Jezusowej przypowieści o synu marnotrawnym i miłosiernym ojcu z piętnastego rozdziału Ewangelii według świętego Łukasza. Moi drodzy, proszę abyście otworzyli Pismo święte na tym fragmencie.
Zauważcie, że zazwyczaj skupiamy się na młodszym – marnotrawnym synu i jego pojednaniu z miłosiernym ojcem. Tymczasem Jezus chce nam w tej przypowieści powiedzieć o wiele więcej. Posłuchajmy co się dzieje, gdy młodszy syn już wraca do ojca, jedna się z nim i jest uroczyście przez niego przyjmowany: „Tymczasem starszy jego syn przebywał na polu. Gdy wracał i był blisko domu, usłyszał muzykę i tańce. Przywołał jednego ze sług i pytał go, co to ma znaczyć. Ten mu rzekł: «Twój brat powrócił, a ojciec twój kazał zabić utuczone cielę,
ponieważ odzyskał go zdrowego». Na to rozgniewał się i nie chciał wejść; wtedy ojciec jego wyszedł i tłumaczył mu. Lecz on odpowiedział ojcu: «Oto tyle lat ci służę i nigdy nie przekroczyłem twojego rozkazu; ale mnie nie dałeś nigdy koźlęcia, żebym się zabawił z przyjaciółmi». Skoro jednak wrócił ten syn twój, który roztrwonił twój majątek z nierządnicami, kazałeś zabić dla niego utuczone cielę». Lecz on mu odpowiedział: «Moje dziecko, ty zawsze jesteś przy mnie i wszystko moje do ciebie należy. A trzeba się weselić i cieszyć z tego, że ten brat twój był umarły, a znów ożył, zaginął a odnalazł się».” (Łk 15,25-32)
Czy zauważyliście, że grzech nie tylko oddala syna od ojca, ale rozdziela również braci? Czy zauważacie, że starszy syn, choć zewnętrznie był w jedności z ojcem, tak naprawdę – w duchu – był bardzo daleki od jego miłości i miłosierdzia?
Ta przypowieść ukazuje najlepiej istotę problemu podzielonych chrześcijan. Walki doktrynalne rzadko kiedy pozostawały na poziomie sporu o idee, lecz szybko przybierały wymiar społeczny i polityczny, zaś podburzany z obu stron lud dopuszczał się potwornych rzezi.
Jednak co dzisiaj wniesie się do sprawy pojednania, jeśli na przykład katolicy ciągle będą wypominać anglikanom, że Henryk VIII, który ogłosił się głową Kościoła anglikańskiego, kazał zabić 72 tysiące katolików, a anglikanie przypomną katolikom, że katolicka królowa Szkocji Maria weszła do historii jako „Krwawa Mary” nie dlatego, że świetnie robiła drinki z
soku pomidorowego, ale ze względu na krew bezlitośnie prześladowanych za jej przyczyną protestantów? Czy przybliżamy się do miłosiernego Ojca, kiedy katolicy i protestanci z Ulsteru w Irlandii Północnej robią na siebie nawzajem zamachy, albo gdy prawosławni i katolicy z byłej Jugosławii wyrzynają się nawzajem? Nie chodzi o to, żeby przemilczać prawdę. Chodzi o to, że my, chrześcijanie, obrzucając się wyrzutami za błędy i grzechy z przeszłości jesteśmy jak ten starszy syn z przypowieści, który wypomina grzechy swego marnotrawnego brata, a sam jest pełen
winy. I tu pokazuje się istotna przyczyna braku jedności: ani ten, który odszedł, ani ten, który pozostał przy ojcu – przez grzech nie byli w prawdziwej jedności z nim.

Nasz rachunek sumienia i nawrócenie do Ojca

Ktoś może mi zarzuci, że mówiąc w ten sposób jeszcze bardziej osłabiam Kościół katolicki, który jest dziś zewsząd atakowany. W ciągu wieków prześladowania i ataki z zewnątrz, choć boleśnie, to jednak ostatecznie oczyszczały i umacniały Kościół. Tym zaś, co Kościół naprawdę najbardziej osłabia jest niewierność wobec Ewangelii tych, którzy uważają się za
katolików. Dlatego kiedy teraz przemawiam do Was, a mówię w większości do katolików, nie mogę nawoływać do takiej pokuty: „Niech się nawrócą protestanci, niech pokutują prawosławni, niech oni z nami szukają pojednania”. Jako katolik mówię do
katolików i wzywam: „Nawróćmy się do Ojca, który chce jedności chrześcijan. Zróbmy rachunek sumienia, czy na co dzień jesteśmy wierni Chrystusowi, krzyżowi i Ewangelii. Czy jesteśmy wierni w życiu osobistym, rodzinnym, w pracy, w polityce, przy rozrywce, w prowadzeniu naszych biznesów, w szkole, wychowując młode pokolenie?… Czy naprawdę jesteśmy katolikami, to znaczy chrześcijanami o sercu otwartym na Kościół Powszechny?
Czy boli nas fakt, że są ludzie, którzy tak jak my modlą się do Ojca, tak jak my wierzą w Chrystusa, tak jak my są ochrzczeni, a o których nie możemy powiedzieć „my”, ale „oni – protestanci, prawosławni, niekatolicy”? Jeśli nas boli, to co robimy, abyśmy byli z nimi jedno?
A jeśli nas nie boli, jeśli jest to nam obojętne, bo mamy większe problemy na głowie, to pomyślmy raz jeszcze: czy naprawdę jesteśmy wierni Chrystusowi, który modlił się w swej modlitwie arcykapłańskiej: „Nie tylko za nimi proszę, ale i za tymi, którzy dzięki ich słowu będą wierzyć we Mnie; aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie, aby i
oni stanowili w Nas jedno, aby świat uwierzył, żeś Ty Mnie posłał. I także chwałę, którą Mi dałeś, przekazałem im, aby stanowili jedno, tak jak My jedno stanowimy. Ja w nich, a Ty we Mnie! Oby się tak zespolili w jedno, aby świat poznał, żeś Ty Mnie posłał i żeś Ty ich umiłował tak, jak Mnie umiłowałeś” (J 17,20-23).
Jeśli na dramat podziału Kościoła odpowiadamy wzruszeniem ramion, bo to nie nasza sprawa, to czy jesteśmy wierni Ewangelii, w której te słowa są zapisane? Czy jesteśmy również wierni krzyżowi, na którym Jezus oddał swe życie w dzień po wypowiedzeniu tych słów, jako ofiarę przebłagalną za nasze grzechy (por 1 J 4,10)!?

Tolerancja to za mało

Nas nie może satysfakcjonować tolerancja: my mamy dążyć do miłości! „Sama tolerancja między Kościołami to stanowczo za mało – mówił Ojciec Święty Jan Paweł II w czasie Kongresu Eucharystycznego we Wrocławiu – Cóż to bowiem za bracia, którzy zaledwie się tolerują. W ciągu ostatnich lat zmniejszył się znacznie dystans oddzielający od siebie Kościoły, ale ciągle
jest to dystans zbyt duży, zbyt duży”. Niektórzy chcieliby przyspieszyć jedność kosztem kompromisów. Tymczasem prawdziwa droga do odbudowania jedności
pomiędzy „braćmi odłączonymi” prowadzi poprzez nasze nawrócenie do Ojca. Im jestem bliżej Ojca, tym jestem bliżej mego brata. Oznacza to: im lepszym jestem katolikiem, im bardziej miłuję Kościół, im lepiej znam swoją wiarę i bardziej żyję nią na co dzień, im lepiej rozeznaję wolę Bożą i według niej kształtuję moje życie i świat wokół mnie – tym większa jest szansa na
jedność Kościoła.
„Oby się tak zespolili w jedno, aby świat poznał…”

Tylko w jedności możemy stanąć do wspólnego budowania cywilizacji miłości, czyli lepszego świata z lepszym człowiekiem. Na tym właśnie polega nasza wspólna odpowiedzialność. Zauważył to młody student teologii protestanckiej Roger Schutz – założyciel ekumenicznej wspólnoty w Taizé we Francji – który stwierdził, że w dwóch wojnach światowych na wszystkich frontach, naprzeciwko siebie stawali do zaciekłej walki chrześcijanie. Roger Schutz doszedł do wniosku, że Hitler, Mussolini czy Stalin nie mieliby powodzenia w społecznościach prawdziwie chrześcijańskich, gdyby chrześcijanie pełnili sprawiedliwość społeczną i miłosierdzie. Materializm kapitalistów nie rozrósłby się w atmosferze duchowości i prawdziwej
miłości bliźniego. Rewolucja seksualna nie opanowałaby społeczeństw, w których miłość chrześcijańska wytworzyłaby harmonię między duchem a ciałem. Tylko chrześcijaństwo zjednoczone mogłoby wywrzeć dobroczynny wpływ na społeczeństwa i narody.
Zaś Ojciec Aleksander Mień, pionier ekumenizmu w rosyjskim prawosławiu, mówił: „Nasze ludzkie podziały nie interesują Boga. Wszyscy jesteśmy jedną wielką Bożą Rodziną. Separatyzm Kościołów, duchowe sekciarstwo, wiara powierzchowna, obrzędowa – wszystko to jest skutkiem naszych grzechów”.

Jedność darem łaski

Grzech leży u podstaw podziału Kościoła. Dążenie do jedności poprzez nawrócenie, przebaczenie i pokutę jest więc dla chrześcijan sprawą najważniejszą i zawsze aktualną, naszym obowiązkiem, a wszelkie zaniedbania w tej dziedzinie – naszą winą. (…) Jest to (…) nie tylko sprawa naszych ludzkich zabiegów, ale nade wszystko łaski Ojca Niebieskiego, którą mamy wypraszać przez wspólną modlitwę o zjednoczenie, nawrócenie serc i świętość życia.

CO ZNACZY BYĆ CHRZEŚCIJANINEM-KATOLIKIEM?

CO ZNACZY BYĆ CHRZEŚCIJANINEM-KATOLIKIEM?

O. Kornelian Dende

Wśród słuchaczy programów Godziny Różańcowej jest niewielka liczba świadków Jehowy, baptystów, luteran, prawosławnych i członków Polskiego Kościoła Narodowego. Piszą oni do mnie listy, telefonują a raz po raz któryś zwraca uwagę, że omawiana przeze mnie prawda wiary nie znajduje się w Biblii, a którą – nawiasem mówiąc – zawsze Wam polecam.
Jednego z nich drażni, gdy używam określenia „katolik”. Wolałby, żebym używał słowa „Chrześcijanin”! Czy jest jakaś różnica miedzy jednym i drugim określeniem? Temat ten będzie przedmiotem dzisiejszej pogadanki, którą tytułuję: „Co znaczy być chrześcijaninem-katolikiem?”

Wyjaśnienie słowa „chrześcijanin”

Istnieje wielka różnica słowa „chrześcijanin” i słowem „katolik”. Słowo „chrześcijanin” pochodzi do natury Kościoła, który założył Chrystus. Nazwa „chrześcijanin” oznacza ucznia, wyznawcę, naśladowcę Chrystusa, czyli tego, który należy do Chrystusa. Moglibyśmy go nazwać pięknym polskim słowem „Chrystusowiec”. Łacińskie słowo „christianus” po polsku brzmi
podobnie - „chrześcijanin”. Nazwę tę po raz pierwszy nadano wyznawcom Chrystusa w Antiochii, mieście ongiś tak znanym i słynnym jak dzisiaj Paryż lub Berlin. Nazwa ta jest bardzo szczęśliwa, trafia, bo już święty Paweł tłumaczył nawróconym Koryntianom: „Wy jesteście Chrystusa” (1 Kor 3, 22).
Chrześcijanin to ten, który kocha Jezusa, który uznaje Go za Mesjasza, czyli Pomazańca i Syna Bożego, zesłanego na ziemię przez Ojca Niebieskiego, by głosił ludziom Dobrą Nowinę Ewangelii, o zbawieniu i szczęściu wiecznym. Chrześcijanin to także ten, który przyjmuje naukę Chrystusa i w życiu codziennym idzie Jego śladami. Te dwie cechy ucznia Chrystusowego znajdujemy w następujących słowach Zbawiciela: „Jeżeli będziecie trwać w nauce Mojej, będziecie prawdziwymi moimi uczniami” (J 8, 31). „Kto nie nosi swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem” (Łk 14, 27).

Wyjaśnienie słowa „katolik” 

Słowa „katolik”, „katolicki”, „katolicyzm” wzięte z greckiego języka „katholikos” oznacza powszechność, uniwersalność.
W odniesieniu do Kościoła słowo to znaczy, że on obejmuje wszystkie rasy, narody, języki, cywilizacje, kultury, wszystkich ludzi od pierwszej pary do ostatniego człowieka ziemi; to znaczy również, że Kościół jest otwarty na cały świat, że jest w nim miejsce dla wszystkich ludzi.
Kościół katolicki nie ma zatem granic. W tej jeszcze chwili nie obejmuje wszystkich ludzi, ale jego powołaniem jest stale przekraczać siebie, wychodzić do nowych ludzi, którzy jeszcze Chrystusa nie znają, a o których Chrystus mówi w przypowieściach o owczarni: „Mam także inne owce, które nie są z tej owczarni. I tę muszę przyprowadzić i będą słuchać głosu Mego. I nastanie jedna owczarnia i jeden pasterz” (J 10, 16).
Chrystus nadał swojemu Kościołowi charakter powszechny zaraz po swoim Zmartwychwstaniu, mówiąc do apostołów:
„Dana mi jest wszelka władza na niebie i na ziemi. Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przykazałem” (Mt 28, 18 nn). Prawdziwy wyznawca Chrystusa ma prawo nazywać się chrześcijaninem-katolikiem , bo kocha Chrystusa i należy do kościoła powszechnego.
Nie wszyscy zasługują sobie na tę podwójną nazwę. Nie wszyscy chrześcijanie są katolikami. Nie są nimi członkowie wyznań chrześcijańskich, które oderwały się od powszechnego Kościoła i utworzyły chrześcijańskie ghetta, sekty, kościoły narodowe. Podziały są przeciwne naturze Kościoła Chrystusowego. Wyznawcy różnych odłamów chrześcijańskich mają jednak
prawo nosić zaszczytne imię chrześcijanin, bo kochają Chrystusa, przyjęli chrzest i większą lub mniejszą część Jego nauki. Każda też z sekt w innym stopniu zasługuje na nazwę „Kościół”, zależnie od tego co posiada i przechowuje z prawdziwego dziedzictwa chrześcijańskiego.
To są ogólne zarysy katolickości. Wierny jednak, który dumnie zwie się katolikiem, powinien mieć głębszą znajomość Chrystusa, wiary i natury Kościoła; musi być świadomy wielu spraw, które wchodzą w zakres katolickości Kościoła Chrystusowego.

Ani łaciński, ani grecki, ani słowiański…

Kościół Chrystusowy jest żywym organizmem, który ciągle rośnie, aż do osiągnięcia swej pełni. W obecnym stadium kościół katolicki nie osiągnął jeszcze pełnego rozwoju. Po oderwaniu się od niego prawosławia, Kościół od stuleci rozwijał się raczej w jednym tylko kierunku, mianowicie zachodnim. Sposób jego myślenia i wyrażenia swych myśli i uczuć w obrzędach,
zwyczajach, w dyscyplinie kościelnej był zachodni. Nie wolno nam uważać, że religia chrześcijańska musi mieć charakter rzymski, łaciński. Kościół katolicki, jak powiedział Papież Benedykt XV (Piętnasty) nie jest ani łaciński, ani grecki, ani słowiański tylko powszechny. Było kiedyś chrześcijaństwo greckie, równie prawowierne i uniwersalne jak obecnie chrześcijaństwo łacińskie. Możemy śmiało mówić o chrześcijaństwie słowiańskim, które dzięki narodowi polskiemu wybija się
spośród innych. Nic jednak nie przeszkadza, by utwierdziło się chrześcijaństwo chińskie, indyjskie, japońskie lub afrykańskie. Są już chińscy, indyjscy, japońscy i afrykańscy, amerykańscy i australijscy kardynałowie. Nie ma przeszkody, aby pewnego dnia nie miało być chińskiego, indyjskiego lub afrykańskiego papieża.
Niezrozumienie natury Kościoła odbiło się fatalnie na życiu Kościoła, opóźniło i hamowało jego rozwój. Do niedawna misjonarze katoliccy próbowali narzucić nawracającym się zachodni model chrześcijaństwa, jego zwyczaje w liturgii. Polacy, którzy po wyzwoleniu z komunistycznej Rosji przebywali w afrykańskich obozach pamiętają sceny, jak murzyni naprawiając
dachy z liści bananowych wyśpiewali gregoriańskie „Te Deum Laudamus” – „Ciebie Boga Chwalimy”, - „Tantum Ergo” – „Przed tak wielkim sakramentem”, „Salve Regina” – „Witaj Królowo”. Te pieśni z liturgii rzymskiej podkreślają jedność Kościoła, ale obok tych pieśni rzymskich, Kościół afrykański może mieć pieśni religijne rodzime, swojskie, murzyńskie.
Dialog z braćmi odłączonymi Rozwój Kościoła katolickiego hamują nasze grzechy i zaniedbania, zwłaszcza publiczne zgorszenia, jak zepsucie papieży i biskupów, duchowieństwa i wiernych, okropności krucjat, inkwizycja i wojny religijne. Jego rozwój przyhamowały również
podziały, schizmy, herezje, oderwanie się całych grup i narodów od jedności Kościoła. Najwyższa pora, by zabiegać i modlić się o zjednoczenie rozbitych chrześcijan w jednym Kościele katolickim.
Jak mamy się więc odnosić do różnych odłamów chrześcijańskich?!

Najpierw pamiętajmy, że każda schizma i herezja zachowała większą lub mniejszą cząstkę prawdy Chrystusowej, dzięki której przetrwała, mocą której żyje. Nauczmy się nie tylko odrzucać błąd, ale uznać również prawdę. Kwakrzy na przykład odrzucili Sakramenty, ale doskonale rozumieją tajemnicę zamieszkania Ducha Świętego w głębi dusz ludzkich oraz tajemnice
oświecenia ich wewnętrznym światłem podczas kontemplacji. Metodyści odrzucili hierarchię Kościoła, ale rozumieją zbawczą moc Jezusa i łaskę nawrócenia. Kościół anglikański za wzorem innych Kościołów protestanckich oparł swa wiarę wyłącznie na Biblii i odrzucił autorytet papieża, ale zachował hierarchię i wiele z liturgii katolickiej. Polski Kościół Narodowy również nie
uznaje autorytetu papieża, ale swoim istnieniem zaznacza, że każde dobro narodowe, kulturalne, wszystkie zwyczaje dobre, rodzaje pobożności maja prawo istnieć w Kościele katolickim.
Od Papieża Jana XXIII nie nazywamy odstępców heretykami i schizmatykami, lecz braćmi odłączonymi. Miejmy dla nich szacunek i miłość. Prowadźmy z nimi dialog, aby przyspieszyć zjednoczenie wszystkich chrześcijan! Od nich możemy wiele się nauczyć: od kwakrów i menonitów – prostoty i ubóstwa – pietyzmu dla głoszenia Słowa Bożego i dla liturgii, od narodowców –
patriotyzmu, od wszystkich zaś – ukochania Biblii i Osoby Chrystusa.

Czy poza Kościołem nie ma zbawienia?

Znane jest powiedzenie: „Poza Kościołem nie ma zbawienia”! W pewnym sensie tak, lecz nie możemy tego rozumieć dosłownie, bo Kościół nie ma granic, jest powszechny, katolicki. Kościół z racji swego powołania musi być stale w dialogu ze światem. Pomaga mu w tym Duch Święty, który działa także wśród pogan. Nie ma ani jednego człowieka od początku świata do jego końca, który by nie otrzymał łaski od Chrystusa i nie był powołany do wiecznego z Nim życia. On jest Światłością
prawdziwą, która oświeca każdego człowieka na ten świat przychodzącego. Jest to ten Sam Duch, który od początku historii prowadzi wszystkich ludzi swa łaską; jest to to samo Słowo, które ich oświeca poprzez rozum i sumienie i przygotowuje na objawienie Siebie. Wszyscy przeto, którzy idą swoim rozumem i sumieniem, i za światłem, które zostało im dane, czy to będą Żydzi, muzułmanie, hindusi, są w jakimś stopniu, przez swoja wiarę i pragnienie, nieświadomymi uczniami Chrystusa i są w sposób istotny związani z Jego Kościołem. Nikt nie jest pozbawiony łaski Bożej, jeśli tylko sam z rozmysłem jej nie odrzuca.
Katolik powinien kochać Pana Jezusa ze wszystkich sił, kochać wszystkich ludzi, dając przykład ewangelicznego życia. Powinien szanować wszystkie religie, bo każda z nich zawiera pewne pierwiastki prawdy. Wszystkie religie uczą czegoś o drodze zbawienia. Jeśli mamy dość pokory i dobrej woli, możemy się czegoś nauczyć nawet od starych religii pogańskich: od
hindusów – oderwania się od dóbr doczesnych i pragnienia zjednoczenia się z Bogiem na codzień; od muzułmanów – żarliwej modlitwy; od buddystów – pamięci o przodkach, czyli o zmarłych. Od Żydów – ukochania tradycji. Z tych racji Kościół katolicki po Drugim Soborze Watykańskim nawiązuje kontakty z innymi religiami. Czyni to nie po to, aby powiedzieć, że wszystkie religie są równe, że wszystkie drogi prowadzą do Boga, bo uznaje tylko jedną absolutnie prawdziwą religię, tylko jedną absolutną Drogę do Ojca niebieskiego. Tą Drogą, a także Prawdą i Życiem jest Chrystus, bez którego nikt nie przychodzido Ojca.

Jest tez tylko jeden Kościół założony przez Chrystusa na Piotrowej Opoce, który jest drogą zbawienia dla całego rodzaju ludzkiego. W tym Kościele wszystkie prawdy rozproszone od wieków wśród różnych ludów na ziemi, są zebrane w jedność. Kościół to centrum, z którego wszystkie prawdy czerpią swa wartość i znaczenie. Kościół ze swoją hierarchią i sakramentami jest jedyną podstawą jedności rodzaju ludzkiego. Ten widoczny, hierarchiczny Kościół stanowi Mistyczne Ciało Chrystusa na ziemi. Budowanie tego Ciała Chrystusowego, to jednocześnie budowanie Królestwa Bożego na ziemi. Prośmy więc Boskiego Zbawiciela aby szybko nadszedł czas, kiedy wszyscy ludzie będą zasługiwać na zaszczytną i chwalebną nazwę chrześcijan katolików.

DARY BOŻE

DARY BOŻE

O. Kornelian Dende

Narodziny dziecka są największym wydarzeniem w życiu młodych małżonków, toteż jego przybycie jest najmilszy tematem rozmów, celem przygotowań i przedmiotem tęsknego oczekiwania. Małżonkowie wybierają imię, słoneczny pokoik, kupują łóżeczko, wózek, pieluszki, ubranka i zabawki. Wszystko musi być gotowe na przyjęcie nowej osoby.
Czynności ziemskich rodziców przypominają przygotowania Boga na przyjęcie pierwszych ludzi, a potem następnych. O tej zapobiegliwej miłości naszego Ojca niebieskiego powiem w dzisiejszej pogadance, którą tytułuję: „Dary Boże”.

Wszystko musiało być gotowe

Przychodząc na świat każdy człowiek zastaje wszystko gotowe: rodziców, którzy go przyjmą z miłością i środowisko bogate zaopatrzone, w którym będzie mieszkał. Środowisko, glob ziemski, na którym żyjemy to nasz dom, rodzinny dom, nie tylko pierwszych naszych rodziców, lecz także pokoleń różnych kultur i cywilizacji, a dziś nasz dom. Jego pięknością
zachwycali się astronauci z odległości księżyca widząc go jak szybował cicho poprzez przestworza spowity w biało-niebieski welon.
Bóg przygotował przyjście ludzi i dla nich urządził wszechświat. Mówi o tym Biblia.
Najpierw Bóg stworzył słońce i ziemię, powietrze i wodę, rośliny, ptaki i zwierzęta, a dopiero na koniec, gdy wszystko było już gotowe, stworzył człowieka. Wprowadził go do domu wyposażonego po królewsku, mówiąc: po całej ziemi rozmieściłem różnego rodzaju rośliny i drzewa. Wszystkie maja w sobie nasienie, by mogły się rozmnażać, a tobie rodzić owoce, którymi
będziesz się żywił. Stworzyłem również zwierzęta i ptaki dla różnorakiego dla ciebie pożytku. Daję ci władzę panowania nad wszystkimi stworzeniami. Czyń także ziemię sobie poddaną. (por. Rodz 1, 28 nn).
O daleko większych, bardziej tajemnych przygotowaniach Boga mówi Wcielony Syn Boży Jezus Chrystus w związku z naszymi drugimi narodzinami – dla nieba. W niebie tez wszystko jest już dla nas gotowe. Chrystus mówi o domu Ojca, o niebie, w którym jest mieszkań wiele. Wszyscy są zaproszeni do tego wiecznego królestwa miłości, sprawiedliwości, pokoju i okażą się godni (por. Mt, 22, 4.).
W ziemskich warunkach nie poznajemy Boga zmysłami, bo jako czysty Duch nie ma On ciężaru, wymiaru ani koloru.
Poznajemy Go jednak oczyma naszej duszy z ładu, harmonii i piękna stworzonego świata. Pożyteczność stworzeń wyjawia Jego wielkość, mądrość, dobroć i opatrzność. Dzięki wszechwiedzy Boga nic nie uchodzi Jego uwagi i troski. On umie dostrzec nawet czarną mrówkę na czarnym kamieniu wśród czarnej nocy – mówi arabskie przysłowie.
To wyróżnia człowieka pośród ziemskich stworzeń wywołuje w nas zachwyt. Naszym rzecznikiem jest psalmista: czymże jest człowiek, - woła on do Boga – że o nim pamiętasz i nim się zajmujesz; uczyniłeś go niewiele mniejszym od istot niebieskich, chwałą i czcią go uwieńczyłeś (por. Ps 8, 5 n.)?

Dobroć Boża nie ma granic

Dobroć Boża nie ma granic. Ojciec niebieski ustawicznie zaspakaja nasze potrzeby, najczęściej bez świadomości z naszej strony. Zazwyczaj zaspakaja je przez ludzi, którzy występują jakby w roli Jego szafarzy. On ich uzdalnia do różnych robót i rzemiosł, zawodów i sztuk, by nikomu niczego nie brakło. Tymi szafarzami są: nauczyciele, wychowawcy, rolnicy, ogrodnicy,
piekarze, sprzedawcy, szewcy, stolarze, górnicy itp.
Lata temu Ojciec Łucjan przygotował na śmierć pewnego młodego skazańca. W dzień egzekucji więźniowi podano ostatni posiłek. Nie miał apetytu. Z półmiska wziął tylko pomarańczę, długo ją pieścił w swych dłoniach i jakby się nad czymś zastanawiał. Po chwili w te odezwał się słowa: Księże Łucjanie, proszę patrzeć! Żaden z oficerów, którzy urządzali na mnie
obławę nie przyszedł się ze mną pożegnać. A wiem, że tu dziś byli, bo widziałem ich przez otwarte drzwi. Uważają mnie nadal za dzikiego zwierza. Inaczej postąpił ze mną Bóg. On to w swej delikatności przysłał mi na osłodę tę oto pomarańczę, znak swojej miłości i pamięci. Jakże długą odbyła drogę, by mogła dotrzeć do mnie tu na ten dzień i na tę godzinę. Nieznany mi
plantator pielęgnował drzewo, żeby nie zmarniało, ale żeby wydało owoc. Jego pomocnik zerwał pomarańczę, złożył ją pieczołowicie w pudełku. Inni zaś ludzie przewieźli ja statkiem lub samolotem i tak dotarła do Montrealu, potem do więzienia i kucharz przeznaczył ją dla mnie, nie wiedząc nawet czym ona dla mnie jest. Ojciec niebieski pociesza mnie teraz, ziemską
sierotę, człowieka przez społeczeństwo potępionego. Pociesza mnie słodyczą tego owocu i krzepi, żeby mi się noga nie ugięła w drodze na szubienicę. On jest dla mnie dowodem, że Ojciec niebieski mnie kocha i czeka na mnie, jako na swego marnotrawnego syna.

Ojciec wasz niebieski wie, że tego wszystkiego potrzebujecie

Pewnego dnia Chrystus uczył ludzi ufności w Opatrzność Bożą. Mówił im, że przy dobrej woli i zmyśle sprawiedliwości nie powinno nikomu zabraknąć pokarmu, napoju ani odzienia. „Ojciec wasz niebieski wie, że tego wszystkiego potrzebujecie.
Jeśli karmi wróble, stroi lilie piękniej niż to potrafił król Salomon, opływający w złoto, to o ileż więcej dba o was, którzyście
dla Niego ważniejsi” (por. Mt 6, 25 nn.). A zastawiając dobroć ludzką z dobrocią Bożą mówił: „Gdy którego z was syn prosi o chleb, czy jest taki, który poda mu kamień? Albo gdy prosi o rybę, czy poda mu węża? Jeśli więc wy, choć źli jesteście, umiecie dawać dobre dary swoim dzieciom, o ileż bardziej Ojciec wasz, który jest w niebie, da to, co dobre, tym, którzy Go proszą.” (Mt 7, 9 n.). Nikomu niczego nie powinno zabraknąć przy zastawionym stole do uczty, bo Bóg nie ma względu na osobę. On
udziela darów wszystkim bez wyjątku. On sprawia”, - mówi Chrystus – „że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i n niesprawiedliwych”. (Mt 5, 45).

Czy pamiętasz o darach Bożych?

Czy pamiętasz o tej Bożej szczodrobliwości? Czy zastanawiasz się niekiedy w jak przeróżny sposób Bóg obsypuje cię niezliczonymi dobrami? A może jesteś tak przemądrzały, że wszystko czym jesteś i co posiadasz przypisujesz sobie, swojemu rozumowi, talentom, zapobiegliwości?
Spostrzegać dary Boże umie tylko człowiek mądry i pokorny zarazem. Niekoniecznie uczony, bo nauka często nadyma, ale mądry. Mądrymi są również ludzie prości. Takimi było na pewno wielu naszych ojców i matek. Mądrość mówi człowiekowi, że sam z siebie nic nie znaczy, nic nie może, niczego nie ma. Wszystko czym jest, co posiada pochodzi od Boga.
Często narzekamy na niewdzięczność ludzi za wyświadczone im przez nas dobrodziejstwa. A czy my jesteśmy lepsi w stosunku do Boga, od którego ustawicznie otrzymujemy mnóstwo darów? Czy umiemy te dary dostrzegać? Przykład wdzięcznej pamięci i stałej świadomości Bożych darów daje nam Urszula Leszczyńska, harcerka, w swym wierszu pod tytułem:
„Pochwała czarnego chleba”. Przytoczę te proste strofy wdzięczności.
„Pochwała czarnego chleba”
Chleb czarny - tak święty jak ziemia,
z której wyrósł kłosami rozszumiały niwą.
Pachnie słońcem i latem dojrzałym -
trudem twardych rąk ludzkich pracujących w żniwa.
Chleb czarny ponad wszystkie smaczniejsze potrawy,
ponad wszystkie na świecie wonniejsze owoce,
wszystkie w sobie zamyka proste ludzkie sprawy
i wszystkie z niego płyną twórcze ludzkie moce.
Chleb czarny - on każdemu przystoi, stanowi
w każdym domu właściwy i każdym czasie,
równie cenny i drogi na sosnowym stole,
jak na śnieżnym bogaczy obrusie atłasie.
Chleb powszedni i czarny - on kwitnie jak róża
w dostojnych prostych słowach ludzkiego pacierza
i znakiem jest władczym i łaski i mocy
płynącej z odwiecznego ze ziemią przymierza.
Chleb czarny - jest jak miłość matki słodki
i jak słońce konieczny wschodzący o świcie,
w nim jest moc i powaga istnienia.
Samo jest w nim życie.
Kiedy ze świata wrócę na ojczystym progu
za chleb krzyżem znaczony podziękuję Bogu
i powitam najpierwszy bochenek razowy
po świętych rękach matki gorącymi słowy...
A gdy wieczorne moje gasnąć będą zorze
niech czarną skibę na wargach położę -
w pokornym pocałunku - że w drodze do nieba
nigdy mi nie zabrakło powszedniego chleba...”
Źli ludzie odmówili Urszuli nie tylko chleba, lecz także wody, powietrza i wolności. Zmarła ona 13 marca 1943 roku w obozie hitlerowskim Oświęcimiu-Brzezińce. Świadkowie mówią, że mimo strasznych cierpień nie załamała się w wierze w dobroć i miłość Bożą i tą wiarą ratowała inne więźniarki od rozpaczy.
Niech i nasze życie cechuje wiara i wdzięczność Bogu za wszystkie dowody Jego dobroci i miłości. Niech Jego Opatrzność zawsze nas zachwyca i pobudza do większej ku Niemu miłości, a także do miłości wobec tych ludzi, którzy chętnie szafują Jego dobrami, nimi się dzielą.
Błogosław Boże dary, byśmy ich przez swą głupotę i złość nie nadużywali by nie stały się przeszkodą w zbawieniu naszych dusz. Naucz nas bezinteresowności i daj nam przeżywać uczucie szczęścia z dzielenia się nimi z naszymi braćmi i siostrami.
Niech Twoje dary przyczynią się do zacieśnienia większej miłości z bliźnimi i większej łączności z Tobą. Pragniemy okazywać Ci wdzięczność zawsze i wszędzie nie tylko przy stole. Pragniemy też zasłużyć na jeszcze większe dobrodziejstwa, któreś nam przygotował w niebie, a o których święty Paweł mówi, że „Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotowałeś tym, którzy Cię miłują” (por. 1 Kor 2, 9).

CZY PRZEBACZENIE MA SENS?

CZY PRZEBACZENIE MA SENS?

O. Leszek Łukczanin

To już nasze ostatnie spotkanie. Życie to nie ma być rekord Guinnessa w neutralnej wegetacji. Życie to czas na miłość i nikt nie wie ile mu tego czasu jeszcze zostało. Dlatego trzeba się spieszyć. Na końcu nie będziesz sądzony z tego, ile pieniędzy zarobiłeś, ile filmów obejrzałeś, ile papierosów wypaliłeś. Będziesz sądzony z miłości, bo przecież do niej zostałeś stworzony. Nie czekaj, życie naprawdę jest zbyt krótkie. Przebacz, poproś o przebaczenie i pojednaj się z Bogiem, a przyjdzie pokój serca. Jak tego dokonać? Po raz ostatni wróćmy na dziedziniec świątyni.
„Jezus udał się na Górę Oliwną, ale o brzasku zjawił się znów w świątyni. Cały lud schodził się do Niego, a On, usiadłszy, nauczał ich. Wówczas uczeni w Piśmie i faryzeusze przyprowadzili do Niego kobietę, którą dopiero, co pochwycono na cudzołóstwie, a postawiwszy ją na środku, powiedzieli do Niego: «Nauczycielu, tę kobietę dopiero co pochwycono na cudzołóstwie. W Prawie Mojżesz nakazał nam takie kamienować. A Ty co powiesz?». Mówili to, wystawiając Go na próbę, aby mieli o co Go oskarżyć. Lecz Jezus, nachyliwszy się, pisał palcem po ziemi. A kiedy w dalszym ciągu Go pytali, podniósł się i rzekł do nich: «Kto z was jest bez
grzechu, niech pierwszy rzuci w nią kamieniem». I powtórnie schyliwszy się, pisał na ziemi. Kiedy to usłyszeli, jeden po drugim zaczęli odchodzić, poczynając od starszych aż do ostatnich. Pozostał tylko Jezus i kobieta, stojąca na środku. Wówczas Jezus, podniósłszy się, rzekł do niej: «Kobieto, gdzież oni są? Nikt cię nie potępił?». A ona odrzekła: «Nikt, Panie!». Rzek ł do niej Jezus: «I Ja ciebie nie potępiam. - Idź, i odtąd już nie grzesz»”. (J 8,1-11).
Od rana na nogach, po całej nocy spędzonej na górze oliwnej, Jezus skoro świt udaje się do świątyni. Bez przesady możemy powiedzieć, że jak na warunki ówczesnego społeczeństwa Jezus był człowiekiem sukcesu. Uwielbiali Go zwykli, prości ludzie.
Szanowali Go i słuchali każdego jego słowa. Bali się Go ci, którzy dzierżyli ster władzy, widząc w Nim konkurencję. Mimo tak wielkiej popularności Jezus bardzo odbiega nam od znanych nam standardów, wyznaczonych przez polityków i wielkie gwiazdy.
Niezauważony przez nikogo, jako pierwszy zjawia się w świątyni, bez blasku fleszy, bez rozgłosu, bez niepotrzebnego zamieszania.
Nie każe na Siebie czekać. Jest już w świątyni, gdy lud się dopiero schodzi. To On czeka na człowieka. Czeka na człowieka. To jest
Jego adwent, a zarazem różnica pomiędzy miłością a miłością własną. Czego nauczał zanim przyszli faryzeusze, czy kontynuował swą naukę o duchu, którego miał im zesłać, a może w Przypowieściach mówił o królestwie. Być może nauczał o przebaczeniu? Tyle pytań, które znowu muszą zostać bez odpowiedzi. Widać nie to jest w tym wszystkim najważniejsze. Zapytany przez faryzeuszów nie daje się sprowokować. Pochyla się i pisze palcem na ziemi. Czeka aż nastanie cisza, żeby każdy mógł usłyszeć odpowiedź: Kto z was
jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci w nią kamień. Odpowiedź przerosła oczekiwanie tłumu. Nie tylko starsi i uczeni w Piśmie odeszli, po nic oddalili się również ci, którzy przyszli Go słuchać. Przegrał, przecież został tylko On i kobieta. A może właśnie wygrał. Przecież nikt jej nie potępił. Po co Jezus przyszedł na ziemię? Nauczać? Też. Chociaż wydaje mi się gdybyśmy to pytanie zadali tej cudzołożnicy, odpowiedziałaby bez chwili wahania. On przyszedł na ziemię, aby ocalić mi życie. Myślę, że tak samo
odpowiedziałby Łazarz, wskrzeszony przez Niego i syn wdowy i dobry Łotr, Maria Magdalena, kobieta cierpiąca na krwotok, cały zastęp opętanych, niewidomych, chorych, umierających, którzy od Niego uzyskali życie i odeszli z radością.
A gdybym tobie zadał to pytanie: Po co Jezus przyszedł na ziemię? Mógłbyś udzielić tak osobistej odpowiedzi. Czy wierzysz, że On przychodzi po to, aby ocalić ci życie? Już jesteś na dziedzińcu świątyni. Widzisz ten pusty plac, miejsce, gdzie przed chwilą stały tłumy, kamienie z których nikt nie zrobił użytku? Te kilka ostatnich wersów ukazuje nam fundamentalną prawdę naszej wiary.
Zbawczy dialog i przebaczenie dokonuje się w cztery oczy, bez udziału tłumu, gdy już opadną kamienie, gdy okaże się, że nikt nikogo nie potępił. Czytam ten fragment i jestem przekonany, że po tym spotkaniu cudzołożnica odeszła szczęśliwa.
Powiesz mi, to było dwa tysiące lat temu. Gdzie ja dzisiaj spotkam Jezusa? Dzisiaj Jezus jest ten sam w każdym kapłanie, w tym grzeszny i złym. Może bardziej pobity i sponiewierany, bardziej krwawiący i mniej chwalebny, ale jednak ten sam Bóg, wszechmocny i miłosierny, tak samo gotowy do tego, aby przebaczyć. Zaryzykuj uklęknij przy kratkach konfesjonału. Usuń z serca to wszystko, co złe, co rani, co przeszkadza się cieszyć. Spowiedź to jeden z warunków dobrego przeżycia rekolekcji. Ale nie tylko. Spowiedź to
przede wszystkim podstawowy warunek do tego, aby dobrze przeżyć życie. Bez wątpienia dwa tysiące lat temu pasterze mieli prawo być przestraszeni i zaskoczeni, kiedy nagle ukazał im się anioł, oznajmiając narodzenie Boga. Ale czy ty dzisiaj możesz powiedzieć, że Bóg ciebie zaskoczył? Gdybyś nagle dzisiaj stanął z Nim twarzą w twarz, mógłbyś się tłumaczyć, że nie wiedziałeś? Ile masz lat, który to już adwent w twoim życiu? Tak wiele rekolekcji za tobą, tyle kazań słyszałeś, tyle razy postanawiałeś poprawę. Ciągle nic.
Pasterze pilnowali swojej trzody, całego dobytku, ale jednak na głos anioła zostawili to wszystko i poszli zobaczyć Dziecię. A ty, znajdziesz chwilę by zawitać do żłóbka?
Pamiętasz obraz z początku tych rekolekcji. Suto zastawiony stół, piękne potrawy pachnące, smakowite, choinka, prezenty i co dalej? Radość spotkania, czy może nadal zaciśnięte zęby, złość. Może się zdarzyć tak, że wybaczysz, że w sercu wszystkie miejsca będą zajęte, ale przy stole będą dwa puste. Jedno dla niespodziewanego gościa, a drugie dla tego oczekiwanego, upragnionego, który po raz kolejny nie dotarł. Może nie chciał, a może po prostu nie był w stanie dotrzeć. Być może ten scenariusz powtarza się bez przerwy od wielu już lat. Może po tych trzech lat rekolekcji zastanawiasz się, czy przebaczenie ma sens. Być może nawet wygodniej jest zasiadać do stołu, gdy jedno miejsce jest puste. Prościej jest kogoś nie zaprosić, niż później silić się na uprzejmości, ważyć każde
słowo, czy nieustannie się kontrolować.
Zapytasz być może, dlaczego to przebaczenie jest takie ważne. Nie da się tego ominąć? Widzisz jest jeden malutki szczegół. Dwa tysiące lat temu, gdy pasterze poszli do groty znaleźli Jezusa, małe Dzieciątko. Gdy w tym roku ty pójdziesz do groty, znajdziesz tylko figurę dzieciątka. A gdzie Jezus, zapytasz. On będzie w tej chwili obok ciebie w człowieku, który razem z tobą przyszedł na pasterkę. Nie bądź tej nocy sam. Póki jeszcze jest czas, przebacz, poproś o przebaczenie i pojednaj się z Bogiem.
Jezus pisał palcem po piasku. Ty nie musisz, masz telefon, papier, internet. Zadzwoń, napisz, umów się na spotkanie. Przebacz w sercu i pierwszy wyciągnij dłoń. Może tym razem nie zostaniesz odrzucony.
Kamień z serca, nie chodzi o to, że jakiś ciężar znika, to też. Kamień spada z serca, gdy mija odrętwienie i gdy znowu zaczynamy kochać. Wypuść kamień z ręki. Niech spadnie kamień z serca. I wtedy doświadczysz, że Jezus prawdziwie przychodzi. I być może już jutro zrozumiesz, co to znaczy radosne oczekiwanie.
„Chociaż to ledwo przedświt, chociaż jeszcze ciemno.
Ale Ty, ale Ty nie opuszczaj nas gwiazdo promienna.
Słabi jesteśmy, mali, nie ujdziemy wiele,
ale Ty, ale Ty nasze światło i nasze wesele.
Ty nam drogę w ciemności blaskiem przeorywaj,
chociaż my, chociaż my ustaniemy to ty nie spoczywaj.
Na mrozach nas ogrzewaj i w upałach ochładzaj,
kiedy nas, kiedy nas zdradzą inni to ty nas nie zdradzaj.
Choć nas przeklęli wszyscy, to Ty nas ukochaj,
pomóż nam, pomóż nam płynąć z Tobą, choć chwilę w obłokach.
Bądź przy nas w tej ostatniej, okropnej godzinie,
zapal nam, zapal nam betlejemskie najświętsze twe imię.
Bądź dla nas ciepła gwiazdą, bądź wierniejsza niż matka,
ogrzej nas, utul nas w długiej drodze nam świeć do ostatka,
ogrzej nas, utul nas w długiej drodze nam świeć do ostatka”.

PRZEBACZENIE OTWIERA DROGĘ DO RADOŚCI

PRZEBACZENIE OTWIERA DROGĘ DO RADOŚCI

O. Leszek Łukczanin

Po raz kolejny udamy się dzisiaj na dziedziniec świątyni. Mam nadzieję, że przebaczenie powoli dokonuje się w twoim sercu.
Bardzo trudno jest przebaczyć od razu. Zwykle jest to proces, czasami bardzo długotrwały. Pierwszy krok już uczyniłeś. Reszta za leży
już tylko od ciebie.
Dziś musimy zająć się kolejną kwestią, być może jeszcze trudniejszą. Wróćmy na dziedziniec świątyni „Jezus udał się na Górę Oliwną, ale o brzasku zjawił się znów w świątyni. Cały lud schodził się do Niego, a On, usiadłszy, nauczał ich.
Wówczas uczeni w Piśmie i faryzeusze przyprowadzili do Niego kobietę, którą dopiero, co pochwycono na cudzołóstwie, a postawiwszy ją na środku, powiedzieli do Niego: «Nauczycielu, tę kobietę dopiero co pochwycono na cudzołóstwie. W Prawie Mojżesz nakazał nam takie kamienować. A Ty, co powiesz?». Mówili to, wystawiając Go na próbę, aby mieli o co Go oskarżyć. Lecz Jezus, nachyliwszy się, pisał palcem po ziemi. A kiedy w dalszym ciągu Go pytali, podniósł się i rzekł do nich: «Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci w nią kamieniem». I powtórnie schyliwszy się, pisał na ziemi. Kiedy to usłyszeli, jeden po drugim zaczęli odchodzić, poczynając od starszych aż do ostatnich. Pozostał tylko Jezus i kobieta, stojąca na środku. Wówczas Jezus,podniósłszy się, rzekł do niej: «Kobieto, gdzież oni są? Nikt cię nie potępił?». A ona odrzekła: «Nikt, Panie!». Rzekł do nie j Jezus: «I Ja ciebie nie potępiam. - Idź, i odtąd już nie grzesz»” (J 8,1-11).
Kolejna próba. Tyle razy już ich ośmieszył. Tyle razy pokazał, że nie mają racji, ale oni ciągle walczą. Z podziwu godnym uporem po raz kolejny przychodzą, aby znaleźć jakikolwiek pretekst do osłabienia Jego autorytetu, do podważenia Jego nauki. Tym razem prowadzą kobietę, uchwyconą na cudzołóstwie. Wydaje się, że Jezus będzie bez wyjścia. Prawo mówi jasno, że kobieta musi zginąć, czekają więc na potwierdzenie, na przyzwolenie zabójstwa, albo na jego sprzeciw, by oskarżyć go o sprzeciwianiu się Prawu. W obu przypadkach postawią na swoim. Bez względu na reakcję Mistrza z Nazaretu wreszcie zatryumfują. Z niecierpliwością spoglądają na Jezusa, który wydaje się sztucznie oddalać chwilę porażki, pisząc coś palcem po piasku. Wreszcie wstaje, otwiera usta i słodycz ich zwycięstwa zamienia się w gorycz porażki.
Kto z was jest bez grzechu niech pierwszy rzuci w nią kamień. To już drugi nagły zwrot akcji w tak krótkim fragmencie Ewangelii.
Spokojny tok nauczania, przerwany nagłym wtargnięciem ludzi tęskniących za sprawiedliwością. Kim byli? Może mieli rację walcząc o czystość obyczajów, o wypełnienie Prawa, o ukaranie gorszycieli burzących porządek społeczny. Wpadli przerywając spokojny tok nauki. A teraz ich wzburzenie i gniew ucięto jednym prostym zdaniem: Kto z was jest bez grzechu?
Drogi słuchaczu raz jeszcze przenieś się na dziedziniec świątyni. Tym razem nie zajmuj miejsca w centrum. Stań razem z faryzeuszami i uczonymi w Piśmie. Za chwilę pochwycą kamienie i zabiją, bo taki jest nakaz Prawa. Czujesz ich gniew, czujesz bezduszność, z jaką traktują tą grzeszną kobietę. A może dobrze ich rozumiesz? Może sam nieraz sięgałeś po kamień, aby nim ugodzić tego, kto sprzeciwił się Prawu. Wstrzymaj się na chwilę, opuść rękę, przypatrz się osobie, która stoi po środku. Widzisz
niewiastę smutną, jak z pochyloną głową czeka na wyrok śmierci. Znasz ją, kim jest?
Mówiliśmy już o tym. Może była winna, ale przecież mogło się zdarzyć, że została pochopnie osądzona. Może faktycznie śmiertelnie zgrzeszyła, ale może była tylko częściowo winna. Dlaczego jesteś z nimi? Wiesz za co chcą rzucić kamieniem? Czy jest z nimi mężczyzna, z którym zdradziła? Czy jest zdradzony małżonek? Opuść rękę i popatrz na osobę, która stoi po środku. Kogo widzisz? Przypomnij sobie, ile razy w swym życiu rzuciłeś kamieniem? Ile razy twoi najbliżsi cierpieli przez ciebie w imię bezdusznej
sprawiedliwości, bo tak trzeba, bo zasłużyli. Może żona płakała, gdy ją skrzyczałeś za zarysowany samochód, może twój mąż nie wytrzymał i trzasnął drzwiami po kolejnej awanturze o źle pozostawione kapcie. A dzieci nie cierpiały z powodu kolejnych uwag o ciągle zbyt słabych ocenach. Pytałeś kiedyś, czy stać ich na więcej? Powiesz to nie moja wina, przecież zasłużyli. Tak, ale czy tylko w takich sytuacjach rzucałeś kamieniem? Pamiętasz te wszystkie uszczypliwe uwagi, które jak lawina sypały się na głowę tego, który nie potrafił się bronić, w pracy, wśród znajomych. A wszystkie obmowy, oszczerstwa, kłamstwa rzucane pod adresem nieobecnych.
Kamień rzucony w nieobecnego nie wyrządzi im krzywdy, ale fałszywe słowo zawsze dosięgnie i może zabić.
Popatrz na osobę, która stoi w centrum. Już wiesz, kogo widzisz? Wiesz, w kogo rzucasz kamieniem? A teraz popatrz na swoją rękę, co tam trzymasz, kamień a może kieliszek, może butelkę, kluczyki od samochodu, klawiaturę od komputera, pilota od telewizora, telefon komórkowy. Pewnie myślałeś, że tylko kamieniem można zabić. Nie czekaj dłużej, opuść rękę, wypuść to, co tam trzymasz. Podejdź do osoby, która stoi po środku, bo za chwilę może być za późno. Kto inny rzuci kamieniem i nie zdążysz poprosić o przebaczenie, a tak bardzo tego potrzebujesz. Trudne zadanie prosić o przebaczenie. Wydawało ci się, że przebaczyć będzie trudno.
Jest też inna przypowieść, którą dzisiaj chciałbym przywołać, która mówi właśnie o trudności w przebaczeniu. Zwykle mówi się, że jest to przypowieść o synu marnotrawnym. Ja nazywam ją przypowieścią o dwóch braciach. Celowo zacznę od środka, bo dziś nie na tym marnotrawnym synu chcę się skupić. Gdy mówimy o prośbie o przebaczenie, chciałbym ci pokazać postawę tego starszego, tego który został z ojcem. Być może odkryjesz jakieś cechy wspólne.
„Syn marnotrawny zabrał się więc i powrócił do swojego ojca. A gdy był jeszcze daleko ujrzał go jego ojciec i wzruszył się głęboko; wybiegł naprzeciw niego, rzucił się mu na szyję i ucałował go. A syn rzekł do niego: «Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie, już nie jestem godzien nazywać się twoim synem». Lecz ojciec powiedział do swoich sług: «Przynieście szybko najlepszą szatę i ubierzcie go; dajcie mu też pierścień na rękę i sandały na nogi! Przyprowadźcie utuczone cielę i zabijcie: będziemy ucztować i weselić się, ponieważ ten mój syn był umarły, a znów ożył; zaginął, a odnalazł się». I zaczęli się weselić.
Tymczasem starszy jego syn przebywał na polu. Gdy wrócił i był blisko domu, usłyszał muzykę i tańce. Przywołał jednego ze sług i pytał go, co to ma znaczyć. Ten mu rzekł: «Twój brat powrócił, a ojciec twój kazał zabić utuczone cielę, ponieważ odzyskał go zdrowego». Rozgniewał się na to i nie chciał wejść; wtedy ojciec jego wyszedł i tłumaczył mu. Lecz on odpowiedział ojcu: «Oto tyle lat ci służę i nie przekroczyłem nigdy twojego nakazu; ale mnie nigdy nie dałeś koźlęcia, żebym się zabawił z przyjaciółmi. Skoro jednak wrócił ten syn twój, który roztrwonił twój majątek z nierządnicami, kazałeś zabić dla niego utuczone cielę». Lecz on mu
odpowiedział: «Moje dziecko, ty zawsze jesteś ze mną i wszystko co moje do ciebie należy. A trzeba było weselić się i cieszyć z tego, że ten brat twój był umarły, a znów ożył, zaginął, a odnalazł się»”. (Łk 15,11-32) 13:28)
Widzisz jak zachowywał się ten starszy brat, zamknięty w sobie, najemnik, który był z ojcem tylko dlatego że ten mu kazał, bez słowa o miłości. Nie bądź jak on, nie bądź zazdrosny o przebaczenie ojca, które uzyskał ten młodszy. Być może nie chcesz podejść do tej osoby w centrum, bo masz w sercu jakiś uzasadniony uraz, złość. No bo niby z jakiej racji masz przebaczyć alkoholikowi, który rujnuje wasz związek, przepija pieniądze, nie pomaga w wychowywaniu dzieci. Dlaczego miałbyś przebaczyć zdradę? Tyle razy miałeś okazję i byłeś wierny i jaka za to odpłata. Jeżeli tak myślisz to jesteś jak ten starszy brat, który nigdy nie przekroczył ojcowskiego nakazu, jak bardzo był nieszczęśliwy.
To przebaczenie otwiera w naszym sercu drogę do radości. Przebaczenie drugiemu człowiekowi, ale i przebaczenie samemu sobie, wszystkich wad, niedoskonałości. Raduj się, bo brat twój wrócił. Przeproś za zazdrość, przeproś za pochopne osądzenia. Przebacz i poproś o przebaczenie, właśnie tę osobę, którą najtrudniej przepraszać. W przeciwnym razie będziesz tkwił na zewnątrz jak ten starszy brat, poza radością, poza ucztą. A przecież zostałeś stworzony do tego, aby nosić na palcu pierścień, aby się radować, aby żyć pełnią szczęścia. Nie czekaj, pojednaj się. Przebacz i poproś o przebaczenie. Choćby wydawało się, że nie ma twojej winy. Przebacz i
uznaj, że ty także potrzebujesz przebaczenia. Może to pomoże ci nie odwrócić się, gdy przyjdzie czas pojednania.

PRZEBACZ ZANIM BĘDZIE ZA PÓŹNO

PRZEBACZ ZANIM BĘDZIE ZA PÓŹNO

O. Leszek Łukczanin

Adwent znana definicja mówi, że jest to czas radosnego oczekiwania. Jednak gdyby dziś zapytać, na co mamy czekać, z czego mamy się radować, odpowiedzi byłyby przeróżne. Na święta – tych pewnie byłoby najwięcej. Na prezenty, na mikołaja, na spotkanie z rodziną, na pierwsza gwiazdę, na kluski z makiem, na kilka dni wolnego, na Sylwestra. Ale czy dzisiaj ktoś jeszcze czeka na Jezusa?
Czy ktoś czeka na Boże Narodzenie? Pytanie jest trochę podchwytliwe. Na szczęście w naszym kraju świadomość religijna jest dość wysoka. I na pewno większość ludzi po chwili zastanowienia przyznałaby, że faktycznie, adwent to czas radosnego oczekiwania na narodzenie naszego Pana. Niepokojące zaczyna być to, że dla większości ludzi to oczekiwanie wcale nie jest radosne. Na samą myśl święta w naszej głowie rysuje się obraz suto zastawionego stołu, zielonej choinki. Do naszego nosa dolatuje wyemitowany zapach wigilijnych potraw. Jednak ten piękny obrazek tak bardzo często psuje świadomość, że nie tylko miejsce dla niespodziewanego gościa będzie puste. Często jest tak, że również miejsce osoby, na której najbardziej nam zależy będzie świeciło pustką. Bywa też tak, że radość psuje świadomość, że trzeba się będzie podzielić opłatkiem z osobą, która tak wiele wyrządziła nam krzywdy, której tak wiele mielibyśmy do zarzucenia.
Znasz takie sytuacje? A może właśnie o tobie tu mowa. Adwent czas radosnego oczekiwania na Boże Narodzenie.
Na te rekolekcje znalazłem fragment, który w moim mniemaniu jest bardzo adwentowy. Zaryzykuj, poświęć przez trzy dni po jednym kwadransie. To zbyt mało żebyś mógł powiedzieć, że straciłeś czas. Za to w zupełności wystarczy, abyś odzyskał życie, abyś odzyskał straconą osobę, abyś doświadczył, co to znaczy radość z narodzenia Pana.
„Jezus udał się na Górę Oliwną, ale o brzasku zjawił się znów w świątyni. Cały lud schodził się do Niego, a On usiadłszy nauczał ich. Wówczas uczeni w Piśmie i faryzeusze przyprowadzili do Niego kobietę, którą dopiero co pochwycono na cudzołóstwie, a postawiwszy ją po środku, powiedzieli do Niego: „Nauczycielu, kobietę tę dopiero pochwycono na cudzołóstwie. W Prawie Mojżesz nakazał nam takie kamienować. A Ty co powiesz?” Mówili to wystawiając Go na próbę, aby mieli o co Go oskarżyć. Lecz Jezus
nachyliwszy się pisał palcem po ziemi. A kiedy w dalszym ciągu Go pytali, podniósł się i rzekł do nich: „Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci w nią kamieniem”. I powtórnie schyliwszy się, pisał na ziemi. Kiedy to usłyszeli, wszyscy jeden po drugim zaczęli odchodzić, poczynając od starszych, aż do ostatnich. Pozostał tylko Jezus i kobieta, stojąca na środku. Wówczas Jezus podniósłszy się rzekł do niej: „Kobieto, gdzież oni są? Nikt cię nie potępił?” A ona odrzekła: „Nikt, Panie!” Rzekł do niej Jezus: „I Ja ciebie nie potępiam.- Idź, i odtąd już nie grzesz”.
Wczesny ranek. Jezus pokrzepiony modlitwą na Górze Oliwnej zjawia się w świątyni, aby nauczać. Wokół Niego szybko gromadzi się tłum. Z każdej strony nadciągają ludzie, którzy chcą go słuchać. Jezus siada i rozpoczyna naukę. Łatwo wyobrazić sobie to wydarzenie. Mistrz z Nazaretu głoszący z mocą prawdę o królestwie Bożym i otaczający go tłum, słuchający z zapartym tchem każdego słowa. Pierwsze wersety tej strony biblijnej wprost uderzają jakimś niewypowiedzianym spokojem i ładem. Niestety cisza zostaje zakłócona nagłym wtargnięciem faryzeuszów i uczonych w Piśmie. Niestrudzeni w poszukiwaniu okazji do pochwycenia Jezusa postanawiają wystawić go na próbę. Pewni swego zwycięstwa stawiają po środku kobietę pochwyconą na cudzołóstwie.
Według prawa powinna zginąć, mówią. A ty, co powiesz? Czas na chwilę zatrzymuje się. Zapada głębokie milczenie. Kobieta czeka na wyrok. Faryzeusze i uczeni w Piśmie czekają na odpowiedź Jezusa. Tłum czeka na rozwiązanie tej trudnej sytuacji. Nawet Jezus milczy. Pochyla się tylko i pisze palcem po ziemi. Zupełnie jakby i On czegoś oczekiwał.
Wszyscy na coś czekają, wszyscy przeżywają swój mały adwent. W tym miejscu chciałbym zatrzymać się przy postaci stojącej w centrum całego wydarzenia. Niewiele wiemy o kobiecie, którą przyprowadzili faryzeusze. Czy była młoda, czy stara, ładna czy brzydka, bogata czy biedna, zamężna, panna a może wdowa? Niektórzy twierdzą, że była to Maria Magdalena. Ale nie mamy wcale
takiej pewności. Wiemy jedynie, że została przyłapana na cudzołóstwie, grzechu, za który powinna być ukarana śmiercią. Wiemy, że postawiona przez faryzeuszów i uczonych w Piśmie pośrodku tłumu, czekała na decyzje, po której ją wyprowadzą za miasto, gdzie rzucony zostanie pierwszy kamień, a za nim kolejne, do skutku, do ostatniego tchnienia. Czekała ze świadomością, że nigdy już nie doświadczy miłości, której być może tak mocno pragnęła.

Drogi słuchaczu, proszę cię teraz zamknij oczy i przez chwilę spróbuj postawić siebie w miejscu tej kobiety. Przez chwile zastanów się, czy czułeś się kiedykolwiek tak jak ona?
Nieraz było w twoim życiu tak, że ktoś cię osądził. Pamiętasz ile razy tak jak ona stałeś samotny, opuszczony, osądzony przez otaczających cię ludzi. Często było tak, że byłeś winny, postawiony w centrum czekałaś na zasłużoną karę. Ale przecież wiesz, że w życiu często bywa tak, że sądzą nas bez naszej winy. Często tylko, dlatego że jesteśmy. Bywa, że ktoś chce rzucić w ciebie kamień tylko dlatego, że śmiałeś prosić o odrobinę uwagi, o chwilę miłości. Znasz to uczucie? Ile razy czekałeś na to, aby w twoją stronę
poleciały kamienie. Bracie, siostro, nie wiemy, dlaczego ta kobieta tam stała, być może była winna. Może uwiodła jakiegoś mężczyznę. Zgrzeszyła z premedytacją, świadomie z wolnej woli. Ale mogło przecież być tak, że została uwiedziona. Dała się ponieść, uwierzyła w obietnicę miłości. Bez wątpienia zgrzeszyła przyłapana na cudzołóstwie. Ale czy od razu odbierać jej życie? Aco z szansą na zadośćuczynienie? Proszę cię postaw się teraz w jej miejscu. Podnieść głowę, popatrz na tłum, który cię otacza. Kogo
widzisz, kogoś z rodziny, ojca albo matkę? Nie potrafią okazać miłości, nie liczą się z tobą. Słowem pełnym nienawiści codziennie rzucają kamień. A może to twoje dzieci, które poszły inną niż ty zaplanowałeś drogą. Żyją bez ślubu, drwią z twojej wiary. Może w tym tłumie widzisz kogoś z najbliższego otoczenia, szefa z pracy, sąsiada, właściciela, od którego wynajmujesz mieszkanie. Może to uczniowie w szkole, ksiądz w kancelarii, czy w konfesjonale, może ktoś ukochany. Poświęć chwilę. Podnieś oczy i dokładnie
przypatrz się osobom stojącym w tłumie. Ważne jest abyś nikogo nie przeoczył. Zobacz tych wszystkich, którzy kiedykolwiek rzucili
kamieniem. Być może to tylko kilka osób, a może ogromny tłum. Ważne abyś spojrzał na każdego. Popatrz i nie czekaj za długo, bo być może zaraz kamienie wypadną z ich rąk i odejdą i nie zdążysz im przebaczyć. Ty tak bardzo tego potrzebujesz. Popatrz póki jeszcze są. Przebacz zanim będzie za późno.
Wiem, co chcesz powiedzieć. Przebaczyć to nie wykonalne. Wiem, że łatwo się mówi o przebaczeniu. Tak trudno przebaczyć.
Często boimy się, nie chcemy dotykać dawnych wydarzeń, aby nie rozdrapywać starych ran, aby na nowo nie przeżywać bólu. A jednak Jezus tak często mówi o przebaczeniu. Sam daje przykład przebaczenia. Pamiętasz przebaczył, gdy wisiał na krzyżu. Właśnie wtedy zraniony, cierpiący, krwawiący. Wtedy powiedział wyraźnie: Ojcze przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią. Pamiętasz nieraz nauczał, gdy pytali Go uczniowie: Nauczycielu, ile razy mam przebaczać, czy aż siedem razy. Nie siedem razy, siedemdziesiąt siedem
razy. Każdemu z winowajców z twojego tłumu. Przebacz tym wszystkim, którym zawiniłeś, a oni nie potrafili ciebie zaakceptować.
Od razu rzucili kamieniem. Przebacz tym, którym nic nie zrobiłeś, a oni stanęli po stronie ciskających kamieniem. Przebacz nawet to,
że tobie nie potrafią przebaczyć. Przebacz, jeżeli się odwrócą plecami, odejdą i nigdy nie wrócą. Nie idź spać, poświęć jeszcze chwilkę. Wróć na dziedziniec świątyni, do twojego tłumu, który trzyma kamienie. Przebacz im, bo być może są zagubieni. Może nie wiedzą, co czynią. Przebacz, bo nawet jeżeli wiedzą, co czynią, może po prostu nie potrafią inaczej. A nawet choćby wiedzieli i potrafili, przebacz, aby usunąć ze swego serca żal, gniew, rozczarowanie. Bo w sercu potrzebujesz miejsca na miłość, a ona już
wkrótce ponownie się narodzi.

ADWENT, CZYLI CZUWANIE NA PRZYJŚCIE ZBAWICIELA

ADWENT, CZYLI CZUWANIE NA PRZYJŚCIE ZBAWICIELA

O. Kornelian Dende

Sławny mędrzec grecki Diogenes zmarły w 323 roku przed Chrystusem, pewnego dnia rozbił namiot na rynku greckiego miasta Aten i umieścił na nim napis: „Tu sprzedaje się mądrość!” Mieszkańcy miasta śmiali się z Diogenesa, ale jeden z nich zaciekawiony, co się za tym kryje, poszedł do mędrca, wręczył mu trzy sesterce, wartości jednego dolara i zapytał: Ile mi dasz za to mądrości?
Diogenes spokojnie schował monetę do kieszeni i rzekł „We wszystkim co, czynisz, myśl o końcu” – o celu do jakiego zdążasz. To powiedzenie – „respice finem” – „Patrz na koniec” – tak spodobało się owemu obywatelowi Aten, że kazał je wyryć złotymi zgłoskami na drzwiach swego domu, by on sam – jak też wszyscy odwiedzający go – mogli je możliwie jak najczęściej odczytywać.
Podobnie jak ten mędrzec, czyni również Kościół. W pierwszą Niedzielę Adwentu, a więc na samym początku roku kościelnego, który symbolizuje naszą ziemską wędrówkę i pielgrzymowanie do domu Ojca niebieskiego, podaje nam do rozważania Ewangelię o końcu świata i końcu życia ludzkiego. Mówi do nas: myśl często o celu ostatecznym! Myśl o końcu życiowego egzaminu! Myśl o
sądzie bożym nie po to, abyś cały czas żył w lęku, ale byś poważnie traktował dar życia i to wszystko, co czynisz.
Powtórne przyjście Pana Jezusa na ziemię, zakończenie dziejów historii ludzkości, sąd ostateczny i definitywny triumf dobra nad złem, miłości nad nienawiścią, sprawiedliwości nad krzywdą, będzie tematem dzisiejszej pogadanki, którą tytułuję: „Adwent, czyli czuwanie na przyjście Zbawiciela”.

Tęskne oczekiwanie

Tęskne oczekiwanie przeżywamy wszyscy. Jakże żywo przypominamy sobie święta Bożego Narodzenia z okresu naszego dzieciństwa. Fascynowały nas i wabiły smaczności stołu wigilijnego przygotowywane przez matkę, roziskrzona światełkami choinka, kolędy a przede wszystkim prezenty… Nie mogliśmy się doczekać pierwszej gwiazdki na niebie, wigilijnego wieczoru, by wreszcie
zasiąść do wieczerzy wigilijnej a tym samym rozpocząć korowód radosnych przeżyć. Ale pamiętamy też, że skoro święta minęły pryskał ich czar. Popsute zabawki poniewierały się w kącie, inne już nas nudziły…
Następowały nowe święta, poprzedzone znów przez dreszcz oczekiwania i przeżywane z podobną radością, ale ponieważ z każdym rokiem stawaliśmy się starsi i bardziej dojrzali nie pragnęliśmy już zabawek. Nie znaczy to, że tęsknota i marzenia naszego serca wygasły. Tylko ich przedmiot się zmienił. Z kolei upatrywaliśmy w czymś innym źródło naszego szczęścia: żeby skończyć
pomyślnie szkołę i studia, otrzymać dobre świadectwo dojrzałości, zdobyć dobrą pracę. Później wyczekują młodzi podwyżki wynagrodzenia za pracę, zawarcia dobrego małżeństwa. Pragną mieć własny dom, samochód coraz bardziej luksusowy, myślą o podróżach…itp.
Po urzeczywistnieniu tych marzeń i tęsknot przekonywaliśmy się, że właściwie nic nas całkowicie nie zadawala, że życie jest
niekompletne, że tęsknota nasza za szczęściem wzrasta. Nadchodzi w życie każdego człowieka dzień, w którym stwierdza, że właściwie nic go w tym życiu w pełni nie cieszy, a każda przeżyta radość jest przelotna jak chmurka na niebie i nie każda radość jest czysta, zadawalająca serce. Na ten moment czeka Bóg, aby ukazać nam cel prawdziwy, cel ostateczny, którym jest On sam.

Nie spuszczajmy oka z celu ostatecznego

Przepełnia nas wtedy świadomość, że życie nasze zawsze będzie niekompletne, a serce zawsze będzie targane tęsknotą za czymś większym i wyższym, dopóki nie będziemy mieć przed oczyma celu ostatecznego, powtórnego przyjścia na ziemię naszego Zbawiciela, który przygotowuje nam wieczne mieszkanie w domu Ojca, w niebie, szczęście bez granic, ukojenie wszelkich
szlachetnych tęsknot.
„Patrz na koniec” – mówił mędrzec Diogenes. Patrz w przyszłość, miej dalekosiężny wzrok, obejmuj nim całe życie i nie spuszczaj
z oka celu ostatecznego. Żaden pielgrzym idący do Częstochowy nie zapomina dokąd zdąża i nie pozwoli się odciągnąć na manowce, lecz z uporem kroczy w określonym kierunku. Mieć cel na oku to bezcenna mądrość. Mądrość ta jest cechą wielkich ludzi: artystów, uczonych, konstruktorów, rolników, a przede wszystkim świętych. Świętych bowiem nie zadawalają wyłącznie doczesne cele, bo choć są dobre, pożyteczne a nawet konieczne, są przecież przemijające. Świętych interesuje najbardziej cel ostateczny, któremu wszystkie ziemskie cele są podporządkowane. Miłować Boga i być z Nim na zawsze, na wieczność całą, wraz z ludźmi, którzy towarzyszyli nam w wędrówce ziemskiej, i już nas uprzedzili do Królestwa niebieskiego, to jest cel ostateczny, cel najwyższy, najbardziej godny człowieka.
Wielki mędrzec i mówca żyjący na przełomie IV i V wieku w Afryce Północnej, a potem działający w Rzymie i Mediolanie, Augustyn, jako student prowadził rozwiązłe życie, jak wielu studentów naszych czasów. Pociągały go wolnomyślicielskie prądy intelektualne i pogańskie obyczaje. Przerzucał się z jednej ideologii w drugą. Przez czternaście lat żył z dziewczyną i miał z nią nieślubne dziecko, aż wreszcie, przy pomocy łaski Bożej, znalazł prawdziwy sens życia, który w swym życiorysie pod tytułem
„Wyznania” określił tymi słowami: „Stworzyłeś nas, Panie, jako skierowanych ku Tobie. I niespokojnie jest serce nasze, dopóki nie spocznie w Tobie.” Łaska Boża przywiodła Augustyna do opamiętania i nawrócenia. Zerwał z grzesznymi nałogami, został kapłanem, potem biskupem Hippony w Północnej Afryce. Czcimy go dziś, jako Wielkiego Doktora Kościoła Zachodniego.

Bóg spełnia tęsknoty ludzkiego serca

Dzięki łasce Bożej nie potrzebujemy brnąć przez życie po omacku, w ciemności. Święty Paweł mówi, że z przyjściem Jezusa Chrystusa na ziemię „noc się posunęła, a przybliżył się dzień” (Rz 13, 12). Jezus, Światło świata, wchodzi w nasze życie i po ucza, że głodu naszego serca w pełni nie zastąpi, ani tęsknot nie urzeczywistni żadne stworzenie, ani człowiek choćby najbardziej bliski, ukochany i szlachetny, a tym bardziej nie uczynią tego bogactwa, sława, honory… Serce człowieka ma bowiem wprost nieskończoną pojemność i władzę miłowania, przeżywania szczęścia, którą zadowolić może tylko Bóg. Jeśli serce nie obierze Boga za najwyższe
swoje dobro i źródło szczęścia, pozostanie rozbite, niespokojne, puste. Chrystus, Światłość świata jest także Drogą do osiągnięcia
naszego szczęścia. Jego życie wskazuje kierunek naszej drogi, Jego śmierć oczyszcza drogę z wszelkich przeszkód, Jego zmartwychwstanie opromienia cel ostateczny złotym blaskiem obietnicy.
Przez przyjście Jezusa Chrystusa na ziemię tęsknota naszego serca nabrała sensu i napełniła się nadzieją. Nadal mamy swoje ludzkie zamiłowania i ambicje, lecz ze ślepych uliczek zmieniły się one w szeroką wstęgę szosy prowadzącej do nieba. Znajdujemy w nich radość, gdyż są przedsmakiem większej radości w niebie. Cenimy sobie każde dobro w nich zawarte, bo wszelkie dobro stanowi prostą drogę do szczęścia wiecznego. Odrzucamy w naszych zamiłowaniach i ambicjach to, co w nich jest złe, bo zło odciąga nas z właściwej drogi na manowce.

Czuwajcie

Pan Jezus mówi, że koniec świata i koniec naszego życia przyjdzie niespodziewanie, jak złodziej, w chwili kiedy się tego najmniej
spodziewamy. Ponieważ nie znamy ani dnia ani godziny tych wydarzeń, dlatego każdego dnia, to znaczy zawsze powinniśmy czuwać i starać się być gotowym na to ostateczne spotkanie z Panem i naszym Zbawcą.
To upomnienie i zachętę, w imieniu Chrystusa, kieruje do nas dziś Kościół. Jako dobra Matka budzi nas i otrząsa z ospałości w naszym życiu religijnym i w naszej pracy nad samym sobą. Łatwo jest zadawalać wszystkie swoje zachcianki, niczego się nie wyrzekać i nie robić żadnych wysiłków, słowem znajdować się w stanie drzemki duchowej, w czasie której cieszymy się z obecnej wygody i przyjemności, nie myśląc, co będzie za miesiąc, za rok, przy końcu życia.
Kościół powtarza nam za świętym Pawłem: „Zbudźcie się ze snu!” Dlaczego? Bo dzień już blisko, dzień przyjścia Chrystusa.
Miejmy na oku cel ostateczny. Przygotujmy się na dzień spotkania z Bogiem przeprowadzając jakby ćwiczenia duchowe przez najbliższe cztery tygodnie adwentu. Myślmy o tym, co jest na końcu Adwentu, to jest o Bożym Narodzeniu. Starajmy się otrząsnąć z gnuśności, czuwajmy… przez modlitwę, dobre uczynki i szczerą spowiedź przygotujmy się do tego najbliższego przyjścia naszego Zbawiciela. Takie z roku na rok przeżywanie Adwentu, aby się przygotować do Bożego Narodzenia, będzie jednocześnie najlepszym
przygotowaniem na spotkanie z Panem Jezusem na końcu naszego życia i na końcu świata. Oczekujemy tęsknie spotkania, podczas którego Zbawiciel, dziś ukryty w Hostii, w Najświętszym Sakramencie, objawi się nam w blasku swej wieczystej chwały i ujrzymy Go na własne oczy, tak jak Go widzieli i widzą obecni Apostołowie i Matka Boża, Maryja, w niebie.
Takie tęskne oczekiwanie Bożego Narodzenia w każdej katolickiej rodzinie jest już samo w sobie wielkim świątecznym darem Bożym. Takie wyczekiwanie Świąt i taka tęsknota za nimi odradza nas duchowo, jednoczy między sobą i z Ukochanym Zbawicielem.

O. Kornelian Dende: Pięć filarów religii muzułmańskiej - 21.11.2010 r.

PIĘĆ FILARÓW RELIGII MUZUŁMAŃSKIEJ

O. Kornelian Dende
Maurowie z górą siedemset lat zajmowali większą część Hiszpanii. Podanie głosi, że opuszczając Hiszpanię, zabierali ze sobą klucze do mieszkań, pałaców,
zamków i meczetów, w nadziei, że do nich kiedyś wrócą. Ale upłynęło drugie siedemset lat, a nie wrócili. Nie na czele swych wojsk. Wrócili natomiast do swego
dawnego meczetu w Kordowie. Zaprosiło ich (w 1974 r. ) Towarzystwo Islamo-Chrześcijańskie działające w Madrycie. Zaprosiło na Kongres przedstawicieli
świata muzułmańskiego i chrześcijańskiego. Wśród tych ostatnich byli katolicy, prawosławni i protestanci.
Spotkanie w Kordowie miało swe historyczne uzasadnienie. To właśnie tam nastąpiło bezpośrednie zatkniecie się obu religii. I dlatego organizatorzy Kongresu
zamierzali w Kordowie, stolicy kalifów, zapoczątkować nie tylko współżycie, lecz także współpracę między wyznawcami obu religii w dziedzinie kulturalnej i
wyznaniowej.
Na Kongresie chrześcijanie powiedzieli muzułmanom jak patrzą na islam. Muzułmanie znów wypowiedzieli się, jak patrzą na chrześcijaństwo. Potem wszyscy
udali się do dawnego meczetu, dziś katedry chrześcijańskiej, na modły. Od 1236 roku muzułmanie po raz pierwszy odprawili tam swój piątkowy „salat”, czyli
modlitwę w obecności chrześcijan. Następnego dnia Arcybiskup Algieru, Kardynał Leon – Etienne Duval, celebrował uroczysta Mszę świętą, na której byli
również muzułmanie.
Powiedział kiedyś papież Paweł VI: „Nadeszła godzina dla wyznawców wszystkich religii, a zwłaszcza dla chrześcijan i muzułmanów, aby odwołali się do
wspólnej wiary w Boga”. W poprzedniej pogadance podkreśliłem, iż islam jest religią mało nam znaną. Dziś więc przybliżę ją wam, wyjaśniając ich praktyki
religijne. Tytuł pogadanki brzmi: „Pięć filarów religii muzułmańskiej”
Każde dobro jest własnością Boga
Macie prawo zapytać: Skąd katolicy tak nagle interesują się różnymi religiami świata? Otóż Kościół katolicki prowadzi dialog czyli rozmowy z Żydami, Mahometami,
buddystami, a nawet z ateistami, którzy w nic nie wierzą. Dlaczego? Czy przestaliśmy wierzyć, że nasza religia jest jedynie prawdziwa? Odpowiedź daje
nam (…) Sobór Watykański. Jest tylko jedna ludzkość, musi więc być jedna prawda, a zatem jedna religia, która wprowadza nas w istotny kontakt z Bogiem. Ale
wielkość religii jest faktem. Nikt temu zaprzeczyć nie może. „Człowiek szuka w różnych religiach odpowiedzi na tajemnicze pytania, które i w dawnych czasach i
dziś dręczą serca ludzkie… kościół katolicki nie odrzuca niczego, co jest prawdziwe i święte w tych religiach” („Nostra aetate”, 1-2).
To jest sedno sprawy. Każde dobro od Boga pochodzi i jest Jego własnością. Nawet najmniejszy okruch prawdy i dobra. Ciągle powtarza się niejako na naszych
oczach przygoda świętego Pawła w Atenach, który tak przemawiał: „Mężowie ateńscy, widzę, że jesteście pod każdym względem bardzo religijni. Przechodząc
bowiem i oglądając wasze świętości jedną po drugiej, znalazłem też ołtarz z napisem: ‘Nieznanemu Bogu’. Ja wam głoszę to, co czcicie nie znając” (Dz 17, 22-
23). Przekonamy się, że również do muzułmanów możemy powtórzyć te słowa: „Jesteście pod każdym względem bardzo religijni”. Przyjrzyjmy się więc jak oni
miłują Boga w swym wyznaniu wiary, w modlitwie, w daninie kościelnej, poście i pielgrzymkach.
Wyznanie wiary („ahahada”)
Muzułmańskie wyznanie wiary wypowiada podstawową prawdę chrześcijańskiego Składu Apostolskiego: „Wierzę w jednego Boga”. Jest ujęte w uroczystą
formułkę: „Nie ma innego Boga, prócz Allacha, a Mahomet jest Jego prorokiem. Z tym wyznaniem wiary Mahomet zwrócił się przeciwko bałwanom, w jakie wierzyli
jego współplemieńcy, a których w świątyni w Mekce było 360, jeden na każdy dzień. Powyższe wyznanie muzułmanin recytuje przed każdą modlitwą oraz
we wszystkich ważnych okolicznościach życie, szczególnie w chwili śmierci.
Z tym wyznaniem wiary w jednego Boga łączy się druga prawda, że wszyscy ludzie są w obliczu Boga równi. Zdecydowana wiarą w jednego Boga islam
przewyższa szereg innych wielkich religii, jak na przykład buddyzm i konfucjanizm.
Słowo „islam” znaczy „poddanie się Bogu”, ale nie ma wydźwięku biernej rezygnacji. Nie! Słowo „islam” – „poddanie się” podkreśla całkowitą zależność
człowieka od Boga i bezwarunkowe zobowiązanie wobec Niego. Islam nie ma więc pełni bogactwa prawd naszego Składu Apostolskiego, ale już samo wyznawanie
jednego Boga napełnia ten entuzjazmem i wdzięcznością za wszystko co pan Bóg dla nich uczynił. Tę postawę okazują głównie w modlitwie, w której przede
wszystkim czczą, uwielbiają, adorują i okazują radosną wdzięczność Bogu. Z jaką radością my chrześcijanie winniśmy to czynić, gdy możemy wielbić Trójce
Świętą, naszego Zbawiciela Jezusa Chrystusa, Eucharystię?!
Modlitwa („salat”)
Modlitwa to drugi filar islamu. Mahomet kładzie na nią wielki nacisk. Mówi on: „Odprawiaj modlitwę, bo modlitwa zachowuje od bezeceństw i od czynności
nagannych”. Według Koranu, kto odrzuca charakter obowiązkowy modlitwy jest odstępcą od wiary, apostata i jako taki ma być skazany na śmierć. Koran jest więc
zbyt surowy. Modlitwa dzieli się na liturgiczną i prywatną. Prywatna jest dowolna. Każdy wkłada w nią treść, jaką mu serce i umysł dyktują. Modlitwę liturgiczną
każdy wyznawca islamu obowiązany jest odmówić pięć razy dziennie. Początkowo, gdy Mahomet miał nadzieję, że islam przyjmą Żydzi i chrześcijanie, każdy
modlący się miał nakaz zwracać się obliczem w stronę Jerozolimy. Gdy ta nadzieja zgasła, Mahomet kazał zwracać się w stronę Mekki.
Pięć razy dziennie przed wschodem słońca, w południe w połowie popołudnia, przy zachodzie słońca i mniej więcej w dwie godziny po zachodzie, z minaretu
muezzin wzywa wiernych do modlitwy sakralną formułą: „Allach jest wielki! Ogłaszam, że nie masz Boga jeno Allach, a Mahomet prorok jego. Oddajcie Bogu
cześć”! Potem płyną różne słowa zachęty, jak na przykład: „Biegnijcie do modlitwy! Biegnijcie do szczęśliwości! Modlitwa jest lepsza od spania…!”
Allach jest wszędzie, więc modlitwę można odbywać gdziekolwiek skoro tylko posłyszy się głos muezzina: na dworcu kolejowym, na bazarze, na ulicy, na
dachu, w domu… W piątki jednak modlitwa popołudniowa odbywa się w meczecie. Na taką modlitwę w meczecie są obowiązani chodzić tylko sami mężczyźni.
Modlitwę poprzedza rytualne obmycie rąk i nóg, symbol wewnętrznego oczyszczenia. W braku wody nacierają sobie ręce i nogi piaskiem.
Podatek kościelny („zakręt”) i post („saum”)
Trzecim filarem islamu jest obowiązek składania jałmużny, podatku na cele religijne lub humanitarne. Pieniądze wykorzystywano dawniej na wykup niewolników
lub na zaciąg żołnierzy na świętą wojnę.
Czwartym filarem islamu jest post. Post wypada raz w roku, w miesiącu zwanym Ramadan i trwa 30 dni, każdego dnia od wschodu do zachodu słońca. Polega
on na wstrzymaniu się od wszelkiego jedzenia, picia, palenia tytoniu, a nawet na nie przyjmowanie lekarstw, jeśli chory znajduje się we własnym domu, czyli jest
mniej chory. W szpitalach bowiem post nie obowiązuje, ale chory po wyzdrowieniu musi odbyć go w innym czasie. Przez cały miesiąc postu, o godzinie 6 wieczorem
wyje przeraźliwie syrena, lub słychać wystrzał armatni na znak zakończenia dnia postnego. Po tym sygnale wszyscy zaczynają jeść i gościć się. Gościny
takie trwają do późnej nocy. Ludzie są takim postem bardzo wymęczeni, zwłaszcza w krajach o gorącym klimacie. W dniach Ramadanu bogatsi rozdają hojnie
jałmużnę. Nawet katolickim misjonarzom przynoszą różne smakołyki, a czasem całego barana.
Pielgrzymka do Mekki („hadż”)
Koran nakazuje, bo każdy mężczyzna, któremu tylko zdrowie, zasoby materialne i inne okoliczności na to pozwalają, odbył pielgrzymkę do Mekki przynajmniej
raz w życiu. Kobieta nie może odbywać pielgrzymki sama, lecz w towarzystwie innych. Człowiek chory może wysłać w zastępstwie własnym pielgrzyma
opłacając mu koszta podróży.
W dwunastym miesiącu muzułmańskim, tak zwanym pielgrzymkowym, ze wszystkich stron świata muzułmańskiego zdążają do mekki pielgrzymi i zbierają się
13 mil od miasta, aby z zachowaniem przepisów, wspólnie spełnić ten obrzęd religijny. Różnojęzyczne tłumy niesamowite wprost czynią wrażenie. Odziani w
specjalne szaty, wykąpani, obuci w sandały, jedną są tylko przejęci myślą, że oto dane im będzie obejść procesjonalnie świątynię Kaaba i ucałować jej „Czarny
Kamień”, który się w niej znajduje.
Trzeba Mahometowi przyznać, że był sprytny. Czarny kamień jest pozostałością pogańskich wierzeń plemion arabskich. Mahomet wiedział, że nie wykorzeni
kultu Czarnego Kamienia, więc go zręcznie skierował do jedynego Boga. Tam zaś Czarny Kamień związał z podaniem, że tu, w Mekce, przy tym Czarnym Kamieniu,
zatrzymali się ongiś Abraham, Agar i Izmael. W ten sposób Kaaba stała się dla muzułmanów kolebką nie tylko religii, ale kolebką narodową.
Na pamiątkę Agar, poszukujący wody w pustyni dla swego syna Izmaela, pielgrzymi muzułmańscy odbywają bieg między dwoma wzgórzami, piją wodę,
adorują Boga, słuchają kazań, odżegnują się od złego ducha i składają ofiary. Tak duchowo przygotowani wchodzą do mekki, gdzie przez trzy dni odbywają się
uroczystości polegające głownie na siedmiokrotnym procesjonalnym obejściu Kaaby i złożeniu na niej pocałunku oraz obmyciu się w źródle „zamzam”. Do programu
należy też odwiedzenie grobu Mahometa w medynie.
Wiele z tych praktyk religijnych islamu cieszy się formalnym uznaniem i szacunkiem Kościoła, czemu dają wyraz liczni biskupi z papieżem na czele, składając
muzułmanom życzenia w końcu Ramadanu.
Nadeszła godzina dla wszystkich wyznawców monoteistycznych religii, jak mówił papież Paweł VI, aby wszyscy chrześcijanie, Żydzi i muzułmanie odwołali
się do wspólnej wiary w jednego Boga. Przynagla nas do tego zorganizowany, wojujący ateizm, który zwalcza każdą religię, a który ma na usługach armię
urzędników, milicjantów, żołnierzy, prawników, nauczycieli i stosuje najbardziej wyszukane metody terroru, aby oderwać ludzi od swego Stwórcy i Pana, Prawodawcy
i Ojca.
Komunizm bałamuci robotników hasłem: „Robotnicy wszystkich krajów – łączcie się!” My, w obliczu wojującego ateizmu winniśmy wołać: „Wyznawcy jednego
Boga – łączcie się!”