PAN ŚMIERCI - pogadanka o. Justyna z 16.04.1933 r.

Witam Was Zacni Rodacy i Miłe Rodaczki słowami. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

W noc przyjścia na świat Dzieciny Boskiej, na niebie ukazała się gwiazda cudownej jasności, świadek zmiłowania Boskiego, znak wesela i radości Nieba i ziemi; w dzień zejścia ze świata Zbawiciela ludzkości, a "było jakoby o szóstej godzinie i stały się ciemności po wszystkiej ziemi, aż do dziewią tej godziny. I zaćmiło się słońce." Natura, ślepa i zimna natura, okazała Stwórcy swemu więcej współczucia i litości, aniżeli ludzkość zatwardziałego serca i nieugiętego karku. Słońce ze wstydu zakryło jasne swe oblicze, by nie patrzeć na ziemię zbryzganę niewinną krwią Syna Bożego; by nie widzieć niesprawiedliwych sędziów, krwiożerczych katów, fałszywych świadków i niewdzięcznego tłumu! Żałobne ciemności na niebie i ziemi, zabójcom Chrystusa wskazują na moc i potęgę i majestat Ukrzyżowanego. Chrystus kona. Popatrzmy się teraz jeszcze na ofiarę czarnej niewdzięczności, głębokiej zazdrości, nieludzkiej nienawiści stworzeń względem Stwórcy. Robak to już, a nie człowiek. Zawieszony pomiędzy niebem a ziemią. Stratowany, zbity i skatowany. Nad głową korona cierniową obwitą, szydercze słowa po żydowsku, po grecku i po łacinie: "Jezus Nazareński. Król żydowski." U stóp krzyża gromadka wiernych i bolejących niewiast, mdlejących na widok konającego. Wokoło jak daleko oko ludzkie sięga, tłumy ciekawych, miotających przekleństwa i blużnierstwa: "Hej, co rozwalasz Kościół Boży, a za trzy dni zasię budujesz, zachowaj sam siebie: jeśliś Syn Boży, zstąp z krzyża." "Inszych zachował, sam siebie zachować nie może; jeśli jest król Izraelski, niech teraz zstąpi z krzyża, a uwierzymy Jemu. Dufał w Bogu, niech go teraz wybawi jeśli chce, bo powiedział: że jestem Synem Bożym". Niedaleko od krzyża siedziała gromadka pijanych żołdaków, Żołnierze wzięli szaty i suknię nie szytą. Rzucili o nią kości, aby wypełniło się Pismo mówiące: "Podzielili sobie szaty moje, a o suknię mają rzucili los." Złość i przewrotność ludzka wzrastała; wzrastała też miłość i litość Jezusa; nie zemsty szuka Jezus, lecz z trudnością otwiera usta i błaga: "Ojcze, odpuść im, albowiem nie wiedzą co czynią." Po trzech godzinach męczarni, "około godziny dziewiątej, zawołał Jezus głosem wielkim: Boże mój, Boże mój, czemuś mig opuścił?" i "zawoławszy głosem wielkim rzekł: Ojcze w ręce Twoje polecam ducha mojego. A to rzekłszy, skonał." Gdy Zbawiciel na krzyżu skonał "oto ziemia zadrżała, a skały się popadały, groby się otworzyły i wiele ciał świętych, którzy byli posnęli, powstało, weszli do miasta świętego i ukazali się wielu". — Tak się zakończył ten pierwszy krwawy Wielki Piątek, naocznie, umarł Chrystus Pan, a zwyciężyli Jego nieprzyjaciele i ciemności ludzkie pokryły światłość Boską. Czy tak? Pokaże nam dzisiejsza przemowa:

PAN ŚMIERCI

Przez, ostatnie trzy dni świat pogrążony był w bólu i smutku. Nic dziwnego. Staliśmy w cieniu krzyża: byliśmy świadkami upokorzenia, hańby i śmierci Chrystusa. Wstyd nas opanował, trwoga wstąpiła w serca i umysły nasze. Na krzyżu wisi Ten, który miał być Panem i Królem. Pod krzyżem Matka Boleściwa. Uczniowie, naoczni świadkowie licznych cudów, daleko od Nauczyciela. Tak było wczoraj. Dziś już inaczej. Dziś powtarza się to, czego nieraz byłem świadkiem, podróżując we Włoszech. Stałem w dolinie obok wysokich gór sterczących nad sławnem miasteczkiem Sorrento. Słucham. O uszy moje odbijają się nuty piosenki neapolitańskiej. Najpierw nieśmiałe, ciche, pokorne, zaledwie uchem ludzkim uchwytalne, rosną, potęgują się, roztaczają się, aż wreszcie zamieniają się w setne i tysięczne echa, które z rozmachem i rozgłosem odbijają się o ściany gór, jak bałwany morskie o skaliste wybrzeża, jak gromy piorunów o sklepienie niebieskie. Tam na szczycie gór siedzi pastuszek i te cudne i głośne tony wydobywa ze swego flecika albo rogu pasterskiego. Tak dziś o uszy ludzkie, jak świat długi i szeroki, rozchodzi się potężne echo: Chrystus Zmartwychwstał! Odbija się ono o umysły wierzących i niedowiarków; o uszy złych i dobrych; o uszy uczonych i prostaczków; o uszy zamożnych i biednych; o uszy zdrowych i chorych; wciska się do pałacu i domów: leci przez góry i doliny, niosąc na swych skrzydłach niewidzialnych wesołe Alleluja, które w ludzkość wlewa jakąś nową wiarę, głębszą ufność, obszerniejszą i tkliwszą miłość. — Powracam jednak do rzeczy. - Piątek wieczór. Józef z Arymatei, uczeń Chrystusowy, miał pewne wpływy u Piłata. Prosił więc gorąco, aby mu oddano zwłoki Chrystusa. Piłat się zgodził. Józef kazał je zdjąć z krzyża, owinął w czyste prześcieradło i złożył we własnym grobie wykutym w skale. Przywalił do drzwi grobu wielki kamień i odszedł. Faryzeusze, uczeni w piśmie oraz przedniejsi kapłani niepokoili się. W sercu przyznawali wraz z setnikiem: "Zaiste, ten był Synem Bożym!" Obawiali się gniewu Boskiego i zemsty ludzkiej. Zebrali się na dworze Piłata. Mówili: "Panie, wspomnieliśmy, iż on zwodziciel powiedział jeszcze żyjąc: Po trzech dniach zmartwychwstane. Przetoż rozkaż, aby strzeżono grobu aż do dnia trzeciego, aby snadź nie przyszli uczniowie Jego i ukradli Go, i powiedzieli ludowi: Powstał z martwych; i będzie ostatni błąd gorszy niż pierwszy. Rzekł im Piłat: Macie straż; idźcie, strzeżcie jako umiecie. A oni poszli, obwarowali grób, zapiecztowawszy kamień z strażą." Rozumieli nader dobrze, jeśli Chrystus miałby pęta śmierci zerwać i z grobu strzeżonego się uwolnić ... do życia powrócić . . . naród cały uwierzyłby w moc Boską ukrzyżowanego. Kto wie? Może by naród im krzyże postawił i na tych krzyżach ich pozawieszał. Oj, obawiali się skutków Chrystusa zmartwychwstania! Mimo ich starań i zabiegów, cóż się dzieje? Trzeciego dnia rychło z rana, zaledwie ogniste promienie wchodzącego słońca poczynały złocić blaskiem nadziemskim szczyt krzyża na górze Kalwarii. Chrystus powstaje, opuszcza grobowiec, idzie pełen słodkiego majestatu i niegraniczonej siły. Opuszcza łoże martwe, żywy w ciele chwalebnym. Śmierć zwyciężył, bo Panem śmierci jest. Straż żołnierska, na widok Chrystusa rzuca broń i ucieka do miasta, aby pierwsza zwiastować, że Ten, który na krzyżu skonał . . . teraz z ciemnego i zimnego grobowca chwalebnie powstał. "Przyszła Maria Magdalena i druga Marja oglądać grób. A oto stało się wielkie drżenie ziemi. Albowiem Anioł Pański zstąpił z nieba i przystąpiwszy odwalił kamień i siedział na nim; a było wejrzenie jego jak błyskawica, a odzienie jego jako śnieg. A Maria stalą u grobu zewnątrz, płacząc. Gdy tedy płakała, nachyliła się i wejrzała w grób i ujrzała dwu aniołów w bieli, siedzących jednego u głowy, a drugiego u nóg, kędy położone było ciało Jezusowe. Rzekli jej oni: "Niewiasto, czemu płaczesz? Rzekła im: Iż wzięto Pana mego, a nie wiem kędy Go położono. A to rzekłszy, obróciła się nazad i ujrzała Jezusa stojącego, a nie wiedziała iż Jezus był. Rzekł jej Jezus: Niewiasto, czemu płaczesz? Kogo szukasz? Ona mniemając, żeby był ogrodnik, rzekła mu: Panie jeśliś Go ty wziął, powiedz mi, gdzieś Go położył, a ja Go wezmę. Rzekł jej Jezus: Marja. Obróciwszy się ona rzekła: Rabboni. Rzekł jej Jezus: Nie tykaj się mnie, bom jeszcze nie wstąpił do Ojca mego. Ale idź do braci mojej, a powiedz im: wstępuje do Ojca mojego i Ojca waszego, Boga mojego i Boga waszego. Przyszła Maria Magdalena oznajmując uczniom: Iżem widziała Pana i to mi powiedział." Cóż w międzyczasie czynili nieprzyjaciele Chrystusa? "Niektórzy ze stróżów przyszli do miasta i oznajmili przedniejszym kapłanom wszystko co się stało. A zebrawszy się ze starszymi, naradziwszy się, wiele pieniędzy dali żołnierzom, mowiąc: powiadajcie, iż uczniowie Jego w nocy przyszli i ukradli Go, gdyśmy spali. A jeśli się to do starosty doniesie, my go namówimy, a bezpiecznymi was uczynimy. A oni wziąwszy pieniądze uczynili jako je nauczono. I rozniosło się to słowo u żydów aż do dnia dzisiejszego!" Wkrótce Chrystus zmartwychwstały pokazuje się Apostołom, w końcu przekonowuje nawet Tomasza niewiernego. Wierzą, że zwyciężając śmierć, jest śmierci Panem, a więc Synem Boga, Zbawicielem świata, Odkupicielem rodu ludzkiego! — Zmartwychwstanie Chrystusa, to kamień węgielny wiary naszej świętej, jak pisze Apostoł: "Jeśli Chrystus nie zmartwychwstał próżne jest tedy słowo nasze, próżna jest wiara nasza." Zmartwychwstanie Pańskie rozwiązuje wszelkie zagadki życiowe; wskazuje nam cel życia ludzkiego; udowadnia nieśmiertelność duszy; sprawdza wieczność życia pozagrobowego. Zmartwychwstanie Pańskie umacnia wiarę w szlachetność i wartość życia ludzkiego. Zasila nadzieję, że mimo czasowych i przejściowych cierpień Bóg wynagrodzi nam krzyże nasze. Podtrzymuje miłość tak względem Boga jako też i bliźniego. Skłania do dobrych uczynków . . . słowem, zamienia nas słabych i niestałych, w żołnierzy i rycerzy Chrystusa. Świat więc ma powody kiedy dziś wśród dźwięków rozkołysanych dzwonów radości śpiewa:
Chrystus zmartwychwstan jest.
Nam na przykład dan jest,
Iż mamy zmartwychpowstać,
Z Panem Bogiem królować. Alleluja!

Leżał trzy dni w grobie,
Dał bok przebić Sobie,
Bok, ręce, nogi obie.
Na zbawienie człowiecze tobie. Alleluja!

Zadaje Wam przy dzisiejszej uroczystości to krótkie pytanie: Odczuwacie i Wy w dniu dzisiejszym tę radość Wielkiej Nocy? Chrystus Zmartwychwstały trzyma w ręku sztandar. Na nim złocistymi literami wypisane są: miłość, przebaczenie, pojednanie, zwycięstwo, zmartwychwstanie, wieczność szczęśliwa! Uczyńmy króciutki rachunek sumienia. Nie ukrywajmy przed sobą prawdy! Niemiecki poeta Goethe, w poemacie "Faust" opisuje nam swego bohatera w ten sposób: "Żył w dostatkach. Używał wszystkiego czego tylko serce zachciało. Pił z kielicha słodyczy, aż do dna, a na dnie znalazł gorycz i rozgoryczenie. Życie przesycone obrzydło mu się. Zadecydował życie sobie odebrać. Decyzja zapadła w poranek Wielkanocny. Stoi zadumany, w myśli żegna się ze światem, aż tu nagle o uszy jego odbija się głos dzwonów . . . słyszy radosne piosenki Wielkanocne . . . wesołego Alleluja wyrywa się z piersi rozśpiewanego ludu, unosi się majestatycznie pod niebiosa, echem odbija się o obłoki! Niedoszły samobójca staje jak wryty. Słucha, bezwładnie opuszcza ręce. Schyla głowę; oczy łzami zachodzą: kolana pod nim się uginają. Klęka. Przed oczami duszy jego przesuwają się obrazki z lat dziecięcych. Widzi jak klęcząc przy łóżeczku, z rączkami złożonymi, za matką pobożnie paciorki powtarzał. Widzi, jak skupiony, z anielskim nieomal usposobieniem do Pierwszej Komunii św. przystępował. Widzi, jak powoli, otoczony przyjaciółmi bezmyślnemi, z drogi pobożności zstępował, aż wreszcie na sumienia nawoływania nie zważając, utopił się w kałuży życia materialnego i o duszy zapomniał. Stają przed nim lata błogie i szczęśliwe, a dziś: zniechęcony, rozgoryczony, zamierza targnąć się na życie, które mu dał Ten, który Zmartwychpowstał , . . aby kiedyś i drudzy zmartwychwstali. Chce życie sobie odebrać właśnie w chwili kiedy świat się cieszy i raduje, że Stwórca i Odkupiciel zmartwychwstał. Gorzkie łzy żalu spływają po licach. Powstaje, odrzuca myśl samobójstwa i postanawia sobie żyć na nowo według zasad i nauki Chrystusa.

Prawda, wszyscy śpiewamy dziś: Allejuja! Śpiewamy usłami i sercem . . . czy tylko ustami? A cóż się dzieje w sercach naszych? Przepełnione są one nienawiścią, chciwością i rozmaitemi brudami życia codziennego? Lata temu nie byliśmy tacy. Mieliśmy wiarę ... a wiarę prawdziwą, żywą, silną i praktyczną. Gdzie ona dziś? W głębokim i zimnym grobie, przywalona grubym i ciężkim kamieniem. Czemu? ... Bo ktoś może z nami niesprawiedliwie się obchodził. Bo nas prześladowano. Bo nas obmawiano i oczerniano. Bo nas Opatrzność biedą lub chorobą nawiedziła. Wtenczas, zamiast z większą i odporniejszą wiarą iść naprzód, wołaliśmy natrętnie i dumnie: nie opłaci się wierzyć; Bóg jest niesprawiedliwy; słuchać Boga nie będziemy; Jemu służyć nie chcemy, bo Boga niema, a jeśli jest, o nas nie dba. Może nie słowami, ale czynem żeśmy wołali: "Hej Ty, jeśliś Syn Boży, czemuż na te rzeczy pozwalasz?" Wyrugowaliśmy ten dar nadziemski ze serc naszych, wiarę ... i wrzuciliśmy do grobu niepamięci. Żyjemy, jak byśmy wiecznie żyć mieli. Udajemy wzorowych i sprawiedliwych ... ot tak, jak aktorzy na scenie. Biedni my! Spokoju nie mamy, bo tam gdzieś na dnie serca tli się jeszcze iskierka tej wiary dawniejszej; bo sumienie nasze czasami szepce cichuteńko, czasami krzyczy głośno: umrzesz, a później kiedyś zmartwychwstaniesz, a potem? . . . Obawa i trwoga nieraz nas biczuje. Czemuż w dniu dzisiejszym, kiedy świat cały wesoło śpiewa: Alleluja, czemuż w tej chwili nie powiedzieć sobie:
zmartwychwstanę z grobu opieszałości, niedbalstwa, aby od dnia dzisiejszego na nowo wierzyć jak kiedyś; zmartwychwstanę do szczęścia doczesnego, aby kiedyś zmartwychwstać do szczęścia wiekuistego. Naprawdę, że wtenczas z całą serdecznością zaśpiewacie: "Wesoły nam dziś dzień nastał!" Nad wami staje w nagrodę zmartwychwstały Zbawiciel, a z ust Jego płynie do Was to błogie błogosławieństwo "Pokój Wam!"

Święta Wielkanocne są okazją do składania sobie życzeń wzajemnych. Otóż, niech i ja dołączę moje. Zwrócone są one do wszystkich Polaków bez wyjątku, no i do Słowaków, Litwinów, Rusinów — naszych słowiańskich współbraci. Niech Chrystus Pan w serca wasze wleje pokój niebieski i zadowolenie nadziemskie, bo to są łaski, których świat nie ma, wiec Wam dać nie może. Niech Was i waszych Zbawiciel obdarzy czerstwcm zdrowiem, tak duszy jak i ciała. Oby Was Chrystus ubdarzył cierpliwością i dobrą wolą, abyście żyć mogli w zgodzie jak bracia jednej ogromnej rodziny. Dałby Bóg abyśmy raz już powstali z grobu zazdrości i podejrzliwości, abyśmy porzucili swary i niezgody; abyśmy z ręką na sercu mogli sobie powiedzieć: Pokój Wam i nam! — Te i podobne życzenia z głębi serca ślę Wam zacni Rodacy i mile Rodaczki w te uroczystość Zmartwychwstania Pańskiego!

KALWARIE DWUDZIESTEGO WIEKU - pogadanka o. Justyna z 9.04.1933 r.

Witam Was zacni Rodacy i miłe Rodaczki słowami: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Stoimy na progu Wielkiego Tygodnia, i zaprawdę Tydzień to Wielki, bo tydzień to pamiętnej Drogi Krzyżowej i gorzkiej męki oraz śmierci Chrystusa Pana. Przenieśmy się myślą wstecz o tysiąc dziewięćset trzydzieści trzy lat. Stańmy przy mieście świętym. — Rzewne i bolesne, a zarazem i okropne obrazki snują się przed oczyma naszymi! Nie zasłaniajcie oczu waszych, patrzcie śmiało i prosto. Mieszkańcy miasta śpią. Cisza, jakaś cisza przerażająca i złowroga. Czarne i ciężkie chmury pokrywają światło księżyca. Północ się zbliża. Obok miasta Góra Oliwna. Tam klęczy Chrystus Pan. Modli się i wzdycha. Krwawy pot obficie oblał Mu czoło i blade lica. Chrystus zatrwożony modli się. Posłuchajcie: "Ojcze mój, jeśli możebne, niechaj odejdzie cde mnie ten kielich; wszakże nie jako Ja chcę, ale jako Ty i "Ojcze mój\, jeśli nie może ten kielich odejść, jeno abym go pił, niech się dzieje wola Twoja." Prawie w tej samej chwili ukazuje się gromada opryszków, z Judaszem na czele. Zdrada. Przystępuje do Boskiego Nauczyciela . . . uczeń zdrajca. Wita Go zwyczajnym pocałunkiem, mówiąc: "Bądź pozdrowień Rabbi!" Tłum zbójecki rzuca się na bezbronnego Chrystusa, krępuje ręce szorstkimi powrozami i rozpoczyna się bolesny i hańbiący pochód na dwór Annasza. Zarozumiały służalec dworski żelazną rękawicą częstuje Chrystusa bolesnym policzkiem. Sąd u Kajfasza. Oprawcy opluwają twarz Zbawiciela, obdarzają go kułakami; na oczy zarzucają brudną chustę, kopią i policzkują, naigrawając się złośliwie: "Proroku, powiedz kto Cię teraz uderzył." Przed Piłatem i Herodem przesuwa się postać króla żydowskiego, ubranego w białą szatę! Przypatrzcie się Tej twarzy cichej i spokojnej, chociaż bezlitośnie zbitej i nabrzmiałej. Nie dosyć jednak. Do słupa marmurowego przywiązują Syna Bożego i niemiłosiernie aż do kości biczami orzą barki Chrystusowe, jak prostego niewolnika. Na głowę przemocą wciskają koronę z kolców cierniowych uwitą; na ramiona zarzucają płaszcz szkarłatny: do ręki wtłaczają gruby i twardy kij, za berło królewskie. Pijane żołdactwo, kłaniając się i przyklękając. Woła z bezczelnością: "Pozdrawiamy Cię Królu Żydowski! Pospólstwo w międzyczasie zapytane przez Piłata, aby wybierało pomiędzy Synem Boga, Chrystusem, a złoczyńcą Barabaszem, wrzeszczało krwiożerczo: "Uwolnij Barabasza, a Chrystus niech będzie ukrzyżowan". Wreszcie rozpoczyna sig żałobny pochód na górę Kalwari. Omdlewający Chrystus z ciężkim krzyżem
na ramionach; Cyrenejczyk; Weronika: Świątobliwe niewiasty płaczące ... I otóż jesteśmy na szczycie góry. Trupia Głowa. Słyszymy głuche echo młotów . . . cienkie a długie gwoździe przebijają rgce i nogi Chrystusa. Podnoszą krzyż Ciało wyciągnięte, napięte, ramiona ze stawów wyrwane, pierś wysadzona, krew strumieniami spływa i ziemie zrasza, dreszcz śmiertelny ciałem ukrzyżowanego wstrząsa. I to nie zadowoliło rozjuszonego tłumu. Bezczelne bluźnierstwa sypią się z ust tłumu niewdzięcznego. Cóż dziwnego, że daje się z krzyża słyszeć głos pełen bólu i żałości: "Boże mój, Boże. dlaczegoż i Ty mnie opuściłeś?" Wkrótce potem śmierć zaciągnęła grubą zasłonę na ostatni akt tragedii na górze Kalwarii! Dziś i dziś na arenie świata, odgrywają się sceny podobne owej przed blisko dwa tysiące laty. Dziś mamy drogi krzyżowe, któremi stąpają liczne ofiary; dziś mamy Kalwarie, na których giną dobrzy i sprawiedliwi. Oto tytuł:

KALWARIE DWUDZIESTEGO WIEKU

Siadam przy biurku i opisuję cierpienie i bóle: smutek i płacz niewinnych ofiar dni naszych. Kto je policzyć zdoła? — Zdrady, wzgarda, pośmiewiska, fałszywe sądy, przekupieni świadkowie; korony cierniowe: biczowanie przez obmowy i oszczerstwa: niesprawiedliwe wyroki; winowajcy wolnością obdarzani; niewinni męki cierpiący; niedostatki, bieda, nędza, niepewność. lęk, strach obawa, niepokój, niezadowolenie, niedowiarstwo ... to wszystko zbija krzyże i wtłacza na barki ludzi, którzy pod krzyżami taczają się, potykają, upadają i w końcu na krzyżu giną: giną wśród okrzyków szyderczych, mających sumienie martwe — serca kamienne — prawdziwe pomniki na zewnątrz okazałe i świecące, a wewnątrz przepełnione robactwem plugawcm i obrzydliwem. Ofiary dzisiejszej drogi krzyżowej? Przed oczyma moimi przesuwają się dzieci małe. Jak biednie ubrane. Od zimna się trzęsą. Siedzą skulone i od płaczu się zanoszą. Chleba . . . kawałka chleba im brakuje. Niech byłby on suchy, czarny i zestarzały . . . Nie ma nic! Nieśmiałym wzrokiem, w którym kryje się prośba błagalna, patrzą na znużone i wybladłe oblicze swej matki. Daremnie. Nic śmią zwrócić się do ojca, który siedzi ze zachmurzonym czołem, ze zaciętymi ustami, z rozpaczą w umyśle, z oburzeniem w sercu. Oto droga krzyżowa . . . oto Kalwaria czasów naszych!

Widzę gromady sierotek bez ojca, bez matki. Żalą się. Płaczą. Inne dzieci są szczęśliwe. Mają ojców zacnych, matki kochające. A my? Nie mamy przed kim się użalić, przed kim się poskarżyć! Rzuceni jesteśmy na łaskę losu, bezradni i opuszczeni. Gdzie mamy szukać rady? Kto nam dopomoże? Co się z nami stanie? Boże, Boże, czemużeś nam rodziców zabrał? Czemużeś nas samych zostawił? Oto droga krzyżowa, oto Kalwaria dni naszych.

Płyną i dalej płyną skargi dzieci; niewinnych ofiar złośliwości i przewrotności ludzkiej. Mieliśmy kiedyś dom; mieliśmy kiedyś tatę i mamę. Tata o nas dbał, mama nas kochała. Jednego dnia rodzice nasi się pogniewali i pokłócili. Przyszła policja. Tatę wsadzili do więzienia, mama od nas uciekła. Sąd nas oddał ludziom, którzy nas utrzymują. Jesteśmy, lecz nie żyjemy. Tak z dnia na dzień . . . bez serca, bez miłości. Co nam jutro przyniesie, nie wiemy. Jeśli zaś i ci nas wyrzucą, gdzie pójdziemy, co się z nami stanie? Przyszłość nasza jaką będzie? Niepewność i rozgoryczenie! Płacz i narzekanie. Oto droga krzyżowa . . . oto Kalwaria obecnych czasów.
Słuchajcie cierpliwie i zapłaczcie rzewliwie: — "Nasz tata był kiedyś pracowitym, trzeźwym, pobożnym i dobrym. Przed kilku laty zmienił się do niepoznania. Mało co jest w domu. Rychło z rana wychodzi z domu. Powraca wieczorami czasami sam, często z przyjaciółmi: wtenczas nowa pijatyka i przekleńslwa do późna w nocy. My się naszego taty boimy, bo nas bije, a mamę z domu wypędza. W domu mało naczyń i sprzętów, bo tata potłukł i połamał. Prawda, dostajemy nieco pomocy z miasta, lecz tata połowę zabiera i traci na pijaństwo. Nie tylko że do kościoła nie chodzi, lecz nawet pacierzy nie mówi. Mamę i nas przeklina, że w niedziele na Mszę św. idziemy. Krzyż i obrazy świgtych z domu powyrzucał .... bluźn, że Boga się nie boi. Obawiamy się, że kiedy stanie się nam nieszczęście, bo w stanie podpitym nasz tata zamieni się w szaleńca i złośnika. Czy możemy szanować i kochać ojca pijaka i bezbożnika? Za co nas i mamę Pan Bóg karze? My chcemy tatę kochać i kochać go będziemy, jeśli się poprawi i porzuci pijaństwo, a dla nas będzie ojcem, jak dawniej." — Oto skarga bolesna męczenników teraźniejszej drogi krzyżowej i ofiar nowej Kalwarii.

Jeśli zaś już jaka klasa, ciężko i powoli stąpa pod ciężarem
krzyża po tej drodze bolesnej, to są żony i matki nasze. Ile z
nich skatowane i zbite, nie tylko moralnie, lecz niestety, i często,
fizycznie, z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc, dźwigają ciężar
Krzyżowy, swego stanu i powołania. Z anielską cierpliwością,
z żelazną wytrwałością, z głęboką ufnością, że wreszcie kiedyś
Przyjdą do końca tej ustawicznie ciągnącej się drogi krzyżowej,
bez skargi, chociaż z sercem głęboko zranionym, z obliczem bolesnym, chociaż łagodnym i spokojnym, przesuwają się przed oczyma naszymi . . . żony pijaków i gemblerów; żony niedowiarków i złośników; żony zuchwałych i wymagających: żony niewiernych i złośliwych: żony niesprawiedliwych i podejrzliwych: żony zazdrosnych i posądzających: żony oszustów, opryszków, bandytów, złodziejów, morderców ... i tak bez końca. Słuchajcie! ... ile pokornych i żarliwych modlitw wznosi się każdej sekundy dnia do bram niebieskich o poprawę, o nawrócenie? Ile łez spływa w ukryciu przed oczami ludzkimi, łez gorzkich i ciężkich i krwawych. Płaczą żony oszukane; płaczą żony zawiedzione; płaczą żony nielitościwie opuszczone; płaczą żony zaniedbane: płaczą żony odrzucone i zapomniane. Tłumy maszerują drogą bolesnej niepewności, niepokoju, rozczarowania. Ile z nich staje na Kalwarii i kona na krzyżu zapomnienia.

Matki patrząc na drogę krzyżową swych dzieci, zamieniają się w matki bolesne. Serce matki bije tylko dla dziecka; matka żyje jedynie dla dzieci; cóż dziwnego, że z dzieckiem płacze, z dzieckiem cierpi. Gdyby mogła, jak najchętniej niosłaby na swych zestarzałych i zgarbionych ramionach krzyż swój i krzyż dzieci. Zapomina więc o sobie; puszcza w niepamięć zuchwałość syna i złośliwość córki, bo to przecież jej dzieci. Widzi je, jak lata temu po raz pierwszy, na jej widok maleńkie usteczka szeptały: mamo, mamo; przypomina sobie jak bezsilne raczki ściskały ją za szyję; jak złotowłosa główka z taką ufnością spoczywała na jej piersiach. Przypomina sobie pierwsze kroki dzieci swoich . . . pierwsze modlitwy wyszeptane. W jej oczach znikają wady i upadki; upartość i nieposłuszeństwo; niepamięć i niewdzięczność ... bo to jej dzieci. I ta biedna matka, która po dziecku tyle się spodziewała, tyle sobie obiecywała, dziś szeroko otwiera załzawione oczy i widzi to dziecko chwiejące się pod ciężarem krzyża ... a wiec cierpi. Nie dziw wiec, że błagalnie wyciąga ręce ku niebu i gorące zasyła modlitwy: martwi się, płacze, boleje, ręce załamuje, ratunku dla dziecka szuka. Przez to własny krzyż powiększa . . . drogę krzyżową przedłuża.

Przypomnijmy sobie, ile w tej chwili, biednych i opuszczonych matek wisi na górze Kalwari, przybitych do krzyża opuszczenia i niepamięci? Biedne staruszki! Życie poświeciły dzieciom; dzieci wychowały i dzieciom wykształcenie dały. Dziś? Dzieci wypowiedziały im ostatni kącik w domu; wzięły własną matkę i wyrzuciły na cudzą łaskę, jak stary, złamany i nieużyteczny sprzęt. Dla tych matek-staruszek, cale lata spędzone w ochronce starców, to jeden, bezustanny, Wielki Tydzień w cieniu Kalwarii!

Ilu też zacnych, trzeźwych i wzorowych mężów idzie dziś drogą krzyżową? Powody są rozmaite. Płocha żona, szukająca nowych wrażeń; żona szukająca bezustannych rozrywek w teatrach i tańcach, przy stoliku zielonym w kartach w nieodpowiednim towarzystwie; żona rozrzutna, nie licząca się z dochodami i rozchodami; żona, która już dawno zapomniała swe obowiązki; żona lekceważąca sobie przysięgę małżeńską; żona która zrzuciła z siebie jarzmo pożycia małżeńskiego; żona, która daje porwać się prądem czasów naszych i wyobraża sobie, że należy się jej swawolna wolność i bezgraniczne wygody bez najmniejszego poświęcenia, bez żadnej ofiary. Takie i podobne powodują nieporozumienia, separacje, rozwody, rozbijają rodziny, rujnują domy, na barki mężów wtłaczają krzyże niepokoju i rozpaczy, które dosyć często prowadzą na Kalwarię nagłej, gwałtownej i okrutnej śmierci.

Jeszcze jeden typ, dziś szczególnie dźwiga ogromny i ciężki krzyż: są to bezrobotni. Osobiście nie szukam żadnej wymówki, że tak często powracam do niedoli i do cierpień, tych zapomnianych, a tak zasłużonych żołnierzy — robotników! Czynię to z obowiązku i z obowiązku tylko! Blisko dwa tysiące lat temu przez ulice Jerozolimy, prowadzono mniemanego syna robotnika cieśli, wzdychającego i stękającego pod ciężarem krzyża. Był to Wielki Tydzień! Wasz Wielki Tydzień nie trwa siedm dni, lecz ciągnie się od ostatnich trzech lat. Wielkie, smutne i bolesne trzy lata. Dźwigacie krzyże niepewności, zwątpienia i cierpienia. Bezlitośni oprawcy was zdradzili, fałszywie oskarżyli, oczy zawiązali, biczowali i ukoronowali. Zdradzili was ci, którym zaufaliście; oślepili was szumnymi obiecankami, smagali was batami niedostatków, na głowę wtłoczyli kolce biedy i nędzy! Dziś jeszcze dźwigacie krzyż, pod ciężarem którego upadacie, jak już tysiące dotychczas upadło i przepadło. Wasza droga krzyżowa ma się ku końcowi, Bogu dzięki. Chciejcie jednak zrozumieć to, że żaden umysł i rozum ludzki — żadne wynalazki ludzkie — żadna nauka czysto ludzka, nie nauczy was jak macie żyć, co powinniście ze sobą uczynić, aby mieć spokój i osiągnąć szczęście! To zdoła uczynić tylko jeden, a to nie inny jak Syn Boży, który kiedyś szedł z krzyżem na ramionach, którego złość i zarozumiałość ludzka do krzyża przybiła. Prawda, przyszedł On na to, aby wszystkich uszczęśliwić i zbawić. Uczył i czynił, to znaczy, naukę w czyn zamieniał. Jednak w sercu Jego znajdował się szczególny kącik dla grzeszników, biednych, opuszczonych, sierot i wdów. Stał w obronie tak zwanego tłumu. Karmił i poił go. Litowal się nad tłumem. Cuda dla tłumu czynił. Odważnie i publicznie piętnował tych, którzy się za lepszych mieli, którzy biedniejszymi gardzili. Pamiętacie opowieść o bogaczu i Łazarzu. "Był niektóry bogaty człowiek: odziewał się w purpurę i kosztowne tkaniny i wyprawiał w każdy dzień wspaniałe uczty. Był zaś niektóry żebrak, imieniem Łazarz, który, okryty cały wrzodami, leżał przed drzwiami bogacza. Chętnie byłby zaspokoił głód odrobinami chleba, które spadały z jego stołu, lecz mu ich nikt nie dawał, tylko psy przychodziły i lizały wrzody jego. I stało się, że umarł ów żebrak. I aniołowie zanieśli go na łono Abrahama. Umarł też i ów bogacz i został pogrzebion w piekle. Podniósłwszy tedy oczy swoje w mękach, ujrzał z daleka Abrahama i Łazarza na łonie jego. Zawołał tedy: Ojcze Abrahamie zlituj się nade mną i poślij do mnie Łazarza, aby zamaczawszy w wodzie koniec palca swego, ochłodził mój język, albowiem cierpię straszne męczarnie w tych płomieniach! Abraham odpowiedział: Wspomnij mój synu żeś odebrał dobra za żywota twego, a Łazarz także złe: teraz on ma pociechę, a ty cierpisz męki. A nadto wszystko między nami a wami jest wielka otchłań, że ani my do was, ani wy do nas, przejść nie możecie. Bogacz tedy rzekł: Proszę cię Ojcze, poślij Łazarza do domu mego, aby przestrzegł mych pięciu braci, iżby i oni nie dostali się do tego miejsca mąk. Abraham odpowiedział: Mają Mojżesza i proroków, tych niechaj słuchają! Bogacz zaś rzekł: Ach, Ojcze Abrahamie! Oni tego nie zrobią. Ale gdyby kto z umarłych przyszedł do nich, będą czynili pokutę. Abraham odpowiedział: Jeśli nie słuchają Mojżesza i proroków, ani by też kto z martwych powstał, nie uwierzą."

Czy dla nas wszystkich, a szczególnie dla dzisiaj bezrobotnych, powieść ta nie zawiera pewnej pociechy, wśród bezrobocia i całej procesji nieszczęść, które idą jej śladami? Powtarzam, dla Was zdaje się też zakończy się wnet ten Wielki Tydzień, kióry przeciągał się przez trzy lata! Mówię też i na to szczególny nacisk kładę, w tym tygodniu, niech każdy bezrobotny, ureguluje swoje sprawy z Tym, który, około dwa tysiące lat temu, obarczony krzyżem, szedł ulicami miasta świętego, a w Wielki Piątek, wśród ciemności na krzyżu zawisł, a w Wielką Sobotę z martwych powstał.
Po drodze krzyżowej - po Kalwarji - Zmartwychwstanie.

CHŁOP - BOHATER - pogadanka o. Justyna z 2.04.1933 r.

Witam Was Zacni Rodacy i Miłe Rodaczki słowami: Niech będzie Pochwalony Jezus Chrystus.

Nikt ze słuchaczy naszych nie może zaprzeczyć, że ostatnie trzy lata, to lata nie tylko dziwne lecz dziwaczne; działy się w tych czasach rzeczy, o których żeśmy pięć lat temu nie mieli wyobrażenia. Nawet i dziś, po tych smutnych i bolesnych przejściach, nie możemy zrozumieć, a tym bardziej nie jesteśmy w stanie wytłumaczyć, czegośmy się doczekali. W roku 1929 staliśmy jakoby na szczycie góry wysokiej, patrzyliśmy dumnie i zarozumiale przed siebie. Oczom naszym przedstawiał się widok wspaniały, swą wspaniałością i ogromem — przerażający! Bogactwa niezmierne, pojęciem ludzkim nieuchwytalne: przepychy ponad stan i miarę; wynalazki obiecujące uszczęśliwienie ludzkości; wygody królewskie do których każdy rościł sobie pretensje, często bezprawne; słowem, kraj nasz, w oczach ogółu już był rajem na tej ziemi. Nie wszyscy jednak dali się oszukać. Nie wszyscy oślepli. Ci ze strachem patrzyli w przyszłość. Czekali z trwogą. Nagle jak gromy z nieba, zaczęły na nas spadać nieszczęścia. Nie nieszczęście, lecz — nieszczęścia! Dziś zmuszeni jesteśmy powiedzieć sobie: Tu kiedyś był raj, po którym dziś znaku nie ma! Nie jest moim zamiarem, aby dziś szczegółowo tłumaczyć klęski, które nas dotknęły. Stwierdzam tylko jedno, żeśmy spadli z góry wielkości i dostatków, z przeraźli,wym łoskotem w przepaść bezdenną niedostatków, biedy i nędzy. — Nieraz w tych latach siadałem sobie zadumany, rozważając straty i korzyści tego krachu, w swoim ogromie przerażającego i majestatycznego. Uderzało mnie i dziś uderza — cierpliwość, spokój, odporność i odpór klasy roboczej, nawet wtenczas kiedy przewodnicy tracili zimną krew, i rozgorączkowani — uciekali. W październiku ubiegłego roku, przypadkowo znalazłem się w Hammond, Ind.; pomiędzy innymi stanął przede mną pewien wiarus, prawdziwy typ przeciętnego amerykańskiego robotnika. Stracił wszystko biedaczysko, czego się dorobił. Nie narzekał jednak. Mówi tak: "Dziś mam akurat tyle co miałem kiedym tu z Polski przyjechał. Nic. Liczę obecnie pięćdziesiąt lat; mam Bogu dzięki zdrowie. Jak tylko praca się ruszy, zabiorę się i da Bóg znów się dorobię. Przetrzymało się dotychczas, wytrzymam i dalej." Tak mnie ucieszyły te słowa, że ze wzruszenia łzy mi w oczach stanęły. Otóż na pociechę wszystkim tym robotnikom co z taką cierpliwością i z takim spokojem znosili trudy i ciężary, smutki i bóle, krzyże i niepewności, przez ostatnie trzy lata bezrobocia i niepożądanych waacji, poświęcam dzisiejszą przemowę, którą zatytułowałem:

CHŁOP BOHATER

W nowelce "Maciek w Powstaniu", czytamy, że "Doktor i dwóch felczerów wzięło się do opatrywania rannych. Zaczęto od Maćka; moskiewska kula zraniła go w piersi, przerwała skórę ponad czołem do samego czuba głowy. Krew czarnymi kawałami zastygała i twardniała, gdy świeża i czerwona wydobywała się z rany małymi kropelkami. Chłop znużony walką, osłabiony upływem krwi, usnął. Zbudziła go woda, przyłożona do rany, i dotkliwy ból. Otworzył oczy i patrzy zdziwiony. Doktor podał mu manierkę; mocnej wódki — wypił i ocucił się. Felczer ogolił brzegi obmytej rany, doktor zapychał ją szarpiami, — Ho, ho, Maciek tyś -— bohater — mówił — tyś za Ojczyznę przelał krew, broniłeś własnymi piersiami. Powiedz sam! — Ponoć tak — odparł Maciek. Opatrunek skończono. Doktor odszedł. Maciek położył się i oczy zmrużył. Majaczyło mu się. On przelewał krew za Ojczyznę, zasłaniał świętą ziemię własnymi piersiami. Coś z nim się działo, wytwarzały się nowe uczucia. Rad był z siebie, chociaż nie udało mu się nic znaleźć przy Moskalach. Mimo, że mu było żal straconej sposobności łatwego zarobku, budzące się uczucie zagłuszało w nim chciwość. — A bo to ostatni raz biliśmy Moskala — pomyślał — a com własnymi piersiami zasłaniał Ojczyznę, tom zasłaniał i tego mi nikt nie odejmie! Kaśka gdyby mnie zobaczyła rozciągniętego w śniegu z rozwalonym łbem lamentowałaby okrutnie, ale musiałaby się i radować. Niechby i nie chciała, to bym ci ją tak sprał! — Głupia! — Obrażony był Kaśką. Przeczuwał, żeby okrutnie lamentowała, a mało się cieszyła. — Bo ona wie, co to Ojczyzna? A ty wiesz? Ja muszę wiedzieć, kiej mi się za nią własna krew leje. Kaśka głupia i już. Mroczyło mu się, czarna noc zasłaniała mu zwolna świat. Z daleka na ciemnem tle, odcinając się od białego śniegu, zjawiła się przed nim świetlana postać z gwiazdami nad czołem Maciek myślał, że to Najśw. Panienka, głos mu zamarł, rękę wyciągnął. Dzieciątka na ręku nie miała, ani korony na głowie. — Postać spłynęła ku ziemi i rzekła: — Cała ta świeta ziemia moja, Moskale mi ją zabrali. Broń mnie! — Maciek, otwiera ślepia — usłyszał głos nad sobą i jednocześnie uczuł, że go podźwignieto. Oczy otworzył, przy nim klęczał doktor z manierką gorącej herbaty. — Napij się, to cię otrzeźwi — koń czeka — ruszamy. Maciek ujął za szyję doktora i szeptał mu do ucha. — Widziałem świętą Ojczyznę. Mówiła, że całą ziemię Moskale jej zabrali, wolała: broń mnie! Popchnięty wzruszeniem pocałował doktora, zawstydził się i padł na śnieg. Doktor pochylił się ku ziemi i zbliżył usta do jego ust. — Bracie! wy tylko ją obronicie, wy jedni, lecz wszyscy razem. Maciek przytulił go serdecznie do siebie, dźwignął i sam pochwycił manierkę, dmuchał i pił. Pocałunek i herbata ozgrzewały mu serce. — Jaka ci śliczna była ta święta — szeptał do siebie — jaka ci smutna, rety, rety! Teraz już wiem, co Ojczyzna. A Kaśka? Kaśka jest baba, głupia i już. Zerwał się, pochwycił karabin, nogi się pod nim uginały, w głowie mu sie mąciło, lecz szedł, gdzie konie stały. — Chłopi z Mirca dźwignęli Maćka w górę i od razu wsadzili na siodło. Uderzono w bębny, szeregi się uszykowały: strzelcy, odbici rekruci z pozostałymi kosami i konsynierzy, za nimi ranni na zdobytych koniach. Maciek się rozsiadł na wygodnym siodle, koń wyćwiczony szedł równo, szukając w śniegu wydeptanych śladów. Z wysokości konia widział cały oddział, snujący się wśród drzew. Na wielkiej przestrzeni wydał mu się mały, nikły, drobny. Porównywał go z długiemi kolumnami Moskali i smutno mu się zrobiło. — Oni przyszli z końca świata i zawładnęli nami, my na własnej cierni w kupie i wielka jest nas moc. Gdyby jak chłopi w Mircu, ruszyło wszystko chłopstwo, ile go się znajduje, taka dopiero ciernawa dałaby radę Moskalom. Otoczyłaby Szydłowce, potem wzięłaby Radom, z Warszawy sami by już uciekli. Myśmy poszli, a dlaczego inni zostali w chałupach? — Nie umiał sobie tego wytłumaczyć, lecz dziwował się głupocie chłopskiej. — Ino my — powtarzał — ale razem, w kupie, co do jednego! Wyrazy doktora świdrowały mu w mózgu. Przylgnął do nich, czuł ciepły pocałunek na swoich ustach, zaczął pojmować braterstwo. Zmrużył oczy, usiłując przywołać smutną, świetlaną postać, z gwiazdami nad czołem. Nie przychodziła. — Oj, radowałabyś ty się, radowała, żeby tak chłopstwo na całą okoliczność szło dziś na Szydłowiec i na Kielce, a potem razem w wielkiej kupie na Radom i Warszawę: — Maćkowi się zwiduje, bo wciąż ino gada ze sobą — odezwał się konsynier, idący ścieżką przy koniu. Zbliżył się do niego konno doktor. Ranny Maciek odesłany wozem, przed północą zastukał do okna swej chaty. Kaśka usiadła na łóżku i zadygotała. — Abo kozaki, abo dusza Maćka, abo on sam. — Kasiu, to ja, otwieraj! Zerwała się, spojrzała przez szybę. — Maciek! — poskoczyła do drzwi. Zapory zaskrzypiały, wszedł chłop, rzuciła mu się na szyję. — Żyjesz, a caluśki dzień harmaty grały, z Wąchocka wielkie dymy szły. Ludzie uciekli, wołając że Moskaliska rabują i palą. Żyjesz, bój się Boga, a com się za tobą nalamentowała! — Maciek, jakiś ty bledziuśki, zbiedzony, skóra i kości. Przytuliła się do niego objęła za szyję i ucałowała. Mało com se czu za tobą nie wypłakała. — Masz kożuszek, buty, fuzje, wyszycie. I to wszystko twoje? — Naprzód Boskie.

A co dali Moskale, patrz! Odpiął kożuszek. Koszula była zbroczona krwią, płomień od komina po niej migotał. — Zdjął czapkę. — Matko Najświętsza, skrajali mi chłopa na strzępy! Zatargała z żalu i z rozpaczy włosy. — Dziękuj Bogu, że ino tyle. A wielu to naszych zastyga w śniegu! A wielu Moskali? Ja ci sam własną ręką położyłem ze trzydziestu. -— Co się przyłożę, wyceluję, palnę — Moskal buch na ziemię! Ale cóż, kupa okrutna, jednego walisz, dziesięciu lezie- — Maszerowaliśmy całą noc, bili się cały dzień, krwi mi wyciekło dosyć, zesłabłem okrutnie, ciarki mnie przechodzą, głowa płonie! Kachna, podźwignijże mnie. Ujął kobietę za szyję przeszedł do łóżka, rozebrała go i położyła. Ciepło pierzyny obejmowało go przyjemnie. Kobieta dokłada drew na komin, wesoły płomień buchał.

— Kaśka, a wiesz ty, że masz nielada chłopa, co przelewał krew za ojczyznę! Ojczyzna to wielkie słowo. — Kaśka milczała. — Ojczyzna, to tyle co ojcowizna, ino wszystkich razem w jedność zbita! Toteż wszyscy razem bronić jej powinni. Ojczyzna, to tyle, co matka i pan tej ziemi! . . . Miarkujesz? — Miarkuję — szepnęła. — Najechał ci ją Moskal i rządzi się, jak szara gęś, tępi, okrada, morduje i nie ma rady, żeby raz była wolna, trzeba go wygnać. Ale kiej to ojcowizna wszystkich, wszyscy
powinni się ruszyć, i jak się wszyscy ruszą, czapkami zduszą
Moskala. Kiej wszystkich, to wszyscy! zawołał i runął na poduszkę. — Maciek — krzyknęła Kaśka, przybiegając do Józka — pobladłeś, a oczy ci jak u kota świecą! — Cicho, cicho, szeptał, utkwiwszy wytężony wzrok w jeden punkt. -— Widzisz ją? idzie, idzie ku mnie . . . Bledziuśka, aż łuna od niej bije, a śliczności, smutna, aż się serce kraje. Włosy se rozpuściła, gwiazdy nad jej głową płoną . . . Zgasła — szepnął cicho. — Zwiduje ci się — jęknęła Kaśka, zalewając się łzami. — Królowa, a bez korony, ale ja ci jej sprawie z kutego złota, ino mi karabin schowaj! Kaśka i ty ją ujrzysz, te świętą, bledziuśką, zasmuconą . . . Mroczy mi się w oczach, zimno mnie rozbiera.
Bębny biły na radość, starszyzna mnie ściskała . . . Ino dobrze
schowaj karabin . . Zasnął!

Mili Radiosłuchacze: Nie potrzeba Wam tłumaczyć, że kraj, który praojcom naszym stał otworem, który praojców naszych gościnnie i przyjacielsko przyjął i przytulił, który praojcom dał sposobność do zarobienia na uczciwy kawałek chleba, który nam dał swobodę, tak w sposobie chwalenia Boga jak i do wybicia się na równię, na każdem polu, że ten kraj jest naszą Ojczyzną! Już od przeszło trzech lat, tę ojczyznę zalali Moskale: nie hordy starokrajskich krwiożerczych kozaków, lecz niesumienni moskale amerykańscy. Magnaci bez serca — finansiści bez uczucia sprawiedliwości — urzędnicy bez sumienia — pijawki w ludzkiem ciele. Nie wina to Ojczyzny — Ameryki, że cały naród, a szczególnie chłop amerykański, w ostatnich latach przeszedł nie tylko przez czyściec, ale przez prawdziwe piekło cierpienia. Wina i to cała wina spada na barki niedbających naczelników i przewodników — na barki zaślepionych handlarzy zlotem — na barki tej małej gromadki bogaczy, którzy kontrolowali bogactwem, handlem i przemysłem naszej Ojczyzny. Naprawdę, że kogo Bóg chce ukarać, temu rozum odbiera. Ci, a nikt inny zaprzedali kraj nasz i naród nasz! Tym i podobnym mówić o ojczyźnie? Przecież ich ojczyzna to żołądek i kieszeń: ich ojczyzna to złoto, więcej złota i najwięcej złota: ich ojczyzna to zaspokojenie zachcianek i wybryków upadlających szlachetne popędy serca i rozumu ludzkiego! Stwierdzam raz jeszcze to szczególnie ten szary tłum roboczy, w czasie tego kryzysu i bezrobocia, zrozumiał znaczenie Ojczyzny i patriotyzmu. Teraz, kiedy Bogu dzięki, pod nowym dowódcą, przepełnionym bojaźnią Boską i uczuciem sprawiedliwości dla wszystkich, kraj nasz, rozpoczął dźwigać sig spod ciężkiego krzyża bezrobocia i nieufności, pokazują się kruki złowrogie, szukające żeru na ruinach pozostałego niezadowolenia, wśród zgliszczy smutku i rozpaczy, i głoszą wam uporczywie z wytrwałością godną lepszej sprawy, zasady wywrotowe i naukę bezbożną. Nie dajcie im posłuchu, nie wierzcie im. Są to płatni agenci czerwonej propagandy. Mniejsza o to jakimi hasłami się posługują, pod jakim sztandarem się gromadzą. Są to Judasze, którzy za kilkanaście monet zaprzedają wolność i szczęście, szczególnie robotników. Wasza dola lub niedola mało ich obchodzi, a mniej jeszcze o to dbają. Głoszą, że walczą z kapitalizmem, że stają w waszej obronie. To tylko gołe słowa i puste frazesy. Ja pierwszy przyznaje, że system kapitalistyczny jest wadliwy i niesprawiedliwy: system ten sprowadził klęskę i cierpienia: lecz system ten trzeba wymyć — wyprać — wyczyścić, odnowić i polepszyć: prawda ma on swe wady i błędy, lecz posiada zarazem pewne zalety i cnoty! System ten możemy porównać do ogromnej maszyny parowej, która z powodu niedbalstwa maszynisty, się zerwała i stanęła! Potrzeba tylko tu i tam śrubę skręcić — sprężyny wzmocnić — koła wysmarować, a olbrzym się ruszy i ludzkość szczęśliwie dalej powiezie i do celu zawiezie! Apostołowie piaszczystych zasad i bezbożnej nauki, wywieszają albo wabią prostaków i bezmyślnych sztandarem komunizmu albo bolszewizmu. Za przykład wskazują na potwór sowiecki, który zamienił się w demona bolszewickiego. Mają co stawiać za wzór! Tam komunizm zamienił człowieka rozumnego, w bezrozumne narządzie maszyny rządowej, a kraj wieśniaków pracowitych i spokojnych stał się krajem niewolników, gdzie koń i wół jest więcej ceniony, aniżeli wieśniak-robotnik! Godność ludzka topi się w mękach i cierpieniach! Tyraństwo komisarzy przechodzi okrucieństwa cezarów rzymskich; w łapach kilkunastu czerwonych naczelników, spoczywają większe bogactwa, aniżeli kiedykolwiek rozporządzał moskiewski car wraz z całą rodziną! Co robią inne miliony wieśniaków? Karmią się korą drzew — korzonkami, i — z głodu umierają. Obecny ustrój kapitalistyczny jest wadliwy; system komunistyczny jeszcze gorszy i podlejszy, bo sprowadził krach materialny i moralny; bo i kruszy tak ciało, jak i duszę; bo łamie sumienie i serce, bo wszystko kradnie, a w zamian nic nie daje!

Już w roku 1922, a więc dziesięć lat wstecz, Ojciec św. Pius XI wskazywał światu środki zapobiegawcze na chciwość i pragnienie władzy. W ubiegłym zaś roku t. j. w 1932 pisał i surowo karcił pewna klasę bogaczy; "obecnie kryzys finansowy i gospodarczy, ścisnął całą ludzkość w takiej mierze, iż tym beznadziejniej w nim się wikła, im goręcej się z niego wydobyć usiłuje. Nawet owa garstka bogaczy, którzy rozporządzają olbrzymimi wprost fortunami, i prawie światem rządzą; ci więc, a jest ich prawie znikoma liczba, którzy nieumiarkowaną żądzą zbogacenia się w wielkiej części przyczynili się i przyczyniają się do takiego nieszczęsnego położenia: nawet oni — powtarzamy — bardzo często pierwsi padają ofiarami tego kryzysu, pociągając za sobą we własną ruinę zasoby i majątki szerokich mas." -— Często też Papież powtarza, że jedyne lekarstwo na obecne choroby materalne i moralne to powrót do zasad Chrystusowych: powrócić do tych zasad Boskich, mają nie tylko jednostki, lecz narody i świat cały! Wtenczas bogacz będzie widział w biednym swego współbrata: chlebodawca obchodził się będzie z robotnikiem jak ze swym bliźnim; urzędnik zobaczy, że jest sługą publicznym, a nie wszechmocnym panem mienia i życia poddanego. Jesteśmy obecnie na drodze do tych zasad: do tych zasad idziemy i zbliżamy się! Droga ta jeszcze rozmaitymi przeszkodami zawalona: trzeba ja oczyścić, trzeba ją torować. Jest to praca, którą uskutecznić nie można w kilku tygodniach, a nawet w kilku miesiącach. Nieco więcej czasu to wymaga. Od czasu urzędowania nowego prezydenta, z drogi do dobrobytu usunięto, dwie ogromne przeszkody: czarownicę — prohibicję, która zamiast na miotle jeżdżała na baryłkach trującego munszajnu — i czarownika, który stał w pałacach finansowych, i zamieniał wasze potem i krwią skropione dolary, zamieniał w bezwartościowe papiery innych krajów! Cóż dziwnego, że nasz naród, z ufnością wpatrzył się w spokojne i rozumnie praktyczne oblicze nowego prezydenta, i widzi w nim Mojżesza dwudziestego wieku, który nasz naród wyrwie z plag bezrobocia i cierpienia i wskaże drogę do ładu, dobrobytu i spokojnego szczęścia. Wy robotnicy, którzyście w tych ostatnich latach pokazali tyle hartu i wytrwałości, nie słuchajcie tych, którzy chcą teraz brać was pod swoje skrzydła opiekuńcze! Wadynanda Kurasia, zaborczym Prusakom:
Chłop gdy krzyknie — to jak grzmotem!
Kiedy machnie — to z łoskotem!
Ściśnie w pieści — to zachrzęści!
Obcym mu jest trud.
Marsz więc, Niemcze — coś dowoli
Pasł się chlebem polskiej roli —
Świat otwarty! bo nie żarty,
Gdy brwi zmarszczy lud!

JURAND DWUDZIESTEGO WIEKU - pogadanka o. Justyna z 26.03.1933 r.

Witam Was Zacni Rodacy i Miłe Rodaczki Słowami: Niech Będzie Pochwalony Jezus Chrystus.

Przechodząc ulicami naszego miasta, czy to w godzinach poannych, czy też popołudniowych, widzę gromady mężczyzn w starych dziurawych butach, w zaszarganych i połatanych ubraniach, często nieogoleni i jakby na wygląd niedbali, jedni posuwają się cieżkiemi krokami bardzo powoli, jakby czegoś szukali, jakby coś zgubili: drudzy stoją zbici w gromadki, żwawo i ze skupieniem argumentują. Uderza mnie jednak jedno: pewien smutek, który maluje się na ich twarzach, spowodowany jakąś niepewnością, obawą i strachem. To samo zauważyć możecie w każdym mieście i w każdej wiosce, jak kraj nasz jest długi i szeroki! Jeden i ten sam bolesny widok przedstawia się oczom naszym przez ostatnie trzy lata. Gdyby dziś na ulicach pojawił się Chrystus Pan, pomiędzy innymi scenami, powtórzyłaby się i następująca: "I wyszedłszy około godziny trzeciej ujrzał drugie na rynku próżnujące: i zasię wyszedł około godziny szóstej i dziewiątej, a około jedenastej wyszedł i znalazł drugie stojące, i rzekł im: Co tu stoicie cały dzień próżnujący? Rzekli mu: iż nikt nas nie najął." (Mat. 20). Z tą jedną różnicą, że jedni by odpowiedzieli: "Panie, my już od roku tak stoimy." - Drudzy by wołali: "Panie, a my już od dwóch i trzech lat nie pracujemy, bo nas nikt nająć nie chce!" Ciekawym co by też Chrystus Pan odpowiedział tym biedakom, oczekującym tak cierpliwie pracy i zatrudnienia, aby w pocie czoła pracować i zarabiać na uczciwy kawałek chleba? Czy by może machnął ręką, pokiwał głową i poszedłby dalej, nie troszcząc się o tłumy? Wątpię bardzo! Bo dla kogo miał lepsze i cieplejsze słowa, ten mniemany syn biednego cieśli z Nazaretu, jeśli nie dla tłumu? Nad kim okazał więcej serdeczności i pociechy, jeśli nie nad tłumem? Czy dla tego tłumu cudów nie czynił? Czy nie karmił? Czy dla tego tłumu nie był już bratem, lecz ojcem i matką zarazem? Czytajcie historie biblijna, wyczytajcie tam to wszystko, a i nieco więcej! Nic więc dziwnego, że kiedy wołał, "albowiem godzien jest robotnik strawy swojej" (Mat. 10), że kiedy mówił: "albowiem godzien jest robotnik zapłaty swej." (Łuk. 10), że kiedy nauczał iż krzywdzenie wdów i sieról o pomstę do nieba woła, pewni, którzy uważali się za wzór mądrości i cnoty, zaczęli się gorszyć taką nauką, a nauczyciela Boskiego, przezwali wvwrotowcem i burzycielem pokoju! Nie przestali prześladowania, aż na szorstkim drzewie krzyża zawisł! Powracam jednak do klasy roboczej i robię pewne porównanie, które nami tytuł dzisiejszej mowy:

JURAND DWUDZIESTEGO WIEKU

W cudownej powieści Henryka Sienkiewicza czytamy o siłaczu i pełnym rycerskości żołnierzu Jurandzie: "Jurand skoczył ku bocznej ścianie, przy której stały zbroje i porwawszy wielki dwuręczny miecz, runął jak burza na skamieniałych z przerażenia Niemców! Byli to ludzie przywykli do bitew, rzezi i krwi, a jednak upadły w nich serca tak dalece, że nawet gdy odrętwienie minęło, poczęli się cofać i pierzchać jak stado owiec pierzcha przed wilkiem, który jednem uderzeniem kłów zabija. Inni widząc straszliwą siłę i rozpętanie męża, zbili się w kupę, by razem stawić opór, ale sposób ten gorszą jeszcze sprowadził kleskę, gdyż on z włosem zjeżonym na głowie, z obłąkanemi oczyma, cały oblany krwią i krwią dyszący, rozhukany i zapamiętały, łamał, rozrywał i rozcinał strasznymi cieciami miecza, tę zbitą ciżbę, waląc ludzi na podłoge spluskaną posoką, jak burza wali krze i drzewa. I przyszła znów chwila okropnej trwogi, w której zdawało się, że ten straszliwy Mazur, sam jeden wytnie i wymorduje tych wszystkich ludzi i że równie jak wrzaskliwa psiarnia nie może bez pomocy strzelców pokonać srogiego odyńca, tak i ci zbrojni do tego stopnia nie mogą się zrównać z jego potęgą i wściekłością, że walka z nim jest tylko dla nich śmiercią i zagubą. Wiec rozbiegli sig po sali, jak rozprasza się stado szpaków na polu, na które runie z góry jastrząb krzywodzioby, lecz nie mogli go otoczyć, albowiem w szale bojowym, zamiast szukać miejsca do obrony, począł ich gonić wokół ścian, i kogo dognał, ten zmarł, jakby rażony gromem. Upokorzenia, rozpacz, zawiedziona nadzieja, zmienione w jedną żądze krwi, zdawały się mnożyć w dziesięcioro jego okrutną przyrodzoną siłę. Mieczem, do którego najtężsi między Krzyżakami mocarze potrzebowali obu rąk, władał jak piórem, jedną! Nie szukał życia, nie szukał ocalenia, nie szukał nawet zwycięstwa, szukał pomsty, i jako ogień, albo jako rzeka, która zerwawszy tamy, niszczy ślepo wszystko, co jej prądowi opór stawi, tak i on straszliwy, zaślepiony niszczyciel — porywał, łamał, deptał, mordował i gasił żywoty ludzkie! Nie mogli go razić przez plecy gdyż z początku nie mogli go dognać, a przytem pospolici żołdacy bali się zbliżać nawet z tyłu. rozumiejąc, że gdybv się obrócił żadna moc ludzka nie wyrwie ich śmierci. Innych chwyciło zupełne przerażenie na myśl, że zwvkły mąż nie mógłby sprawić tylu klęsk i że mają do czynienia z człowiekiem, któremu jakieś nadludzkie siły w pomoc przychodzą. Lecz stary Zygfryd, a z nim brat Rotgier, wpadli na galerie, która biegła ponad wielkiemi oknami sali i poczęli nawoływać innych, aby chronili się za nimi, ci zaś czynili to skwapliwie, tak że na ważkich schodach przypychali się wzajem pragnąc jak najprędzej dostać się na górę i stamtąd razić mocarza, z którym wszelka walka wręcz okazywała śle niepodobna. Wreszcie ostatni zatrzasnął drzwi, prowadzące na chór i Jurand — pozostał sam na dole. Z galerii ozwały się okrzyki radości, tryumfu, i wnet poczęły lecieć na rycerza dębowe ciężkie zydle, ławy i żelazne kuny od pochodni. Jeden z pocisków trafił go w czoło nad brwiami i zalał mu krwią twarz. Jednocześnie rozwarły się wielkie drzwi wchodowe, i przywołani przez górne okna knechci wpadli hurmem do sali, zbrojni w dziby, halabardy, topory, kusze, w ostrokoły, drągi, powrozy i we wszelką broń jaką każdy mógł naprędce pochwycić. A szalony Jurand otarł lewą ręką krew z twarzy, aby nie ćmiła mu wzroku, zebrał się w sobie — i rzucił się na cały tłum! W sali rozległy się znów jęki, szczek żelaza, zgrzyt zębów i przeraźliwe głosy mordowanych mężów! — Walka się zakończyła kiedy Juranda zaplątano w sieci, zamierzając go dobić; temu sprzeciwiał się kapelan, więc wrzucono go do ciemnego wigzienia zamkowego. — Wewnątrz komnaty czekał wedle rozkazu na Zygfryda Diederich. Był to niski, krępy człowiek, o kabłączastych nogach i z kwadratową twarzą, którą w części zasłaniał ciemny ząbkowany kaptur, spadający na ramiona. Na sobie miał bawoli niewyprawny kaftan, na biodrach również bawoli pas, za który zatknięty był pęk kluczy i krótki nóż. W prawej ręce trzymał żelazną, pozasłanianą błonami latarnię, w drugiej miedziany kotlik i pochodnię.
- Gotów jesteś? — zapytał Zygfryd. Diederich skłonił się w milczeniu - Kazałem byś miał węgle w kotliku. Krępy człowiek znów nic nie odpowiedziął, wskazał tylko płonące w kominie bierwiona, wziął stojąca wedle komina żelazną łopatkę i począł wygarniać spod nich węgle do kociołka, po czym zapalił latarnię i czekał. — A teraz słuchaj, psie — rzekł Zygfryd: — Niegdyś wygadałeś, co kazał ci czynić komtur Dauveld i komtur kazał ci wyciąć język. Ale że możesz kapelanowi pokazać wszystko co chcesz na palcach, więc ci zapowiadam, iż jeśli jednym ruchem pokażesz mu to, co z mego rozkazu uczynisz — każę cię powiesić. Diederich znów skłonił się w milczeniu tylko twarz ściagngła mu się złowrogo strasznem wspomnieniem, albowiem wyrwano mu język z zupełnie innego powodu, niż mówił Zygfryd. — Ruszaj teraz naprzód i prowadź do Jurandowego podziemia. — W grubym murze spichlerza było wzgłębienie, przy którym kilka schodów wiodło do wielkich żelaznych drzwi. Diederich otworzył je i począł schodzić po schodach w głąb czarnej czeluści, podnosząc mocno latarnie, by oświecić komturowi drogę. Na końcu schodów był korytarz, a w nim na prawo i na lewo nadzwyczaj niskie furty od cel więziennych. — Do Juranda! — rzeki Zygfryd. Po chwili zaskrzypiały rygle, i weszli. Ale w jamie było zupełnie ciemno, więc Zygfryd, nie widząc dobrze przy mdłym świetle latarni, rozkazał rozpalić pochodnie i wkrótce w mocnym blasku jej płomienia ujrzał leżącego na słomie Juranda. Jeniec miał kajdany na nogach, na ręku zaś łańcuch nieco dłuższy, taki, aby mu pozwalał podawać sobie pokarm do ust. Ubrany był w ten sam wór zgrzebny, w którym stanął przed komturami, lecz pokryty teraz ciemnymi śladami krwi, albowiem w dniu owym, w którym położono kres walce, dopiero wówczas, gdy oszalałego z bólu i wściekłości rycerza splątano siecią, knechtowie chcieli go dobić, i halabardami zadali mu kilkanaście ran. Dobiciu przeszkodził miejscowy kapelan, ciosy zaś nie okazały się śmiertelne, natomiast uszło z Juranda tyle krwi, że go odniesiono do wiezienia na wpół żywego. W zamku mniemano, że lada godzina skończy, lecz jego ogromna siła zmogła śmierć i żył, chociaż nie opatrzono mu ran, a wtrącono go do strasznego podziemia, w którym w dniach odwilży kapało ze sklepień, w czasie zaś mrozu ściany pokrywały się grubą sadzą śnieżną i kryształkami lodu.

Leżał wiec na słomie, w łańcuchach, niemocen, ale ogromny tak, iż zwłaszcza leżąc, czynił wrażenie, jakiegoś odłamu skały, który wykuto w kształt człowieczy. Zygfryd kazał mu świecić prosto w twarz i przez czas jakiś wpatrywał się w nią w milczeniu, poczem zwrócił się do Diedericha i rzekł: Widzisz, iże ma jedną tylko żrenicę wykap mu ją. W głosie jego była jakaś niemoc i zgrzybiałość, ale właśnie dla tego straszny rozkaz wydawał się jeszcze straszniejszy. Toteż pochodnia zadrżała nieco w ręce kata, jednakże pochylił ją i wkrótce na oko Juranda poczeły spadać wielkie, płonące krople smoły, a wreszcie pokryły je zupełnie od brwi aż do wystającej kości policzka. Twarz Juranda skurczyła się, płowe wąsy jego podniosły się ku górze i odkryły zaciśnięte zęby, ale nie wyrzekł ani słowa, i czy to z wyczerpania, czy przez zawziętość przyrodzoną strasznej jego naturze, nie wydał ani jęku. A Zygfryd rzekł: — Przyrzeczone ci, iż wyjdziesz wolny, i wyjdziesz, ale nie będziesz mógł oskarżać Zakonu, gdyż język którym przeciw niemu bluźniłeś, będzie ci odjęty. I znów dał znak Diederichowi, lecz ów wydał dziwny gardlany głos i pokazał zarazem na migi, że potrzebuje obu rąk, a nadto, że chce by komtur mu poświecił. Wówczas starzec wziął pochodnie i trzymał ją wyciągniętą drżąca ręką: jednakże gdy Diederich przycisnął kolanami piersi Junda, odwrócił głowę, i patrzał na pokrytą szronem ścianę. Na chwilę rozległ sig dźwięk łańcuchów, poczem dały się słyszeć zdyszane oddechy piersi ludzkich, coś jakby jedno głuche, głębokie stęknięcie i nastąpiła cisza!

Wreszcie ozwał się znów głos Zygfryda: — Jurandzie, kara którą poniosłeś, i tak cię spotkać miała, ale prócz tego bratu Rotgierowi, którego mąż twej córki zabił, obiecałem włożyć prawą twoją dłoń do trumny. Diederich, który już był podniósł się, usłyszawszy te słowa, przechylił się nad Jurandem. Po niejakimś czasie, stary komtur i Diederich znaleźli się znów w owym dziedzińcu, zalanym światłem miesięcznym. Przeszedłszy korytarz, Zygfryd wziął z rąk kata latarnię i jakiś ciemny przedmiot owinięty w szmatę. — "Rzućmy teraz ciężką zasłonę na cierpienia i boleści, na krwawe przejścia tak Juranda jak Danusi. — Olbrzym Jurand ślepiec — niemowa — bez ręki — skutkiem złości ludzkiej! — "Jurand słuchał opowiadania, bez jednego drgnienia i ruchu, tak że obecnym zdawać sig mogło, iż pogrążony jest we śnie. Słyszał jednak i rozumiał wszystko, bo gdy Hlawa zaczął mówić o niedoli Danusi, wówczas w pustych jamach oczu zebrały mu się dwie wielkie łzy i spłynęły mu po policzkach. Ze wszystkich uczuć ziemskich pozostało mu jeszcze jedno tylko: miłość do dziecka. Potem sinawe jego usta poczęły się poruszać modlitwa. Na dworze rozległy się pierwsze, dalekie jeszcze grzmoty i błyskawice jęły kiedy niekiedy rozświecać okna. On modlił się długo i znów łzy kapały mu na biała brodę. Aż wreszcie przestał i zapadło długie milczenie, które przedłużając się nad miarę, stało się na koniec uciążliwe dla obecnych, bo nie wiedzieli, co mają z sobą zrobić.

Na koniec stary Tolima, prawa Jurandowa ręka, towarzysz we wszystkich bitwach, rzekł: — Stoi przed wami, ten, który katował was i dziecko wasze; dajcie znak, co mam z nim uczynić i jako go pokarać? Na te słowa, przez oblicze Juranda przebiegły nagle promienie — i skinął, aby mu przywiedziono tuż więźnia. Dwaj pachołkowie chwycili go w mgnieniu oka za barki, i przywiedli przed starca, a ów wyciągnął rękę, przesunął najpierw dłoń po twarzy Zygfryda, jakby chciał sobie przypominać lub wrazić w pamięć po raz ostatni jego rysy, następnie opuścił ją na pierś Krzyżaka, zmacał skrzyżowane na nich ramiona, dotknął powrozów - i przymknąwszy znów oczy, przechylił głowę. Obecni mniemali, że się namvślał, ale cokolwiek czynił, nie trwało to długo, gdyż po chwili ocknął się - i skierował dłoń w stronę bochenka chleba, w którym utkwiona była mizerykordia. Wówczas Jagienka, Czech, nawet stary Tolima i wszyscy pachołkowie zatrzymali dech w piersiach. Kara była stokroć zasłużona, pomsta słuszna, jednakże na myśl, że ów na wpół żywy starzec będzie rzezał omackiem skrępowanego jeńca, wzdrygnęły się w nich serca. Ale on ująwszy nóż, wyciągnął wskazujący palec do końca ostrza tak, aby mógł wiedzieć czego dotyka i począł przecinać sznury na ramionach Krzyżaka. Zdumienie ogarnęło wszystkich, zrozumieli bowiem jego chęć — i oczom nie chcieli wierzyć. Tego jednak było im zanadto. Zaczęli szemrać. Tylko ksiądz Kaleb począł pytać przerywanym przez niepohamowany płacz głosem: — "Bracie Jurandzie, czego chcecie: Czy chcecie darować jeńca wolnością? — Tak! — odpowiedział skinieniem głowy Jurand.
— Chcecie, by odszedł bez pomsty i kary? — Tak! Pomruk
gniewu i oburzenia zwiększył się jeszcze, ale ksiądz Kaleb, nie chcąc, by zmarniał tak niesłychany uczynek miłosierdzia, zwrócił się ku szemrzącym i zawołał; — Kto się świętemu śmie sprzeciwiać? Na kolana! I klęknąwszy sam. począł mówić: — Ojcze nasz, któryś jest w niebie, świeć się imię twoje, przyjdź Królestwo Twoje — i odmówił "Ojcze nasz" do końca. Przy słowach "i odpuść nam nasze winy, jak i my odpuszczamy naszym winowajcom," oczy jego zwróciły się mimowoli na Juranda, którego oblicze zajaśniało istotnie jakiemś nadziemskiem światłem!"

Mili Radiosłuchacze: — Takim był Sienkiewicza Jurand z czasów krzyżackich! Takimi są Jurandowie czasów naszych — robotnicy! Każde państwo z osobna, świat cały — zależy od — szarej masy roboczej. Fundamentem krajów — robotnicy!
Nie ma na świecie mocy i potęgi nad moc i potęgę robotników!
Szczęście i bogactwa państw, to zasługa robotników! Pracowitością — uczciwością, potem i krwią robotnicy przyczynili się
do rozwoju i rozkwitu światowego! Niestety, ten olbrzym, ta
armia robocza, nie była odpowiednio zorganizowana: w tej
armii i dziś są Judasze: a ten olbrzym był osłabiony na zewnątrz, przez pijawki ludzkie, które się doń przyczepiły. Krzyżak w postaci niesumiennych rządów — niesprawiedliwych chlebodawców — krwiożerczych bogaczów, założył pułapkę i zastawił sieci, a ta armia robotnicza w nie wpadła! Fałszem i okrutnem kłamstwem, tego robotnika oślepił! Jakąś cywilizacją, i rażącym światłem fałszywej oświaty — oczy wyłupił!
Przestrachem i terrorem, pogróżkami i przemocą usta zamknął, jakoby język wyrwał: dla uradowania własnego mienia i skóry, mieczem zastoju i bezrobocia, nie tylko jedną rękę, lecz obydwie, od ramion odciął, i już od trzech lat dzisiejszy Jurand — robotnik leży bezmocny, bezsilny i skrępowany! Ile w tym czasie, mimo niepewności a często nawer rozpaczy, ile pokazał odwagi, wytrzymałości i żywotności, Wam tłumaczyć nie trzeba. Skąd ta moc i siła? Od Boga, w którego wierzył, i przed którym się żalił: od modlitwy Pańskiej, którą z ufnością codziennie odmawiał! I zdaje się, że wreszcie Bóg go wysłuchał! Szczególnie mam tu na myśli nasz rząd, nasz kraj tutejszy, i naszych robotników. Te piętnaście milionów bezrobotnych, nie szukają zemsty nad tymi, którzy stali się ich oprawcami i ich krzywdzicielami, lecz wołają tylko o chleb powszedni, o sprawiedliwość, o pracę, a jednym potężnym o obłoki niebieskie odbijającym się głosem proszą: "a odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom."
Niedaleko jest od nas słoneczko wiosenne: nie daleko też i słoneczko dobrobytu, spokoju i zadowolenia, które wschodzi na zasadach starych, bo Boskich, wedle których państwa i świat mogą być i będą — szczęśliwe!

LISTY - pogadanka O. Justyna z 19.03.1933 r.

Witam Was Zacni Rodacy i Miłe Rodaczki Słowami: Niech Będzie Pochwalony Jezus Chrystus!

Pójdziemy dziś w odwiedziny. Wizyta nie będzie bardzo przyjemna, lecz spodziewam się i ufam usilnie, że będzie korzystna. Prowadzę Was do pierwszego lepszego z tutejszych szpitali. Ogromna sala, łóżko przy łóżku. Na każdym leży chory. Blade lica — rozpalone oczy — na czole pot — słyszymy tylko bolesne wzdychania - - rozpaczliwe jęki i żałosne błagania. Biedne, złamane ciała ludzkie! Cierpienie, szlochanie i płacze! Szpital to najlepsza i najpraktyczniejsza szkoła dla nas wszystkich. Zatrzymajmy się przy jednym z łóżek. Na nim leży człowiek w średnim wieku! Musiał to być kiedyś olbrzym o nadzwyczajnej sile. Poznać to jeszcze teraz, kiedy choróbsko nogi mu podcięło, i na łoże boleści zwaliło. Posłuchajmy tylko, może ten nieszczęśliwiec, szczegółowo opowie nam swoje przejścia. "Już przeszło lat trzydzieści przyjechałem z Polski. Tam też zostawiłem rodziców, dobrych i zacnych, których już więcej widzieć nie miałem. Odjeżdżając, serce mi się ściskało, kiedy moja matka na czole moim pocałunek złożyła, od płaczu się zanosząc, kiedy ojciec mój trzęsącą ręką nade mną krzyż święty kreślił, i przed złymi i złem upominał! To wszystko, jak dziś dzień pamiętam. W tej chwili zdaje mi się, że to nie lata temu się działo, lecz wczoraj! Przeżywam to wszystko i serce mi się kraje. Mniejsza jednak o to! Przyjechałem. Do roboty się zabrałem. Silny i zdrów, nieźle zarabiałem, i czego Bogu nie wymawiając — rodziców i rodzeństwo wspomagałem. Powoli jednak przypatrując się zachowaniu niejednego towarzysza, miłość i przywiązanie do rodziców i rodzeństwa w sercu moim wysychało — zamiłowanie do wypełniania powinności względem Boga umierało. Zmieniałem się. Porzuciłem zapatrywania na rzeczy Boskie i ludzkie, które przywiozłem ze sobą z kraju, zapomniałem o przyrzeczeniach tak uroczyście danych moim rodzicom. Przez lata uważałem moje życie za zabawkę. Jutro mnie nie obchodziło. Żona mnie opuściła: zacząłem pić. Przez to prace straciłem: zdrowie zrujnowałem. Dziś jestem tu. Rozumiem, że nie długo mi żyć! Proszę mnie wyspowiadać."

Mili radiosłuchacze:
Czy ten schorzały biedaczysko, złamany zmarnowany fizycznie i moralnie, ten kiedyś olbrzym, stały, silny o czerstwem zdrowiu, dziś bezradny i bezsilny który mógłby, gdyby tylko chciał, zająć miejsce czołowe w społeczeństwie, niestety, sam siebie osłabił, i dziś nad brzegiem zimnego grobu, czy on Wam nie przedstawia całego Wychodzstwa naszego. Kiedyś, do niedawna temu, zdawał się być olbrzymem, tyle dobrego wróżącym, a dziś: tak schorzały — i tak słaby — że zamiast stać się panem — stał się niewolniczo służącym! Czemu zamiast się bronić, poddał się! Wśród nieprzyjaznego otoczenia — pozwolił wyrwać sobie staropolskie, a więc i ręką Boską zaszczepione zasady — porzucił praojców zapatrywania na życie rodzinne, na wychowanie domowe, na obowiązki swego stanu, i począł żyć na spaczonych zasadach jakiegoś dziwoląga, którego okrył szumnym, płaszczem oświaty i postępu! To Wychodzstwo niedomaga i choruje! Żądacie dowodów. Otóż i są, wzięte z licznych listów nadsyłanych nam ze wszystkich stron Stanów Zjednoczonych! Posłuchajcie:

Chicago, Ill.

Drogi Ojcze:
Proszę przemówić do synów i córek, aby względem ojców i matek okazywali przynajmniej okruszynę miłości. Mam sześcioro dorosłych dzieci, a żadne z nich nie chce mnie przyjąć do siebie. Ja i mąż ciężko pracowaliśmy, aby dzieci nie tylko wychować, ale i wykształcić. Mąż pracował w stalowni przez długie lata: ja chodziłam wieczorem do czyszczenia ofisów. Mąż umarł cztery lata temu: zostawił mi dom wypłacony i pieniądze w banku. Dzieci mnie namówiły, abym dom sprzedała. Tak uczyniłam. Dzieci ze mnie pieniądze wyłudziły, kiedym u nich przebywała. Dziś mnie więcj trzymać nie chcą, lecz każą mi iść do publicznego domu starców! Czy takie dzieci będą szczęśliwe, które matkę okradły, a teraz od siebie wyrzucają i wypędzają pomiędzy ludzi nieznanych i obcych?
Podpisane. R.M.

Kochana Matko: I ja ze zdziwieniem i ze strachem pytam się wszystkich dzieci, które mego głosu słuchają: Czy takim dzieciom Bóg błogosławić może?


Wielebny Ojcze:
Ja mam lat 76. Jestem wdowa od 20 lat. Ze mną mieszka mój syn, liczący lat 38: od śmierci męża nie pracował ani godziny. Jego ulubiona rozrywka — pić munszajn. Niedawno temu dałam mu 15 dolarów, aby szedł do dentysty. Zamiast to zrobić, przywiózł ze sobą do domu pięć galonów wódki, i w jednym tygodniu wszystko wypił. Czy mam go nadal trzymać w domu? On ani do kościoła, ani do spowiedzi św. nie chodzi. Ze mnie kpi, że on nie potrzebuje wierzyć, a jednak żyje.
Podpisane, R. R., z Cleveland.


Drogi Ojcze Justyn:
Moja córka była dobra i posłuszna, aż zaczęła uczęszczać do wyższej szkoły. Teraz rady sobie z nią nie mogę dać! Ani jednego wieczora nie ma jej w domu. Ma lat 17, a wygląda na 30. Odgraża się, że pójdzie precz z domu. bo jej za ciasno. Przecież my jej w domu żadnej krzywdy nie czynimy. Powraca do domu nad ranem. Zawsze wymawia się, że wszystkie dziewczęta z jej klasy, robią to samo. Kiedy mąż nie chciał jej drzwi otworzyć, zaczęła krzyczeć i przeklinać, aż nadszedł policjant i chciał męża aresztować. Ośmioro dzieci wychowałam na porządnych ludzi, żadne nam nie uczyniło tyle krzywdy, co ta najmłodsza.
Podpisane, K. S., z Detroit.


Kochany Ojcze:
Proszę mój lisi przeczytać, i powiedzieć mi, czy nade mną jest Bóg, czy już mnie opuścił. Rok temu wyszłam zamąż, mając lat dwadzieścia. Kiedy przed ślubem z nim chodziłam, był on grzeczny i dobry. Nawet razem ze mną do kościoła chodził. W kilka tygodni po ślubie, rozpoczął się upijać. Wtenczas nasz dom zamienił się w piekło. Mnie klął, wyzywał od najgorszych, a kiedym sobie zapłakała, on zbił mnie i skopał, po prostu, jak psa! Potem z pięć miesięcy, zabrał swoje rzeczy i mnie opuścił. Dzisiaj, z bejbisiem, jestem z powrotem u mojej mamy. — Nie ma dnia, ubym nie płakała i nie narzekała, bo nie wiem co czynić! Sąsiedzi zamiast się nade mną litować, to się wyśmiewają. - Słyszałam, że mój mąż udaje kawalera, i całymi dniami po narożnikach wystaje, a ja cierpię. Za co mnie Pan Bóg tak karze?
Podpisane. A. O., z Chicago.


Drogi Ojcze:
Pisze do Ojca, bo muszę przed kimś się uskarżyć: mam lat 23: czy Ojciec uwierzy, że mnie moja własna matka, nie tylko zmusiła, lecz sprzedała w małżeństwo? Powołania do stanu małżeńskiego nigdy nie miałam: chciałam być nauczycielką i pozostać panną. Uczyłam się śpiewu i muzyki. Nie chodziłam ani do teatrów i mało na tańce. Mając lat 19, mój brat. przyprowadził do domu swego towarzysza, syna zamożnych ludzi. Powtórzyło to się kilkakrotnie. Jednego dnia mama zaczęła mi gadać, że czas jest abym pomyślała o pójściu za mąż. Że dosyć długo mnie żywi i okrywa. Ze towarzysz mego brata, przychodzi do nas, abym z nim wychodziła. Ja mamie odpowiedziałam po dobremu, że z chłopakiem mogę przejść się do teatru, lecz to nie znaczy, ze za niego się wydam, bo nie mam zamiaru. Poszłam z chłopakiem, lecz powiedziałam mu otwarcie, ażeby nie myślał, że to co znaczy, lecz czynię to tylko aby mamy nie obrazić. To ciągnęło się przez rok i pól. W tym czasie mój brat dostał nowy automobil, mama nowy "coat", meble i dywany. Wreszcie moja mama mówi do mnie zagniewana: "albo wyjdziesz za niego, albo precz z moich oczu i z mego domu." Ja w płacz, a matka w złość! "Tyle nam prezentów dał, automobil i meble, a ty go nie chcesz? Pieniądze ma, czego więc ci zabraknie? więc albo -— albo!" Pobraliśmy się! Mieszkaliśmy u mojej mamy. Mój mąż dnie spędzał u swego ojca, a wieczory w "speakeasies". Sześć miesięcy po ślubie dostał pomieszania zmysłów, i dziś siedzi w domu obłąkanych, i lekarze mówią, że pozostanie tam aż do śmierci. A ja? Z bólu i rozpaczy, mam rozstrojone nerwy! Jak mnie serce boli, za każdy raz jak na moją matkę spojrzę! Chciałam żyć uczciwie i spokojnie — a teraz czy mogę?
z Cleveland.


Wielebny Ojcze:
Było nas sześcioro dzieci w domu. Obecnie pozostał Ojciec, mój brat starszy i ja. Od czasu jak mama umarła, przeszło dwanaście lat temu, ja utrzymuję nasz dom. Tak tata jak i mój brat piją nie tylko wieczorami, ale i całymi nocami. Mnie nigdy spokoju nie dają. Do kościoła nie pozwalają mi chodzić. Jeden i drugi bluźni i z Boga sobie szydzi. Ja wiem, że gdyby mama żyła, byłoby lepiej, lecz ja na nich nie mam żadnego wpływu. Jedynie pocieszam się, że spełniam mój obowiązek a Pan Bóg niech im przebaczy moje łzy i moją krzywdę.
Podpisane K. B. z Buffalo.


Drogi Ojcze:
Pisze do Ojca, a moja mama leży w łóżku i powiada mi co mam pisać. Ja mam lat dwanaście; mam cztery siostry i dwóch braci; nasz ojciec jest pijak. U nas bieda, a mama się wstydzi prosić o pomoc. Nie mamy co jeść, i w domu zimno; tata sobie nic nie robi z tego. Co dzien idzie do sąsiada, który wyrabia gorzałkę: u niego przesiaduje i upija się. W zeszłą niedzielę, jak powrócił do domu mama go upomniała, a on za to mamę zbił do nieprzytomności, aż krwią pluła, a potem zostawił nas wszystkich i poszedł do sąsiada. Mama nam każe modlić się za tatę, i my się modlimy, lecz nie ma żadnej poprawy. Czemu Pan Bóg nas nie wysłuchuje? Inne dzieci mają dobrych tatów, a my się naszego tak boimy, bo nas nie kocha i o nas nie dba.
Podpisane, M. B. z Pittsburgh.

Drogi Ojcze Justynie:
Lata temu chodziłem do szkoły Bożego Ciała. Tam żeśmy należeli, aż nam mama umarła. Po śmierci mamy, tata nigdzie nie chciał należeć: myśmy chodzili do pobliskiej parafii, nie polskiej. Tata rozpił się nam, zaczął nam dokuczać. Tak, że moje trzy siostry musiały dom opuścić, ja pozostałem bo obawiałem się o tatę. Teraz od roku nie pracuje. Chciałbym, lecz roboty nie ma. Nie śmiem już teraz w domu się pokazać, bo tata mnie przeklina, że nie chcę pracować. Chodzę w starem ubraniu: często muszę stać na ulicy, głodny i zziębnięty! Nieraz sam nie wiedząc co robię, podpiłem sobie, myśląc, że policja mnie zabierze i lepiej będzie w wiezieniu jak w domu. Rozmaite mi idą myśli, przeciw tacie, który nie jest dla mnie ojcem. Czy ja mam za to
grzech?
Podpisane, B. K. z Buffalo.


Wielebny Ojcze:
Proszę przeczytać cierpliwie mój list, w którym chce wypowiedzieć moje bóle i żale. Ja pochodźę z Polski. Ciężką pracą uszporowałem sobie sporo grosza. Czas był do żeniaczki. Zapoznałem się z córką sąsiadów, no i w krótkim czasie pobraliśmy się. Ja jeszcze więcej starałem się, aby żonie było jak najlepiej. Bóg nam dał troje dzieci. Zdawało mi się, że nie było na świecie lepszej kobiety nad moją żonę. Nagle zaszła jakaś zmiana. Moja żona wstąpiła do jakiegoś towarzystwa. Z początku wychodziła tylko wieczorami, później prawie co popołudniu. Dom zaniedbywała, dzieci opuszczała. Zwróciłem jej uwagę na to. Nieporozumienia, złości i kłótnie. Mieliśmy pieniądze w banku. Kilka miesięcy temu, uciekła z innym, zabierając pieniądze co do centa. Ja byłem dla niej za starokrajski, bo byłem trzeźwy i pracowity, bo ją kochałem i uwielbiałem. Dziś nie wierzę żadnej kobiecie.
z Buffalo.


Drogi Ojcze:
Proszę przeczytać mój list, tak jak jest pisany, bo chce aby polskie panny skorzystały z mego przejścia nieszczęśliwego i bolesnego, które mi życie złamało. Jedynie proszę, aby nie wymieniać mego nazwiska z powodów, aby rodzicom i rodzeństwu wstydu nie narobić. Mam lat 19; od dwóch lat miałam narzeczonego, ślub odkładał od miesiąca do miesiąca, mając rozmaite wymówki. Regularnie trzy razy na tydzień chodziłam z nim do teatru albo na tańce, często na miasto. Latem jeżdżaliśmy do "road-houses". Szczegółów nie będe opisywała. Niedawno temu w soboty wieczór, pojechaliśmy do takiego miejsca na kolacje i zabawę. Miał ze sobą butelkę wódki. Za jego namową napiłam się i straciłam przytomność. Kiedy zbudziłam się na drugi dzień, znalazłam się w "rooming-house", gdzie mnie trzymano przez dwa tygodnie; co przechodziłam, lepiej że nikt nie wie. Kiedy stamtąd uciekłam i do domu powróciłam — mojego narzeczonego już nie było. Wyjechał gdzieś, nikomu nic nie mówiąc! Ja istnieje, lecz nie żyje.


Kochany Ojcze:
Ja byłam w kościele W jedną niedzielę kiedy Ojciec miał kazanie, aby rodzice, w dzisiejszych czasach, nie wyrzucali dzieciom, że nie pracują, lecz aby okazywali dzieciom dobroć serca. Ja musze Ojcu ze serca za to podziękować. Ojciec nie wie, że mnie życie uratował. Już miałam ze sobą w woreczku butelkę trucizny, którą miałam użyć przy obiedzie, po powrocie ze sumy. O, jak ja byłam wszystkiem zniechęcona; nie chciało mi się już dłużej żyć! Mój ojciec jest ogromnie skąpy. Ma dom wypłacony i osiem tysięcy dolarów w banku. Moja matka, też zawsze narzeka, że już tak dawno nie robię — że chcę jeść i okryć się — a centa do domu nie przyniosę. Proszę Ojca, przez wszystkie lata pracowałam chętnie, a nieraz i ciężko; zawsze całą pejdę oddawałam: nigdy z kopertki ani centa nie wzięłam, czeku nigdy nie zmieniłam, a teraz dla tego, że nie robię, bo mi pracę odebrali, muszę słuchać wyrzutów i patrzeć na ich niemiłe spojrzenia. Więc byłam zniechęcona i miałam wszystko zakończyć. Słuchając Ojca, zmieniłam zapatrywanie, a rodzice też dają mi spokój!

Jeszcze jeden list, a potem zakończę:

Wielebny Ojcze:
Proszę we Mszy św. i w modlitwach pamiętać o nas i naszej biedzie. Mama choruje na zapalenie płuc, nie wiemy czy przeciągnie! Tata spity, siedzi przy stole w kuchni: my czuwamy przy łóżku mamy, bo boimy się, aby nie stało się jakie nieszczęście jeśli tata się zbudzi. Gdyby nam Bóg mamę zabrał, nie wiemy co by się z nami stało. Nasz tata taki niedobry jak się upije, i my się go boimy, bo klnie i bije nas. My się modlimy, ale prosimy aby Ojciec z nami się modlił.
Podpisane, A. P., z Pittsburgh.


Mili Radiosłuchacze:
Czy te i inne tym listom podobne, nie są najlepszym dowodem, że pomiędzy nami Polakami źle się dzieje? Że jakieś robaki wdarły się w korzenie naszego Wychodzstwa i gryzą te kiedyś tak zdrowe konary? Że jakaś trucizna wsiąkła w starodawne zasady praojców naszych. Że mimo zewnętrznego wyglądu czerstwego, na zewnątrz panuje gorączka i febra? Powtarzam, już dziś nie powoli i nieznacznie, lecz szybko i widocznie przechodzimy przez zmiany; gdyby na lepsze, lecz nic podobnego; zmiany te nie wróżą nam ani zdrowia, ani siły, ani jedności, ani zgody. Przepowiadają nam rodzice — upadek i niewolę! Historyczna to prawda, że Polak to wzór pobożności, pracowitości, męstwa i rycerskości. Polacy skupiali w sobie cnoty — innym nieznane i obce! Tacy byli ojcowie nasi. Te nam po sobie w testamencie zostawili. Czyśmy w zapomnienie nie puścili uroczystych obietnic naszych? Czyśmy nie przetrwonili spuścizny nam zostawionej? Raz jeszcze rzućmy okiem, na surowe, lecz sprawiedliwe twarze ojców naszych! Wbijmy oczy nasze na łagodne, zmarszczone rysy matek naszych! Czy jesteśmy ich godni: czy życie nasze wzorujemy na ich życiach? Jeśli zaś nie jesteśmy o tyle szczęśliwi, aby ich mieć dziś przy sobie, postawmy sobie to krótkie i tak jasne pytanie, czy jesteśmy tacy, czy żyjemy tak, jakby chcieli rodzice nasi! Tylko nie bądźmy tchórzami! Nie oszukujmy własnych sumień! Lepiej powiedzmy sobie prawdę, bo to nas najdalej zaprowadzi.

Ja przyznam otwarcie, że nie raz, lecz często tak czynię od lat. Chłopcem jeszcze będąc, mamę straciłem. Sierotą będąc do szkół obconarodowych i dosyć nieprzyjaznych byłem wysłany. Potem do Rzymu wyjechałem. Ileż to razy zniechęcony trudnościami i przejściami, przy biurku siedząc, albo wieczorne pacierze odmawiając, na pamięć przychodziła mi mama nieboszczyca; przed nią w duchu się żaliłem i uskarżałem, bo oprócz Boga, nikogo nie miałem: zdawało mi się, że słyszałem jakieś miłe słowa pociechy i ukojenia, po których z nową odwagą i nowemi siłami stawałem do pracy codziennej. Nie wstydzę się przyznać, ze to samo czynię szczególnie przez ostatnie dziesięć lat. Siedząc wieczorem przy moim biurku, do późnej godziny, nieraz ze sercem zniechęceniem przepełnioncm, już prawie ręce opuszczając, czyniąc rachunek sumienia widzę przed sobą jakoby przez mglistą zasłonę, postać mej mamy, która już od tylu lat w grobie spoczywa; patrzy na mnie, a ja w nią, skłaniam głowę i ze łzami w oczach przed nią się uskarżam: "Mamo, gdybyś ty przez wszystkie lata była przy mnie, gdybyś dziś żyła może bym i ja i lepszym aniżeli jestem"! — I tak mimo krzyżyków i krzyów, mimo przykrości i nieprzyjemności, powstaje i z nową otuchą rozpoczynam dzień nowy! Albo też nieraz przypominam sobie zacnego ojca, dziś staruszka, który tyle przeszedł, tyle przecierpiał, a nigdy drugiemu krzywdy nie uczynił; chociaż zaczepiany, zawsze dobrem za złe się odpłacał; a względem nas chociaż poniekąd za surowy, zawsze złote serce okazywał, a do mnie nieraz mówił: "Chłopcze, pamiętaj zawsze, że lepszy suchy kawałek chleba sprawiedliwie zapracowany, jak migdały tureckie, nieuczciwie nabyte." Kiedy myślę o nim, wyobrażam sobie, że widzę całą procesję cnót i zalet staropolskich, i pytam się: czemu młode nasze tutejsze pokolenie, coraz to więcej od takich wzorów się oddala? Nie dziw więc, że polski olbrzym w karzełka się zamienia! Że naszego polskiego Goliata, obconarodowe Dawidy, na każdem polu wyprzedają, że z możebnych panów, sługami się stajemy, i że znów podła niewola grozi nam! Czas nam ze snu obojętności się zbudzić, inaczej? Biada nam i potomkom naszym!

CZY KOCHASZ BOGA? - pogadanka o. Justyna z 12.03.1933 r.

Witam Was, Zacni Rodacy i Miłe Rodaczki, słowami: Niech Będzie Pochwalony Jezus Chrystus!

Około dwa tygodnie temu, przyniosła mi poczta, pomiędzy listami, jeden, którego zawartością dziele się z moimi słuchaczami:
Chicago, III., 22go lutego. "Drogi Ojcze Justynie,
Proszę doradzie mi co do postępowania naszej córki. Mąż i ja przez wszystkie lata dawaliśmy jej co najlepszego, pracowaliśmy dla niej o niej dniami nocami myśleliśmy. Tak do stycznia tego roku, kiedy ukończyła lat osiemnaście. Po ukończeniu wyższej szkoły pracowała w śródmieściu. Zapoznała się z innowiercą, kiedy żeśmy się o tem dowiedzieli, tłumaczyliśmy jej niebezpieczeństwa. Wyśmiała się z nas. Wracała do domu późno wieczorem, zaprzestała odmawiać ranne i wieczorne pacierze, nie chciała chodzić do kościoła w niedziele: względem nas stała się nieposłuszną, szyderczo uśmiechając sig na upomnienia, albo nawet obelżywie i ubliżająco nam odpowiadała. Pewnego dnia przy końcu stycznia, wyszła z rana do pracy i od tego czasu żeśmy jej nie widzieli. Mąż przeklina i złorzeczy, ja ubolewam i rozpaczam; nie mam miejsca ani we dnie, ani w nocy, od rozumu odchodzę! Czy dla dzisiejszych dzieci nie istnieje przykazanie Boże?"

Posłuchaj ukochana, a zarazem bolejąca matko: Zachowanie twej córki, niewdzięcznością odpłacającej się za czułość serca macierzyńskiego, zasługuje na naganę, na surową i sprawiedliwą naganę. Niestety, dzieci nasze, wzorując swe zachowywanie na zapatrywaniach młodzieży kształcącej się na zasadach bezwyznaniowych, odrzucają od siebie albo przynajmniej ignorują przykazania Boże, a pod sztandarem nowoczesnej oświaty i pod hasłami postępu fałszywego wyzuwają się powoli z cnót i zalet, które przez wieki były ozdobą ojców i praojców naszych, a w podziw wzbudzały najzacieklejszych wrogów naszych! Źróddłem takiego nierozumnego zapatrywania się na obowiązki życiowe, a zarazem co gorsza, powodem takiego prowadzenia się, jest w ostateczności zanik wiary i miłości Bożej, co znów powoduje kompletny zanik miłości bliźniego! Dowodów mego twierdzenia nie potrzebujemy szukać długo i daleko. Kto ma oczy i uszy, widzi je na każdym kroku, usłyszy gdziekolwiek się obróci. Miłość Boga istnieje na papierze: znajduje się w Piśmie św.; lecz w życiu codziennem — mało jej widzimy! Iść raz na tydzień do kościoła, to jeszcze nie dowód miłości Boga! Musimy nią przesiąknąć, powinna się ona przebijać przez mowę i uczynki nasze, w życiu prywatnem i publicznem, w domu, na ulicy, przy pracy, w towarzystwie, zawsze i wszędzie. To
wszystko jest wstępem do dzisiejszego przemówienia, które ma tytuł:

CZY KOCHASZ BOGA?

W każdem społeczeństwie znajdujemy pewną liczbę ludzi, którzy uważają się za tak umysłowo rozwiniętych, że bez opierania się na zasadach głoszonych przez Chrystusa Pana i zawartych w Piśmie św., innemi słowami, że bez Boga można być nie tylko uczciwym i zacnym, lecz nawet uczciwszym i zacniejszym od tych, którzy nie tylko w Boga wierzą, lecz według zasad Boskich żyją.
Posłuchajcie następującego faktu, wziętego z życia pewnego Anglika: "Kilka lat temu, pewna angielska dama podróżowała ze swą trzyletnią córką. Do przedziału, w którym się rozłożyła, wsiadł młodzieniec, wyglądający na bardzo porządnego człowieka. Ten nowy towarzysz podróży był, jak się okazało, zupełnym ateistą, to jest niewierzącym, i nawet stał na czele związku odrzucającego wszelkie zasady wiary chrześcijańskiej. Jechał właśnie do miasta, w którem miało odbyć się walne doroczne zebranie wszystkich członków tego stowarzyszenia. W czasie podróży miody człowiek zaprzyjaźnił się wielce z malutką dziewczynką. Starał się ją zabawiać, dal jej swój zegarek do oglądania, i wziął dziecko i usadowił na kolanach. Dziewczynka patrzyła mu w oczy śmiało i uśmiechała sił do niego z radosnym wyrazem. Na kilka minut przed zatrzymaniem się u celu podróży, dziecko zapytało nagle swego młodego przyjaciela: — Czy ty kochasz Boga? — Młodzieniec zarumienił się pod czystem i jasnem wejrzeniem dziewczynki: widocznie niespodziewane pytanie zapadło mu w duszę, jak wyrzut uczyniony przez niewinne usta dziecięcia! — Zamilkł. - A to milczenie odczuło snąć dziecię, gdyż zsunęło mu się z kolan i poszło do matki ukrywając twarzyczkę we fałdach jej sukni. Młody człowiek, pospiesznie i bardzo grzecznie pożegnał towarzyszki uprzejmym ukłonem i nie czekając aż pociąg przystanie, wyskoczył z wagonu. Wszedł do karety, w której siedziało kilku urzędników stowarzyszenia i niezwłocznie udał się na zebranie, któremu miał przewodniczyć! Zauważono jednak, że był dziwnie milczący i zmieszany. — Co się z tobą, stało? — zapytał jeden z przyjaciół — jesteś dziś nieswój i roztargniony. — Niezupełnie dobrze się czuję — odparł młodzieniec — muszę nawet wcześniej opuścić zgromadzenie, aby udać sie na spoczynek. Wyszedł też wkrótce, opuściwszy obradujących nie czekając końca. Położył się istotnie, myśląc, że sen rozwieje ogarniający go smutek i zniechęcenie, jednakże usnąć nie mógł. — Brzmiało mu wciąż w uszach to dziwne proste pytanie: "Czy ty kochasz Boga?" Zdawało mu się, że głos ten rozlega się tuż przy nim, że szepce mu do ucha. że wymaga wprost stanowczej i wyraźnej odpowiedzi: -— Wiec nie wierzę! Nie wierzę, w nic nie wierze! -- odpowiedział w myśli niesłychanie podrażniony. Mimo to, pytanie wciąż jakby drgało w powietrzu; poduszka, na której rozpalona jego głowa spoczywała, zdawała się szeptać do ucha: "Czy ty kochasz Boga?" -— Zaledwie nad ranem dopiero zasnął, zmoczony i zdenerwowany. Następnego dnia zaproszony był na bal do znajomych. Przedstawiono go paniom, zaprosił jedną z nich do tańca. Gdy przyszedł czas stawania w szeregach tańczących, podszedł do panny, którą był przed chwila zaprosił, i nagle zatrzymawszy się przed nią. zapytał: — Czy Pani kocha Boga? -— Panienka znając ze słyszenia wolnomyślność młodzieńca, zdziwiona była niesłychanie tym dziwnym na balu zapytaniem. — Dlaczego pan pyta o to? — rzekła patrząc mu bystro w oczy. — Wiem, że pan nie wierzysz w Boga, i masz dziwne o religii pojęcie. Skąd ta ciekawość co do moich przekonań religijnych? — Daruj pani, lecz pytanie to zadała mi wczoraj mała dziewczynka, w pocztowej karecie. Od tej chwili prześladuje mię ono nieustannie. Wir tańca przerwał dalszą rozmowę, młody człowiek był wciąż niezwykle roztargniony, nie tańczył ze zwykła ochotą, jak inni i opuścił balową salę, gdyż w zabawie nie znalazł tego zapomnienia i ukojenia, jakiego był spragniony. Nieokreślony niepokój gnał go przed siebie, czuł zawrót głowy, a myśl rzucona mu w duszę przez usta dziecka, utkwiła jak celny strzał, przejmując go nieznanym dreszczem.

Powróciwszy do domu, odszukał Pismo św, leżące oddawna w pyle zapomnienia i z zajęciem począł przerzucać karty księgi! — O Boże! Jeśli Ty istniejesz — mówił w duchu — daj mi poznać Ciebie! Jeśli jesteś, chce iść za Tobą i służyć Ci wiernie! Ale niech wiem, że jesteś! Boże, ulituj się mej męce! Noc cała upłynęła mu na czytaniu Ewangelii św. Wprost upajały go te nowe dla niego słowa! I oto biały dzień zaglądał do okien, a młodzieniec, cisnąc rozpalone skronie, wgłębiał się coraz bardziej w cudowne obrazy, przesuwające się przed jego oczami i rozświetlające światłem prawdy głębie wrażliwej, młodzieńczej duszy! Jakżeby się zdzi¬wili przyjaciele i towarzysze znanego ze swych bluźnierczych wywodów bezbożnika, gdyby ujrzeli go w tej chwili pogrążonego nad świętą księgą, a następnie klęczącego z rękoma splecionymi, z wyrazem wielkiego skupienia na myślacem czole, gdy
szukały stów modlitwy, aby wyrazić wrażenia myśli i zwraca się do Zbawiciela, prosząc, aby go oświecił i natchnął głęboką wiarą. Była to chwila przełomowa w jego życiu. Zmienił się do niepoznania. Począł czytać książki, które do tej pory odsuwał od siebie z lekceważeniem, w myślach jego powoli powstawały poglądy najzupełniej sprzeczne z tymi, jakie był sobie dotychczas wytworzył, a dzień każdy zbliżał go do Chrystusa, którego nauczył się najpierw oceniać, a następnie uwielbiać z całej duszy.

Od tego czasu upłynęło pięć lat z górą! Pewnego poranku młody człowiek idąc przez miasto w zamyśleniu, ujrzał nagle w otwartem oknie parterowego mieszkania twarz kobiecą. Rysy wydawały mu się od dawna dobrze znane. Poznał on swą towarzyszkę podróży w pocztowej karecie! Miała ten sam wyraz łagodności i prostoty, tylko w oczach malował się smutek wielki. Młody człowiek nie zastanawiając się ani chwili, wbiegł do owej kamienicy i do drzwi mieszkania zadzwonił. — Otworzyła mu sama, niezmiernie zdziwiona. — Nie poznaje mnie pani? — zapytał młodzieniec skłaniając nisko głowę. — Zdaje mi się, że gdzieś już pana spotkałam — odrzekła przyglądając mu sig z uwagą. — Czy przypomina sobie pani naszą wspólną podróż przed pięciu laty? Córeczka pani zapytała mnie wówczas "czy kocham Boga?" Chciałem jej odpowiedzieć dziś na to pytanie. — Pamiętam, — odrzekła młoda kobieta — zdawałeś się pan bardzo tem pytaniem zmieszany. — Ach pani — zawołał młodzieniec -— pozwól mi podziękować twej córeczce! Nic uwierzy pani, jak wiele jej zawdzięczam. Chciałbym dopełnić tego osobiście, gdyż dziś jest już dziewczynką w tym wieku, że potrafi zrozumieć jak wiele dobrych zmian sprawiło to jej proste, szczere pytanie. — Po twarzy młodej kobiety stoczyły się dwie wielkie łzy. — Niech pan wejdzie ze mną na górę — odrzekła głosem stłumionym. Poprowadziła go do pokoiku, w którym stało łóżeczko, przy niem na stoliku leżała mała książeczka do nabożeństwa, w kącie na dziecinnem krzesełku siedziała sztywna duża lalka. — Oto wszystko, co mi po niej pozostało, rzekła matka żałośnie. — Nie ma już mojej złotowłosej pieszczotki. — Młodzieniec był widocznie wzruszony. — To jeszcze nie wszystko co pozostało po niej — szepnął, ujmując ręke strapionej bolesną stratą kobiety, bo oto ja przychodzę złożyć ci pani dzięki: moja dusza obudzona do nowego życia, to dzieło tego aniołka, który odszedł do nieba. Ona to tchnęła mi swym promiennym spojrzeniem niewinności i prostym pozornie pytaniem, jakieś nowe światło do znużonej w pogoni za prawdą duszy. Bóg użył ją za narzędzie, aby obudzić mię, innym myslom moim nadając kierunek. Jej to zawdzięczam, że postarałem się poznać Stwórcę wszechrzeczy, i o ile dawniej zapierałem się Go zuchwale, dziś przed całym światem gotów jestem wyznawać Go otwarcie. Zgłębiwszy naukę. Chrystusową, uznaję ja za szczyt doskonałości i skłaniam głowę w pokorze przed Boskim majestatem.

Młoda kobieta podniosła załzawione oczy na mówiącego i po raz pierwszy od lat kilku wyraz błogiej radości zajaśniał na jej twarzy.
Tak więc najprzeróżniejszemi drogami wiedzie Zbawiciel dusze ludzkie ku poznaniu prawdy. Któż przypuszczałby, że wypadkowe spotkanie, że słowo dziecka zaważy tak dalece w życiu człowieka, któremu się zdawało, że już wszystko zbadał, przeniknął i rozumem ocenił. Ten rozum jednak bez uczucia i wiary nie przyniósł mu szczęścia, nie dał nawet jednej chwili zadowolenia moralnego, gdy tymczasem odnalezienie podstaw duchowego życia, zbliżenie do wiecznego źródła miłości i prawdy, powróciło mu równowagę i dokonało cudu nawrócenia! O, jakże wielu ludziom noszącym niby miano chrześcijan chciałoby się zadać to pytanie rzucone przez usta dziecięce; Czy ty kochasz Boga?

Mili radiosłuchacze, niech wiec i ja stawię każdemu z was to krótkie pytanie: "Czy ty kochasz Boga?" Tego Boga, który nam przyniósł na ziemię ideał najwyższej i najczystszej miłości jaki człowiek wyobrazić sobie może! Tego Syna Bożego, który nakazał miłować bliźniego jak siebie samego? Ta miłość do Boga, miłość do Chrystusa i do bliźniego swego, oto cala treść nauki chrześcijańskiej. Zbawiciel wymaga od nas, abyśmy tę naukę wyrażali nie tylko słowami, lecz i czynami!

Ojcze rodziny, czy ty naprawdę kochasz Boga? Posłuchaj mnie tylko. Czasy które przeżywamy są ciężkie, niepewne, przykre, przygniatające biedną ludzkość. Potrzeba nam wszystkim cierpliwości nieograniczonej, ufności głębokiej i wiary w pomoc nadludzką! Czy ty to wszystko okazujesz? — Mimo bezrobocia, mimo faktu, że otrzymujesz zapomógę miastową, może w domu twoje dzieci boleśnie i ze łzami skarżą się na brak żywności i odzieży, co ty czynisz? — Idziesz gdzieś, gdzie zalejesz sobie czuprynę jakąś trucizna, która ci odbiera siły, zachmurza rozum, osłabia pamięć, ale we własnych oczach rośniesz i potężniejesz. Zdaje ci się, żeś wyrósł na jakiego bohatera! Idziesz do domu. Zastajesz żonę, która z rozpaczy boleśliwie ręce załamuje — biedne dzieciaki, widząc twą twarz rozpaloną — czuprynę najeżoną — oczy błyskawice śmigające — płaczą żalośliwie. Co ty na to? Tyś pan — tyś bohater! Tyś wszechmocny! Przekleństwa płyną z ust pijackich jak z rogu obfitości -— złorzeczenia, zgorszenia, gniewy i hałasy! Tak ty ojcze,
zaprawdę możesz twierdzić, że jeśli kto, to ty kochasz Boga! Tak ty należysz do tej unii ojców, za których usteczka niewinnch dzieci co rano i wieczór szeptają błagalne modlitwy do Dzieciątka Jezus: "Dziecino Boska, nawróć naszego tatusia!" Nie czyń tak dalej, ojcze drogi, ale czynem pokaż, że naprawdę kochasz Boga! — Mężom zadaje, to samo pytanie: czy kochacie Boga? Posłuchajcie: Ile żon, w tej chwili, płacze, narzeka, pomstuje i z rozpaczy włosy z głowy wydziera? Dlaczego? Mąż zapomniał, co przy ołtarzu uroczyście ślubował. Ta, która kiedyś była dla niego istotą szacunku, uwielbienia i miłości, dziś opuszczona, wzgardzona i znienawidzona, płacze i narzeka! A on z cynicznym uśmiechem na ustach, z robakiem niepokoju w sumieniu buja i świata używa! I ty, mężu, śmiesz twierdzić, że Boga kochasz?

Albo, matko czy ty kochasz Boga? Pamiętasz może twoją własną matkę, co? Pamiętasz jej bogobojność, jej pracowitość, jej oszczędność, jej poświecenie. Czy idziesz jej śladami? Czy dzieciom jesteś wzorem i dobrym przykładem? Czy dom jest tobie pałacem czy też więzieniem; czy dzieci są tobie pociechą czy też ciężarem? Może masz pewne spaczone zapatrywania na twe obowiązki chrześcijańskiej matki? Patrz, Bóg dał ci moc i siłę, którą możesz Niebu urabiać świętych, albo?... Od ciebie w wielkiej części zależy jacy będą przyszli obywatele kraju! Ty jesteś stróżem, aniołem opiekuńczym umysłów i serc ludzkich. Czy rozumiesz twoje powołanie, twoją godność, twoje obowiązki? Czy je sumiennie spełniasz? Jeśli o nie nie dbasz, jeśli je nie pełnisz, czy możesz mówić, że Boga kochasz?

Żonom zadaję to bystre, no i natrętne pytanie: Czy ty kochasz Boga? Może dałaś się porwać prądom nowoczesnym, zasadom pogańskim, które żonę zrzuciły z ołtarza chwały i uwiel¬bienia, i uczyniły z niej zabawkę wedle upodobania ludzi bez serca i bez sumienia? Czy może zamiast być podporą i pociechą męża, jesteś dla niego powodem upadku moralnego i materialnego; czy może zamieniłaś gniazdko domowe w gniazdo dzikich i krwiożerczych zwierząt przez złośliwość, niecierpliwość, podejrzliwość i płochość? Może z twej winy pożycie małżeńskie rozwiało się, jak mgła poranna? Może mąż rozpił się — rozkochał się w gemblowaniu, albo poza domem, wśród nieodpowiedniego towarzystwa, szuka zapomnienia i ukojenia? Jeśli sprawdza się to, śmiesz mi twierdzić, że ty kochasz Boga?

Teraz zwracam się do naszych ukochanych dzieci, młodzych i starszych, do dziewcząt i panienek, do chłopców i młozienców, i zapytuje się wszystkich, czy wy kochacie Boga? Powiecie mi, że tak! Wiec proszę mi wytłumaczyć, jeśli Boga kochacie, dlaczego tak trudno jest wam rodziców kochać, słuchać i szanować! Czy może Pan Bóg rozkazał nam się miłować, a o rodzicach zapominać, rodziców zaniedbywać, albo ich nienawidzieć? Bóg wszechmocny wyrysował na kamiennej tablicy czwarte przykazanie swoje: "Czcij ojca twego i matkę twoja, aby ci się dobrze powodziło i abyś długo żył na świecie." Prawda: lecz, aby nie poszło w zapomnienie, aby ludzie nie mieli żadnej wymówki, ręka Boska przez wszystkie wielki, i dziś i aż do końca świata, wybija i wybijać będzie to samo przykazanie na sumieniu, w sercu i w duszy każdego nowonarodzonego dziecięcia! Czy to przykazanie jest świętością w oczach twoich? Synu, co ci odpowie sumienie Twoje? Może posiadasz wyższe wykształcenie i dlatego uważasz się za lepszego od spracowanego ojca, od zgrzybiałej matki. Powiedz mi tylko, za czyim poświęceniem i staraniem? Popatrz się na twarde, prawie skamieniałe ręce twego ojca; patrz na to zmarszczkami nielitościwie zorane czoło twej matki; rozważ ile kosztowało twych rodziców, jak drogo zapłacili, abyś ty został czym jesteś! — Ty nie masz czasu, aby nawet pomyśleć o tych dobrodziejstwach. Jaką niewdzięczność, czarną niewdzięczność okazujesz tym, którzy dla ciebie tyle poświecili — może w niejednym wypadku nawet życie sobie skrócili, aby tobie na tym świecie lepiej było!

Kilkanaście lat temu w Chicago sąd skazał na śmierć trzech polskich młodzieńców. Jeden z nich, kiedy stal na rusztowaniu, zapytany był, czy chciałby co powiedzieć, mówił: "Chciałbym być królem świata na kilka chwil, bym powiedział dzieciom całego świata: Słuchajcie waszych rodziców, jeśli chcecie być szczęśliwe." — Kiedy rodzice was ostrzegają, kiedy wam przepowiadają, kiedy was proszą, — nie tylko słuchajcie, lecz i czyńcie! Narożniki naszych ulic — sale zabaw i tańców nie tylko podejrzliwych, lecz nie licujących z godnością młodzieńca chrześcijańskiego, no i rozmaite inne miejsca i towarzystwa nie wyrobią w duszy waszej miłości Boga. Zaszczepią w sercach waszych zarodki nienawiści do wszystkiego co z Bogiem ma łączność.

Czy kochacie Boga?
Wreszcie pytam się panienek naszych: "Kochacie Boga?" — Tak, lecz nie wszystkie! Niejedna z was, z twarzyczką anioła, ma serce z kamienia, kiedy rozchodzi się o dobroć lub nawet o serdeczne słówko dla rodziców! Zamiast słuchać ojca, a szczególnie matki, idziecie za namową innych, często wam nieprzychylnych, a nierzadko nieprzyjaznych. Jakiż skutek tego? Czytacie gazety; całe szpalty przepełnione są zdarzeniami smutnemi, bolesnemi, a ofiary — to polskie panny! — Zwyczajnie to te panienki, które swemu ojcu śmią powiedzieć; "my old man" — a o matce staruszce wyrażają się jako o "my old woman!" — Tak na pocie tego "old man", i na łzach tej "old woman", wypiastowane i wychowane, zmartwienia i troski, łzy i boleści wynagradzają i serca staruszków łamią! Czy te i im podobne mogą jeszcze twierdzić, że Boga kochają?

Mili Radiosłuchacze:
Obecnie jesteśmy w okresie Postu św. Niech przez cały ten czas stoi przed oczyma duszy naszej to pytanie: "Czy kochamy Boga'?". Niech słowa te będą wypisane nie atramentem, lecz ognistemi literami, aby wpaliły się w pamięć naszą, i aby zmusiły nas do okazywania miłości Boga nie tylko słowami lecz i uczynkami! Wtenczas, i tylko wtenczas życie nasze będzie Bogu na chwałę -— nam na korzyść i bliźnim na dobry przykład.
Ponieważ proszony byłem, aby odmówić modlitwę za naszego prezydenta Roosevelta, który z taką praktyczną energią zabrał się do uleczenia fatalnych stosunków w naszej przybranej ojczyźnie, czynie to chętnie i proszę powtarzać za mną słowo za słowem:

Módlmy się!
Podaj, błagamy Cię, Panie, słudze swemu Prezydentowi tych naszych Stanów Zjednoczonych, prawicę niebieskiej pomocy, aby caym sercem Cię szukał, a o co godnie Cię prosi, niech wszystko otrzymać zdoła. Natchnij go myślami owianymi duchem miłości chrześcijańskiej, aby zapanowała większa miłość bliźniego, szersze porozumienie pomiędzy obywatelami, i abyśmy wszyscy żyjąc w ugodzie i jedności, pracować mogli na większą chwałę Boga i ojczyzny naszej. Amen.