Witam Was zacni Rodacy i miłe Rodaczki słowami: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Jeszcze jeden karnawał się zakończył! W ubiegłą środę rozpoczął się okres wielkiego, czyli czterdziestodniowego postu; postu nie tylko co się tyczy jedzenia i picia, lecz równocześnie wstrzymywania się od wszelkich dozwolonych zabaw i rozrywek. Czas umartwienia chrześcijańskiego, Kościół doraźnie nam przypominał w środę popielcową, kiedy to kapłan, kreśląc na czole znak krzyża świętego, poświęconym popiołem, mówił nad każdym z nas: "Pamiętaj, człowiecze, żeś jest prochem i w proch się obrócisz!" — Pamięć na śmierć, jest nam najlepszą i najskuteczniejszą pobudką do żalu i skruchy i pokuty, którymi zmazać możemy nasze przewinienia! Te uczucia również upokarzają nas i zachęcają nas do wszelkich umartwień postnych. Warto też słuchaczom przypomnieć, że popiół używany do posypywania głów, pochodzi z palm ubiegłego roku, które zdobiły ołtarze w niedzielę palmową. I ten zwyczaj ma głębokie znaczenie. Przypomina nam bowiem, że te palmy, kiedyś oznaczały zwycięstwo, tryumf, chwałę i uwielbienie ludu. Popioły tych gałązek palmowych, nie dają nam zapomnieć, że to wszystko jest tylko chwilowe, zmienne, mało znaczące i szybko przemijające! Jeszcze tu i tam, w niektórych z naszych kościołów, w czasie ceremonii popielcowej, organista z chórem śpiewa:
Posypmy popiołem głowy. Bo głos sumienia surowy,
Do pokuty woła za grzechy. Na stronę teraz uciechy!
Posypmy głowy popiołem. Módlmy się wszyscy już
społem,
Bo sąd Pański choć sprawiedliwy, Jest dla grzesznika
straszliwy!
Posypmy popiołem głowy, Bo już jest za nas gotowy
Zbawiciel na męki katusze. By nasze odkupić dusze!
Nie wiem, lecz czy może i dziś do nas wszystkich nie woła głos Boży, tak jak kiedyś błagał przez usta proroka: "Nawróćcie się do mnie ze wszystkiego serca waszego, w poście i w płaczu i w żalu! I rozdzierajcie serca wasze, a nie szaty wasze, a nawróćcie się do Pana Boga waszego, bo dobrotliwy i miłosierny jest, cierpliwy i mnogiego miłosierdzia i łatwy do ubłagania. Trąbcie w trąbę na Syonie, poświęćcie post, zwołajcie gromadę. Zgromadźcie lud, poświęćcie kościół, zbierzcie starce, zbierzcie dzieci i ssące piersi! Niech wynijdzie oblubienica z komnaty swej! Między przysionkiem a ołtarzem płakać będą kapłani, słudzy Pańscy, a będą mówić: Przepuść, Panie, przepuść ludowi Twemu!" — Kto wie zresztą, czy to dla niejednego z nas nie jest ostatnia okazja przygotowania się do ostatniej spowiedzi świętej wielkanocnej, przez umartwienia wielkopostne. Naprawdę, kto wie? Czy więc, jeszcze dziś nie powinniśmy zastanowić się nad powstaniem z oziębłości i niedbałości, aby kiedyś chwalebnie z martwych powstać do wiecznej radości i wiekuistego szczęścia? Dlatego podaje wam dzisiejsze rozmyślanie:
CZEMU NIE DZIŚ?
Spomiędzy podobieństw, albo raczej przypowieści biblijnych, jedna szczególnie, zawsze na mnie robiła głębokie wrażenie. Jest to przypowieść Chrystusowa o synu marnotrawnym. Czemu? Dlatego, że jest tak zgodliwą z niewdzięcznością ludzką z jednej strony, a z miłosierdziem Bożem, z drugiej! Dlatego, że pokazuje wielkość Boga, a słabość i marność człowieka! Dlatego, że w obrazku narysowanym ręką Zbawiciela, widzę podobieństwo każdego człowieka, oraz odbitkę samego siebie! Każdy z nas powinien nosić przy sobie obrazek syna marnotrawnego, zamiast własnej fotografi. Każdy z nas też powinien często, nawet kilkakrotnie na dzień, rzucić okiem na ten obrazek i mówić sobie: "Oto w rzeczywistości jestem ja!" — Mówię to bez przesady! Ponieważ Bóg mi dał wszystko, co człowiekowi marnemu mógł dać! Życie, zdrowie; duszę, rozum, wolę; słowem, dary co do ciała i łaski co do duszy! Z ilu upadków mnie podniósł? Ile nieszczęść ode mnie odwrócił? Nieraz zdawało się, że sama ziemia zerwie się pod moimi stopami, że niebiosa runą na moją głowę. Wokoło mnie trudności i kłopoty; przede mną widma cierpień i krzyży, nade mną grzmoty, błyskawice i grozy, a jednak, zawsze nade mną czuwała Opatrzność Boska. Bóg prowadził mnie za rękę, wskazywał wąską, ale bezpieczną ścieżynę, i tak człowiek przeżył, zniósł, wytrzymał i zwyciężył! Syn marnotrawny, jeden raz zbłądził: raz jeden kochającego ojca opuścił i od niego się oddalił i o nim zapomniał. Wnet jednak błąd swój nie tylko poznał, ale co lepsze, ten błąd uznał, do błędu się przyznał, i skruszony w progi ojcowskie powrócił! A ja? ileż to razy naśladowałem syna marnotrawnego w upadku, zapominając o opamiętaniu i nawróceniu? Kto wie czy nawet nie uparłem i nie zaciąłem się, zamykając szczelnie drzwiczki i okienka sumienia mojego przed blaskami łaski Bożej!
Proszę was, posłuchajcie tej tragedji życia ludzkiego, z czasów Chrystusa, która tylekroć powtarza się w życiu każdego śmiertelnika. "Człowiek niektóry miał dwóch synów; i rzekł młodszy z nich ojcu: Ojcze daj mi część majętności, która na mnie przypada. I rozdzielił im majętność. A po niewielu dniach, zabrawszy wszystko, młodszy syn odjechał w daleką krainę; i rozproszył tam majętność swa, żyjąc rozpustnie. A gdy wszystko utracił, stał się głód wielki w onej krainie, i on począł niedostatek cierpieć. A poszedł i przystał do jednego obywatela w onej krainie. I postał go do wsi swojej, aby pasł wieprze. I rad by był napełnił brzuch swój młótem, które jadali wieprze, a mu nikt nie dawał! A przyszedłszy ku sobie, rzekł: jako wielu najemników w domu ojca mego mają dosyć chleba, a ja tu z głodu umieram. Wstanę i pójdę do ojca mego i rzeknę mu: Ojcze, zgrzeszyłem przeciw niebu i przed tobą; jużem nie jest godzien być zwan synem twoim; uczyń mnie jako jednego z najemników twoich, a wstawszy szedł do ojca swego. A gdy jeszcze był daleko, ujrzał go ojciec jego, i miłosierdziem wzruszony jest, a przybieżawszy upadł na szyję jego i pocałował go. I rzekł mu syn: Ojcze, zgrzeszyłem przeciw niebu i przed tobą! Jużem nie jest godzien być zwan synem twoim. I rzekł ojciec do sług swoich: Rychło przynieście pierwszą szatę, a obleczcie go; i dajcie pierścień na rękę jego, i buty na nogi jego. I przywiedźcie cielca utuczonego, i zabijcie, a jedzmy, i używajmy, albowiem ten mój syn umarł był, a ożył: zginął był, a znalazł się. I poczęli używać! A starszy syn jego był na polu; a gdy przychodził, i przybliżał się do domu, usłyszał muzykę, i taniec; a przyzwał jednego ze służebników i spytał co by to było. A on mu powiedział: brat twój przyszedł; i zabił ojciec twój cielca utuczonego, iż go zdrowego zaś dostał. I rozgniewał się i nie chciał wnijść. A tak ojciec jego wyszedłszy począł go prosić. Lecz on odpowiedziawszy rzekł ojcu swemu: oto tak wiele lat służę tobie, i nigdym nie przestąpił rozkazania twego, a nigdyś mi nie dał koźlęcia żebym używał z przyjacioły moimi, ale gdy ten syn twój, który pożarł majętność swą z nierządnicami, przyszedł, zabiłeś mu utuczonego cielca. A on mu odpowiedział: Synu, tyś zawżdy jest ze mną i wszystko moje twoje jest; lecz trzeba było używać, i weselić się, iż ten brat twój był umarły, a ożył; zginął był, a znalezien jest!"
W pierwszej części tego opisu, czy może nie widzisz dosłownego określenia siebie samego i twoich przejść i twego zachowania? Z ramek opowieści Chrystusowej, wyrwij podobiznę syna marnotrawnego, i wsuń siebie samego! I ty kiedyś temu, o ja nie wiem do kiedy, zaliczałeś się do jednej wielkiej rodziny Boga. Nie tylko było ci nieźle, wśród tej zawieruchy życiowej, ale przyznasz, że dobrze ci było! Miałeś dobrych rodziców -— kochającą żonę — uwielbiającego cię męża — dzieci widzące w was szczyt dobroci i wzór szlachetności — miałeś Boga — miałeś wiarę — miałeś spokój i zadowolenie, oh, miałeś wiele, bardzo wiele darów Bożych. Mimo to czułeś się niewolnikiem, skrępowanym; twoje życie pachniało ciasnotą; kto wie, może ci kto szepnął, że nie zawsze powinnaś być ptaszkiem w małej klatce uwięzionym; możeś też wyczytał coś z dzisiejszych piśmideł zatrutych i trujących; możeś coś widział lub widziała w teatrze, przez co starali ci się przedstawić, że rozumnemu człowiekowi wszystko wolno, aby wiedział że żyje; tam na ekranie dano ci do zrozumienia, że nie ma żadnego grzechu, ani występku, ani zbrodni! Truciznę moralną tak ocukrzyli, że zamieniła się w jakieś lekarstwo, leczące wszelkie skutki grzechu pierworodnego, gojące rany ze słabostkami twoimi. Pozwoliłeś się dać uchwycić na tę wędkę światową, teraz nie możesz jej ani połknąć, ani przełknąć! — Najpierw więc porzuciłeś dom Boży; potem zapomniałeś o domie wiary; wreszcie, kto wie, czy nie poszedłeś z domu rodziców, może nawet z domu własnej rodziny! Tam ci niby źle, niewygodnie, ciasno i ciężko było! Dziś poza obrębem tych domów może ci lepiej i weselej? Może swobodniej? Czy może nie błąkasz się po śmierci zgłodzony i spragniony odpoczynku i spokoju? Czy może nie uciekasz przed tym niewidzialnym gońcem Bożym, przed głosem własnego sumienia, który we dnie i w nocy, wszędzie, zawsze i wszędzie upomina cię abyś powrócił do domu Ojca? Czy może nie ukrywasz się przed oczyma ludzi, w obawie, że wyczytają co się dzieje w sumieniu i co się odgrywa na dnie duszy twojej? — Chcesz przykładów? Posłuchaj listów. Jak w nich uskarżają się synowie i córki marnotrawne. I pamiętaj, że najwymowniejsze opisy nie pochodzą z pióra pisarzy, tylko z życia ludzi!
I tak, czytam w liście, z Milwaukee, Wis.: "Nie mogę zdobyć się na odwagę, aby iść się wyspowiadać, ponieważ już od 29 lat się nie spowiadałem! W młodszym wieku, tak nie odczuwałem braku praktyk religijnych jak teraz! Będąc chłopcem, uciekłem z domu. Zapisałem się do marynarki i cały świat objechałem. Kiedy powróciłem do domu, rodzice już nie żyli! Zacząłem więcej pić i dłużej grywać w karty. Miałem dobry fach w ręku! Zdrowie mi służyło! Nieraz moja siostra mnie napominała, abym szedł do kościoła. Śmiałem się z tego! Teraz jakoś się zmieniłem. Często, nawet przy robocie zdaje mi się, że widzę postać mojej matki! Pacierze odmawiam i do kościoła chodzę, ale brak mi odwagi, wyspowiadać się!" — Słuchaj mój drogi: Tylko nie odkładaj. Pamiętaj że spowiedź święta, jest na to, aby przed kapłanem oskarżyć się z występków i grzechów, nie na to, aby się chwalić z dobrych i cnotliwych uczynków. Każdy ksiądz przyjmie cię z otwartemi rękoma i z radością. Idź do spowiedzi św., przy pierwszej okazji i mów: "Ojcze zgrzeszyłem przeciw niebu i przed Tobą!" Nie dasz się przekonać, to słuchaj dalej. Dopiero niedawno, była u mnie, staruszka matka, skarżąc się, że jej pięćdziesięcioletni syn, niestety pijak, nie chce słyszeć o Bogu, i że od lat nie był w kościele. Kiedym jej oznajmił, żem gotów każdej chwili go odwiedzić, aby z nim pomówić, odpowiedziała mi, że lepiej jeszcze poczekać. Kiedy powróciła do domu, zastała syna na podłodze, — bez życia! Czemu więc nie dziś?
List z Salamanca, N. Y.: "W domu miałam dobrze. Ojciec mój ostry, ale posyłał mnie do high school. Matka bardzo dbała! Poznałam się z mężczyzną który już miał żonę. Nie wiem co się ze mną stało. Uciekłam z nim. Po sześciu miesiącach mnie porzucił i powrócił do żony. Obecnie jestem na służbie. Nie wiem jak długo będę mogła robić! Co ja teraz zrobię i gdzie pójdę?"
Upokórz się, mimo wszystko, powracaj do domu. Dziś sama rozumiesz ile kłopotów i zmartwienia spowodowałaś ojcu i matce, i ile wstydu przyniosłaś sobie. Jednak jeszcze nie za późno. Powracaj do rodziców, z pokorą i żalem. Takie twoje usposobienie nie tylko zmiękczy serca, ale skruszy opór rodziców! Znajdziesz odpoczynek i ochronę w domu rodziców!
Teraz znów z Braddock, Pa.: "Pięc lat temu uciekłem z domu. Do dnia dzisiejszego moi rodzice nie wiedzą, gdzie ja jestem. Ja też nie wiem, co się z nimi dzieje. Kiedyś zarobkowałem dobrze. Teraz nie mam roboty. Ze zmartwienia, upadam na zdrowiu. Naturalnie, że nikt nie wie, że jestem Polakiem. Nikt też nie podejrzewa, że jestem katolikiem. We wszystkim się zaniedbałem. Już nieraz myślałem sobie, aby rzucić się do rzeki. Sam nie wiem gdzie się obrócić i do kogo się udać!" — Zanim cokolwiek innego zrobisz, najpierw zwróć się do Boga. Idź do pierwszego lepszego rzymskokatolickiego księdza i wyspowiadaj się. Zacznij znów modlić się. Spełniaj inne obowiązki naszej wiary świętej! Zobaczysz jakiego nowego wyglądu nabierze twoje życie. Zajdzie też zmiana w twoich poglądach na świat, na ludzi, na twoje zachowanie i prowadzenie się! Nie wymawiaj się. Czemu dziś tego nie zrobić? Potem usiądź i napisz list do twoich rodziców, pod dawniejszym adresem. Pan Bóg już jakoś sprawą pokieruje, że dostaniesz się z powrotem pod dach domu rodziców. Ty się rozradujesz i rodzice się ucieszą!
Tu znów z Chelsea, Mass.: "Trzy miesiące temu, opuściłam męża, z którym żyłam dziesięć miesięcy i przyjechałam tu z chłopakiem, którego znałam od lat. Mój mąż był dla mnie dobrym, tylko nie chciał nigdzie iść ze mną. Dałam się namówić, aby go opuścić. Teraz nie wiem co bym nie dała, aby wymazać to, co się stało w ostatnich trzech miesiącach. "God what I would not do to start anew with a clean slate!" — Mimo pozornych trudności, powracaj do męża, póki czas! Bądź przygotowana na pewne wyrzuty, na które sobie słusznie zasłużyłaś, lecz postanów sobie, porzucić obecny sposób życia i stań przy boku tego, któremuś, niedawno temu ślubowała, "że go nie opuścisz aż do śmierci!"
Posłuchajcie dalej, żali istoty, która wiele przeszła i niemało wycierpiała. List pochodzi z Chicago. "Jedenaście lat temu ślubowałam na sądzie. Stosunki, bowiem, tak się ułożyły, że w kościele nie mogliśmy dostać ślubu. Ja dostałam rozwód od człowieka który był bez iskierki uczucia. Pił. pieniądze przegrywał i mnie bił! Jednego razu wybił mi dwa zęby. Nieraz skopał mnie. Zabił we mnie dziecko! Nie mogłam już wytrzymać. W tym czasie przyjechał do nas dawny znajomy. Też miał rozwód, bo żona jego latała ze wszystkimi, nawet z murzynami! Zadecydowaliśmy się pobrać sądownie. Mamy czworo dzieci. Żadne z nich nie ochrzczone. Rok temu mojego obecnego męża żonę znaleziono na ulicy. Zdaje mi się, że po dziś nie znają przyczyny śmierci. Sześć miesięcy temu, znaleźli mojego pierwszego męża pokaleczonego przez automobil. Umarł po dwóch dniach, bez odzyskania przytomności. Był pochowany na cmentarzu niekatolickim! Ja przez wszystkie te lata nie miałam spokoju. Dla mnie mąż był dobrym, ale nigdy nie pozwolił sobie i dzieciom wspominać o Bogu. Mimo to, potajemnie nauczyłam je pacierza! Teraz proszę, aby O. Justyn, przemówił do niego, aby zechciał ślub poprawić i dzieci dać ochrzcić. Już jest wielki czas, abym mogła chodzić śmiało do kościoła, dostać Sakramenta święte i żyć tak, jak mnie moja matka w domu nauczyła!" — Właśnie czas postu wielkiego, nadaje się do załatwienia wszelkich spraw sumienia. Obowiązkiem waszym jest sprawę przedłożyć waszemu proboszczowi. On wam chętnie dopomoże we wszystkim. Nie tylko w poprawieniu ślubu cywilnego, ale również w ochrzceniu dzieci waszych. Jeśli naprawdę chcesz żyć tak, jak cię nauczyła twoja matka, nie ma stosowniejszego czasu, aby rozpocząć takie życie, jak czas wielkopostny!
Jeszcze jeden list. Ten pochodzi z Toledo, Ohio: "Mój mąż już trzy razy mnie opuścił. Teraz nie ma go w domu, chociaż syn i córka codziennie się pytają: "kiedy nasz tata przyjdzie?" Ja jestem obojętna, ponieważ ma charakter prawdziwego cygana, we wszystkim. Na utrzymanie dawał mi trzydzieści centów dziennie na cztery osoby. Mnie osobiście na inne wydatki ani centa. Nie tylko, że sam do kościoła nie chodził, mnie też zabronił. Obraz zerwał ze ściany i połamał w kawałki. Nigdy mu nie mogłam wygodzić. Dziś była jego matka. Prosiła abym go wzięła z powrotem!"
Jeszcze go przyjąć. Postawić mu jednak jasno kilka warunków: że nie tylko da ci swobodę w wypełnianiu twoich obowiązków wiary, ale że sam zacznie chodzić do kościoła i pójdzie do Sakramentów świętych, oraz że da ci odpowiednią sumę na prowadzenie domu i opłacenie wydatków! Wy mężowie uważajcie żony wasze, za wam równe, za towarzyszki i współpracowniczki, nie miejcie je za bortniczki, za najemnice, za służące i nieraz za prawdziwe niewolnice! Możebne, że tu lub ówdzie, znajdzie się żona niedbała i niegospodarna. Na ogół jednak nie ma zaradniejszych, oszczędniejszych i gospodarniejszych kobiet na świecie jak są nasze Polki! Oddajcie im prowadzenie domowej gospodarki! Rozumny mąż i dbały ojciec nigdy nie będzie oddzielał swej żonie, tyle i tyle na dzień! Odda jej całą pejdę. Jeśli zauważy że jest rozrzutna, niech usiądzie razem z nią, niech sprawę wymłócą! Niech zrobią obrachunki! Mąż nie ma wyobrażenia ile kosztuje dzisiejsza gospodarka domowa! Czemu to dawniej nasze matki nie tylko wiązały koniec z końcem, ale jeszcze coś odłożyły i uciułały? Ojciec zarobił, przyniósł i oddał! Matka miała kasę. Była opiekunką i szafarką finansów domowych! I nie było bankructwa familijnego! Czemu dziś tak być nie może? Zresztą każdy z mężów traci na piwo, wódkę, papierosy, cygara itp. Niech obrachuje ile to wypadnie na tydzień; potem niech żonie odstąpi podobną sumę na jej osobiste wydatki! Przekona się ile jego żona zaoszczędzi na tym! Poza tym, żona będzie mu wdzięczna za te pewne względy i za takie zaufanie!
Mimo że pozornie odstąpiłem od tematu, wszystkie listy wskazują na potrzebę powrócenia do domu Ojca naszego; do domu rodziców naszych; do domu wiary naszej, do domu rodziny naszej! Czemu tego nie zrobić dziś. W czasie Wielkiego Postu? Zacznijmy zgromadzać majętność naszą, żyjąc cnotliwie. Ćwiczmy się w poście, nie tylko co jemy i pijemy, ale umartwiajmy się we wszystkiem innym. Co oszczędzimy, złóżmy jałmużnę! Uczęszczajmy na nasze piękne i do głębi serc wzruszające nabożeństwa postne, tak na stacje drogi krzyżowej, jak też na Gorzkie Żale! Rozbudźmy i rozpalmy w sobie ducha nabożeństwa prawdziwego! Ukoronujmy to wszystko wieńcem pokornej i skruszonej spowiedzi św., wtenczas naprawdę zapanuje radość w niebie, nad nami pokutę czyniącymi, ponieważ umarli odżyją, a zaginieni się odnajdą!
W tej chwili nasi rodacy w dalekim Montrealu w Kanadzie, za pomocą specjalnego połączenia telefonicznego, wsłuchują się dzisiejszemu programowi! To z powodu uroczystego odnowienia kościoła Matki Boskiej Częstochowskiej, gdzie proboszczem jest bardzo małomówny, ale uparcie ruchliwy i robotny O. Bernard. Aktu poświęcenia odnowionej świątyni dokonał Najprzew. Ks. Arcybiskup Gauthier, ordynariusz Montrealu, który zawsze tamtejszą Polonię otaczał szczególną pieczą i troskliwością, nie tylko pasterską, ale na wskroś ojcowską! Za to należy mu się nie tylko uznanie ale i serdeczna wdzięczność! Polonia montrealska wiele przechodziła i wiele wytrzymała! To zawdzięcza swemu synowskiemu przywiązaniu do wiary ojców i do ziemi praojców! Polacy montrealscy to z krwi i z kości katolicy i Polacy, chociaż wcale niemniej wzorowi obywatele Kanady! Ich czyny katolickie — polskie i kanadyjskie dają wymowne świadectwo o nich! Powinni służyć za wzór wszystkim Polakom rozrzuconym po całej ziemi kanadyjskiej, szczególnie w czasach obecnych, kiedy to rozmaite żywioły, wytężają swe siły, aby rozbić jedność religijną i narodową. Rodacy nie dajcie posłuchu żadnym agitatorom, agentom i wysłannikom. Nie czytajcie gazet, ani broszurek trujących dusze wasze! Strońcie od płatnych burzycieli. Stawcie im jednolity front religijny i narodowy. Zacieśnijcie szeregi wasze. Bądźcie gorliwymi i wiernymi wyznawcami wiary; twardymi Polakami oraz wzorowymi Kanadyjczykami! W jedności wiary, wyznania i patriotyzmu rozumnego jest siła i obfite błogosławieństwo niebios, które niech będzie w udziale wam i waszym!
DLACZEGO? - pogadanka o. Justyna z 27.02.38 r.
Witam Was zacni Rodacy i miłe Rodaczki słowami: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
W pierwszych dniach lipca 1911 roku, ukończyłem egzaminy w Rzymie. Kilka dni potem, dostałem depeszę kablogramową od zacnego, dziś już świętej pamięci, a ówczesnego prowincjała Przewielebnego O. Jacka Fudzińskiego, z rozkazem, abym zaraz powracał do Ameryki! Mówiąc prawdę, rozkaz przełożonego ucieszył mnie niemało. Mijało bowiem już prawie pięć lat, i to takich długich, chudych lat studenckich, kiedym wyjechał z Ameryki, opuszczając rodziców i rodzeństwo, aby dokończyć nauki, daleko od swoich, na obcej ziemi i wśród innonarodowego otoczenia. Ponieważ przez pewien czas pełniłem obowiązki lokaja, czyli służącego dla naszego arcybiskupa Jaquet, prosiłem go, abym, przed wyjazdem, mógł mieć prywatną audjencję, czyli posłuchanie u Ojca św. Piusa X. I tak 16 lipca 1911 r. wieczorem o godzinie pół do siódmej znalazłem się w Watykanie, w pokojach papieskich. Przy biurku siedział świątobliwy Ojciec św. Miał na sobie zwyczajną białą sutannę. Obok niego leżała wielka tabakierka. W ręku trzymał pióro. Kiedy klęknąłem przed Nim, spojrzał na mnie dobrotliwie i uśmiechnął się. Mnie opanowało jakieś dziwne wzruszenie — zaniemówiłem. W krtani utkwiła mi jakaś kluska, w oczach łzy stanęły. Klęczałem przecież przed Namiestnikiem Chrystusa — przed następcą Klucznika nieba, przed głową widzialną Kościoła Chrystusowego. Ojciec św. widocznie zauważył i zrozumiał moje zmieszanie, bo mówił: "Arcybiskup mówił mi, że powracasz do Ameryki, aby pracować wśród Polaków. Pamiętaj, aby nauka twoja "wzmacniała, smakowała i leczyła", jak mówi św. Augustyn." Dosłownie: "L'Arcivescovo mi dice che tu debbi tornare in America per lavorare fra i Polacchi. Ricordi ti duuque, che le tue prediche debbano invigotare, gustare i medicare, come dice San Agostino." Dziwnym trafem okoliczności, na drugi dzień 17 lipca, poszedłem pożegnać się z sekretarzem stanu, kardynałem Merry del Val, który zarazem był protektorem naszego zakonu, Braci Mniejszych Konwentualnych. Podałem Jego Eminencji małą podobiznę z prośbą o własnoręczny podpis. Rzucił na mnie okiem badawczem, i nakreślił takie zdanie: "Sit doctrina tua spiritualis medecina populo Dei." Czyli "Nauka twoja niech będzie duchownym lekarstwem dla ludu Bożego." — Przez wszystkie lata mego kapłaństwa powracałem tak do rady Ojca św., jako też do przestrogi Kardynała. Przypomiałem sobie jedno i drugie! Nie tylko w naukach głoszonych z ambony, lecz i w przemówieniach do radia, nigdy nie krępowałem się w głoszeniu prawd Bożych. Nigdy nie wyszukiwałem ani wyrazów wysokich, ani słów słodkich, ani frazesów dobieranych. Ludzkość kochałem i kocham, ale na wady, błędy i grzechy które dziś oblepiają człowieka, jak mak kluskę, wskazuję, wytykam i biję. Tym bardziej jeśli tyczy się to naszych Polaków i Polek, którzy do niedawna słynęli cnotami, na widok których zdumiewał się świat cały i wolał: "Bierzcie przykład z rycerskości i szlachetności Polaków i Polek!" — I tak do mowy, której tytuł jest jednowyrazowy:
DLACZEGO?
Przytaczam wyjątki z listu datowanego l0-go stycznia, br., przez pewnego A. S., ze Springfield, Mass. Wierzę, że list był pisany w dobrej wierze, przez człowieka, któty naprawdę szuka światła i mimo przyznania się do niedowiarstwa — niedowiarkiem nie jest, tylko nie praktykuje obowiązków wiary dla błahych i małoznaczących powodów, które on sam sobie zbudował w olbrzymie trudności. Proszę posłuchać: "Słuchając programów radiowych, nie odzywałem się z moimi poglądami, lecz mowa na ostatnim programie radiowym naruszyła mój honor, którego staram się bronić, przez napisanie załączonego listu! Słyszałem wyrażenie, że tylko tym ludziom bez wiary się powodzi, którzy niegodziwymi uczynkami i oszustwem dorobili się! Myślę, że było za wiele przesady w tym wyrażeniu, ponieważ znam sporą ilość ludzi niewierzących, lecz prowadzących swe życie bardzo cnotliwie! Mówiąc o sobie muszę się przyznać, że też jestem niedowiarkiem. W młodym wieku wierzyłem, lecz w starszym uczęszczając do szkół, zacząłem na świat patrzeć inaczej. Z rozumowań tych wysnułem zdanie, że człowiek chcąc być człowiekiem, obowiązany jest czynić tylko to co honoru jego nie splami, bez względu na religię. Pomimo mego zapatrywania, nie naśmiewam się z religii, nie bluźnię i nie staram się wpajać w innych tego w co sam wierze, ale ubolewam z niefortunnymi, którzy skazani są na tym świecie na cierpienia, które ich powinny ominąć, kiedy weźmiemy pod uwagę ich religijne i zacne życie. I wtenczas to nasuwa mi się pytanie — dlaczego ten miłosierny Bóg może patrzeć i pozwolić na te cierpienia ludzkie? Mój rozum wskazuje, iż każdy ojciec kochając dziecko swoje, pomaga mu, a nie popycha go w otchłań nędzy. wtenczas ojca tego nazwalibyśmy wyrzutkiem społeczeństwa! Może i ja byłbym religijnym, lecz do tej pory nikt nie chciał zadać sobie tyle trudu, aby wyjaśnić niektóre niezrozumiałe dla mnie prawdy i nauki religijne! Co zaś tyczy się duchowieństwa, ileż to urągań płynie z ambony? Czyż daje nam się często słyszeć, ażeby nauczyciele nauki Chrystusa współczuli z tym biednym narodem? Och, jak miło byłoby człowiekowi, ażeby z ust księży naszych wychodziły nie słowa postrachu, lecz słowa nauczające, słowa które by wpajały w młodzież naszą i w cały naród naukę: "Kochaj bliźniego jak siebie samego" — "Nie czyń drugiemu co tobie niemiłe" itp.! — Wtenczas na pewno byłbym pierwszym do zapisania się w te szeregi! Dzieje się zaś przeciwnie. Każdy tylko dba o siebie i o dobre czasy! Kończę moje wynurzania, bo i tak spodziewam się, że list ten powędruje do kosza, lecz prosiłbym bardzo o odpowiedź na następujące pytanie. P. S. Pomimo wszystko, lubię mowy słuchać na programach niedzielnych, ponieważ nauki są mądre i porządne, dla niektórych może nawet potrzebne!"
Tyle co do listu.
Ponieważ pytań jest aż siedem, a na każde zamierzam odpowiedzieć nieco obszerniej, czas mi nie pozwoli, przynajmniej obawiam się, że nie będę w stanie pokryć je wszystkie na dzisiejszym programie. Uważam jednak, że czas będzie wykorzystany odpowiednio i rzuci światło prawdziwe na pewne zarzuty. Pod blaskiem wytłumaczenia i prawdy znikną pewne trudności. Najpierw więc naznaczam, że wiara jest aktem nie tylko rozumu, ale również i wolnej woli i serca! Bóg nie zmusza żadnego człowieka do wierzenia. Bóg jednak udziela każdemu człowiekowi łaski odpowiednie do wierzenia; od człowieka jednak zależy te łaski przyjąć lub je odrzucić. Tu przypominam, że Pan Bóg w szczególniejszy sposób "łaskę swą pokornym daje, a pysznym się sprzeciwia!" Mimo licznych i głośnych zaprzeczeń trzy są główne przyczyny utraty wiary. Pierwsza z nich, to oziębłość i niedbałość. Aby zatrzymać lokomotywę, nie potrzeba nagle zarzucić hamulce: wystarczy nie dosypywać węgla, i nie dolewać wody; aby zatrzymać samochód, nie potrzeba wysadzić motor w powietrze, wystarczy zaniedbać dolać do zbiornika gazoliny! Najlepszy chirurg straci spryt i biegłość w przeprowadzeniu operacji, jeśli zaprzestanie operować przez kilka miesięcy! Najsławniejszy organista lub pianista zatraci sztukę grania, jeśli nie będzie bezustannie praktykował. To samo dzieje się z tymi, którzy wiarę stracili. Nie stało się to od razu! Najpierw zaniedbał pacierzy rannych i wieczornych; potem w piątki postu nie zachował; potem w niedzielę Msze św. opuścił; potem od Spowiedzi św. stronił. W końcu wczytał się w gazety bezbożne, książki przewrotne i pogańskie! "Teraz widzę, że wszystko co mię spotkało, łącznie z osłabieniem wiary, to wszystko wyczytałem w dziennikach i różnych piśmidłach" -stwierdzał Francuz, skazany na gilotynę. Zaniedbywanie obowiązków praktycznego katolika powoli i stopniowo prowadzi do utraty wiary.
Drugi powód jest niemądre i zarozumiałe pojecie własnych sił i zdolności! Pewna cześć takich pyszałków zalicza się dziś do jakichś postępowców — uczonych i mądrych! Ci mędrkowie twierdzą, że oni i oni tylko mają patenty do nauki, wiedzy i mądrości, nie tylko narodowych lecz międzynarodowych! Tacy, mimo niedowiarstwa osobistego, stają się wszechmądrym teologami i biegłymi w zakonie! Dziś mamy ogromną siłę teologów! Krawiec, szewc, rzeźnik, doktor, adwokat, dziennikarz, krzyczy że Boga nie ma. Wiara dobra dla ludu lecz nie potrzebna arystokracji, Kościół jest zacofany itp. Ludzie słuchają, podziwiają i wiarę tracą.
Trzeci powód, dziś bodaj najczęstszy i najogólniejszy, to zepsute i zgangrenowane serce. Innymi słowy, rozpasane i rozhasane obyczaje. Łatwiej jest w czasach naszych złamać przykazania Boże i kościelne — aniżeli do nich zastosować życie codzienne! Ilu traci wiarę, ponieważ ta wiara nie pozwala na rozwody, na śluby cywilne, na sztuczną kontrolę urodzin, lub na mordowanie dzieci nieurodzonych? Ile traci wiarę z powodu, że Kościół zakazuje oszukaństwa, zdzierstwa, kradzieży, zabobonów? Ilu porzuca Boga, bo ten Bóg stoi przed nim we dnie i w nocy i ognistym palcem wskazuje na szóste przykazanie dekalogu: "Nie cudzołóż!" Na dziewiąte: "Nie pożądaj żony bliźniego twego!"
W mowie z 9-go stycznia, pomiędzy innymi mówiłem tak: "Zresztą ci bez wiary, jeśli mają tak wiele tych darów materialnych, skąd je wzięli i jak się ich dorobili? Z pewnością i ty wiesz tak dobrze jak wiem i ja! Czy sumiennością, sprawiedliwością i ciężka pracą? Czy może tak zwanym sprytem, co w gwarze amerykańskiej nie oznacza nic innego jak oszukaństwo, chciwość, wyzysk, niesprawiedliwość i pogwałcenie wszelkich praw Bożych i naturalnych! I to wszystko czelnie i zuchwale praktykowane na biednych, na wdowach i sierotkach!" I przy tym moim twierdzeniu, może poniekąd szorstkiem, stoję uparcie i hardo! Z tego nie wycofuję ani słowa. Fakty, zimne i gołe fakty stwierdzają prawdę mego wypowiedzenia się. Weź magnatów stali, złota, blachy, srebra, miedzi, węgla, koksu; właścicieli fabryk okrętów, samochodów, samolotów, składów łańcuchowych, banków, i innych goliatów biznesowych, i wytłumacz mi w jaki sposób dorobili się milionowych majątków, które nieraz lokują poza granicą lub wywożą do innych krajów! Zapytaj się pracowników i robotnic. Niech ci odpowiedzą kalecy i chorzy. Niech ci wytłumaczą wdowy i sierotki. W odpowiedzi ujrzysz krwawy pot — zobaczysz krwawe łzy — usłyszysz gorzkie narzekania i pomstowania. Co później? Nic innego jak to co pisał św. Jakub: "Sąd bez miłosierdzia temu, który miłosierdzia nie uczynił!" — Przyznaję jak najchętniej, że są wśród niewierzących tacy, którzy "mogą z dumą powiedzieć, że nie splamili sumienia swego żadnym oszustwem i że wspomagali biedniejszych od siebie!" — Zaznaczam, że właśnie dlatego Opatrzność sprawiedliwie wynagradza im te dobre uczynki, tu na ziemi za życia, aby po śmierci nie mieli powodu domagania się nagrody wiekuistej. Wtenczas na wszystkie ich argumenty usłyszą wyrok Boski: "Wspomnijcie, moi synowie, żeście odebrali dobra za żywota waszego, a Łazarze także złe; teraz oni mają pociechę, a wy? cierpicie męki!"
Jeszcze z własnego doświadczenia dodaję kilka zdarzeń. Przed kilku laty wysilałem się, aby przekonać, bardzo uczciwego i młodego Polaka, aby zaczął praktykować swą wiarę. Odpowiedział mi szczerze: "Ojcze, ja nie jestem praktykującym z powodu biznesu. Z małymi wyjątkami, cały mój interes zależy od poparcia niekatolików i członków tajemnych stowarzyszeń. Gdyby się dowiedzieli, żem katolik, zrujnowaliby mnie!" Na szczęście, nawrócił się na kilka miesięcy przed śmiercią! Drugi nie mniej otwarcie tak się wypowiedział: "Straciłem wiarę na uniwersytecie. Od lat wszyscy moi krewni, znajomi i przyjaciele wiedzą, że nie mam wiary. Zresztą mój sposób życia nie zgadza się z przepisami wiary. Żona moja wzięła rozwód, ja się ożeniłem poza kościołem! Nie mogę być katolikiem!" Trzeci całą winę swego niedowiarstwa składał na odpowiedzialność swego ojca: "Mój ojciec nie wierzył, dlaczego mam ja wierzyć? Jemu wiara nie była potrzebna, czemu ja nie mogę sobie dać rady bez wiary?" Nawiasem mówiąc, tak świadczył młody bandyta, skazany na długoletnie więzienie za handlowanie narkotykami. Jego ojciec zaś porzucił rodzinę i wyjechał do innego miasta.
Aby honoru czyli godności człowieczej nie splamić, nie wystarczy tylko dobrze czynić drugim; najpierw trzeba uznać swoją zależność od Boga, ponieważ od Boga pochodzimy, w Bogu żyjemy i do Boga zdążamy! Człowiek honorowy tylko wtenczas poznaje i ocenia swą godność, kiedy uznaje, że jest dziełem rąk Bożych, że posiada duszę, która jest cząstką Boga nieśmiertelnego - że po tym życiu jest i wieczność, w której Bóg wymierzy sprawiedliwą karę lub nagrodę; że ma sumienie którego trzeba słuchać w zakazach i nakazach. To wszystko stanowi religię. A więc człowiek honorowy tylko wtenczas poznaje swą godność, kiedy wierzy. Od wiary zależy życie szczęśliwe lub nieszczęśliwe człowieka, życie rodzinne, życie społeczne, polityczne i narodowe! Dlatego taki senator Porro wołał: "Moim życzeniem najgorętszem jest, aby ojczyzna nasza uznała wiarę, tę wiarę, która sama tylko zapewnić jej może pokój, wzmocnić i dodać sił do walki z tymi, którzy na dobro publiczne się sprzysięgli, którzy chcą zniszczyć i zburzyć wszelkie szlachetne porywy jednostek i podkopać naszą wielkość." Dlatego dziś, kiedy nad światem gromadzą się chmury czarne wojny, rewolucji, niepokoju i przewrotu, ludzie rozumni i roztropni, pragnąc zażegnać burze tuż nad naszymi głowami wiszącą, radzą nam sprowadzić Chrystusa do dusz, domów, szkół, fabryk i biur naszego kraju! — Honor nigdy nie może zastąpić i faktycznie nigdy nie zastąpi religii! Bo ludzie nie zgadzają się na znaczenie honoru. To, co jeden uważa za honor, drugi uważa za słabość, za poniżenie, za brak charakteru, za podłość! Dajmy na to, ja uważam sobie za honor że jestem wierzącym; ty to uważasz za nieszczerość, za udawanie; inny znów uważa to za przyzwyczajenie i tak bez końca! Ja uważam, że ten człowiek jest honorowy, który żyje wstrzemięźliwie i sprawiedliwie. Świat zaś twierdzi, że ten jest honorowy, który bez wzglądu na środki, wybija się na czoło społeczeństwa. Poczucie honoru może w ostateczności wstrzymać człowieka od wybryków publicznych i otwartych, nigdy go jednak nie wstrzyma od wykroczeń potajemnych i prywatnych.
Znam ja pewnego patriotę, który usprawiedliwiał się przede mną mówiąc: "Proszę księdza dobrodzieja, ja jestem honorowym człowiekiem!" — A więc jeśli nazywasz się honorowym, czemu żonę i dzieci porzuciłeś w innym mieście, zostawiając ich bez chleba i dachu? czemu ślubowałeś z drugą i żyjesz z nią na wiarę?" — "Proszę księdza dobrodzieja, trzeba się ratować przed opinią publiczną i w oczach ludzi!" — Śliczny to, nieprawda, wprost cudowny ten jakiś honor ludzki, który można wyciągnąć i przypasować nie tylko do skrzypiec i wioli — lecz nawet do barbarzyńskiej gitary hawajskiej! — Ja uważam sobie za honor, że jestem Franciszkaninem, ubogim jak mysz kościelna; drugi drwi sobie ze mnie, wyzywając mnie od powroźnika, że jestem darmozjadem, naciągaczem, nic nie wartym. — Widzisz co za mniemanie ludzie mają o honorze! — Opatrzność Boska pamięta o każdym człowieku i troszczy się o niego. Przecież tak nauczał nas sam Chrystus Pan, kiedy mówił: "wejrzyjcie na ptaki niebieskie, iż nie sieją, ani żną, ani zbierają do gumien; a Ojciec wasz niebieski żywi je. Azażcie wy nie daleko ważniejsi niż oni?" i "azali dwóch wróbli za pieniądz nie sprzedają; a jeden z nieba nie upadnie na ziemię bez ojca waszego. A wasze włosy wszystkie na głowie są policzone." Pan Bóg nie chce złego, jedynie zezwala na to, dopuszcza złego, chociażby naturalnie mógł wstrzymać, lub przeszkodzić. Pamiętać zawsze powinniśmy, że człowiek posiada dwa dary nieocenione: rozum i wolną wolę. Rozum służyć powinien do rozpoznania dobrego od złego. Wola zaś, aby nakłaniała człowieka do wybrania dobrego, a do odrzucenia złego! Bóg nie zmusza. Zostawia wolny wybór. Od tego wyboru zależy los człowieka. Tu i tam. Za życia i za grobem! Nie powinniśmy się spodziewać ani zawieszenia prawa naturalnego, ani innego cudownego działania ze strony Stwórcy. Masz bowiem rozum, posiadasz wolę i dostajesz łaskę wystarczającą! W końcu, często i to bardzo często zło i nieszczęście obraca na dobro! Przez nie bowiem przebijają się cnoty, wzmnaga się zasługa ludzi i przejawia się chwała Boża. Naprawdę, że "nieograniczone są sądy Boże i niedościgłe drogi Jego. Bo któż poznał umysł Pański, albo kto był radcą Jego."
Teraz do pierwszego pytania: "Dlaczego Bóg stwarzając Adama i Ewę, a także Aniołów, wiedząc, że zgrzeszą, pozwolił im na ten grzech, kiedy mógł to wszystko stworzyć inaczej, jako wszechmocny?"
Nie tylko Bóg Ojciec mógł to wszystko inaczej stworzyć, lecz też mógł przeszkodzić zgrzeszeniu tak Adamowi, jak i Ewie, właśnie dlatego, że jest wszechmocny. Czy Bóg przewidział, że te stworzenia zgrzeszą? Bez wątpienia! Bo Bóg jako wszechwiedzący wie co ludzie w ciągu czasu zrobią! Czy może Bóg chciał, aby pierwsi rodzice i Aniołowie zgrzeszyli? Sama myśl sprzeciwia się świętości Boga. Dlaczego więc Bóg w swej mądrości zezwolił na grzech pierworodny i na grzech Aniołów? Jedynie dlatego, że tak pierwszych naszych rodziców, jako też Aniołów obdarzył wolnością. A więc tak Adam i Ewa, jako też Aniołowie mogli lub nie, czyli jeśli chcieli lub nie chcieli zachować prawa im nakreślone. Od tego zachowania lub złamania wyłącznie zależała zasługa i nagroda, albo też kara!
Mam przykład praktyczny: Pewien człowiek tu w Buffalo miał dwoje dzieci, córkę i syna. Strzegł ich jako oka w głowie. Starał się o ich wychowanie. Dał im wszystko, co tylko ojciec dobry i troskliwy dać może dzieciom. Kiedy dzieci powróciły do domu po kończonych studiach, syn adwokat i córka aptekarka, ojciec zawołał ich do ofisu i tak im powiedział: "Dzieci, co mogłem dla was uczyniłem! Wiecie, że mam spory majątek i dobry interes. Wiecie też, że do grobu ze sobą tego nie zabiorę. Jeśli poprowadzicie się uczciwie, zostawię wam wszystko. Jeśli nie, wydziedziczę was. Od was i od życia waszego zależy czy dostanie się wam mająteczek!" — Niespełna rok po tej rozmowie, adwokacik rozpoczął pić, gemblować i na koniki zakłady kłaść! Córka też wybrała sobie jakiegoś rozwodnika i bez żadnej ceremonii rozpoczęła z nim życie "na knebel"! — Ojciec zmartwiony wykreślił ich nazwiska z testamentu i zabronił tak nieposłusznemu synowi, jak krnąbrnej córce, wstępu do domu. Dziś syn błąka się po Stanach Zjednoczonych, z piętnem pijaństwa i gemblerstwa; córka zaś złamana na duchu i ciele jest poniewierana przez dawniejszego ulubieńca i wybranka serca! Pytam się: Kto tu zawinił? Ojciec czy dzieci? Ten ojciec który tyle serca okazał, i tyle starań położył wokoło syna i córki? Ten ojciec, który pod warunkiem obiecał im podzielić i oddać majątek, nagromadzony po długoletniej pracy i mozołach? Czy też dzieci naiwne i łatwowierne, które mimo ojcowskiej przestrogi, wolały usłuchać głosu obcych, podstępnych, zazdrosnych i ma się rozumieć przewrotnych? — Prawda, Bóg mógłby stworzyć tak ludzi jak aniołów, bez mocy zgrzeszenia. Wtenczas z konieczności i musowo musieliby być dobrymi i cnotliwymi. Nie mogliby sobie jednak na nic zarobić, nic sobie wysłużyć, ani pochwały ani nagrody. Byliby tylko robotami — automatami — niewolnikami! Ojciec rodziny, zimny i surowy, który tylko na mocy rózgi i bata szuka czci i szacunku i miłości dzieci, raczej te dzieci od siebie odpycha, aniżeli przyciąga; dzieci od takiego ojca nie tylko stronią, lecz od niego uciekają i przed nim się kryją. Co zaś za obraz miły i serdeczny przedstawia nam rodzina, w której dzieci rozumiejąc co dla nich ojciec uczynił, dobrowolnie idą do ojca i okazują mu wdzięczność, szacunek i miłość! Czy przed oczami naszymi nie przesuwa się ten sam obrazek, kiedy widzimy ludzi Boga miłujących — modlących się i poszczących — chodzących do kościoła, którzy by mogli inaczej postępować i zachować się? Słowem ludzi, którzy dobrowolnie zachowują przykazania Boże i kościelne, kiedy by mogli je łamać i miażdżyć? — Tak! Pan Bóg, w swej wszechmocy - mógłby stworzyć inaczej świat — ludzi i aniołów, uważał jednak znów w swej nieskończonej mądrości najlepszym i najdoskonalszym stworzyć tak tak jak stworzył, obdarzając tak Aniołów jak ludzi wolną wolą, którą mogą sobie wysłużyć nagrodę lub karę, według których znów jaśnieje cały szereg zalet Boskich, szczególnie miłosierdzie i sprawiedliwość Boża! Nie dziw więc, że powiada nam Pismo św., iż po stworzeniu świata całego: "widział Bóg wszystkie rzeczy, które był uczynił; i były bardzo dobre!"
W przyszłą niedzielę, ciąg dalszy odpowiedzi na pytania ze Springfield, Mass.
W pierwszych dniach lipca 1911 roku, ukończyłem egzaminy w Rzymie. Kilka dni potem, dostałem depeszę kablogramową od zacnego, dziś już świętej pamięci, a ówczesnego prowincjała Przewielebnego O. Jacka Fudzińskiego, z rozkazem, abym zaraz powracał do Ameryki! Mówiąc prawdę, rozkaz przełożonego ucieszył mnie niemało. Mijało bowiem już prawie pięć lat, i to takich długich, chudych lat studenckich, kiedym wyjechał z Ameryki, opuszczając rodziców i rodzeństwo, aby dokończyć nauki, daleko od swoich, na obcej ziemi i wśród innonarodowego otoczenia. Ponieważ przez pewien czas pełniłem obowiązki lokaja, czyli służącego dla naszego arcybiskupa Jaquet, prosiłem go, abym, przed wyjazdem, mógł mieć prywatną audjencję, czyli posłuchanie u Ojca św. Piusa X. I tak 16 lipca 1911 r. wieczorem o godzinie pół do siódmej znalazłem się w Watykanie, w pokojach papieskich. Przy biurku siedział świątobliwy Ojciec św. Miał na sobie zwyczajną białą sutannę. Obok niego leżała wielka tabakierka. W ręku trzymał pióro. Kiedy klęknąłem przed Nim, spojrzał na mnie dobrotliwie i uśmiechnął się. Mnie opanowało jakieś dziwne wzruszenie — zaniemówiłem. W krtani utkwiła mi jakaś kluska, w oczach łzy stanęły. Klęczałem przecież przed Namiestnikiem Chrystusa — przed następcą Klucznika nieba, przed głową widzialną Kościoła Chrystusowego. Ojciec św. widocznie zauważył i zrozumiał moje zmieszanie, bo mówił: "Arcybiskup mówił mi, że powracasz do Ameryki, aby pracować wśród Polaków. Pamiętaj, aby nauka twoja "wzmacniała, smakowała i leczyła", jak mówi św. Augustyn." Dosłownie: "L'Arcivescovo mi dice che tu debbi tornare in America per lavorare fra i Polacchi. Ricordi ti duuque, che le tue prediche debbano invigotare, gustare i medicare, come dice San Agostino." Dziwnym trafem okoliczności, na drugi dzień 17 lipca, poszedłem pożegnać się z sekretarzem stanu, kardynałem Merry del Val, który zarazem był protektorem naszego zakonu, Braci Mniejszych Konwentualnych. Podałem Jego Eminencji małą podobiznę z prośbą o własnoręczny podpis. Rzucił na mnie okiem badawczem, i nakreślił takie zdanie: "Sit doctrina tua spiritualis medecina populo Dei." Czyli "Nauka twoja niech będzie duchownym lekarstwem dla ludu Bożego." — Przez wszystkie lata mego kapłaństwa powracałem tak do rady Ojca św., jako też do przestrogi Kardynała. Przypomiałem sobie jedno i drugie! Nie tylko w naukach głoszonych z ambony, lecz i w przemówieniach do radia, nigdy nie krępowałem się w głoszeniu prawd Bożych. Nigdy nie wyszukiwałem ani wyrazów wysokich, ani słów słodkich, ani frazesów dobieranych. Ludzkość kochałem i kocham, ale na wady, błędy i grzechy które dziś oblepiają człowieka, jak mak kluskę, wskazuję, wytykam i biję. Tym bardziej jeśli tyczy się to naszych Polaków i Polek, którzy do niedawna słynęli cnotami, na widok których zdumiewał się świat cały i wolał: "Bierzcie przykład z rycerskości i szlachetności Polaków i Polek!" — I tak do mowy, której tytuł jest jednowyrazowy:
DLACZEGO?
Przytaczam wyjątki z listu datowanego l0-go stycznia, br., przez pewnego A. S., ze Springfield, Mass. Wierzę, że list był pisany w dobrej wierze, przez człowieka, któty naprawdę szuka światła i mimo przyznania się do niedowiarstwa — niedowiarkiem nie jest, tylko nie praktykuje obowiązków wiary dla błahych i małoznaczących powodów, które on sam sobie zbudował w olbrzymie trudności. Proszę posłuchać: "Słuchając programów radiowych, nie odzywałem się z moimi poglądami, lecz mowa na ostatnim programie radiowym naruszyła mój honor, którego staram się bronić, przez napisanie załączonego listu! Słyszałem wyrażenie, że tylko tym ludziom bez wiary się powodzi, którzy niegodziwymi uczynkami i oszustwem dorobili się! Myślę, że było za wiele przesady w tym wyrażeniu, ponieważ znam sporą ilość ludzi niewierzących, lecz prowadzących swe życie bardzo cnotliwie! Mówiąc o sobie muszę się przyznać, że też jestem niedowiarkiem. W młodym wieku wierzyłem, lecz w starszym uczęszczając do szkół, zacząłem na świat patrzeć inaczej. Z rozumowań tych wysnułem zdanie, że człowiek chcąc być człowiekiem, obowiązany jest czynić tylko to co honoru jego nie splami, bez względu na religię. Pomimo mego zapatrywania, nie naśmiewam się z religii, nie bluźnię i nie staram się wpajać w innych tego w co sam wierze, ale ubolewam z niefortunnymi, którzy skazani są na tym świecie na cierpienia, które ich powinny ominąć, kiedy weźmiemy pod uwagę ich religijne i zacne życie. I wtenczas to nasuwa mi się pytanie — dlaczego ten miłosierny Bóg może patrzeć i pozwolić na te cierpienia ludzkie? Mój rozum wskazuje, iż każdy ojciec kochając dziecko swoje, pomaga mu, a nie popycha go w otchłań nędzy. wtenczas ojca tego nazwalibyśmy wyrzutkiem społeczeństwa! Może i ja byłbym religijnym, lecz do tej pory nikt nie chciał zadać sobie tyle trudu, aby wyjaśnić niektóre niezrozumiałe dla mnie prawdy i nauki religijne! Co zaś tyczy się duchowieństwa, ileż to urągań płynie z ambony? Czyż daje nam się często słyszeć, ażeby nauczyciele nauki Chrystusa współczuli z tym biednym narodem? Och, jak miło byłoby człowiekowi, ażeby z ust księży naszych wychodziły nie słowa postrachu, lecz słowa nauczające, słowa które by wpajały w młodzież naszą i w cały naród naukę: "Kochaj bliźniego jak siebie samego" — "Nie czyń drugiemu co tobie niemiłe" itp.! — Wtenczas na pewno byłbym pierwszym do zapisania się w te szeregi! Dzieje się zaś przeciwnie. Każdy tylko dba o siebie i o dobre czasy! Kończę moje wynurzania, bo i tak spodziewam się, że list ten powędruje do kosza, lecz prosiłbym bardzo o odpowiedź na następujące pytanie. P. S. Pomimo wszystko, lubię mowy słuchać na programach niedzielnych, ponieważ nauki są mądre i porządne, dla niektórych może nawet potrzebne!"
Tyle co do listu.
Ponieważ pytań jest aż siedem, a na każde zamierzam odpowiedzieć nieco obszerniej, czas mi nie pozwoli, przynajmniej obawiam się, że nie będę w stanie pokryć je wszystkie na dzisiejszym programie. Uważam jednak, że czas będzie wykorzystany odpowiednio i rzuci światło prawdziwe na pewne zarzuty. Pod blaskiem wytłumaczenia i prawdy znikną pewne trudności. Najpierw więc naznaczam, że wiara jest aktem nie tylko rozumu, ale również i wolnej woli i serca! Bóg nie zmusza żadnego człowieka do wierzenia. Bóg jednak udziela każdemu człowiekowi łaski odpowiednie do wierzenia; od człowieka jednak zależy te łaski przyjąć lub je odrzucić. Tu przypominam, że Pan Bóg w szczególniejszy sposób "łaskę swą pokornym daje, a pysznym się sprzeciwia!" Mimo licznych i głośnych zaprzeczeń trzy są główne przyczyny utraty wiary. Pierwsza z nich, to oziębłość i niedbałość. Aby zatrzymać lokomotywę, nie potrzeba nagle zarzucić hamulce: wystarczy nie dosypywać węgla, i nie dolewać wody; aby zatrzymać samochód, nie potrzeba wysadzić motor w powietrze, wystarczy zaniedbać dolać do zbiornika gazoliny! Najlepszy chirurg straci spryt i biegłość w przeprowadzeniu operacji, jeśli zaprzestanie operować przez kilka miesięcy! Najsławniejszy organista lub pianista zatraci sztukę grania, jeśli nie będzie bezustannie praktykował. To samo dzieje się z tymi, którzy wiarę stracili. Nie stało się to od razu! Najpierw zaniedbał pacierzy rannych i wieczornych; potem w piątki postu nie zachował; potem w niedzielę Msze św. opuścił; potem od Spowiedzi św. stronił. W końcu wczytał się w gazety bezbożne, książki przewrotne i pogańskie! "Teraz widzę, że wszystko co mię spotkało, łącznie z osłabieniem wiary, to wszystko wyczytałem w dziennikach i różnych piśmidłach" -stwierdzał Francuz, skazany na gilotynę. Zaniedbywanie obowiązków praktycznego katolika powoli i stopniowo prowadzi do utraty wiary.
Drugi powód jest niemądre i zarozumiałe pojecie własnych sił i zdolności! Pewna cześć takich pyszałków zalicza się dziś do jakichś postępowców — uczonych i mądrych! Ci mędrkowie twierdzą, że oni i oni tylko mają patenty do nauki, wiedzy i mądrości, nie tylko narodowych lecz międzynarodowych! Tacy, mimo niedowiarstwa osobistego, stają się wszechmądrym teologami i biegłymi w zakonie! Dziś mamy ogromną siłę teologów! Krawiec, szewc, rzeźnik, doktor, adwokat, dziennikarz, krzyczy że Boga nie ma. Wiara dobra dla ludu lecz nie potrzebna arystokracji, Kościół jest zacofany itp. Ludzie słuchają, podziwiają i wiarę tracą.
Trzeci powód, dziś bodaj najczęstszy i najogólniejszy, to zepsute i zgangrenowane serce. Innymi słowy, rozpasane i rozhasane obyczaje. Łatwiej jest w czasach naszych złamać przykazania Boże i kościelne — aniżeli do nich zastosować życie codzienne! Ilu traci wiarę, ponieważ ta wiara nie pozwala na rozwody, na śluby cywilne, na sztuczną kontrolę urodzin, lub na mordowanie dzieci nieurodzonych? Ile traci wiarę z powodu, że Kościół zakazuje oszukaństwa, zdzierstwa, kradzieży, zabobonów? Ilu porzuca Boga, bo ten Bóg stoi przed nim we dnie i w nocy i ognistym palcem wskazuje na szóste przykazanie dekalogu: "Nie cudzołóż!" Na dziewiąte: "Nie pożądaj żony bliźniego twego!"
W mowie z 9-go stycznia, pomiędzy innymi mówiłem tak: "Zresztą ci bez wiary, jeśli mają tak wiele tych darów materialnych, skąd je wzięli i jak się ich dorobili? Z pewnością i ty wiesz tak dobrze jak wiem i ja! Czy sumiennością, sprawiedliwością i ciężka pracą? Czy może tak zwanym sprytem, co w gwarze amerykańskiej nie oznacza nic innego jak oszukaństwo, chciwość, wyzysk, niesprawiedliwość i pogwałcenie wszelkich praw Bożych i naturalnych! I to wszystko czelnie i zuchwale praktykowane na biednych, na wdowach i sierotkach!" I przy tym moim twierdzeniu, może poniekąd szorstkiem, stoję uparcie i hardo! Z tego nie wycofuję ani słowa. Fakty, zimne i gołe fakty stwierdzają prawdę mego wypowiedzenia się. Weź magnatów stali, złota, blachy, srebra, miedzi, węgla, koksu; właścicieli fabryk okrętów, samochodów, samolotów, składów łańcuchowych, banków, i innych goliatów biznesowych, i wytłumacz mi w jaki sposób dorobili się milionowych majątków, które nieraz lokują poza granicą lub wywożą do innych krajów! Zapytaj się pracowników i robotnic. Niech ci odpowiedzą kalecy i chorzy. Niech ci wytłumaczą wdowy i sierotki. W odpowiedzi ujrzysz krwawy pot — zobaczysz krwawe łzy — usłyszysz gorzkie narzekania i pomstowania. Co później? Nic innego jak to co pisał św. Jakub: "Sąd bez miłosierdzia temu, który miłosierdzia nie uczynił!" — Przyznaję jak najchętniej, że są wśród niewierzących tacy, którzy "mogą z dumą powiedzieć, że nie splamili sumienia swego żadnym oszustwem i że wspomagali biedniejszych od siebie!" — Zaznaczam, że właśnie dlatego Opatrzność sprawiedliwie wynagradza im te dobre uczynki, tu na ziemi za życia, aby po śmierci nie mieli powodu domagania się nagrody wiekuistej. Wtenczas na wszystkie ich argumenty usłyszą wyrok Boski: "Wspomnijcie, moi synowie, żeście odebrali dobra za żywota waszego, a Łazarze także złe; teraz oni mają pociechę, a wy? cierpicie męki!"
Jeszcze z własnego doświadczenia dodaję kilka zdarzeń. Przed kilku laty wysilałem się, aby przekonać, bardzo uczciwego i młodego Polaka, aby zaczął praktykować swą wiarę. Odpowiedział mi szczerze: "Ojcze, ja nie jestem praktykującym z powodu biznesu. Z małymi wyjątkami, cały mój interes zależy od poparcia niekatolików i członków tajemnych stowarzyszeń. Gdyby się dowiedzieli, żem katolik, zrujnowaliby mnie!" Na szczęście, nawrócił się na kilka miesięcy przed śmiercią! Drugi nie mniej otwarcie tak się wypowiedział: "Straciłem wiarę na uniwersytecie. Od lat wszyscy moi krewni, znajomi i przyjaciele wiedzą, że nie mam wiary. Zresztą mój sposób życia nie zgadza się z przepisami wiary. Żona moja wzięła rozwód, ja się ożeniłem poza kościołem! Nie mogę być katolikiem!" Trzeci całą winę swego niedowiarstwa składał na odpowiedzialność swego ojca: "Mój ojciec nie wierzył, dlaczego mam ja wierzyć? Jemu wiara nie była potrzebna, czemu ja nie mogę sobie dać rady bez wiary?" Nawiasem mówiąc, tak świadczył młody bandyta, skazany na długoletnie więzienie za handlowanie narkotykami. Jego ojciec zaś porzucił rodzinę i wyjechał do innego miasta.
Aby honoru czyli godności człowieczej nie splamić, nie wystarczy tylko dobrze czynić drugim; najpierw trzeba uznać swoją zależność od Boga, ponieważ od Boga pochodzimy, w Bogu żyjemy i do Boga zdążamy! Człowiek honorowy tylko wtenczas poznaje i ocenia swą godność, kiedy uznaje, że jest dziełem rąk Bożych, że posiada duszę, która jest cząstką Boga nieśmiertelnego - że po tym życiu jest i wieczność, w której Bóg wymierzy sprawiedliwą karę lub nagrodę; że ma sumienie którego trzeba słuchać w zakazach i nakazach. To wszystko stanowi religię. A więc człowiek honorowy tylko wtenczas poznaje swą godność, kiedy wierzy. Od wiary zależy życie szczęśliwe lub nieszczęśliwe człowieka, życie rodzinne, życie społeczne, polityczne i narodowe! Dlatego taki senator Porro wołał: "Moim życzeniem najgorętszem jest, aby ojczyzna nasza uznała wiarę, tę wiarę, która sama tylko zapewnić jej może pokój, wzmocnić i dodać sił do walki z tymi, którzy na dobro publiczne się sprzysięgli, którzy chcą zniszczyć i zburzyć wszelkie szlachetne porywy jednostek i podkopać naszą wielkość." Dlatego dziś, kiedy nad światem gromadzą się chmury czarne wojny, rewolucji, niepokoju i przewrotu, ludzie rozumni i roztropni, pragnąc zażegnać burze tuż nad naszymi głowami wiszącą, radzą nam sprowadzić Chrystusa do dusz, domów, szkół, fabryk i biur naszego kraju! — Honor nigdy nie może zastąpić i faktycznie nigdy nie zastąpi religii! Bo ludzie nie zgadzają się na znaczenie honoru. To, co jeden uważa za honor, drugi uważa za słabość, za poniżenie, za brak charakteru, za podłość! Dajmy na to, ja uważam sobie za honor że jestem wierzącym; ty to uważasz za nieszczerość, za udawanie; inny znów uważa to za przyzwyczajenie i tak bez końca! Ja uważam, że ten człowiek jest honorowy, który żyje wstrzemięźliwie i sprawiedliwie. Świat zaś twierdzi, że ten jest honorowy, który bez wzglądu na środki, wybija się na czoło społeczeństwa. Poczucie honoru może w ostateczności wstrzymać człowieka od wybryków publicznych i otwartych, nigdy go jednak nie wstrzyma od wykroczeń potajemnych i prywatnych.
Znam ja pewnego patriotę, który usprawiedliwiał się przede mną mówiąc: "Proszę księdza dobrodzieja, ja jestem honorowym człowiekiem!" — A więc jeśli nazywasz się honorowym, czemu żonę i dzieci porzuciłeś w innym mieście, zostawiając ich bez chleba i dachu? czemu ślubowałeś z drugą i żyjesz z nią na wiarę?" — "Proszę księdza dobrodzieja, trzeba się ratować przed opinią publiczną i w oczach ludzi!" — Śliczny to, nieprawda, wprost cudowny ten jakiś honor ludzki, który można wyciągnąć i przypasować nie tylko do skrzypiec i wioli — lecz nawet do barbarzyńskiej gitary hawajskiej! — Ja uważam sobie za honor, że jestem Franciszkaninem, ubogim jak mysz kościelna; drugi drwi sobie ze mnie, wyzywając mnie od powroźnika, że jestem darmozjadem, naciągaczem, nic nie wartym. — Widzisz co za mniemanie ludzie mają o honorze! — Opatrzność Boska pamięta o każdym człowieku i troszczy się o niego. Przecież tak nauczał nas sam Chrystus Pan, kiedy mówił: "wejrzyjcie na ptaki niebieskie, iż nie sieją, ani żną, ani zbierają do gumien; a Ojciec wasz niebieski żywi je. Azażcie wy nie daleko ważniejsi niż oni?" i "azali dwóch wróbli za pieniądz nie sprzedają; a jeden z nieba nie upadnie na ziemię bez ojca waszego. A wasze włosy wszystkie na głowie są policzone." Pan Bóg nie chce złego, jedynie zezwala na to, dopuszcza złego, chociażby naturalnie mógł wstrzymać, lub przeszkodzić. Pamiętać zawsze powinniśmy, że człowiek posiada dwa dary nieocenione: rozum i wolną wolę. Rozum służyć powinien do rozpoznania dobrego od złego. Wola zaś, aby nakłaniała człowieka do wybrania dobrego, a do odrzucenia złego! Bóg nie zmusza. Zostawia wolny wybór. Od tego wyboru zależy los człowieka. Tu i tam. Za życia i za grobem! Nie powinniśmy się spodziewać ani zawieszenia prawa naturalnego, ani innego cudownego działania ze strony Stwórcy. Masz bowiem rozum, posiadasz wolę i dostajesz łaskę wystarczającą! W końcu, często i to bardzo często zło i nieszczęście obraca na dobro! Przez nie bowiem przebijają się cnoty, wzmnaga się zasługa ludzi i przejawia się chwała Boża. Naprawdę, że "nieograniczone są sądy Boże i niedościgłe drogi Jego. Bo któż poznał umysł Pański, albo kto był radcą Jego."
Teraz do pierwszego pytania: "Dlaczego Bóg stwarzając Adama i Ewę, a także Aniołów, wiedząc, że zgrzeszą, pozwolił im na ten grzech, kiedy mógł to wszystko stworzyć inaczej, jako wszechmocny?"
Nie tylko Bóg Ojciec mógł to wszystko inaczej stworzyć, lecz też mógł przeszkodzić zgrzeszeniu tak Adamowi, jak i Ewie, właśnie dlatego, że jest wszechmocny. Czy Bóg przewidział, że te stworzenia zgrzeszą? Bez wątpienia! Bo Bóg jako wszechwiedzący wie co ludzie w ciągu czasu zrobią! Czy może Bóg chciał, aby pierwsi rodzice i Aniołowie zgrzeszyli? Sama myśl sprzeciwia się świętości Boga. Dlaczego więc Bóg w swej mądrości zezwolił na grzech pierworodny i na grzech Aniołów? Jedynie dlatego, że tak pierwszych naszych rodziców, jako też Aniołów obdarzył wolnością. A więc tak Adam i Ewa, jako też Aniołowie mogli lub nie, czyli jeśli chcieli lub nie chcieli zachować prawa im nakreślone. Od tego zachowania lub złamania wyłącznie zależała zasługa i nagroda, albo też kara!
Mam przykład praktyczny: Pewien człowiek tu w Buffalo miał dwoje dzieci, córkę i syna. Strzegł ich jako oka w głowie. Starał się o ich wychowanie. Dał im wszystko, co tylko ojciec dobry i troskliwy dać może dzieciom. Kiedy dzieci powróciły do domu po kończonych studiach, syn adwokat i córka aptekarka, ojciec zawołał ich do ofisu i tak im powiedział: "Dzieci, co mogłem dla was uczyniłem! Wiecie, że mam spory majątek i dobry interes. Wiecie też, że do grobu ze sobą tego nie zabiorę. Jeśli poprowadzicie się uczciwie, zostawię wam wszystko. Jeśli nie, wydziedziczę was. Od was i od życia waszego zależy czy dostanie się wam mająteczek!" — Niespełna rok po tej rozmowie, adwokacik rozpoczął pić, gemblować i na koniki zakłady kłaść! Córka też wybrała sobie jakiegoś rozwodnika i bez żadnej ceremonii rozpoczęła z nim życie "na knebel"! — Ojciec zmartwiony wykreślił ich nazwiska z testamentu i zabronił tak nieposłusznemu synowi, jak krnąbrnej córce, wstępu do domu. Dziś syn błąka się po Stanach Zjednoczonych, z piętnem pijaństwa i gemblerstwa; córka zaś złamana na duchu i ciele jest poniewierana przez dawniejszego ulubieńca i wybranka serca! Pytam się: Kto tu zawinił? Ojciec czy dzieci? Ten ojciec który tyle serca okazał, i tyle starań położył wokoło syna i córki? Ten ojciec, który pod warunkiem obiecał im podzielić i oddać majątek, nagromadzony po długoletniej pracy i mozołach? Czy też dzieci naiwne i łatwowierne, które mimo ojcowskiej przestrogi, wolały usłuchać głosu obcych, podstępnych, zazdrosnych i ma się rozumieć przewrotnych? — Prawda, Bóg mógłby stworzyć tak ludzi jak aniołów, bez mocy zgrzeszenia. Wtenczas z konieczności i musowo musieliby być dobrymi i cnotliwymi. Nie mogliby sobie jednak na nic zarobić, nic sobie wysłużyć, ani pochwały ani nagrody. Byliby tylko robotami — automatami — niewolnikami! Ojciec rodziny, zimny i surowy, który tylko na mocy rózgi i bata szuka czci i szacunku i miłości dzieci, raczej te dzieci od siebie odpycha, aniżeli przyciąga; dzieci od takiego ojca nie tylko stronią, lecz od niego uciekają i przed nim się kryją. Co zaś za obraz miły i serdeczny przedstawia nam rodzina, w której dzieci rozumiejąc co dla nich ojciec uczynił, dobrowolnie idą do ojca i okazują mu wdzięczność, szacunek i miłość! Czy przed oczami naszymi nie przesuwa się ten sam obrazek, kiedy widzimy ludzi Boga miłujących — modlących się i poszczących — chodzących do kościoła, którzy by mogli inaczej postępować i zachować się? Słowem ludzi, którzy dobrowolnie zachowują przykazania Boże i kościelne, kiedy by mogli je łamać i miażdżyć? — Tak! Pan Bóg, w swej wszechmocy - mógłby stworzyć inaczej świat — ludzi i aniołów, uważał jednak znów w swej nieskończonej mądrości najlepszym i najdoskonalszym stworzyć tak tak jak stworzył, obdarzając tak Aniołów jak ludzi wolną wolą, którą mogą sobie wysłużyć nagrodę lub karę, według których znów jaśnieje cały szereg zalet Boskich, szczególnie miłosierdzie i sprawiedliwość Boża! Nie dziw więc, że powiada nam Pismo św., iż po stworzeniu świata całego: "widział Bóg wszystkie rzeczy, które był uczynił; i były bardzo dobre!"
W przyszłą niedzielę, ciąg dalszy odpowiedzi na pytania ze Springfield, Mass.
CO SIĘ STAŁO Z DOMEM I RODZINĄ? - pogadanka o. Justyna z 20.02.1938 r.
Witam Was zacni Rodacy i miłe Rodaczki słowami: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Dosyć często spotykam ludzi, którzy na świat obecny patrzą przez czarne okulary. Nie widzą odrobiny dobrego w nikim i w niczym. Rzucają kamienie potępienia na wszystkich i we wszystko. Robią porównania pomiędzy czasami ich dzieciństwa i młodości, a czasami obecnymi i zawsze kończą żałosnym twierdzeniem: wtenczas było lepiej. Ludzie nie byli tak zepsuci i świat nie był tak przewrotny! Słuchając takich wywodów, zawsze się nie tylko niecierpliwię, ale obruszam się i poniekąd oburzam! Czemu? Z tego jasnego powodu, że zło, występek i grzech zawsze były z ludźmi. Świat zawsze miał pewien procent zepsucia i złego; przewrotnych i występnych nigdy nie brakowało. Nie ma jednego wieku w historii świata i ludzkości, który by nie miał cechy sobie właściwego, chociaż przejściowego, zła i zbrodni. Prawda, zbrodnie czasów kiedyśmy spędzali lata dziecinne w spokojnych progach rodzicielskich bez troski i zmartwień, w przeciągu czasu straciły swą straszność i ohydę. W owych czasach też nie rozpisywano o przestępkach tak szczegółowo jak dziś. Nie było tej łatwości w komunikacji. Zanim doszła wiadomość o jakiej zbrodni, wzięło to nie tylko dni, lecz tygodnie i miesiące! Radio było nieznane! Dziś zaś, w kilku minutach po wypadku, ludzie w najdalszym zakątku świata dowiadują się o najdrobniejszych szczegółach zdarzenia! Zresztą człowiek z wiekiem dojrzewa i innym okiem patrzy na świat i ludzi, aniżeli patrzał w młodości. Nasi pradziadkowie wmawiali w naszych dziadków, że kiedyś było lepiej na świecie. Nasi dziadkowie powtarzali naszym ojcom, że w ich czasach byli lepsi ludzie na świecie! Nasi ojcowie powtarzali nam, że w ich czasach świat był lepszy. To samo powtarzać będzie kiedyś obecne pokolenie swoim dzieciom, i ta sama historia powtórzy się z pokolenia na pokolenie do końca świata. Mimo podobnych i bezustannych oraz bezpodstawnych narzekań, oś ziemi ani się nie załamie ani się nie zarwie. Ziemia dalej obracać się będzie i ludzie jakoś żyć będą. Na świecie pozostaną obojętni, dobrzy i źli! Fale złego raz się zmniejszą, drugi raz się powiększą; dziś się śmielej i z większym odgłosem pokażą, jutro jakby ze wstydu gdzieś się ukryją lub utkną. To samo dzieje się w czasach naszych, które są więcej iteresujace, aniżeli czasy naszych praojców. Czegóż bowiem widzimy? Zmiany nagle, nieprzewidziane, zdumiewające na całym świecie. Upadają państwa stare i starożytne; powstają nowe, już dawno zapomniane; zmieniają się rządy, poglądy, sposoby i formy życia. Nowy ład i porządki w życiu społecznym; nowe systemy w przemyśle i handlu. Nowe zasady i nowe zapatrywania na polach nauki i wiedzy. Wśród tego wszystkiego fale złego się podnoszą i sięgają punktu niebezpiecznego, grożącego coraz to wiekszym zalaniem i większą szkodą. W obecnych czasach mamy widoczny przypływ złego. Nie powinniśmy jednak ani rąk bezczynnie załamywać, ani za gorzko narzekać, ale spotkać nieprzyjaciela oko w oko i wziąć się z nim za bary. Nie wołać: dziś jest gorzej, jutro jeszcze gorzej, ale mówić z ufnością, chociaż dziś nie jest jak być powinno, jutro będzie lepiej, pojutrze jeszcze lepiej. I oto tytuł dzisiejszej mowy:
CO SIĘ STAŁO Z DOMEM I RODZINĄ?
Przy końcu stycznia, roku bieżącego, czytaliście w dziennikach i słyszeliście z rozgłośni radiowych szczegółowe opisy o zarwaniu i zawaleniu się mostu stalowego nad wąwozem wodospadu Niagary. Mimo że w tym miejscu wąwóz jest około dwieście stóp głęboki, olbrzymie kry lodu tak szalenie parły o fundamenty mostu, że je zmiażdżyły. Skutkiem tego, załamał się łuk stalowy, wynoszący około tysiąc dwieście stóp długości, i pociągając za sobą tysiące ton stali i żelaza, z ogromnym hukiem i trzaskiem, jakby przy eksplozji lub kanonadzie ciężkich kolubryn, runął w przepaść gardlanej czeluści Niagary. Most ów znany był nie tylko milionom Amerykanów, lecz i tysiącom Europejczyków. Niezliczone młode pary przybywały tu, aby spędzić swoje miodowe miesiące. Most pobudowany był przed trzydziestu dziewięcioma latami. Przetrzymał zmiany powietrza; widział wylewy, był świadkiem rozmaitych zdarzeń, szczególnie licznych samobójstw. Patrzał na szczątki zbitych, zmiażdżonych, porozrywanych ciał ludzkich. Wreszcie, sam padł pod parciem małych lodowców! Stal i żelazo, albo raczej dumny i silny olbrzym stalowy, legł, rozbity na kawały! Te same kry lodowe, ze spodu ciągnięte mocnym prądem, z wierzchu pchane silnym wiatrem, złowrogo i stale sunęły dalej wąwozem, który czternaście mil poniżej ma ujście do jeziora Ontario. W drodze zabierały letniska i domki rybackie, pobudowane z obu stron Ameryki i Kanady. Powierzchnia lodowata posuwała się jak kat, podcinając kołki, filarki i cementowe słupki, na których spoczywały i opierały się domki nadbrzeżne. Na lodach widać było cale ściany, podłogi i schody. Tu leżał piec, tam stół, tu szafa, tam łóżko lub tapczan, biurka, krzesła i sprzęty kuchenne. Nie wesoły to widok. Pozostały ślady domków nic więcej. Reszta padła ofiarą — kier lodowych! Kompanie kolejowe wykorzystały to nieszczęście ludzkie, i w niedzielę po tej katastrofie urządziły tanie wycieczki dla ciekawych. Blisko sto tysięcy ludzi zjechało się do miasteczka Niagara Falls, aby przyjrzeć się spustoszeniu, wyrządzonemu przez siły natury, biednym i to przez harde żywioły ukrzywdzonym ludziom! Ogrom zniszczenia przerażał widzów! Obrazek naprawdę był imponujący, godny pędzla najsławniejszego artysty. Olbrzymie góry kier lodowych, niektóre z nich do trzydzieści stóp wysokości, z nieprzerwanym trzaskiem i hałasem, które ponurem echem odbijały się o sterczące ściany przepaści, posuwały się leniwi, ale stale do jeziora Ontario. Na swym zimnym i twardym grzbiecie unosiły kawałki żelaza, sztaby stali, i połamane resztki domów; domów, które dotychczas służyły ludziom na schronienie, za obronę przeciw żywiołom natury! W kilku momentach, ludzie stracili nie tylko swe oszczędności, ale wszystkie posiadłości. Zostali bez dachu nad głową!
To samo, tylko że na większą skalę, zrobił ostatni ćwierć wieku z naszymi domami i z naszymi rodzinami. Fale dwudziestu pięciu lat wżarły się pod fundamenta naszych domów, wżarły się w podwaliny naszych rodzin, wywróciły zasady chrześcijańskiego pożycia; pozrywały te serdeczne łańcuchy jedności i porozumienia pomiędzy małżonkami; pomiędzy rodzicami a dziećmi i pomiędzy rodzeństwem! Jeśli bałwany zburzonych czasów jeszcze dotychczas nie zburzyły do szczętu domów i rodzin, to przynajmniej ogołociły nie tylko ściany ale serca i dusze z dawniejszych ciepłych i jasnych promieni ludzkiej serdeczności! Dziś dom jest wszystkim, ale nie jest domem.
A rodzina? Jest tylko związkiem istot samolubnych, szukających wszelkiej swobody i nieograniczonego używania, istot bez poczucia ofiarności i poświęcenia dla dobra rodziny. Prawda, te domy i te rodziny przechodziły dziwne i nagłe zmiany. Zmiany, o których naszym dziadom i pradziadom nawet śnić się nie mogło! Zmiany nie tylko materialne, lecz nawet umysłowe. Na pierwszem miejscu te domki i te rodziny zalał potop ludzkiej krwi w czasie wojny światowej! Tu też szła fala nienawiści, zemsty, wzgardy i bezlitości! Człowiek stał się człowiekowi zwierzęciem okrutnym, drapieżnym i krwiożerczym, wojna zabierała w swe szeregi nie tylko młodzież w wieku poborowym, ale odrywała bezlitośnie męża od żony i dzieci; brała też starców i dzieci nieletnie. To wszystko w imię cywilizacji
i jakiegoś nierozumnego arcypatriotyzmu, pod hasłem obrony świata od przyszłych wojen! Kto na tym ucierpiał najwięcej? Dom i rodzina! Stosunki domowe się zmieniły, związki rodzinne się rozluźniły. Krew ludzka, ciała na kawałki rozszarpane, życie w transzach zmieniło poglądy męża, ojca i syna na cel życia ludzkiego. Zapanowało hasło: jedzmy i pijmy, bawmy się i weselmy dziś — bo jutro niepewne. Nikt nie wie co nam przyniesie! Z takim usposobieniem powracali do domów wojujący, tak starsi jak i młodsi. I tu zastali dziwną zmianę. W ich nieobecności kobiety, żony, matki i córki zmuszone były do wykonywania robót męskicb po fabrykach, w warsztatach, na kolejach i ulicach. To wcale nie pomogło do zachowania cech kobiecych. Zaczęły się plątać i gmatwać dotychczasowe pojęcia o życiu ludzkim i o stosunkach domowych, o węzłach małżeńskich i o związkach rodzinnych. W tropach wojny, tu do nas zawitała musowa i prawami rządowymi zaostrzona prohibicja! Ta, tak w niebiosy wychwalana prohibicja, która na papierze zakazywała wszystkiego, w rzeczywistości pozwalała na wszystko. Prohibicja zaś sprowadziła na nasz kraj krocie nowych zbrodni, właściwych tylko rodzicielce prohibicji. Pomnożyła pijaństwa. Prywatne i ukryte zapijanie się przyszło w modę. Ten i ta byli uważani za "smart", "up-to-date", "modern" i "sophisticated", którzy sprytnie umieli prawo obejść i złamać! To nauczyło ludzi lekceważenia wszelkich praw ludzkich i wszystkich przykazań Bożych! Z tego narodziły się butlegerstwo — przekupstwo — szpiegostwo — liczne rakieterstwa! Tu zapuściło korzenie, szeroko i głęboko prawdziwe do szaleństwa i na zabój -— pijaństwo! Każdy dom stał się browarnią — gorzelnią — winiarnią! Ojcowie rodzin spędzali całe godziny w piwnicach swych domów, pilnie bacząc i pilnując maszynek pędzących "księżycówkę" rozmaitych kolorów, smaków i zapachów! Próbowali i smakowali, kiedy wytwór ciepłymi kroplami padał do garnka. Jedni oślepli, drudzy dostawali pomieszania zmysłów. Nie mało też zeszło z tego świata. Ci, co pozostali, stracili hart ciała i duszy! Zmienili się! Matki w kuchniach gotowały piwo. Kisiło to się i fermentowało na strychach! Matki stały się smakoszami prohibicyjnego piwka. Wraz z mężami i ojcami siadywały przy stole i popijały sobie, aż do nudności, też wyroby domowej marki. Dzieci nie chciały pozostać w tyle. Po drewnikach wyrabiały wina! Zapraszały znajomych i przy muzyce urządzano sobie prywatne zabawy i dziś tak modne "parties".
Taki stan rzeczy panował od roku 1920 do 1933! Trzynaście lat, to długi czas. Czego człowiek nie nauczy się w trzynastu latach? To wszystko zaś zamienia się w zwyczaj, w nałóg, i staje się nieomal drugą — naturą! Właśnie, szczególnie w tych trzynastu latach, urodziły się nowe zwyczaje, obyczaje, zapatrywania. Jak odmienne od dawniejszych! Kto ośmielił się sprzeciwić, kto odważył się nie iść z prądem, był piętnowany wyrazem "oldfashioned", "krajusem", "green-hornem" i "dinkiem"! Każdy i każda, wszyscy tytułowali się: "up-todate" i "modern"! Krótko: "we moderns!" Niestety, i tu jeszcze nie koniec!
Nad rokiem 1929 zaczęła zawisać najpierw maleńka chmurka. Z początku mało kto na nią zwracał uwagi, chociaż wszystkim znane jest przysłowie, że "z małej chmury, wielki deszcz"! — Chmurka zamieniła się w ogromna chmurę. Zalała cały nasz kraj bezrobociem. Nastały dni ciężkie, niepewne. Zapanowały ciemności grube, kryjące przed ludźmi dzień jutrzejszy. Ludzie tracili robotę, gubili pieniądze, upadali na zdrowiu, wyzbywali się życia! Ci, którzy zawsze żyli tylko z ręki do gęby, pierwsi padli pod ciosami bezrobocia! Ci, którzy oszczędnie żyli, odkładając grosz po groszu, aby zapewnić sobie beztroskliwą starość, smutnie patrzyli, jak ich oszczędności ulegały zamrożeniu, potem całkowitej likwidacji. Byli i tacy, którym domki zabrano, i bez ceremoni i wzęlędów na publiczne chodniki powyrzucano! Ludzie chodzili jak trupy! Bez sił, bez otuchy, bez nadziei. Zamyśleni, posępni, zachmurzeni, gniewliwi, zapamiętali, zemstliwi. Jaki wpływ wywarło to wszystko na domy i na rodziny nasze? Czy to zacisnęło, czy też rozluźniło związki tak małżeńskie, jak też rodzinne? Chyba tylko ślepiec nie widzi!
Te trzy czynniki ponad wszystko: wojna światowa, prohibicja i depresja, nie tylko nadwyrężyły, ale wprost, i powiedzmy sobie śmiało i szczerze, podmyły i rozprzęły stosunki domowe, związki małżeńskie i rodzinne! Niemało dopomogły kina, złe gazety, wyuzdane pisma i kształcenie bez religii! Dziś mamy tylko ślady domów. Pozostały cienie rodzin! Nie wierzycie? Posłuchajcie co przed kilkoma laty pisał jakiś uczony obconarodowiec i niekatolik: "W Ameryce nie ma więcej ani domu ani prawdziwej rodziny! Przebywają w teatrach i klubach. Jedzą w restauracjach i hotelach. Mieszkają w apartanentach. Na starość idą do przytułków. Tam lub w szpitu umierają. Po śmierci spoczywają w zakładach pogrzebowych. Stąd bywają wywożeni na cmentarze i chowani na koszt publiczny!" To nie tyle śmieszne, ile bolesne!
Dawniej, i do niedawna temu, inaczej było! Myśmy inne mieli pojęcie o domu. Dom był dla nas gniazdkiem — ośrodkiem radości i wesela, kącikiem odpoczynku i schroniskiem przed burzami świata! Prawda, domki te, to nie dzisiejsze pałacyki, na zewnątrz okazale; na wewnątrz urządzone z przesadą, z najnowszemi wygodami! Domek nasz był mały i skromny. Żołniersko czysty i żołniersko surowy. W tych zimnych jednak ścianach panował duch spokoju, życzliwości, zgody i wzajemnej miłości. Tam biły serca żywe, ogrzane ciepłotą współczucia — współpracy i wzajemnej pomocy. Wśród niewygody i niedostatków, było przyjemnie, miło i wesoło. Może to dlatego, że wchodząc lub wychodząc, maczaliśmy końce palców w kropielniczce, mówiąc: Niech będzie pochwalony i zostańcie z Bogiem! Witano nas też słowem boskim: Na wieki wieków, a żegnano: Idź z Bogiem! Może też dlatego, że ze ściany mizernej kuchenki patrztł na nas miłosiernie Chrystus litościwy, a ze ściany sypialni rzucał na nas okiem opiekuńczem obrazowy Anioł Stróż — nasza Matka niebieska — nasz św. Stanisław Kostka lub święta Jadwiga! Może dlatego, że nasz ojciec i matka nie wstydzili się przyklęknąć razem z nami do pacierza, a mieszając swe głosy dojrzałe i surowe z piskliwemi głosikami dzieci, odmawiali głośno: Ojcze Nasz, Zdrowaś Mario, Wierzę w Boga i Aniele Stróżu mój! Może dlatego, że nasi rodzice razem z nami regularnie chodzili do kościoła i często wraz z nami przystępowali do Sakramentów św.! Może dlatego, że w czasie Postu Wielkiego nasz ojciec dwa lub trzy razy w tygodniu uczył nas Gorzkich Żali, a w okresie Bożego Narodzenia brał do ręki kantyczkę i śpiewaliśmy nasze kolędy polskie! Albo ja sam wiem dlaczego? Wiem tylko, że jakiś inny, milszy, weselszy, rzewniejszy duch panował w naszych domach. Kiedy ojciec powrócił z roboty, wszyscy razem siadali do stołu, najpierw kładąc na siebie znak krzyża św.: rodzice opowiadali sobie zdarzenia dnia, dzieci zaś świergotały o lekcjach i szkole. Po skończonej kolacji starsze dzieci, chłopcy i dziewczęta myły statki. Potem, latem w pole, zimą do gazety i książki. Rodzice regularnie wysłuchiwali nas lekcji. To tak regularnie i pilnie, jakby było wymagane przez jedenaste przykazanie Boże! W niedziele po sumie, cała rodzina razem, ojciec, matka i dzieci szli w odwiedziny, albo też w domu czekano na gości. Niedziela była dniem świętym, oraz dniem wypoczynku i niewinnej a wesołej zabawy. I to nie był tryb życia gdzieś tam w starej Europie, ale tu w Ameryce, po miasiach i miasteczkach; po wioskach i rozmaitych "patchach". I Bogu dzięki, mimo niedostatków i niewygód, nikt z głodu nie umarł, ani też z zimna nie zginął. A wierzajcie mi, że rodziny były liczne, a zarobki szczupłe! Wtenczas ojcowie byli ojcami, a matki były matkami! Domek rodzinny był, mimo prostoty i biedoty, nie tylko skromnym kościółkiem, ale wspaniałą bazyliką i cudowną katedrą ludzkości. W progach tych domków gnieździły się cnoty, które zmniejszały ciężary — koiły bóle — uciszały burze — osładzały smutki i tej codziennej szarzyźnie życia nadawały ton wesoły i radosny!
Widocznie, że jakimś mocom niewidzialnym, zawsze zazdrosnym, nie podobał się taki porządek rzeczy! W dom i w rodzinę uderzyły trzy gromy — wojna światowa, prohibicja i depresja! Te trzy gromy rozbiły dom i zburzyły rodzinę, ponieważ zmieniły zapatrywania ludzkie, na Boga, na człowieka i na cel życia ludzkiego. Po tych katedrach i bazylikach pozostały gruzy i popioły. "A jeśli rzeczecie: czemuż nam uczynił Pan Bóg nasz to wszystko? rzecze do nich: jakoście mię opuścili, a służyliście bogu cudzemu w ziemi waszej, tak będziecie cudzym bogom służyć w ziemi nie waszej! Słuchaj, ludu głupi, który nie masz serca; którzy mając oczy nie widzicie, i uszy a nie słyszycie; a więc się mnie bać nie będziecie, mówi Pan, a przed obliczem moim nie będziecie żałować? lecz ludu tego stało się serce niewierne i drażniące, odstąpili i odeszli. Przeto mówi Pan zastępów, Bóg Izraelski: oto Ja nakarmię lud ten piołunem i napoję wodą żółci. Bo weszła śmierć okny naszemi, weszła do domów naszych, aby wytraciła dzieci z ulic, a młodzieńce z rynków. Przeto mówi Pan zastępów: oto ja nawiedzę je; młodzieńcy pomrą od miecza, synowie ich i córki ich pomrą od głodu!" — Czy może słowa Boże, podane nam przez usta Jeremiasza, nie możemy zastosować do domów dzisiejszych i do rodzin nowoczesnych? Otóż do domu po nużącej pracy powraca mąż. Naprawdę, że wygląda on jakby piołunem się karmił i żółcią się poił! Wchodzi do domu jak ta czarna chmura, która wróży burze, pioruny i błyskawice! W progu ani Boga nie pochwali, ani się nie uśmiechnie, tak jakby śmiech wesoły i dobre słówko były grzechem śmiertelnym, a on zawsze unika. Po domu stąpa jak ten lew biblijny gotów każdego ugryźć i pożreć. To mu źle, to mu niedobrze. Za zimne, to znów za gorące; to albo niedosolone albo niesmaczne. Mruczy sobie pod nosem, krytykuje, odgraża się, kapelusz na główę i pędzi do tawerny, aby tam spędzać wieczory, uleczając wszystkich i zbawiając świat i podając rady drugim. Powraca do domu o północy!
Idzie syn. Na szczęście jeszcze pracuje. I on w progu zapomniał pochwalić Boga; rzuca matce "halo ma", czy "supper ready", i nawet czapki nie zdejmuje, tylko siada do stołu. Je tak pospiesznie, jakby to była już jego ostatnia kolacja. Nie ma czasu się przeżegnać. On spieszy do klubu. Przychodzi córeczka. Patrzy na mamusię z taką wykrzywioną gębą, jakby ją zęby trzonowe bolały, i rzuca taki rozkaz: "Hurry up ma — muszę się spieszyć, bo mam dejta!" — I ona Pana Boga albo gdzieś w drodze zgubiła, albo przynajmniej za drzwiami zostawiła! Po kolacji zajmuje się toaletą. Smaruje się, pudruje — proszkuje -— różuje — poliszuje — olejuje — fryzuje — marceluje i jazda trzy lub cztery razy w tygodniu na zabawy i tańce. Powraca do domu nad rankiem, kiedy koguty pieją i słonko ma wschodzić! Matka patrzy i wzdycha. Myśli sobie, przecież i ja nie gorsza. Mniejsza o to, że w domu jest mały następca tronu. Tego "dziuniora" albo pakuje się do łóżka, albo zostawia pod okiem babci, albo otwarcie każe mu iść bawić się na ulicy! No, w końcu i matka wyjeżdża na card party, stork party, shower party, birthday party, i tylko anieli wiedzą gdzie i po co! W domach wieczorami ciemno, pusto i głucho, bo matka zanim drzwi zamknęła, nawet psa i kota z domu wyrzuciła! Lata temu cała rodzina wieczory zimowe spędzała przy świetle lampy naftowej. Jedni czytali gazety i książki polskie; siostry nasze wyszywały, heklowały, szydełkowały lub pod okiem matki uczyły się wypiekać chlebuszek, placki, ciastka, torty i pasztety! Nieraz śpiewano sobie nasze polskie piosenki!
Minęły i przepadły te czasy. Dziś każdy ucieka z domu jak od dżumy afrykańskiej lub febry panamskiej! Wszędzie dobrze, tylko w domu źle i niemiło i ciasno. Dziś też każdy syn i każda córka ma własny klucz do gniazdka rodzinnego, aby drugim nie przeszkadzać. Nikt nie wie, kiedy i o której godzinie drugi powraca! Zresztą, co to kogo obchodzi! Członkowie rodziny powracają z tych nocnych wycieczek cichaczem i tajemniczo, jak dezerterzy z armii! Kładą się na spoczynek bez pacierza, bez westchnienia do Boga, bez przeżegnania się. I tak z miesiąca na miesiąc, z roku na rok! Dom zamienił się w namiot cygański; rodzina przybrała cechy koczownicze; życie rodzinne zamieniło się w bytowanie restauracyjne, hotelowe, zimne, oschłe, nienaturalne! To się stało z domem i rodziną!
Ojcowie, matki i dzieci, od was wszystkich zależy odmiana i zmiana na lepsze! Uwzorujcie siebie na osobach Rodziny Świętej, a dom wasz na domku nazaretańskim, wtenczas na nowo zasłyną rodziny nasze; domy zaś nasze, jak dawniej, staną się kościołami — świątyniami — bazylikami!
Dosyć często spotykam ludzi, którzy na świat obecny patrzą przez czarne okulary. Nie widzą odrobiny dobrego w nikim i w niczym. Rzucają kamienie potępienia na wszystkich i we wszystko. Robią porównania pomiędzy czasami ich dzieciństwa i młodości, a czasami obecnymi i zawsze kończą żałosnym twierdzeniem: wtenczas było lepiej. Ludzie nie byli tak zepsuci i świat nie był tak przewrotny! Słuchając takich wywodów, zawsze się nie tylko niecierpliwię, ale obruszam się i poniekąd oburzam! Czemu? Z tego jasnego powodu, że zło, występek i grzech zawsze były z ludźmi. Świat zawsze miał pewien procent zepsucia i złego; przewrotnych i występnych nigdy nie brakowało. Nie ma jednego wieku w historii świata i ludzkości, który by nie miał cechy sobie właściwego, chociaż przejściowego, zła i zbrodni. Prawda, zbrodnie czasów kiedyśmy spędzali lata dziecinne w spokojnych progach rodzicielskich bez troski i zmartwień, w przeciągu czasu straciły swą straszność i ohydę. W owych czasach też nie rozpisywano o przestępkach tak szczegółowo jak dziś. Nie było tej łatwości w komunikacji. Zanim doszła wiadomość o jakiej zbrodni, wzięło to nie tylko dni, lecz tygodnie i miesiące! Radio było nieznane! Dziś zaś, w kilku minutach po wypadku, ludzie w najdalszym zakątku świata dowiadują się o najdrobniejszych szczegółach zdarzenia! Zresztą człowiek z wiekiem dojrzewa i innym okiem patrzy na świat i ludzi, aniżeli patrzał w młodości. Nasi pradziadkowie wmawiali w naszych dziadków, że kiedyś było lepiej na świecie. Nasi dziadkowie powtarzali naszym ojcom, że w ich czasach byli lepsi ludzie na świecie! Nasi ojcowie powtarzali nam, że w ich czasach świat był lepszy. To samo powtarzać będzie kiedyś obecne pokolenie swoim dzieciom, i ta sama historia powtórzy się z pokolenia na pokolenie do końca świata. Mimo podobnych i bezustannych oraz bezpodstawnych narzekań, oś ziemi ani się nie załamie ani się nie zarwie. Ziemia dalej obracać się będzie i ludzie jakoś żyć będą. Na świecie pozostaną obojętni, dobrzy i źli! Fale złego raz się zmniejszą, drugi raz się powiększą; dziś się śmielej i z większym odgłosem pokażą, jutro jakby ze wstydu gdzieś się ukryją lub utkną. To samo dzieje się w czasach naszych, które są więcej iteresujace, aniżeli czasy naszych praojców. Czegóż bowiem widzimy? Zmiany nagle, nieprzewidziane, zdumiewające na całym świecie. Upadają państwa stare i starożytne; powstają nowe, już dawno zapomniane; zmieniają się rządy, poglądy, sposoby i formy życia. Nowy ład i porządki w życiu społecznym; nowe systemy w przemyśle i handlu. Nowe zasady i nowe zapatrywania na polach nauki i wiedzy. Wśród tego wszystkiego fale złego się podnoszą i sięgają punktu niebezpiecznego, grożącego coraz to wiekszym zalaniem i większą szkodą. W obecnych czasach mamy widoczny przypływ złego. Nie powinniśmy jednak ani rąk bezczynnie załamywać, ani za gorzko narzekać, ale spotkać nieprzyjaciela oko w oko i wziąć się z nim za bary. Nie wołać: dziś jest gorzej, jutro jeszcze gorzej, ale mówić z ufnością, chociaż dziś nie jest jak być powinno, jutro będzie lepiej, pojutrze jeszcze lepiej. I oto tytuł dzisiejszej mowy:
CO SIĘ STAŁO Z DOMEM I RODZINĄ?
Przy końcu stycznia, roku bieżącego, czytaliście w dziennikach i słyszeliście z rozgłośni radiowych szczegółowe opisy o zarwaniu i zawaleniu się mostu stalowego nad wąwozem wodospadu Niagary. Mimo że w tym miejscu wąwóz jest około dwieście stóp głęboki, olbrzymie kry lodu tak szalenie parły o fundamenty mostu, że je zmiażdżyły. Skutkiem tego, załamał się łuk stalowy, wynoszący około tysiąc dwieście stóp długości, i pociągając za sobą tysiące ton stali i żelaza, z ogromnym hukiem i trzaskiem, jakby przy eksplozji lub kanonadzie ciężkich kolubryn, runął w przepaść gardlanej czeluści Niagary. Most ów znany był nie tylko milionom Amerykanów, lecz i tysiącom Europejczyków. Niezliczone młode pary przybywały tu, aby spędzić swoje miodowe miesiące. Most pobudowany był przed trzydziestu dziewięcioma latami. Przetrzymał zmiany powietrza; widział wylewy, był świadkiem rozmaitych zdarzeń, szczególnie licznych samobójstw. Patrzał na szczątki zbitych, zmiażdżonych, porozrywanych ciał ludzkich. Wreszcie, sam padł pod parciem małych lodowców! Stal i żelazo, albo raczej dumny i silny olbrzym stalowy, legł, rozbity na kawały! Te same kry lodowe, ze spodu ciągnięte mocnym prądem, z wierzchu pchane silnym wiatrem, złowrogo i stale sunęły dalej wąwozem, który czternaście mil poniżej ma ujście do jeziora Ontario. W drodze zabierały letniska i domki rybackie, pobudowane z obu stron Ameryki i Kanady. Powierzchnia lodowata posuwała się jak kat, podcinając kołki, filarki i cementowe słupki, na których spoczywały i opierały się domki nadbrzeżne. Na lodach widać było cale ściany, podłogi i schody. Tu leżał piec, tam stół, tu szafa, tam łóżko lub tapczan, biurka, krzesła i sprzęty kuchenne. Nie wesoły to widok. Pozostały ślady domków nic więcej. Reszta padła ofiarą — kier lodowych! Kompanie kolejowe wykorzystały to nieszczęście ludzkie, i w niedzielę po tej katastrofie urządziły tanie wycieczki dla ciekawych. Blisko sto tysięcy ludzi zjechało się do miasteczka Niagara Falls, aby przyjrzeć się spustoszeniu, wyrządzonemu przez siły natury, biednym i to przez harde żywioły ukrzywdzonym ludziom! Ogrom zniszczenia przerażał widzów! Obrazek naprawdę był imponujący, godny pędzla najsławniejszego artysty. Olbrzymie góry kier lodowych, niektóre z nich do trzydzieści stóp wysokości, z nieprzerwanym trzaskiem i hałasem, które ponurem echem odbijały się o sterczące ściany przepaści, posuwały się leniwi, ale stale do jeziora Ontario. Na swym zimnym i twardym grzbiecie unosiły kawałki żelaza, sztaby stali, i połamane resztki domów; domów, które dotychczas służyły ludziom na schronienie, za obronę przeciw żywiołom natury! W kilku momentach, ludzie stracili nie tylko swe oszczędności, ale wszystkie posiadłości. Zostali bez dachu nad głową!
To samo, tylko że na większą skalę, zrobił ostatni ćwierć wieku z naszymi domami i z naszymi rodzinami. Fale dwudziestu pięciu lat wżarły się pod fundamenta naszych domów, wżarły się w podwaliny naszych rodzin, wywróciły zasady chrześcijańskiego pożycia; pozrywały te serdeczne łańcuchy jedności i porozumienia pomiędzy małżonkami; pomiędzy rodzicami a dziećmi i pomiędzy rodzeństwem! Jeśli bałwany zburzonych czasów jeszcze dotychczas nie zburzyły do szczętu domów i rodzin, to przynajmniej ogołociły nie tylko ściany ale serca i dusze z dawniejszych ciepłych i jasnych promieni ludzkiej serdeczności! Dziś dom jest wszystkim, ale nie jest domem.
A rodzina? Jest tylko związkiem istot samolubnych, szukających wszelkiej swobody i nieograniczonego używania, istot bez poczucia ofiarności i poświęcenia dla dobra rodziny. Prawda, te domy i te rodziny przechodziły dziwne i nagłe zmiany. Zmiany, o których naszym dziadom i pradziadom nawet śnić się nie mogło! Zmiany nie tylko materialne, lecz nawet umysłowe. Na pierwszem miejscu te domki i te rodziny zalał potop ludzkiej krwi w czasie wojny światowej! Tu też szła fala nienawiści, zemsty, wzgardy i bezlitości! Człowiek stał się człowiekowi zwierzęciem okrutnym, drapieżnym i krwiożerczym, wojna zabierała w swe szeregi nie tylko młodzież w wieku poborowym, ale odrywała bezlitośnie męża od żony i dzieci; brała też starców i dzieci nieletnie. To wszystko w imię cywilizacji
i jakiegoś nierozumnego arcypatriotyzmu, pod hasłem obrony świata od przyszłych wojen! Kto na tym ucierpiał najwięcej? Dom i rodzina! Stosunki domowe się zmieniły, związki rodzinne się rozluźniły. Krew ludzka, ciała na kawałki rozszarpane, życie w transzach zmieniło poglądy męża, ojca i syna na cel życia ludzkiego. Zapanowało hasło: jedzmy i pijmy, bawmy się i weselmy dziś — bo jutro niepewne. Nikt nie wie co nam przyniesie! Z takim usposobieniem powracali do domów wojujący, tak starsi jak i młodsi. I tu zastali dziwną zmianę. W ich nieobecności kobiety, żony, matki i córki zmuszone były do wykonywania robót męskicb po fabrykach, w warsztatach, na kolejach i ulicach. To wcale nie pomogło do zachowania cech kobiecych. Zaczęły się plątać i gmatwać dotychczasowe pojęcia o życiu ludzkim i o stosunkach domowych, o węzłach małżeńskich i o związkach rodzinnych. W tropach wojny, tu do nas zawitała musowa i prawami rządowymi zaostrzona prohibicja! Ta, tak w niebiosy wychwalana prohibicja, która na papierze zakazywała wszystkiego, w rzeczywistości pozwalała na wszystko. Prohibicja zaś sprowadziła na nasz kraj krocie nowych zbrodni, właściwych tylko rodzicielce prohibicji. Pomnożyła pijaństwa. Prywatne i ukryte zapijanie się przyszło w modę. Ten i ta byli uważani za "smart", "up-to-date", "modern" i "sophisticated", którzy sprytnie umieli prawo obejść i złamać! To nauczyło ludzi lekceważenia wszelkich praw ludzkich i wszystkich przykazań Bożych! Z tego narodziły się butlegerstwo — przekupstwo — szpiegostwo — liczne rakieterstwa! Tu zapuściło korzenie, szeroko i głęboko prawdziwe do szaleństwa i na zabój -— pijaństwo! Każdy dom stał się browarnią — gorzelnią — winiarnią! Ojcowie rodzin spędzali całe godziny w piwnicach swych domów, pilnie bacząc i pilnując maszynek pędzących "księżycówkę" rozmaitych kolorów, smaków i zapachów! Próbowali i smakowali, kiedy wytwór ciepłymi kroplami padał do garnka. Jedni oślepli, drudzy dostawali pomieszania zmysłów. Nie mało też zeszło z tego świata. Ci, co pozostali, stracili hart ciała i duszy! Zmienili się! Matki w kuchniach gotowały piwo. Kisiło to się i fermentowało na strychach! Matki stały się smakoszami prohibicyjnego piwka. Wraz z mężami i ojcami siadywały przy stole i popijały sobie, aż do nudności, też wyroby domowej marki. Dzieci nie chciały pozostać w tyle. Po drewnikach wyrabiały wina! Zapraszały znajomych i przy muzyce urządzano sobie prywatne zabawy i dziś tak modne "parties".
Taki stan rzeczy panował od roku 1920 do 1933! Trzynaście lat, to długi czas. Czego człowiek nie nauczy się w trzynastu latach? To wszystko zaś zamienia się w zwyczaj, w nałóg, i staje się nieomal drugą — naturą! Właśnie, szczególnie w tych trzynastu latach, urodziły się nowe zwyczaje, obyczaje, zapatrywania. Jak odmienne od dawniejszych! Kto ośmielił się sprzeciwić, kto odważył się nie iść z prądem, był piętnowany wyrazem "oldfashioned", "krajusem", "green-hornem" i "dinkiem"! Każdy i każda, wszyscy tytułowali się: "up-todate" i "modern"! Krótko: "we moderns!" Niestety, i tu jeszcze nie koniec!
Nad rokiem 1929 zaczęła zawisać najpierw maleńka chmurka. Z początku mało kto na nią zwracał uwagi, chociaż wszystkim znane jest przysłowie, że "z małej chmury, wielki deszcz"! — Chmurka zamieniła się w ogromna chmurę. Zalała cały nasz kraj bezrobociem. Nastały dni ciężkie, niepewne. Zapanowały ciemności grube, kryjące przed ludźmi dzień jutrzejszy. Ludzie tracili robotę, gubili pieniądze, upadali na zdrowiu, wyzbywali się życia! Ci, którzy zawsze żyli tylko z ręki do gęby, pierwsi padli pod ciosami bezrobocia! Ci, którzy oszczędnie żyli, odkładając grosz po groszu, aby zapewnić sobie beztroskliwą starość, smutnie patrzyli, jak ich oszczędności ulegały zamrożeniu, potem całkowitej likwidacji. Byli i tacy, którym domki zabrano, i bez ceremoni i wzęlędów na publiczne chodniki powyrzucano! Ludzie chodzili jak trupy! Bez sił, bez otuchy, bez nadziei. Zamyśleni, posępni, zachmurzeni, gniewliwi, zapamiętali, zemstliwi. Jaki wpływ wywarło to wszystko na domy i na rodziny nasze? Czy to zacisnęło, czy też rozluźniło związki tak małżeńskie, jak też rodzinne? Chyba tylko ślepiec nie widzi!
Te trzy czynniki ponad wszystko: wojna światowa, prohibicja i depresja, nie tylko nadwyrężyły, ale wprost, i powiedzmy sobie śmiało i szczerze, podmyły i rozprzęły stosunki domowe, związki małżeńskie i rodzinne! Niemało dopomogły kina, złe gazety, wyuzdane pisma i kształcenie bez religii! Dziś mamy tylko ślady domów. Pozostały cienie rodzin! Nie wierzycie? Posłuchajcie co przed kilkoma laty pisał jakiś uczony obconarodowiec i niekatolik: "W Ameryce nie ma więcej ani domu ani prawdziwej rodziny! Przebywają w teatrach i klubach. Jedzą w restauracjach i hotelach. Mieszkają w apartanentach. Na starość idą do przytułków. Tam lub w szpitu umierają. Po śmierci spoczywają w zakładach pogrzebowych. Stąd bywają wywożeni na cmentarze i chowani na koszt publiczny!" To nie tyle śmieszne, ile bolesne!
Dawniej, i do niedawna temu, inaczej było! Myśmy inne mieli pojęcie o domu. Dom był dla nas gniazdkiem — ośrodkiem radości i wesela, kącikiem odpoczynku i schroniskiem przed burzami świata! Prawda, domki te, to nie dzisiejsze pałacyki, na zewnątrz okazale; na wewnątrz urządzone z przesadą, z najnowszemi wygodami! Domek nasz był mały i skromny. Żołniersko czysty i żołniersko surowy. W tych zimnych jednak ścianach panował duch spokoju, życzliwości, zgody i wzajemnej miłości. Tam biły serca żywe, ogrzane ciepłotą współczucia — współpracy i wzajemnej pomocy. Wśród niewygody i niedostatków, było przyjemnie, miło i wesoło. Może to dlatego, że wchodząc lub wychodząc, maczaliśmy końce palców w kropielniczce, mówiąc: Niech będzie pochwalony i zostańcie z Bogiem! Witano nas też słowem boskim: Na wieki wieków, a żegnano: Idź z Bogiem! Może też dlatego, że ze ściany mizernej kuchenki patrztł na nas miłosiernie Chrystus litościwy, a ze ściany sypialni rzucał na nas okiem opiekuńczem obrazowy Anioł Stróż — nasza Matka niebieska — nasz św. Stanisław Kostka lub święta Jadwiga! Może dlatego, że nasz ojciec i matka nie wstydzili się przyklęknąć razem z nami do pacierza, a mieszając swe głosy dojrzałe i surowe z piskliwemi głosikami dzieci, odmawiali głośno: Ojcze Nasz, Zdrowaś Mario, Wierzę w Boga i Aniele Stróżu mój! Może dlatego, że nasi rodzice razem z nami regularnie chodzili do kościoła i często wraz z nami przystępowali do Sakramentów św.! Może dlatego, że w czasie Postu Wielkiego nasz ojciec dwa lub trzy razy w tygodniu uczył nas Gorzkich Żali, a w okresie Bożego Narodzenia brał do ręki kantyczkę i śpiewaliśmy nasze kolędy polskie! Albo ja sam wiem dlaczego? Wiem tylko, że jakiś inny, milszy, weselszy, rzewniejszy duch panował w naszych domach. Kiedy ojciec powrócił z roboty, wszyscy razem siadali do stołu, najpierw kładąc na siebie znak krzyża św.: rodzice opowiadali sobie zdarzenia dnia, dzieci zaś świergotały o lekcjach i szkole. Po skończonej kolacji starsze dzieci, chłopcy i dziewczęta myły statki. Potem, latem w pole, zimą do gazety i książki. Rodzice regularnie wysłuchiwali nas lekcji. To tak regularnie i pilnie, jakby było wymagane przez jedenaste przykazanie Boże! W niedziele po sumie, cała rodzina razem, ojciec, matka i dzieci szli w odwiedziny, albo też w domu czekano na gości. Niedziela była dniem świętym, oraz dniem wypoczynku i niewinnej a wesołej zabawy. I to nie był tryb życia gdzieś tam w starej Europie, ale tu w Ameryce, po miasiach i miasteczkach; po wioskach i rozmaitych "patchach". I Bogu dzięki, mimo niedostatków i niewygód, nikt z głodu nie umarł, ani też z zimna nie zginął. A wierzajcie mi, że rodziny były liczne, a zarobki szczupłe! Wtenczas ojcowie byli ojcami, a matki były matkami! Domek rodzinny był, mimo prostoty i biedoty, nie tylko skromnym kościółkiem, ale wspaniałą bazyliką i cudowną katedrą ludzkości. W progach tych domków gnieździły się cnoty, które zmniejszały ciężary — koiły bóle — uciszały burze — osładzały smutki i tej codziennej szarzyźnie życia nadawały ton wesoły i radosny!
Widocznie, że jakimś mocom niewidzialnym, zawsze zazdrosnym, nie podobał się taki porządek rzeczy! W dom i w rodzinę uderzyły trzy gromy — wojna światowa, prohibicja i depresja! Te trzy gromy rozbiły dom i zburzyły rodzinę, ponieważ zmieniły zapatrywania ludzkie, na Boga, na człowieka i na cel życia ludzkiego. Po tych katedrach i bazylikach pozostały gruzy i popioły. "A jeśli rzeczecie: czemuż nam uczynił Pan Bóg nasz to wszystko? rzecze do nich: jakoście mię opuścili, a służyliście bogu cudzemu w ziemi waszej, tak będziecie cudzym bogom służyć w ziemi nie waszej! Słuchaj, ludu głupi, który nie masz serca; którzy mając oczy nie widzicie, i uszy a nie słyszycie; a więc się mnie bać nie będziecie, mówi Pan, a przed obliczem moim nie będziecie żałować? lecz ludu tego stało się serce niewierne i drażniące, odstąpili i odeszli. Przeto mówi Pan zastępów, Bóg Izraelski: oto Ja nakarmię lud ten piołunem i napoję wodą żółci. Bo weszła śmierć okny naszemi, weszła do domów naszych, aby wytraciła dzieci z ulic, a młodzieńce z rynków. Przeto mówi Pan zastępów: oto ja nawiedzę je; młodzieńcy pomrą od miecza, synowie ich i córki ich pomrą od głodu!" — Czy może słowa Boże, podane nam przez usta Jeremiasza, nie możemy zastosować do domów dzisiejszych i do rodzin nowoczesnych? Otóż do domu po nużącej pracy powraca mąż. Naprawdę, że wygląda on jakby piołunem się karmił i żółcią się poił! Wchodzi do domu jak ta czarna chmura, która wróży burze, pioruny i błyskawice! W progu ani Boga nie pochwali, ani się nie uśmiechnie, tak jakby śmiech wesoły i dobre słówko były grzechem śmiertelnym, a on zawsze unika. Po domu stąpa jak ten lew biblijny gotów każdego ugryźć i pożreć. To mu źle, to mu niedobrze. Za zimne, to znów za gorące; to albo niedosolone albo niesmaczne. Mruczy sobie pod nosem, krytykuje, odgraża się, kapelusz na główę i pędzi do tawerny, aby tam spędzać wieczory, uleczając wszystkich i zbawiając świat i podając rady drugim. Powraca do domu o północy!
Idzie syn. Na szczęście jeszcze pracuje. I on w progu zapomniał pochwalić Boga; rzuca matce "halo ma", czy "supper ready", i nawet czapki nie zdejmuje, tylko siada do stołu. Je tak pospiesznie, jakby to była już jego ostatnia kolacja. Nie ma czasu się przeżegnać. On spieszy do klubu. Przychodzi córeczka. Patrzy na mamusię z taką wykrzywioną gębą, jakby ją zęby trzonowe bolały, i rzuca taki rozkaz: "Hurry up ma — muszę się spieszyć, bo mam dejta!" — I ona Pana Boga albo gdzieś w drodze zgubiła, albo przynajmniej za drzwiami zostawiła! Po kolacji zajmuje się toaletą. Smaruje się, pudruje — proszkuje -— różuje — poliszuje — olejuje — fryzuje — marceluje i jazda trzy lub cztery razy w tygodniu na zabawy i tańce. Powraca do domu nad rankiem, kiedy koguty pieją i słonko ma wschodzić! Matka patrzy i wzdycha. Myśli sobie, przecież i ja nie gorsza. Mniejsza o to, że w domu jest mały następca tronu. Tego "dziuniora" albo pakuje się do łóżka, albo zostawia pod okiem babci, albo otwarcie każe mu iść bawić się na ulicy! No, w końcu i matka wyjeżdża na card party, stork party, shower party, birthday party, i tylko anieli wiedzą gdzie i po co! W domach wieczorami ciemno, pusto i głucho, bo matka zanim drzwi zamknęła, nawet psa i kota z domu wyrzuciła! Lata temu cała rodzina wieczory zimowe spędzała przy świetle lampy naftowej. Jedni czytali gazety i książki polskie; siostry nasze wyszywały, heklowały, szydełkowały lub pod okiem matki uczyły się wypiekać chlebuszek, placki, ciastka, torty i pasztety! Nieraz śpiewano sobie nasze polskie piosenki!
Minęły i przepadły te czasy. Dziś każdy ucieka z domu jak od dżumy afrykańskiej lub febry panamskiej! Wszędzie dobrze, tylko w domu źle i niemiło i ciasno. Dziś też każdy syn i każda córka ma własny klucz do gniazdka rodzinnego, aby drugim nie przeszkadzać. Nikt nie wie, kiedy i o której godzinie drugi powraca! Zresztą, co to kogo obchodzi! Członkowie rodziny powracają z tych nocnych wycieczek cichaczem i tajemniczo, jak dezerterzy z armii! Kładą się na spoczynek bez pacierza, bez westchnienia do Boga, bez przeżegnania się. I tak z miesiąca na miesiąc, z roku na rok! Dom zamienił się w namiot cygański; rodzina przybrała cechy koczownicze; życie rodzinne zamieniło się w bytowanie restauracyjne, hotelowe, zimne, oschłe, nienaturalne! To się stało z domem i rodziną!
Ojcowie, matki i dzieci, od was wszystkich zależy odmiana i zmiana na lepsze! Uwzorujcie siebie na osobach Rodziny Świętej, a dom wasz na domku nazaretańskim, wtenczas na nowo zasłyną rodziny nasze; domy zaś nasze, jak dawniej, staną się kościołami — świątyniami — bazylikami!
TWÓRCZYNI CZY NISZCZYCIELKA? - pogadanka o. Justyna z 13.02.1938 r.
Witam Was zacni Rodacy i miłe Rodaczki słowami: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Na wstęp do dzisiejszej mowy, przytaczam dwa listy. Są one o wiele wymowniejsze od moich słów nieudolnych, i często za słabych, aby odpowiednio i jaskrawo przedstawić wam zamierzony obrazek, który by wam uwypuklił rzeczywistość życiową! Który by też wstrząsnął sumieniami ludzkimi i zbudził dusze ludzkie ze snu oziębłości i niedbalstwa do wysiłków szlachetnych i cnotliwych, zgadzających się z godnością i powołaniem i celem istot rozumnych! Pierwszy list, idzie do sedna sprawy. Słuchajcie:
"Dnia 30 stycznia, 1938 roku, podczas Godziny Różańcowej. — Słuchałem i słucham Ojca Justyna na radio. W nauce dzisiejszej O. Justyn, tylko ojców o pijaństwo potępiał i wszystko na ojców barki zwalał. Jednak sprawa jest taka, że 98 procent ojców pijaków są pijakami z powodu żon "sekutnic", to znaczy, że wielu mężów było dobrymi mężami tak długo, aż im żony poczęły być niemożliwemi, t. j. na każdym kroku dokuczały mężowi, więc biedny chłop poszedł sobie robaka zalewać. W wielu rodzinach życie jest niemożliwe, nie dlatego, że mąż niedobry, tylko dlatego, że żona go uczyniła niedobrym, bo po pracy dziennej żadnego wesołego przyjęcia w domu nie ma, ani też żadnego porządku w domu nie znajdzie, gdy ten mąż z pracy powraca. Trzaśnie więc chłop drzwiami i idzie do knajpy, by babskich wygadywań nie słuchać na jego rozumne upomnienia. To znam z doświadczeń nie tylko mego powołania z ostatnich 19 lat, ale jako pracownik we fabrykach, tak w Detroit jak i Holyoke. gdzie musiałem na moje wykształcenie zarabiać. Niech O. Justyn to łaskawie przeczyta. Może ktoś inny moje ślamazarne pisanie potwierdzi."
W drugim liście też jakiś biedny chłopina rżnie prosto z mostu:
"Ojcze Justyn! Do czternaście miesięcy temu pracowałem bez przerwy i nic nie piłem, z wyjątkiem piwa w niedzielę. Niestety wyszliśmy na strajk. Nie moja w tym wina. Wyszli inni, musiałem i ja! Od tego czasu żona zaczęła mi dogryzać na każdym kroku. Szukałem pracy od rana do wieczora. Za pieniądze nie można by dostać roboty! Co przyszedłem do domu, to moja kobieta zaczęła mi wymawiać: czemu nie robię, czemu nie dadzą mi roboty; że gdyby tego się spodziewała, to by za mnie nie wyszła; że w domu, przy rodzicach, miałaby lepiej. Perswadowałem jej, zeby była cierpliwa, że widzi, że chodzę za robotą, że przecież może fabrykę otworzą. Nawet nie chciała słuchać. Trzy miesiące temu, zostawiła mnie i poszła do swej matki. Tak mi się źle zrobiło, że poszedłem do salunu i wypiłem trzy wódki. Od tego czasu, co dzień jestem w salunie i co dzień piję. Bo cóż mam robić? Siedzieć w domu i patrzeć na gołe ściany? W salunie mam rozrywkę. Gramy w karty i popijamy. Ja nie jestem winien temu. Gdyby żona dała mi spokój i została przy mnie, nigdy bym nie zabrał się do picia!"
Po tych dwóch prostych i szczerych wynurzeniach, do
mowy:
TWÓRCZYNI CZY NISZCZYCIELKA?
Ręka kobiety nie tylko porusza kolebkę. Ręka kobiety trzęsie światem całym. Trzęsie zaś światem, ponieważ jest motorem życia rodzinnego i domowego. Jakie więc są żony i matki, takie są rodziny, takie są społeczeństwa, takie są narody. Ktoś pisał tak: "Kobiety tworzą, lub niszczą dobrobyt rodziny. Wychowanie ich dążyć powinno do tego, by się nauczyły tworzyć, a zaniechały niszczenia!" Kto nie widzi i kto nie uznaje, nawet w tych czasach mglistych, pochmurnych i burzliwych, że zdrowie tak fizyczne jak moralne, a więc całe szczęście czy to rodzinne, czy też narodowe, zależy od rozumnego, roztropnego i praktycznego kierownictwa kobiety, żony i matki! Żaden inny człowiek na świecie nie ma przed sobą pracy tak szczytnej, chwalebnej i korzystnej, jak ma ona! Kobieta taka musi jednak zrozumieć swe powołanie i posłannictwo swoje. Musi być ową kobietą biblijną — mężną która, "staje się jako okręt kupiecki, z daleka przywożący żywność swoją; która w nocy wstaje i daje pokarm domownikom i służebnikom swoim; która rękę swą ściągnęła do mocnych rzeczy, a palce jej ujęły wrzeciono; która tekę swą otworzyła ubogiemu, a dłonie swe wyciągnęła do biednego; która, jako słońce wschodzące światu na wysokości Bożej, tak piękność dobrej żony ku ochędostwu domu jej — powstali synowie jej i szczęśliwą sławili, mąż jej — i chwalił ją!"
Na tej zasadzie pisała pewna polska autorka: "Jakże miłym dla męża stałby się dom, gdyby w nim zastawał zawsze ład i porządek, a jak drogą byłaby dla niego żona, o jego potrzebach pamiętająca! Nie jest możliwe, aby mąż nie ukochał takiego ogniska, bo mu w nim będzie dobrze, jak nigdzie. Z zadowoleniem wracać będzie doń zawsze, a w oddaleniu odczuje za nim tęsknotę!" — Kraszewski kiedyś kreślił takie zdania: "Nie ma słodszych i silniejszych węzłów nad węzły miłości rodzinnej. Nie ma sroższej nienawiści nad nienawiść poróżnionej rodziny. Dom rodzinny jest naszą świątynią, przybytkiem, szkołą; pierwszym kapłanem jego matka; najwyższym stróżem ojciec. Pod strzechą rodzinną tulą się całe skarby nasze!"
Czemu tak wyrażali się pisarze dawniejszych czasów? Dlaczego domy były świątyniami, przybytkami i szkołami? Z powodu zalet i cnót żon i matek. Były one mężnymi niewiastami, ponieważ były pracowite, przezorne, gospodarne, zgodne i umiejące zapobiec wszelkim nieporozumieniom. Były pogodne; nie znały ani sporów, ani kłótni, ani dogryzek. Ponieważ dom był mieszkaniem miłości serdecznej, całopalnej i chrześcijańskiej, o której pisał Pius XI, "że okazuje się czynem!" Nie dziw więc, że do domu z pieśnią na ustach powracał rolnik wieczorem po całodziennej pracy; wracając w progi ubożuchnej strzechy, jakby miał wstępować do dworu lub pałacu; z uśmiechem na ustach szedł do domu urzędnik po całodziennych wysiłkach; z radością w sercu, pospiesznie zdążał do domu każdy mąż, bo na przyjęcie czekała niecierpliwie zacna i dbała żona. Mąż znajdował domek, czy pomieszkanie w porządku. Wszystko w swoim miejscu. Dzieci wymyte i wyczesane. Kolacja gotowa. Potrawy proste, ale smacznie przyrządzone. Biedny mąż zapominał o trudach, o niemiłych zdarzeniach dnia; dom uważał za schronisko od wszelkich burz światowych; dom był mu przedsionkiem niebieskiego spokoju i ukojenia. Żona była mu aniołem stróżem tego wszystkiego! Na żonę spuszczał się ze wszystkim i zaufał jej we wszystkim. Żona była nie tylko prawdziwą gospodynią, ale zarazem sekretarką, kasjerką i całą korporacją. Bez jej rady nic nie zrobił; bez jej pozwolenia centa nie stracił. Nawet i dziś jeszcze nasi starsi ojcowie mówią: "trzeba się matki poradzić; zobaczymy co matka powie; bez matki nie mogę tego zrobić; ja się zgodzę, jeśli matka się zgodzi!" Widocznie, taka żona zawsze była mężowi zaufaną współtowarzyszką w małżeństwie, i wszelkie trudności i kłopoty w rządzeniu i prowadzeniu domowym spoczywały na jej barkach. Matka o wszystkiem myślała i wszystko załatwiała. Nasze matki nie uczyły się po szkołach, ani nie chodziły na wykłady kulinarne, ale znały wszystkie tajemnice gotowania, pieczenia, smażenia, marynowania! Tego wszystkiego nauczyły się przy swoich matkach.
Dziś wszystko po modzie nowoczesnej. Młoda żona umie sprytnie kierować samochodem, ale nawet jajecznicy nie umie usmażyć! Młoda żona bierze udział w turniejach karcianych, wygrywa pierwsze premie w pinakla, preferansa, 66, rummego
i brydża, nie umie jednak smacznej kawusi lub herbatki sparzyć! Młoda żona zna wszystkich aktorów i aktorki, rozprawia długo i zapamiętale o przedstawieniach kinowych, nie umie jednak ani garnka ani patelni z tłuszczu obmyć i oczyścić! Młoda żona umie wszystkie sztuki kuglarskie i linoskoczkowe w wykonywaniu shimów, fokstrotów, tang, big-applów i jakich orangotaungoskich "hebes-jeebies", ale nie ma najmniejszego pojęcia, i w dodatku nie chce mieć, o wypiekaniu chlebuszka, ciasteczek ani też o marynowaniu owoców i powideł. Proszę was, nie bierzcie tego na śmiech, tylko na serio! Niech do powyższych uwag dodam wiele znaczącą poprawkę..
Powtarzałem słowa, młode żony, czy nie powinienem raczej mówić obecne żony? dzisiejsze żony? Bo i starsze żony dziś latają jak kot z pęcherzem. Chodzą po teatrach, po balach, po "partach" w prywatnych domach, i gdzie nie! Tam spędzają długie, bardzo długie godziny, bo w domu im się dłuży, bo w domu nie ma co do roboty. W domu zaś mniej porządku i schludności, aniżeli w kurniku lub drewniku. Łóżko nie usłane; pościel nie wyprana, podłoga nie zamieciona; okna zachmurzone; w narożnikach pajęczyna. W kuchni pełno rupieci — na stole nie umyte szklanki, pół wypite filiżanki, zabrudzone talerze! W "sinku" czyli "w pomyjniku", który wygląda jak biały murzyn, więcej zabrudzonych garnków i garnuszków. Leżą tam od kilku dni i czekają zmiłowania ludzkiego. Proszą się i błagają o uwolnienie ich od brudów i zanieczyszczenia. Daremnie. Gospodyni nie ma czasu! Dalej, w takim domu, nie znajdziesz kropielnkzki przy drzwiach wejściowych; nie znajdziesz krzyża, w kuchni, nad stołem; nie ujrzysz żadnego obrazu świętego w sypialni. To zbyteczne. To niemodne! No, do takiego domu wieczorem powraca mąż po całodziennej pracy. Przy robocie męczył się i mordował wśród huku i trzasku maszyny; gdzie się obrócił tumany kurzu, pyłu i brudu biły w spoconą twarz i siadały na plecach i piersiach, padały w oczy, wsiąkały w gardło, spływały do płuc! W dodatku nad nim stał "boss" i pędził do roboty; pokazał się i "superintendent" i krzywe rzucał na niego spojrzenia, przyczem robił jakieś opryskliwe uwagi. To go zdenerwowało i zaniepokoiło, że kiedy dano znak obiadowy, wypił tylko kawę. Chleba nie mógł przełknąć. Z niepewnością w myślach, z nerwami rozstrojonemi, wymęczony, zamorusany, biedny robotnik powraca w progi rodzinne obiecując sobie smaczną kolację, nieco spokoju i zasłużony odpoczynek! Niestety, znajduje dom w nieporządku, jedzenie nie przygotowane, stół nie zastawiony, dzieci nie umyte i żonę zasępioną, zachmurzoną i rozgniewaną! Czy mu się dziwię, że na widok tego czyśca domowego biedny chłop traci równowagą, zawraca kroki i idzie tam, gdzie szklanki dzwonią i kieliszkami wygrywają: "Nie pójdziem do domu aż rano!"
No, a jeśli jeszcze w dodatku, mamy takie żony, które, niby obrażone, zaczną robić mężom wyrzuty, albo same szukają zaczepki, albo zatną się jak zardzewiałe zamki i przez tygodnie lub miesiące prowadzą pożycie domowe w grobowym milczeniu, albo zawsze mają twarde, wyniosłe, harde, lekceważące odpowiedzi, albo takie nigdy nie nasycone, nigdy nie napełnione, dziurawe i bezdenne wory, którym zarobek i pejda zawsze za mała, nigdy nie wystarczająca? Czy teraz można takim mężom robić wyrzuty, że uciekają z domu tak zamaszyście i błyskawicznie jak kiedyś zmykał pasza turecki przed Sobieskim? Że taki chłop, w domu sponiewierany, zbity i skopany, pędzi do szynku, do salunu lub do tawerny, i tam zalewając rozum zapomina o takim pożyciu małżeńskiem. Dziwimy się, że gniazdka małżeńskie zamieniają się w jamy plugawych gadów, ziejących jadem trującym! Dziwimy się, że mężowie w domu nie posiedzą. Dziwimy się, że teatry i tawerny są nabite? Dziwimy się, że małżeństwa się kurczą. Dziwimy się, że młodzieńcy od zakładania własnego gniazdka dziś tak stronią!
Posłu¬chajcie listu z Fali River, Mass.
"Przyznam się, że i ja rozpiłem się. Nie jest to jednak cała moja wina. Jak się ożeniłem dwadzieścia lat temu, myślałem, że byłem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Miałem dobrą robotę w "kotonówce". Kupiłem mały domek za uskładane pieniądze. Meble kupiłem na wypłatę. Przez jeden rok żyliśmy w zgodzie. Wypłaciłem meble. Żona jednak zaczęła dom i mnie zaniedbywać. Co dzień leciała na całe popołudnie do swej matki, albo do przyjaciółek. Mało co kiedy ugotowała mi porządną kolację. Zawsze tylko coś z "kanów". Nawet kawy mi nie chciała ugotować. Lunchu mi nie dawała. Nie chciało się jej. Dawała mi 15 centów na lunch. Nigdy ze mną razem kolacji nie chciała jeść. Miała psa i kota, o nich więcej dbała jak o mnie! W drugim roku Bóg nam dał córkę. Myślałem, że to ją utrzyma w domu i zmieni się. Teraz znów latała po wszystkich znajomych i krewnych, chwaląc się przed wszystkimi, jakie to piękne dziecko. A ja chłop, mąż i ojciec, musiałem zawsze stać w kącie, zaniedbany i opuszczony, jak taka stara miotła. Przychodziłem z fabryki, to na stole był talerz z kreksami, a na piecu garnek z kartoflami. Pejdy oddawałem. Nigdy nie była zadowolona. Mnie wydzielała jedng paczkę papierosów na tydzień. Ze mną nie chciała iść razem, ani do kościoła, ani w odwiedziny. Pogniewałem się nieraz. Tłumaczyłem jak umiałem. Dwa razy odeszła ode mnie do swego brata. Zacząłem chodzić na kolację do restauracji i zacząłem pić więcej jak mi było na zdrowie! W grudniu roku 1936 z domu wyjechała córka, bo nie mogła dalej słuchać naszych kłótni. Powiedziała swej matce, a mojej żonie, że nigdy do domu nie wróci, chociażby miała z głodu w Nowym Jorku umrzeć! Żona też w złości porzuciła mnie. Zabrała ze sobą wszystko, nawet polisy od towarzystw. Teraz dowiaduję się, że zostało długów na blisko tysiąc dolarów! Z żalu i rozpaczy zacząłem pić coraz to więcej. Kiedy pomyślę sobie, co myślałem że kiedyś będę miał, a kiedy teraz patrzę co mam, to przychodzi na mnie wariactwo. Robiłem i oszczędzałem, dla kogo?"
Teraz, wy żony, posłuchajcie rady przepisanej przez pewną zacną Polkę, która tak pisze: "Trzeba wiedzieć, że każdy mężczyzna jest niezmiernie wrażliwy na dobry stół, zdrowy i smaczny. — Aromatyczny rosół, sosista pieczeń, wprawiają go w humor najlepszy i dobrze usposabiają go względem żony; przeciwnie zaś, gdyby mężczyzna żeniąc się najbardziej żonę ubóstwiał, dla jej wdzięków, a nawet dla jej przymiotów, jeśli w pożyciu okaże się niegospodarną, niepraktyczną, jeśli źle karmić go będzie, w krótkim czasie zniechęci się do niej. A chociażby sam porządnym nie był — lubi dookoła siebie porządek; i choćby akuratnościa nie grzeszył, lubi akuratność w domu i wpada w zły humor, gdy powróciwszy do domu, z biura, z urzędu lub jakiej innej pracy czekać musi na podanie posiłku. Spędza oczywiście winę tych wszystkich niedoborów na żonę, do której z tej przyczyny z dnia na dzień coraz bardziej się zniechęca! O różnych innych materialnych potrzebach męża żona również pamiętać powinna. Staranne utrzymanie garderoby, piecza nad bielizną, aby była starannie prana; aby ubranie było starannie chędożone itp. Opowiadają o sławnej rodaczce Curie-Skłodowskiej, że sama własnoręcznie układała bieliznę męża, liczyła ja, oglądała, a brakujące guziki — gdzie było potrzeba — przyszywała. Jakże mąż oceniać będzie żonę, gdy przy innych przymiotach tak troskliwą otoczy go opieką! Pewien mąż w podeszłym już wieku będący, spytany, gdzie mu jest najlepiej? — odpowiedział bez najmniejszego wahania: "Tam, gdzie jest moja żona!"
Generała Chłapowskiego żona, z powodu małżeństwa swego syna, wypisała mu następującą radę: "Szczęście w małżeństwie jest w miłości oświeconej przez religę. Taka miłość rodzi zaufanie, oddala zazdrość, wyrabia pobłażanie, które nie żąda doskonałości. Chcąc tę miłość zachować, aby ożywiała, ułatwiała i upiększała życie, trzeba jej wiele starania poświęcić!" Nie dziw, że i sama tak postępowała jak synowi radziła. Dlatego mąż nad jej grobem dał wyrzeźbić napis taki: "Ona mi przez 36 lat dodawała odwagi do życia!" Czy można dobitniej opisać niewiastę mężną i żonę wzorową?
Kiedy skończyłem pisanie powyższego paragrafu, jeden z Ojców przyszedł mię zawiadomić, że ktoś czeka na ofisie i nalega, że musi koniecznie się ze mną widzieć w bardzo ważnej sprawie! Rzucam piórko i idę. Patrzę. Na krześle siedzi jakiś mężczyzna i płacze. Mimo, że mało zwracam uwagi na płacze pewnych ludzi, płacz chłopa wzrusza mnie. Pytam się, w czym mogę mu usłużyć? Posłuchajcie historyjki, ponieważ jest interesująca!
"Przyszedłem pożalić się na moją żonę. Ślubowaliśmy dwa lata temu tu w tej parafii. Zaraz po ślubie, moja żona zaczęła się dziwnie zachowywać. Od rana do wieczora przesiadywała u swojej matki. Ja chodziłem do roboty. Ona powracała z pół godziny zanim przyszedłem do domu z fabryki. Na prędce strzaskała mi jakąś kolacje i potem znów co wieczór szła albo do teatru, albo do towarzyszek. Ja nie mogłem z nią wychodzić, bo byłem zmęczony; zresztą robię w młynie gdzie jest wiele kurzu, wiec nie czuję się za mocny. Kiedy mówiłem jej, żem się ożenił na to, aby mieć żonę a nie bortnicę, ani wizytatorkę, to się tak na mnie pogniewała, że ze złości talerze na stole potłukła! Jeszcze gorsze, bo zaczęła mi przychodzić do domu podchmielona. W zeszłym tygodniu zapomniała klucza. O drugiej godzinie z rana, wybiła łokciem okno, i przez nie dostała się do domu. Już nie mogę więcej wytrzymać. Wyjeżdżam do innego miasta. Pójdę gdzie mnie oczy zaniosą i nie dbam, co się ze mną stanie!"
Wobec przykładów dziś wam przytoczonych, jakim mianem obdarzycie te kobiety-matki i żony? Budują one, czy też rujnują? Tworzą one, czy też niszczą? Są one źródłem szczęścia i spokoju, czy są źródłem klęski, niezgody i ewentualnego rozbicia rodziny? Jakie matki — takie rodziny. Jakie rodziny — takie społeczeństwa — takie narody! Gdzie są powody, że wielka liczba kobiet w czasach naszych straciła z oczu cel swego istnienia i powołania? Najważniejszą przyczyną, że te kobiety zaprzeczają wszelkim zasadom wiary chrześcijańskiej; tej samej wiary, która wzięła je za sponiewierane ręce, podniosła je z błota pogaństwa i postawiła tuż obok i przy sercu mężczyzny. To było kobiecie jeszcze za mało! Starała się i zabiegała o jakieś nierozumne i nienaturalne równouprawnienie, które jej dało wolny przystęp nie tylko do biur i fabryk, lecz nawet do aren sportowych i do spelunek gier hazardowych. Jej odważna, może lepiej czelna stopa, jeszcze dalej się posunęła i dziś śmiało stąpa tam, gdzie anioł chodzić by się nie odważył! Dziś kobieta pije jak druciarz — pali jak kominiarz i klnie jak marynarz. Nic ją nie krepuje. Na nikogo nie zważa! Człowiek wiedzieć nie może, czego im więcej brak; rozumu czy też wstydu! Ja wiem, że niejeden powie, że to tylko moda, że to przejściowe! Dobrze, ale popatrzcie się co ta moda i przejściowość pozostawiają w swych śladach? Załamanie się życia małżeńskiego — domy rozbite — dzieci zaniedbane i porzucone — zdrowie zmarnowane — i cały szereg cierpień i nieszczęść! Przeciętna kobieta dziś jest jak motyl w polu; fruwa sobie swobodnie i prowadzi życie w próżniactwie, bezcelowo! Jest tu i tam i wszędzie. Bezustannie zajęta, nic nie robiąc, niczego nie dokonywując! Czy takie można nazwać wzorowymi żonami, przezornymi gospodyniami, czułymi i dbałymi matkami? Czy takie nie są raczej morderczyniami szczęścia małżeńskiego, ciężarami mężów i katami społeczeństwa? Żony! nie tylko wasi mężowie nosić będą was na rękach, nie tylko wasze dzieci będą was kochały, ale całe społeczeństwo was otoczy koroną chwały i uwielbienia, jeśli zawsze okażecie się godnymi tego. Zasłużycie sobie, bez wątpienia, na to wszystko, jeśli najpierw same zachowacie się jak apostołki, kapłanki, strażniczki! Jeśli okażecie się współpracowniczkami i pomocniczkami mężów; jeśli w domach zachowacie ład i porządek. Wtenczas też całe pokolenia wami się poszczycą i was chwalić będą.
Na wstęp do dzisiejszej mowy, przytaczam dwa listy. Są one o wiele wymowniejsze od moich słów nieudolnych, i często za słabych, aby odpowiednio i jaskrawo przedstawić wam zamierzony obrazek, który by wam uwypuklił rzeczywistość życiową! Który by też wstrząsnął sumieniami ludzkimi i zbudził dusze ludzkie ze snu oziębłości i niedbalstwa do wysiłków szlachetnych i cnotliwych, zgadzających się z godnością i powołaniem i celem istot rozumnych! Pierwszy list, idzie do sedna sprawy. Słuchajcie:
"Dnia 30 stycznia, 1938 roku, podczas Godziny Różańcowej. — Słuchałem i słucham Ojca Justyna na radio. W nauce dzisiejszej O. Justyn, tylko ojców o pijaństwo potępiał i wszystko na ojców barki zwalał. Jednak sprawa jest taka, że 98 procent ojców pijaków są pijakami z powodu żon "sekutnic", to znaczy, że wielu mężów było dobrymi mężami tak długo, aż im żony poczęły być niemożliwemi, t. j. na każdym kroku dokuczały mężowi, więc biedny chłop poszedł sobie robaka zalewać. W wielu rodzinach życie jest niemożliwe, nie dlatego, że mąż niedobry, tylko dlatego, że żona go uczyniła niedobrym, bo po pracy dziennej żadnego wesołego przyjęcia w domu nie ma, ani też żadnego porządku w domu nie znajdzie, gdy ten mąż z pracy powraca. Trzaśnie więc chłop drzwiami i idzie do knajpy, by babskich wygadywań nie słuchać na jego rozumne upomnienia. To znam z doświadczeń nie tylko mego powołania z ostatnich 19 lat, ale jako pracownik we fabrykach, tak w Detroit jak i Holyoke. gdzie musiałem na moje wykształcenie zarabiać. Niech O. Justyn to łaskawie przeczyta. Może ktoś inny moje ślamazarne pisanie potwierdzi."
W drugim liście też jakiś biedny chłopina rżnie prosto z mostu:
"Ojcze Justyn! Do czternaście miesięcy temu pracowałem bez przerwy i nic nie piłem, z wyjątkiem piwa w niedzielę. Niestety wyszliśmy na strajk. Nie moja w tym wina. Wyszli inni, musiałem i ja! Od tego czasu żona zaczęła mi dogryzać na każdym kroku. Szukałem pracy od rana do wieczora. Za pieniądze nie można by dostać roboty! Co przyszedłem do domu, to moja kobieta zaczęła mi wymawiać: czemu nie robię, czemu nie dadzą mi roboty; że gdyby tego się spodziewała, to by za mnie nie wyszła; że w domu, przy rodzicach, miałaby lepiej. Perswadowałem jej, zeby była cierpliwa, że widzi, że chodzę za robotą, że przecież może fabrykę otworzą. Nawet nie chciała słuchać. Trzy miesiące temu, zostawiła mnie i poszła do swej matki. Tak mi się źle zrobiło, że poszedłem do salunu i wypiłem trzy wódki. Od tego czasu, co dzień jestem w salunie i co dzień piję. Bo cóż mam robić? Siedzieć w domu i patrzeć na gołe ściany? W salunie mam rozrywkę. Gramy w karty i popijamy. Ja nie jestem winien temu. Gdyby żona dała mi spokój i została przy mnie, nigdy bym nie zabrał się do picia!"
Po tych dwóch prostych i szczerych wynurzeniach, do
mowy:
TWÓRCZYNI CZY NISZCZYCIELKA?
Ręka kobiety nie tylko porusza kolebkę. Ręka kobiety trzęsie światem całym. Trzęsie zaś światem, ponieważ jest motorem życia rodzinnego i domowego. Jakie więc są żony i matki, takie są rodziny, takie są społeczeństwa, takie są narody. Ktoś pisał tak: "Kobiety tworzą, lub niszczą dobrobyt rodziny. Wychowanie ich dążyć powinno do tego, by się nauczyły tworzyć, a zaniechały niszczenia!" Kto nie widzi i kto nie uznaje, nawet w tych czasach mglistych, pochmurnych i burzliwych, że zdrowie tak fizyczne jak moralne, a więc całe szczęście czy to rodzinne, czy też narodowe, zależy od rozumnego, roztropnego i praktycznego kierownictwa kobiety, żony i matki! Żaden inny człowiek na świecie nie ma przed sobą pracy tak szczytnej, chwalebnej i korzystnej, jak ma ona! Kobieta taka musi jednak zrozumieć swe powołanie i posłannictwo swoje. Musi być ową kobietą biblijną — mężną która, "staje się jako okręt kupiecki, z daleka przywożący żywność swoją; która w nocy wstaje i daje pokarm domownikom i służebnikom swoim; która rękę swą ściągnęła do mocnych rzeczy, a palce jej ujęły wrzeciono; która tekę swą otworzyła ubogiemu, a dłonie swe wyciągnęła do biednego; która, jako słońce wschodzące światu na wysokości Bożej, tak piękność dobrej żony ku ochędostwu domu jej — powstali synowie jej i szczęśliwą sławili, mąż jej — i chwalił ją!"
Na tej zasadzie pisała pewna polska autorka: "Jakże miłym dla męża stałby się dom, gdyby w nim zastawał zawsze ład i porządek, a jak drogą byłaby dla niego żona, o jego potrzebach pamiętająca! Nie jest możliwe, aby mąż nie ukochał takiego ogniska, bo mu w nim będzie dobrze, jak nigdzie. Z zadowoleniem wracać będzie doń zawsze, a w oddaleniu odczuje za nim tęsknotę!" — Kraszewski kiedyś kreślił takie zdania: "Nie ma słodszych i silniejszych węzłów nad węzły miłości rodzinnej. Nie ma sroższej nienawiści nad nienawiść poróżnionej rodziny. Dom rodzinny jest naszą świątynią, przybytkiem, szkołą; pierwszym kapłanem jego matka; najwyższym stróżem ojciec. Pod strzechą rodzinną tulą się całe skarby nasze!"
Czemu tak wyrażali się pisarze dawniejszych czasów? Dlaczego domy były świątyniami, przybytkami i szkołami? Z powodu zalet i cnót żon i matek. Były one mężnymi niewiastami, ponieważ były pracowite, przezorne, gospodarne, zgodne i umiejące zapobiec wszelkim nieporozumieniom. Były pogodne; nie znały ani sporów, ani kłótni, ani dogryzek. Ponieważ dom był mieszkaniem miłości serdecznej, całopalnej i chrześcijańskiej, o której pisał Pius XI, "że okazuje się czynem!" Nie dziw więc, że do domu z pieśnią na ustach powracał rolnik wieczorem po całodziennej pracy; wracając w progi ubożuchnej strzechy, jakby miał wstępować do dworu lub pałacu; z uśmiechem na ustach szedł do domu urzędnik po całodziennych wysiłkach; z radością w sercu, pospiesznie zdążał do domu każdy mąż, bo na przyjęcie czekała niecierpliwie zacna i dbała żona. Mąż znajdował domek, czy pomieszkanie w porządku. Wszystko w swoim miejscu. Dzieci wymyte i wyczesane. Kolacja gotowa. Potrawy proste, ale smacznie przyrządzone. Biedny mąż zapominał o trudach, o niemiłych zdarzeniach dnia; dom uważał za schronisko od wszelkich burz światowych; dom był mu przedsionkiem niebieskiego spokoju i ukojenia. Żona była mu aniołem stróżem tego wszystkiego! Na żonę spuszczał się ze wszystkim i zaufał jej we wszystkim. Żona była nie tylko prawdziwą gospodynią, ale zarazem sekretarką, kasjerką i całą korporacją. Bez jej rady nic nie zrobił; bez jej pozwolenia centa nie stracił. Nawet i dziś jeszcze nasi starsi ojcowie mówią: "trzeba się matki poradzić; zobaczymy co matka powie; bez matki nie mogę tego zrobić; ja się zgodzę, jeśli matka się zgodzi!" Widocznie, taka żona zawsze była mężowi zaufaną współtowarzyszką w małżeństwie, i wszelkie trudności i kłopoty w rządzeniu i prowadzeniu domowym spoczywały na jej barkach. Matka o wszystkiem myślała i wszystko załatwiała. Nasze matki nie uczyły się po szkołach, ani nie chodziły na wykłady kulinarne, ale znały wszystkie tajemnice gotowania, pieczenia, smażenia, marynowania! Tego wszystkiego nauczyły się przy swoich matkach.
Dziś wszystko po modzie nowoczesnej. Młoda żona umie sprytnie kierować samochodem, ale nawet jajecznicy nie umie usmażyć! Młoda żona bierze udział w turniejach karcianych, wygrywa pierwsze premie w pinakla, preferansa, 66, rummego
i brydża, nie umie jednak smacznej kawusi lub herbatki sparzyć! Młoda żona zna wszystkich aktorów i aktorki, rozprawia długo i zapamiętale o przedstawieniach kinowych, nie umie jednak ani garnka ani patelni z tłuszczu obmyć i oczyścić! Młoda żona umie wszystkie sztuki kuglarskie i linoskoczkowe w wykonywaniu shimów, fokstrotów, tang, big-applów i jakich orangotaungoskich "hebes-jeebies", ale nie ma najmniejszego pojęcia, i w dodatku nie chce mieć, o wypiekaniu chlebuszka, ciasteczek ani też o marynowaniu owoców i powideł. Proszę was, nie bierzcie tego na śmiech, tylko na serio! Niech do powyższych uwag dodam wiele znaczącą poprawkę..
Powtarzałem słowa, młode żony, czy nie powinienem raczej mówić obecne żony? dzisiejsze żony? Bo i starsze żony dziś latają jak kot z pęcherzem. Chodzą po teatrach, po balach, po "partach" w prywatnych domach, i gdzie nie! Tam spędzają długie, bardzo długie godziny, bo w domu im się dłuży, bo w domu nie ma co do roboty. W domu zaś mniej porządku i schludności, aniżeli w kurniku lub drewniku. Łóżko nie usłane; pościel nie wyprana, podłoga nie zamieciona; okna zachmurzone; w narożnikach pajęczyna. W kuchni pełno rupieci — na stole nie umyte szklanki, pół wypite filiżanki, zabrudzone talerze! W "sinku" czyli "w pomyjniku", który wygląda jak biały murzyn, więcej zabrudzonych garnków i garnuszków. Leżą tam od kilku dni i czekają zmiłowania ludzkiego. Proszą się i błagają o uwolnienie ich od brudów i zanieczyszczenia. Daremnie. Gospodyni nie ma czasu! Dalej, w takim domu, nie znajdziesz kropielnkzki przy drzwiach wejściowych; nie znajdziesz krzyża, w kuchni, nad stołem; nie ujrzysz żadnego obrazu świętego w sypialni. To zbyteczne. To niemodne! No, do takiego domu wieczorem powraca mąż po całodziennej pracy. Przy robocie męczył się i mordował wśród huku i trzasku maszyny; gdzie się obrócił tumany kurzu, pyłu i brudu biły w spoconą twarz i siadały na plecach i piersiach, padały w oczy, wsiąkały w gardło, spływały do płuc! W dodatku nad nim stał "boss" i pędził do roboty; pokazał się i "superintendent" i krzywe rzucał na niego spojrzenia, przyczem robił jakieś opryskliwe uwagi. To go zdenerwowało i zaniepokoiło, że kiedy dano znak obiadowy, wypił tylko kawę. Chleba nie mógł przełknąć. Z niepewnością w myślach, z nerwami rozstrojonemi, wymęczony, zamorusany, biedny robotnik powraca w progi rodzinne obiecując sobie smaczną kolację, nieco spokoju i zasłużony odpoczynek! Niestety, znajduje dom w nieporządku, jedzenie nie przygotowane, stół nie zastawiony, dzieci nie umyte i żonę zasępioną, zachmurzoną i rozgniewaną! Czy mu się dziwię, że na widok tego czyśca domowego biedny chłop traci równowagą, zawraca kroki i idzie tam, gdzie szklanki dzwonią i kieliszkami wygrywają: "Nie pójdziem do domu aż rano!"
No, a jeśli jeszcze w dodatku, mamy takie żony, które, niby obrażone, zaczną robić mężom wyrzuty, albo same szukają zaczepki, albo zatną się jak zardzewiałe zamki i przez tygodnie lub miesiące prowadzą pożycie domowe w grobowym milczeniu, albo zawsze mają twarde, wyniosłe, harde, lekceważące odpowiedzi, albo takie nigdy nie nasycone, nigdy nie napełnione, dziurawe i bezdenne wory, którym zarobek i pejda zawsze za mała, nigdy nie wystarczająca? Czy teraz można takim mężom robić wyrzuty, że uciekają z domu tak zamaszyście i błyskawicznie jak kiedyś zmykał pasza turecki przed Sobieskim? Że taki chłop, w domu sponiewierany, zbity i skopany, pędzi do szynku, do salunu lub do tawerny, i tam zalewając rozum zapomina o takim pożyciu małżeńskiem. Dziwimy się, że gniazdka małżeńskie zamieniają się w jamy plugawych gadów, ziejących jadem trującym! Dziwimy się, że mężowie w domu nie posiedzą. Dziwimy się, że teatry i tawerny są nabite? Dziwimy się, że małżeństwa się kurczą. Dziwimy się, że młodzieńcy od zakładania własnego gniazdka dziś tak stronią!
Posłu¬chajcie listu z Fali River, Mass.
"Przyznam się, że i ja rozpiłem się. Nie jest to jednak cała moja wina. Jak się ożeniłem dwadzieścia lat temu, myślałem, że byłem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Miałem dobrą robotę w "kotonówce". Kupiłem mały domek za uskładane pieniądze. Meble kupiłem na wypłatę. Przez jeden rok żyliśmy w zgodzie. Wypłaciłem meble. Żona jednak zaczęła dom i mnie zaniedbywać. Co dzień leciała na całe popołudnie do swej matki, albo do przyjaciółek. Mało co kiedy ugotowała mi porządną kolację. Zawsze tylko coś z "kanów". Nawet kawy mi nie chciała ugotować. Lunchu mi nie dawała. Nie chciało się jej. Dawała mi 15 centów na lunch. Nigdy ze mną razem kolacji nie chciała jeść. Miała psa i kota, o nich więcej dbała jak o mnie! W drugim roku Bóg nam dał córkę. Myślałem, że to ją utrzyma w domu i zmieni się. Teraz znów latała po wszystkich znajomych i krewnych, chwaląc się przed wszystkimi, jakie to piękne dziecko. A ja chłop, mąż i ojciec, musiałem zawsze stać w kącie, zaniedbany i opuszczony, jak taka stara miotła. Przychodziłem z fabryki, to na stole był talerz z kreksami, a na piecu garnek z kartoflami. Pejdy oddawałem. Nigdy nie była zadowolona. Mnie wydzielała jedng paczkę papierosów na tydzień. Ze mną nie chciała iść razem, ani do kościoła, ani w odwiedziny. Pogniewałem się nieraz. Tłumaczyłem jak umiałem. Dwa razy odeszła ode mnie do swego brata. Zacząłem chodzić na kolację do restauracji i zacząłem pić więcej jak mi było na zdrowie! W grudniu roku 1936 z domu wyjechała córka, bo nie mogła dalej słuchać naszych kłótni. Powiedziała swej matce, a mojej żonie, że nigdy do domu nie wróci, chociażby miała z głodu w Nowym Jorku umrzeć! Żona też w złości porzuciła mnie. Zabrała ze sobą wszystko, nawet polisy od towarzystw. Teraz dowiaduję się, że zostało długów na blisko tysiąc dolarów! Z żalu i rozpaczy zacząłem pić coraz to więcej. Kiedy pomyślę sobie, co myślałem że kiedyś będę miał, a kiedy teraz patrzę co mam, to przychodzi na mnie wariactwo. Robiłem i oszczędzałem, dla kogo?"
Teraz, wy żony, posłuchajcie rady przepisanej przez pewną zacną Polkę, która tak pisze: "Trzeba wiedzieć, że każdy mężczyzna jest niezmiernie wrażliwy na dobry stół, zdrowy i smaczny. — Aromatyczny rosół, sosista pieczeń, wprawiają go w humor najlepszy i dobrze usposabiają go względem żony; przeciwnie zaś, gdyby mężczyzna żeniąc się najbardziej żonę ubóstwiał, dla jej wdzięków, a nawet dla jej przymiotów, jeśli w pożyciu okaże się niegospodarną, niepraktyczną, jeśli źle karmić go będzie, w krótkim czasie zniechęci się do niej. A chociażby sam porządnym nie był — lubi dookoła siebie porządek; i choćby akuratnościa nie grzeszył, lubi akuratność w domu i wpada w zły humor, gdy powróciwszy do domu, z biura, z urzędu lub jakiej innej pracy czekać musi na podanie posiłku. Spędza oczywiście winę tych wszystkich niedoborów na żonę, do której z tej przyczyny z dnia na dzień coraz bardziej się zniechęca! O różnych innych materialnych potrzebach męża żona również pamiętać powinna. Staranne utrzymanie garderoby, piecza nad bielizną, aby była starannie prana; aby ubranie było starannie chędożone itp. Opowiadają o sławnej rodaczce Curie-Skłodowskiej, że sama własnoręcznie układała bieliznę męża, liczyła ja, oglądała, a brakujące guziki — gdzie było potrzeba — przyszywała. Jakże mąż oceniać będzie żonę, gdy przy innych przymiotach tak troskliwą otoczy go opieką! Pewien mąż w podeszłym już wieku będący, spytany, gdzie mu jest najlepiej? — odpowiedział bez najmniejszego wahania: "Tam, gdzie jest moja żona!"
Generała Chłapowskiego żona, z powodu małżeństwa swego syna, wypisała mu następującą radę: "Szczęście w małżeństwie jest w miłości oświeconej przez religę. Taka miłość rodzi zaufanie, oddala zazdrość, wyrabia pobłażanie, które nie żąda doskonałości. Chcąc tę miłość zachować, aby ożywiała, ułatwiała i upiększała życie, trzeba jej wiele starania poświęcić!" Nie dziw, że i sama tak postępowała jak synowi radziła. Dlatego mąż nad jej grobem dał wyrzeźbić napis taki: "Ona mi przez 36 lat dodawała odwagi do życia!" Czy można dobitniej opisać niewiastę mężną i żonę wzorową?
Kiedy skończyłem pisanie powyższego paragrafu, jeden z Ojców przyszedł mię zawiadomić, że ktoś czeka na ofisie i nalega, że musi koniecznie się ze mną widzieć w bardzo ważnej sprawie! Rzucam piórko i idę. Patrzę. Na krześle siedzi jakiś mężczyzna i płacze. Mimo, że mało zwracam uwagi na płacze pewnych ludzi, płacz chłopa wzrusza mnie. Pytam się, w czym mogę mu usłużyć? Posłuchajcie historyjki, ponieważ jest interesująca!
"Przyszedłem pożalić się na moją żonę. Ślubowaliśmy dwa lata temu tu w tej parafii. Zaraz po ślubie, moja żona zaczęła się dziwnie zachowywać. Od rana do wieczora przesiadywała u swojej matki. Ja chodziłem do roboty. Ona powracała z pół godziny zanim przyszedłem do domu z fabryki. Na prędce strzaskała mi jakąś kolacje i potem znów co wieczór szła albo do teatru, albo do towarzyszek. Ja nie mogłem z nią wychodzić, bo byłem zmęczony; zresztą robię w młynie gdzie jest wiele kurzu, wiec nie czuję się za mocny. Kiedy mówiłem jej, żem się ożenił na to, aby mieć żonę a nie bortnicę, ani wizytatorkę, to się tak na mnie pogniewała, że ze złości talerze na stole potłukła! Jeszcze gorsze, bo zaczęła mi przychodzić do domu podchmielona. W zeszłym tygodniu zapomniała klucza. O drugiej godzinie z rana, wybiła łokciem okno, i przez nie dostała się do domu. Już nie mogę więcej wytrzymać. Wyjeżdżam do innego miasta. Pójdę gdzie mnie oczy zaniosą i nie dbam, co się ze mną stanie!"
Wobec przykładów dziś wam przytoczonych, jakim mianem obdarzycie te kobiety-matki i żony? Budują one, czy też rujnują? Tworzą one, czy też niszczą? Są one źródłem szczęścia i spokoju, czy są źródłem klęski, niezgody i ewentualnego rozbicia rodziny? Jakie matki — takie rodziny. Jakie rodziny — takie społeczeństwa — takie narody! Gdzie są powody, że wielka liczba kobiet w czasach naszych straciła z oczu cel swego istnienia i powołania? Najważniejszą przyczyną, że te kobiety zaprzeczają wszelkim zasadom wiary chrześcijańskiej; tej samej wiary, która wzięła je za sponiewierane ręce, podniosła je z błota pogaństwa i postawiła tuż obok i przy sercu mężczyzny. To było kobiecie jeszcze za mało! Starała się i zabiegała o jakieś nierozumne i nienaturalne równouprawnienie, które jej dało wolny przystęp nie tylko do biur i fabryk, lecz nawet do aren sportowych i do spelunek gier hazardowych. Jej odważna, może lepiej czelna stopa, jeszcze dalej się posunęła i dziś śmiało stąpa tam, gdzie anioł chodzić by się nie odważył! Dziś kobieta pije jak druciarz — pali jak kominiarz i klnie jak marynarz. Nic ją nie krepuje. Na nikogo nie zważa! Człowiek wiedzieć nie może, czego im więcej brak; rozumu czy też wstydu! Ja wiem, że niejeden powie, że to tylko moda, że to przejściowe! Dobrze, ale popatrzcie się co ta moda i przejściowość pozostawiają w swych śladach? Załamanie się życia małżeńskiego — domy rozbite — dzieci zaniedbane i porzucone — zdrowie zmarnowane — i cały szereg cierpień i nieszczęść! Przeciętna kobieta dziś jest jak motyl w polu; fruwa sobie swobodnie i prowadzi życie w próżniactwie, bezcelowo! Jest tu i tam i wszędzie. Bezustannie zajęta, nic nie robiąc, niczego nie dokonywując! Czy takie można nazwać wzorowymi żonami, przezornymi gospodyniami, czułymi i dbałymi matkami? Czy takie nie są raczej morderczyniami szczęścia małżeńskiego, ciężarami mężów i katami społeczeństwa? Żony! nie tylko wasi mężowie nosić będą was na rękach, nie tylko wasze dzieci będą was kochały, ale całe społeczeństwo was otoczy koroną chwały i uwielbienia, jeśli zawsze okażecie się godnymi tego. Zasłużycie sobie, bez wątpienia, na to wszystko, jeśli najpierw same zachowacie się jak apostołki, kapłanki, strażniczki! Jeśli okażecie się współpracowniczkami i pomocniczkami mężów; jeśli w domach zachowacie ład i porządek. Wtenczas też całe pokolenia wami się poszczycą i was chwalić będą.
CZY TO MATKA-CHRZEŚCIJANKA? - pogadanka o. Justyna z 6.02.1938 r.
Witam Was zacni Rodacy i miłe Rodaczki słowami: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
W ubiegłą niedzielę starałem się wam odmalować odrażającą postać pijaka, jego nierozumne i samobójcze postępowanie, oraz upokarzający i poniżający koniec. Chciałem w słuchaczkach i słuchaczach wzbudzić wstręt do nałogu, który rujnuje zdrowie, niszczy dobrobyt, rozrywa zgodę i pokój, trzaska pożycie rodzinne, podkopuje podwaliny społeczeństwa, szerzy rozmaite choróbska, nędze i niedostatki. Pijak to Judasz, który zdradza Boga, siebie, żonę i dzieci! W dodatku, podły i nikczemny Judasz, ponieważ za kieliszek i butelkę zaprzedaje nie tylko własną duszę i ciaio, ale frymarczy duszami i ciałami bliskich swoich, nad którymi Bóg polecił mu pieczę, mówiąc: "Weżmij te dzieci, a wychowaj mi. Ja tobie dam twą zapłatę!" Jaką zapłatę? "Twą zapłatę!" To znaczy na jaką sobie zasłużysz! Na jaką zaś zapłatę zasłużyć może sobie ojciec-pijak nałogowy? Ten, który zamiast przynieść pejdę do domu, oddać żonie na chleb i mleko, na trzewiczki i ubiór dla dzieci, na opał i rentę — leje to wszystko przez wielbłądową gardziel do saharowego żołądka, a powracając do domu niepewnym krokiem, z dziko roziskrzonemi oczyma, z pianą na ustach, sypie bluźnierstwa, pluje przekleństwa i zieje zgorszenia, jak rozpalony i rozhukany wulkan? Raz jeszcze pytam się: jakiej nagrody może sprawiedliwie spodziewać się taki nałogowy pijak, mąż i niestety ojciec niegodny? Człowiecze drogi! Chociaż w tej chwili może trzymasz w ręku kieliszek i podnosisz go do ust, wstrzymaj się, bo tam na ścianie, obok ciebie, jakaś niewidzialna ręka kreśli jakieś tajemnicze słowa. To twój wyrok. Niechybny i zgubny. Czytaj go. Oto: "nędza, niedołęstwo fizyczne i moralne, cierpienie, choroba, śmierć!" Nie dziw się, tylko bój się! Niech ta bojaźń wstrzyma cię od dalszego upodlania się! O twoje opamiętanie modli się twoja matka staruszka; o to błaga Boga twoja zacna i bogobojna żona; o to proszą Stwórcę twoje dzieci niewinne, przez ciebie zaniedbane i opuszczone! Wszyscy wołają do Boga: Boże daj nam ojca trzeźwego, wstrzemięźliwego, dbałego, kochającego! — Jeśli pijak przedstawia obraz ciemny i smutny, co mam mówić o żonie i matce, która przez nadużywanie w piciu traci godność niewieścią i ściąga się do rynsztoków ulicznych? Widok pijanej kobiety napawa człowieka nie tyle obrzydzeniem, jak politowaniem i żalem, że ta, która powinna stać na ołtarzu, jako świecznik siedmioramienny cnoty i szlachetności, poniżyła swą godność niewieścią, aż do utraty przytomności! — Niestety, dziś kobieta tak starsza jak młodsza idzie za modą; patrzy na życie oczyma przyćmionymi zasadami jakiegoś nierozumnego postępu. Równouprawnienie, źle pojęte, nadało jej cechy męskie. Obrabowało ją z cnót niewiasty chrześcijańskiej, a oblepiło ją wadami i nałogami chłopskimi. Zresztą wysłuchajcie moich skarg i użaleń w dzisiejszej
mowie:
CZY TO MATKA-CHRZEŚCIJANKA?
Historia uczy nas, że w czasach przedchrystusowych znaczenie kobiety spadło poniżej zera. Kobieta była wszystkim, tylko nie istotą ludzką. Służyła za igraszkę; uważana była za zabawkę; traktowano ją jak niewolnicę; uważano ją za istotę bez rozumu, bez zalet, bez żadnych uczuć szlachetnych. Zresztą nie potrzeba nam sięgać do czasów przedchrystusowych i szperać w historii starożytnej. Wystarczy rzucić okiem na kraje pogańskie naszego wieku. Tam po dziś dzień mężczyzna jest panem, kobieta zaś po prostu bydlęciem! Handlują nią, kupują i sprzedają za kilka dolarów, lub zamieniają ją za owce lub kozy! Chrześcijaństwo wzięło kobietę, podniosło ją z ulicy, ze śmietniska, z drogi krzyżowej, i nie tylko zrównało ją z mężczyzną, lecz wystawiło jej ołtarz. Chrześcijaństwo umieściło ją na tym ołtarzu. Otoczyło ją aureolą szacunku, czci, uwielbienia i chwały. Tylko wtenczas świat rozpoczął uznawać szlachetność, powołanie, poświęcenie i ofiarność kobiety każdej, szczególnie zaś żony i matki! Stała się ona towarzyszką, pomocniczką, współpracowniczką mężczyzny. Zamieniła się w strażniczkę ogniska domowego i w widzialnego anioła stróża szczęścia rodzinnego. Poganie zdumiewali się na widok tej zmiany. Podziwiali kobietę chrześcijankę. Św. Jan Złotousty opowiada nam zdarzenie z własnego życia! Niejakiś Libanios, "książę uczonych współczesnych" lecz poganin przywiązany do bożków praojców swoich, zaciekawiony nauką chrześcijańską, pytał się o szczegóły rodzinne św. Jana. Pomiędzy innymi św. Jan opowiadał poganinowi, że wszystko zawdzięcza swej matce, która obecnie ma czterdzieści lat, a już od dwudziestu lat jest wdową. Pogański filozof słuchał z niedowierzaniem. Nie mógł zrozumieć takiego ducha bohaterskiego u młodej chrześcijanki wdowy. Nie miał słów uznania i pochwały dla wierności zmarłemu mężowi, dla miłości ku dziecku i dla mężności w ponoszeniu trosk i trudów połączonych z życiem w samotności i poświęceniu! Ze zdumieniem i podziwem obrócił się do gromadki obecnych i zawołał na głos: "Teraz wiecie, jakie kobiety mają ci chrześcijanie!"
A czemuż to ówcześni chrześcijanie mieli taki typ kobiety? Ponieważ chrześcijanki trzymały się i żyły według zdrowej nauki apostoła Pawła, który nakreślił w liście do Tytusa takie upomnienie: "Także stare niewiasty, w ubiorze świętym, nie potwarliwe, niewiele wina pijące, na dobre uczące; aby młode kobiety ćwiczyły w roztropności, żeby mężów swoich kochały i dziatki swe miłowały; roztropne, czyste, trzeźwe, o dom się starające, dobrotliwe, mężom swym poddane, aby słowo Boże nie było bluźnione."
Dopóki chrześcijanki miały przed oczyma krzyż Chrystusowy, a w duszach chowały naukę krzyża, przyświecały ludzkości jak najjaśniejsze gwiazdy świecą na niebiosach! Zaledwie zaczęły gubić Chrystusa, zaczęły również tracić swój blask, swoje światło. Zaczęły poniżać się i kalać swe stopy brudami pogańskimi! Aby kobietę uspokoić, świat otworzył jej bramy pozornego równouprawnienia, liberalizmu i wolności, co niestety wpakowało ją głębiej w bagna i moczary ukrytej niewoli. Dziś kobieta żyje pod sztandarem, na którym widnieje napis: "Co może Adam, może też Ewa!" — Dziś kobieta pali, pije i klnie na równi z chłopem! Już dziś nie ma — dziewcząt. Są tylko — chłopczyce! Dziś nie ma kobiet — jedynie są — amazonki i viraga! Zamierzam w niedalekiej przyszłości nieco obszerniej i dobitniej pomówić o tym. Dziś zadowolnię się rzucić trzy obrazki przed wasze oczy. Obrazki czarne, groźne, niewiele dobrego nam wróżące. Posłuchajcie: List pochodzi ze stanu Nebraska:
"Ojcze Justynie! Zawsze Ojciec nalega, aby dzieci szanowały swoich rodziców. Dobrze, jeśli ci rodzice są dobrzy i dbają o swoje dzieci. Lecz jeśli są pijakami, tak jak jest nasza matka, co wtenczas? Jak można kochać matkę, która potajemnie kupuje wódkę, upija się i w takim stanie śpi całymi godzinami, zostawiając dzieci bez umycia i bez jedzenia. Ojca nie mamy. Automobil go zabił. Matka dostała dwa tysiące dolarów za śmierć ojca. Mam dwóch braciszków, którzy chodzą do szkoły. Ja liczę lat osiemnaście. Muszę chodzić do fabryki. Jak przyjdę do domu wieczorem, moja matka leży pijana. Nocami wstaje i chodzi. Odgraża się nam, że nas wymorduje. Ja nie mogę spać, bo nie wiem co może się zdarzyć! Jeden raz wzięła wielki nóż i rzuciła się na mnie. Drugi raz chwyciła mnie pod gardło. Trzeci raz otworzyła kurki od gazu. Z rana niewyspana idę z płaczem do roboty. Praca mi nie idzie, bo myślę sobie co matka robi w domu. Co gorsza, nasz sąsiad przychodzi i pije razem z matką. Nigdy nie myślałam, że moja matka będzie pijaczką. Czy bym miała grzech, gdybym matkę oddała do szpitala? Czy nie lepiej porzucić dom i iść do obcych, co bym nie potrzebowała patrzeć na matkę pijaną i bluźniącą? Wstydzę się, że mam taką matkę! Brzydzę się nią. Szkoda, że naszego ojca zabiło. Może by nam lepiej było. Proszę o modlitwy za nas biednych i za naszą matkę, aby przestała pić!" — Ja się pytam: Jaka to matka? Czy to nawet zasługuje na miano matki?
Drugi list ze stanu Missouri: "Wielebny Ojcze! Nasz ojciec wziął rozwód od naszej matki, bo pije za bardzo. Zostawił nas i poszedł w świat. To było trzy lata temu. Od tego czasu już mój brat i moja siostra poszli do obcych ludzi, bo nie mogli wytrzymać w domu. Zostałam sama z matką, ale nie wiem jak długo wytrzymam. Nie mogę mówić że zawsze pije, ale musi się spić do nieprzytomności przynajmniej dwa razy w miesiącu. Wtenczas nie można jej dać rady. Chce mnie bić, wyzywa mnie i przeklina. Mówi mi, żem ja temu winna. Proszę Ojca, ja ciężko pracuję w rzezalni. Wstaję co rano o godzinie piątej. Powracam do domu o trzeciej. Nieraz jestem tak wymęczona, że na nogach nie mogę się utrzymać. Nie chodzę ani na tańce ani do teatrów. Ja bym chciała wziąść moją matkę pod pachę i iść z nią na przechadzkę. Chciałabym się moją matką poszczycić przed ludźmi. Biedy, dzięki Bogu, nie mamy, bo dobrze zarabiam i jestem zdrowa. To jednak mnie nie uszczęśliwia, bo matka musi się upijać. Dziś rano jak żem wstała ona już była pijana. Nie mówiłam ani słówka. Wypiłam filiżankę mleka, uszykowałam sobie lunch. Zakluczyłam drzwi. Jak powróciłam do domu, mama było gorzej pijana jak z rana. Leżała na podłodze z głową pod łóżkiem. Nie mogła powstać o własnych siłach. Musiałam ją podnosić. Ona zaczęła mnie wyzywać od najgorszych i kłóciła się ze mną. Tak się zmarkociłam, że zdrętwiałam. Siły mnie opuściły. Zawołałam lekarza, ponieważ nie mogłam sobie poradzić! Ona wciąż wstawała i znów upadała na łóżko. Przyjechał doktor i dał jej pigułkę i zastrzyki na sen! W tej chwili śpi. Przynajmniej będę miała trochę spokoju, chociaż całą noc muszę być na nogach, bo boję się, aby nie wstała i siebie nie uszkodziła. Żeby Ojciec ją widział. Ma sińce na czole; skóra zdraśnięta z policzków i wielkie czarne plamy pod oczami. "It sure was disgusting, every time I looked at my mother!" Mama przespała całą noc. Zachowała się dosyć spokojnie, chociaż rzucała się po łóżku. Dziś leży chora i cała się trzęsie jak listek. Ja czuje się jak bym z wojny powróciła.
Ręce i piersi mi bolą od podnoszenia i dźwigania mamy. Mama brzydko wygląda; ze mną podle się obeszła! Jednak mi było żal i wstyd. Przyszedł nasz krewny wieczorem, ale nie wpuściłam go; zaciągnęłam rolosy i pogasiłam światła, bo nie chciałam, aby widział moją mamę w takim stanie pijanym. Teraz sama nie wiem co zrobić? Oddać matkę do szpitala? To krewni i znajomi mnie ukrzyżują. Iść sobie z domu i żyć na własną rękę? Ja bym sobie dała radę, ale co się stanie z matką? Ona już za zarobiona i za słaba. A jednak nie mogę patrzeć na własną matkę jak leży pijana. Niech mi Ojciec wybaczy, ale dławię się od płaczu i wstydu!"
Trzeci list z Pennsylwanii: "Nie ma drugiej rodziny na świecie, która jest tak nieszczęśliwa jak nasza. Powodem naszego nieszczęśliwego położenia to nasza matka, która obecnie liczy 67 lat. W czasie prohibicji mieszkaliśmy u ludzi, którzy w sklepie wyrabiali munszajn. Poczęstowali potajemnie nasza matkę. Rozpiła się nam. Raz na tydzień musi sobie podpić. Jest nas w domu troje. Wszyscy pracujemy, lecz cóż z tego. Jak jest trzeźwa, to nie ma lepszej matki na świecie, ale jak się upije, to nie ma gorszej istoty od niej. Kiedy jej odbierzemy butelkę, to nas klnie, kłóci się z nami i chce nas bić. Wczoraj chwyciła z pieca rozgrzaną patelnię i chciała nią uderzyć moją siostrę, która smażyła słoninę. Na szczęście uderzyłem ją w rękę i patelnię wytrąciłem. Krzyknęła na mnie, że Bóg mnie ukarze, żem podniósł rekę na nią! Ojcze, u nas nie ma porządnego i uczciwego życia, tylko prawdziwe piekło! My chcemy żyć uczciwie i spokojnie, ale z matką która pije, nie możemy. Chcemy ją szanować, lecz nie możemy póki pije. Tym, którzy naszą matkę rozpili, życzę, aby poszli na dno piekielne, bo z ich winy musimy cierpieć!"
Czwarty list z Michigan: "Nasza córka jest zamężna. Ma dwadzieścia pięć lat. Ma też dwoje dzieci. Synka pięcioletniego i czteroletnią córkę. Przynajmniej trzy razy w tygodniu chodzi do tawerny na całonocne tańce i picie. Mąż jej pracuje na noc. Ona powraca do domu pomiędzy czwartą i piątą, dobrze podpita. Wtenczas bije w drzwi i budzi te małe dzieci, aby wstały i otworzyły. Nieraz im wymyśla na głos, jeśli zaraz się nie zbudzą i nie otworzą. Wielebny Ojciec nie ma najmniejszego pojęcia, jak u nas młode żony uchodzą za panny i popuszczają sobie paska. Uprawiają pijaństwo z nocy na noc. Nie można im przepowiedzieć, bo zaraz klną bez miłosierdzia. Dzieci zostawią u matki, albo położą spać. Zakluczą drzwi i rozpoczynają zwiedzać tawernę po tawernie. Potem potajemnie odwiedzają doktorów, albo muszą iść do szpitala. Ja jestem wychowana po staremu. Nie dziwię się, że dziś coraz częstsze są rozwody, lub niejeden mąż porzuci żonę i ucieka z domu. Jeśli żona i matka nie chce dopilnować domu, tylko woli wieczory i noce spędzać w tawernach na tańcu i piciu, to zasługuje sobie na wzgardę. Można widzieć nie tylko młode, ale starsze kobiety. Nawet takie co się urodziły w starym kraju!"
Piąty list z Illinois. Pisany przez detektywa. "Proszę, aby O. Justyn kiedy przemówił do naszych córek, żon i matek, aby się raz opamiętały i zaprzestały igrać z pijaństwem. Moje zajęcie wymaga, abym pilnował porządku w miejscu gdzie urządzają rozmaite zabawy. Tu przychodzą rozmaite gatunki ludzi. Mnie się chce płakać, kiedy widzę jak nasze Polki piją do nieprzytomności. To trwa całymi godzinami. Co potem się dzieje nie chcę pisać, z obawy aby nawet sam papier nie spalił się ze wstydu. Ja mam żonę i dwie dorosłe córki. Nie mogę więc zrozumieć, czemu nasze Polki tak upadają, że nie mogą popuścić kieliszka, aż im sam z ręki wypadnie! Czy ich mężowie i rodzice naprawdę nie wiedzą, gdzie one spędzają te długie godziny; z kim są i jak się zachowują? Nieraz muszę wziąść taką nieprzytomną Polkę i zanieść ją do automobilu. Żal mi ich, bo jak raz przyzwyczają się do takiego życia, nic je nie wstrzyma! Obconarodowcy, nie wiedząc, że ja też jestem Polakiem, wyśmiewają się z tych Polek, z którymi piją! Upijanie się wódką zabija w nich wszelkie uczucia. Ja na to muszę patrzeć z nocy na noc. Ja nie mogę nic mówić, ani pomóc. Wy księża upominajcie nasze młode i starsze Polki, aby zaprzestały sprzedawać nasz honor za butelkę wódki lub szampana!"
W ostatnich miesiącach prohibicji, przychodzi do mnie dziewczę, ze skargą na swą matkę. Opowiada mi smutną historyjkę, a łzy, tak wielkie, serdeczne i żałosne łzy spływają po policzkach. Mówi nieśmiało i jękliwie. Ojciec był to dawny salunista. Pił na zabój. Przepił zdrowie i rozpił żonę. Ojca pochowano coś przed trzema miesiącami. Z matką nie mogą sobie dać rady. Pijana całymi dniami. Na noc znika. Z rana powraca do domu. Gdzie była, co robiła, nie można się od niej dowiedzieć! Wysłuchałem opowiadania. Na habit wziąłem zarzutkę, do garści laskę i idę w odwiedziny. Była to godzina dziewiąta. Wieczór zimny, aż za zimny. Wchodzę do domu pijaczki. I tu zimno, pusto i ciemno jak w stodole. Dziewczę prowadzi mnie do sypialni. Zaświeca elektrykę. Patrzę i aż samemu mi się zimno zrobiło. Na pościeli brudnej, cuchnącej, leży — pijaczka. Leży na wznak, W sukni i w trzewikach. Włosy rozczochrane, twarz nabrzmiała, czerwona jak rozpalony węgiel. Sapie, stęka i jęczy. Tuż obok łóżka, kwartowa butelka "berbeluchy". Powietrze w sypialni przesycone śmierdziuchą! Kwartówkę wziąłem do ręki i podniosłem do nosa. Zacząłem się krztusić. To zbudziło pijaczkę. Nagle zerwała się z łóżka, ale była tak pijana, że padła na wznak. Stoję i patrzę! Czekam! Zaczęła bełkotać, lecz nie można było jej zrozumieć. Wywracała na mnie oczy z wysiłkiem, jak zarzynany baran. Kazałem zawołać familijnego doktora. Opowiedziałem mu sprawę. Córka podpisała wymagane papiery. Zajechał ambulans. Kobietę zawieziono do szpitala miejskiego. Zdaje mi się, że leczono ją tam coś przez trzy miesiące. Kuracja szpitalna tak pomogła, że dziś nie ma trzeźwiejszej kobiety w całym mieście Buffalo! — Tak zróbcie i wy dzieci, które na nieszczęście macie w domach — matki nałogowe pijaczki. Najpierw miejcie wiele cierpliwości w obchodzeniu się z takimi matkami, które wolą butelkę gorzały od szczęścia, zdrowia i spokoju. Jakim wstydem okrywają siebie i was! Jak poniżają siebie; jak narażają własne zdrowie i przyspieszają nie tylko choroby, ale i samą śmierć! Jak wystawiają siebie na wzgardę, a was na szyderstwa i pośmiewiska ludzkie. Jeśli to jednak nie pomoże, wtenczas bez dalszej zwłoki, bez względu na opinię ludzi, jedyny ratunek i lekarstwo, oddać taką matkę do szpitala. I to nie tylko na kilka dni, lecz na tak długo, aż przeprowadzą kompletną i wyczerpującą kurację. Przez to nie tylko, że nie krzywdziciel nie szkodzicie matce hołdującej pijaństwu, lecz spełniacie Względem nieszczęśliwej uczynek prawdziwego miłosierdzia i praktycznej litości, bo ratujecie jej zdrowie, tak ciała jak duszy! Ratujcie ją od domu wariatów; od grobu i od piekła. Inaczej, powtarzam raz jeszcze, na łodzi pijaństwa, zmarnowana, wycieńczona i zbiedzona zajedzie na cmentarz; tam ludzie zagrzebią cielsko cuchnące od wódki; Bóg zaś pogrzebie duszę przepitej matki gdzieś głęboko w czeluściach piekielnych!
Wy zaś matki, któreście dotychczas klękały pobożnie przed szklanicami i butelkami, zbudźcie się, otrząśnijcie się z tego niecnego nałogu, który was poniża, dzieci wstydem okrywa i na cały dom przekleństwo Boże sprowadza! Chciejcie zrozumieć i pamiętać, że dzieci wasze, nawet dorosłe, nawet te, które już własne gniazdka założyły, szczycą się wami. Ile to miłości serdecznej, ile to dumy szlachetnej przebija przez słowa: "Tak nas mama uczyła; tak nasza mama robiła; nasza mama by tak lub owak postąpiła!" — Popatrzcie się w niedzielę jak nasi spieszy do kościołów. Ileż to razy widzicie jak dzieci dorosłe, prowadzą i podtrzymują matkę staruszkę; zajrzyjcie do naszych rodzin, jak to w święta, nie tylko z bliska się schodzą, lecz nawet z daleka zjeżdżają się dzieci do — matki! Do matki dobrej, troskliwej, dbałej i trzeźwej! Jedźcie na cmentarz. Tam nad grobem matki stoi lub klęczy gromada dojrzałych dzieci. I dziś chociaż to już dwadzieścia, trzydzieści i czterdzieści lat, od czasu kiedy skonała, dziś jeszcze, po tylu latach, dzieci ją serdecznie opłakują. Czemu? Ponieważ była dobrą matką. Matki drogie! Żalicie się na dolę waszą, na niewdzięczność, na cierpienia! Wołam do was, matki ukochane, słowami św. Augustyna: "Mówicie: czasy są złe, czasy są ciężkie, czasy są nieszczęśliwe! Niech życie wasze będzie dobre, a żyjąc w ten sposób, zmienicie czasy, i nie będziecie miały powodu do narzekania!" Wtenczas każdy syn i każda córka mówić będzie publicznie i dumnie o swej matce: "Ojcze, moja matka, to najlepsza na świecie. Nie ma drugiej takiej! Mojej matki nie zmieniłabym na żadną inną matkę!" — Zasłużycie sobie na takie uznanie, jeśli poprowadzicie życie chrześcijańskie, wstrzemięźliwe, trzeźwe! Matki, niech wam Bóg dopomaga i błogosławi!
W ubiegłą niedzielę starałem się wam odmalować odrażającą postać pijaka, jego nierozumne i samobójcze postępowanie, oraz upokarzający i poniżający koniec. Chciałem w słuchaczkach i słuchaczach wzbudzić wstręt do nałogu, który rujnuje zdrowie, niszczy dobrobyt, rozrywa zgodę i pokój, trzaska pożycie rodzinne, podkopuje podwaliny społeczeństwa, szerzy rozmaite choróbska, nędze i niedostatki. Pijak to Judasz, który zdradza Boga, siebie, żonę i dzieci! W dodatku, podły i nikczemny Judasz, ponieważ za kieliszek i butelkę zaprzedaje nie tylko własną duszę i ciaio, ale frymarczy duszami i ciałami bliskich swoich, nad którymi Bóg polecił mu pieczę, mówiąc: "Weżmij te dzieci, a wychowaj mi. Ja tobie dam twą zapłatę!" Jaką zapłatę? "Twą zapłatę!" To znaczy na jaką sobie zasłużysz! Na jaką zaś zapłatę zasłużyć może sobie ojciec-pijak nałogowy? Ten, który zamiast przynieść pejdę do domu, oddać żonie na chleb i mleko, na trzewiczki i ubiór dla dzieci, na opał i rentę — leje to wszystko przez wielbłądową gardziel do saharowego żołądka, a powracając do domu niepewnym krokiem, z dziko roziskrzonemi oczyma, z pianą na ustach, sypie bluźnierstwa, pluje przekleństwa i zieje zgorszenia, jak rozpalony i rozhukany wulkan? Raz jeszcze pytam się: jakiej nagrody może sprawiedliwie spodziewać się taki nałogowy pijak, mąż i niestety ojciec niegodny? Człowiecze drogi! Chociaż w tej chwili może trzymasz w ręku kieliszek i podnosisz go do ust, wstrzymaj się, bo tam na ścianie, obok ciebie, jakaś niewidzialna ręka kreśli jakieś tajemnicze słowa. To twój wyrok. Niechybny i zgubny. Czytaj go. Oto: "nędza, niedołęstwo fizyczne i moralne, cierpienie, choroba, śmierć!" Nie dziw się, tylko bój się! Niech ta bojaźń wstrzyma cię od dalszego upodlania się! O twoje opamiętanie modli się twoja matka staruszka; o to błaga Boga twoja zacna i bogobojna żona; o to proszą Stwórcę twoje dzieci niewinne, przez ciebie zaniedbane i opuszczone! Wszyscy wołają do Boga: Boże daj nam ojca trzeźwego, wstrzemięźliwego, dbałego, kochającego! — Jeśli pijak przedstawia obraz ciemny i smutny, co mam mówić o żonie i matce, która przez nadużywanie w piciu traci godność niewieścią i ściąga się do rynsztoków ulicznych? Widok pijanej kobiety napawa człowieka nie tyle obrzydzeniem, jak politowaniem i żalem, że ta, która powinna stać na ołtarzu, jako świecznik siedmioramienny cnoty i szlachetności, poniżyła swą godność niewieścią, aż do utraty przytomności! — Niestety, dziś kobieta tak starsza jak młodsza idzie za modą; patrzy na życie oczyma przyćmionymi zasadami jakiegoś nierozumnego postępu. Równouprawnienie, źle pojęte, nadało jej cechy męskie. Obrabowało ją z cnót niewiasty chrześcijańskiej, a oblepiło ją wadami i nałogami chłopskimi. Zresztą wysłuchajcie moich skarg i użaleń w dzisiejszej
mowie:
CZY TO MATKA-CHRZEŚCIJANKA?
Historia uczy nas, że w czasach przedchrystusowych znaczenie kobiety spadło poniżej zera. Kobieta była wszystkim, tylko nie istotą ludzką. Służyła za igraszkę; uważana była za zabawkę; traktowano ją jak niewolnicę; uważano ją za istotę bez rozumu, bez zalet, bez żadnych uczuć szlachetnych. Zresztą nie potrzeba nam sięgać do czasów przedchrystusowych i szperać w historii starożytnej. Wystarczy rzucić okiem na kraje pogańskie naszego wieku. Tam po dziś dzień mężczyzna jest panem, kobieta zaś po prostu bydlęciem! Handlują nią, kupują i sprzedają za kilka dolarów, lub zamieniają ją za owce lub kozy! Chrześcijaństwo wzięło kobietę, podniosło ją z ulicy, ze śmietniska, z drogi krzyżowej, i nie tylko zrównało ją z mężczyzną, lecz wystawiło jej ołtarz. Chrześcijaństwo umieściło ją na tym ołtarzu. Otoczyło ją aureolą szacunku, czci, uwielbienia i chwały. Tylko wtenczas świat rozpoczął uznawać szlachetność, powołanie, poświęcenie i ofiarność kobiety każdej, szczególnie zaś żony i matki! Stała się ona towarzyszką, pomocniczką, współpracowniczką mężczyzny. Zamieniła się w strażniczkę ogniska domowego i w widzialnego anioła stróża szczęścia rodzinnego. Poganie zdumiewali się na widok tej zmiany. Podziwiali kobietę chrześcijankę. Św. Jan Złotousty opowiada nam zdarzenie z własnego życia! Niejakiś Libanios, "książę uczonych współczesnych" lecz poganin przywiązany do bożków praojców swoich, zaciekawiony nauką chrześcijańską, pytał się o szczegóły rodzinne św. Jana. Pomiędzy innymi św. Jan opowiadał poganinowi, że wszystko zawdzięcza swej matce, która obecnie ma czterdzieści lat, a już od dwudziestu lat jest wdową. Pogański filozof słuchał z niedowierzaniem. Nie mógł zrozumieć takiego ducha bohaterskiego u młodej chrześcijanki wdowy. Nie miał słów uznania i pochwały dla wierności zmarłemu mężowi, dla miłości ku dziecku i dla mężności w ponoszeniu trosk i trudów połączonych z życiem w samotności i poświęceniu! Ze zdumieniem i podziwem obrócił się do gromadki obecnych i zawołał na głos: "Teraz wiecie, jakie kobiety mają ci chrześcijanie!"
A czemuż to ówcześni chrześcijanie mieli taki typ kobiety? Ponieważ chrześcijanki trzymały się i żyły według zdrowej nauki apostoła Pawła, który nakreślił w liście do Tytusa takie upomnienie: "Także stare niewiasty, w ubiorze świętym, nie potwarliwe, niewiele wina pijące, na dobre uczące; aby młode kobiety ćwiczyły w roztropności, żeby mężów swoich kochały i dziatki swe miłowały; roztropne, czyste, trzeźwe, o dom się starające, dobrotliwe, mężom swym poddane, aby słowo Boże nie było bluźnione."
Dopóki chrześcijanki miały przed oczyma krzyż Chrystusowy, a w duszach chowały naukę krzyża, przyświecały ludzkości jak najjaśniejsze gwiazdy świecą na niebiosach! Zaledwie zaczęły gubić Chrystusa, zaczęły również tracić swój blask, swoje światło. Zaczęły poniżać się i kalać swe stopy brudami pogańskimi! Aby kobietę uspokoić, świat otworzył jej bramy pozornego równouprawnienia, liberalizmu i wolności, co niestety wpakowało ją głębiej w bagna i moczary ukrytej niewoli. Dziś kobieta żyje pod sztandarem, na którym widnieje napis: "Co może Adam, może też Ewa!" — Dziś kobieta pali, pije i klnie na równi z chłopem! Już dziś nie ma — dziewcząt. Są tylko — chłopczyce! Dziś nie ma kobiet — jedynie są — amazonki i viraga! Zamierzam w niedalekiej przyszłości nieco obszerniej i dobitniej pomówić o tym. Dziś zadowolnię się rzucić trzy obrazki przed wasze oczy. Obrazki czarne, groźne, niewiele dobrego nam wróżące. Posłuchajcie: List pochodzi ze stanu Nebraska:
"Ojcze Justynie! Zawsze Ojciec nalega, aby dzieci szanowały swoich rodziców. Dobrze, jeśli ci rodzice są dobrzy i dbają o swoje dzieci. Lecz jeśli są pijakami, tak jak jest nasza matka, co wtenczas? Jak można kochać matkę, która potajemnie kupuje wódkę, upija się i w takim stanie śpi całymi godzinami, zostawiając dzieci bez umycia i bez jedzenia. Ojca nie mamy. Automobil go zabił. Matka dostała dwa tysiące dolarów za śmierć ojca. Mam dwóch braciszków, którzy chodzą do szkoły. Ja liczę lat osiemnaście. Muszę chodzić do fabryki. Jak przyjdę do domu wieczorem, moja matka leży pijana. Nocami wstaje i chodzi. Odgraża się nam, że nas wymorduje. Ja nie mogę spać, bo nie wiem co może się zdarzyć! Jeden raz wzięła wielki nóż i rzuciła się na mnie. Drugi raz chwyciła mnie pod gardło. Trzeci raz otworzyła kurki od gazu. Z rana niewyspana idę z płaczem do roboty. Praca mi nie idzie, bo myślę sobie co matka robi w domu. Co gorsza, nasz sąsiad przychodzi i pije razem z matką. Nigdy nie myślałam, że moja matka będzie pijaczką. Czy bym miała grzech, gdybym matkę oddała do szpitala? Czy nie lepiej porzucić dom i iść do obcych, co bym nie potrzebowała patrzeć na matkę pijaną i bluźniącą? Wstydzę się, że mam taką matkę! Brzydzę się nią. Szkoda, że naszego ojca zabiło. Może by nam lepiej było. Proszę o modlitwy za nas biednych i za naszą matkę, aby przestała pić!" — Ja się pytam: Jaka to matka? Czy to nawet zasługuje na miano matki?
Drugi list ze stanu Missouri: "Wielebny Ojcze! Nasz ojciec wziął rozwód od naszej matki, bo pije za bardzo. Zostawił nas i poszedł w świat. To było trzy lata temu. Od tego czasu już mój brat i moja siostra poszli do obcych ludzi, bo nie mogli wytrzymać w domu. Zostałam sama z matką, ale nie wiem jak długo wytrzymam. Nie mogę mówić że zawsze pije, ale musi się spić do nieprzytomności przynajmniej dwa razy w miesiącu. Wtenczas nie można jej dać rady. Chce mnie bić, wyzywa mnie i przeklina. Mówi mi, żem ja temu winna. Proszę Ojca, ja ciężko pracuję w rzezalni. Wstaję co rano o godzinie piątej. Powracam do domu o trzeciej. Nieraz jestem tak wymęczona, że na nogach nie mogę się utrzymać. Nie chodzę ani na tańce ani do teatrów. Ja bym chciała wziąść moją matkę pod pachę i iść z nią na przechadzkę. Chciałabym się moją matką poszczycić przed ludźmi. Biedy, dzięki Bogu, nie mamy, bo dobrze zarabiam i jestem zdrowa. To jednak mnie nie uszczęśliwia, bo matka musi się upijać. Dziś rano jak żem wstała ona już była pijana. Nie mówiłam ani słówka. Wypiłam filiżankę mleka, uszykowałam sobie lunch. Zakluczyłam drzwi. Jak powróciłam do domu, mama było gorzej pijana jak z rana. Leżała na podłodze z głową pod łóżkiem. Nie mogła powstać o własnych siłach. Musiałam ją podnosić. Ona zaczęła mnie wyzywać od najgorszych i kłóciła się ze mną. Tak się zmarkociłam, że zdrętwiałam. Siły mnie opuściły. Zawołałam lekarza, ponieważ nie mogłam sobie poradzić! Ona wciąż wstawała i znów upadała na łóżko. Przyjechał doktor i dał jej pigułkę i zastrzyki na sen! W tej chwili śpi. Przynajmniej będę miała trochę spokoju, chociaż całą noc muszę być na nogach, bo boję się, aby nie wstała i siebie nie uszkodziła. Żeby Ojciec ją widział. Ma sińce na czole; skóra zdraśnięta z policzków i wielkie czarne plamy pod oczami. "It sure was disgusting, every time I looked at my mother!" Mama przespała całą noc. Zachowała się dosyć spokojnie, chociaż rzucała się po łóżku. Dziś leży chora i cała się trzęsie jak listek. Ja czuje się jak bym z wojny powróciła.
Ręce i piersi mi bolą od podnoszenia i dźwigania mamy. Mama brzydko wygląda; ze mną podle się obeszła! Jednak mi było żal i wstyd. Przyszedł nasz krewny wieczorem, ale nie wpuściłam go; zaciągnęłam rolosy i pogasiłam światła, bo nie chciałam, aby widział moją mamę w takim stanie pijanym. Teraz sama nie wiem co zrobić? Oddać matkę do szpitala? To krewni i znajomi mnie ukrzyżują. Iść sobie z domu i żyć na własną rękę? Ja bym sobie dała radę, ale co się stanie z matką? Ona już za zarobiona i za słaba. A jednak nie mogę patrzeć na własną matkę jak leży pijana. Niech mi Ojciec wybaczy, ale dławię się od płaczu i wstydu!"
Trzeci list z Pennsylwanii: "Nie ma drugiej rodziny na świecie, która jest tak nieszczęśliwa jak nasza. Powodem naszego nieszczęśliwego położenia to nasza matka, która obecnie liczy 67 lat. W czasie prohibicji mieszkaliśmy u ludzi, którzy w sklepie wyrabiali munszajn. Poczęstowali potajemnie nasza matkę. Rozpiła się nam. Raz na tydzień musi sobie podpić. Jest nas w domu troje. Wszyscy pracujemy, lecz cóż z tego. Jak jest trzeźwa, to nie ma lepszej matki na świecie, ale jak się upije, to nie ma gorszej istoty od niej. Kiedy jej odbierzemy butelkę, to nas klnie, kłóci się z nami i chce nas bić. Wczoraj chwyciła z pieca rozgrzaną patelnię i chciała nią uderzyć moją siostrę, która smażyła słoninę. Na szczęście uderzyłem ją w rękę i patelnię wytrąciłem. Krzyknęła na mnie, że Bóg mnie ukarze, żem podniósł rekę na nią! Ojcze, u nas nie ma porządnego i uczciwego życia, tylko prawdziwe piekło! My chcemy żyć uczciwie i spokojnie, ale z matką która pije, nie możemy. Chcemy ją szanować, lecz nie możemy póki pije. Tym, którzy naszą matkę rozpili, życzę, aby poszli na dno piekielne, bo z ich winy musimy cierpieć!"
Czwarty list z Michigan: "Nasza córka jest zamężna. Ma dwadzieścia pięć lat. Ma też dwoje dzieci. Synka pięcioletniego i czteroletnią córkę. Przynajmniej trzy razy w tygodniu chodzi do tawerny na całonocne tańce i picie. Mąż jej pracuje na noc. Ona powraca do domu pomiędzy czwartą i piątą, dobrze podpita. Wtenczas bije w drzwi i budzi te małe dzieci, aby wstały i otworzyły. Nieraz im wymyśla na głos, jeśli zaraz się nie zbudzą i nie otworzą. Wielebny Ojciec nie ma najmniejszego pojęcia, jak u nas młode żony uchodzą za panny i popuszczają sobie paska. Uprawiają pijaństwo z nocy na noc. Nie można im przepowiedzieć, bo zaraz klną bez miłosierdzia. Dzieci zostawią u matki, albo położą spać. Zakluczą drzwi i rozpoczynają zwiedzać tawernę po tawernie. Potem potajemnie odwiedzają doktorów, albo muszą iść do szpitala. Ja jestem wychowana po staremu. Nie dziwię się, że dziś coraz częstsze są rozwody, lub niejeden mąż porzuci żonę i ucieka z domu. Jeśli żona i matka nie chce dopilnować domu, tylko woli wieczory i noce spędzać w tawernach na tańcu i piciu, to zasługuje sobie na wzgardę. Można widzieć nie tylko młode, ale starsze kobiety. Nawet takie co się urodziły w starym kraju!"
Piąty list z Illinois. Pisany przez detektywa. "Proszę, aby O. Justyn kiedy przemówił do naszych córek, żon i matek, aby się raz opamiętały i zaprzestały igrać z pijaństwem. Moje zajęcie wymaga, abym pilnował porządku w miejscu gdzie urządzają rozmaite zabawy. Tu przychodzą rozmaite gatunki ludzi. Mnie się chce płakać, kiedy widzę jak nasze Polki piją do nieprzytomności. To trwa całymi godzinami. Co potem się dzieje nie chcę pisać, z obawy aby nawet sam papier nie spalił się ze wstydu. Ja mam żonę i dwie dorosłe córki. Nie mogę więc zrozumieć, czemu nasze Polki tak upadają, że nie mogą popuścić kieliszka, aż im sam z ręki wypadnie! Czy ich mężowie i rodzice naprawdę nie wiedzą, gdzie one spędzają te długie godziny; z kim są i jak się zachowują? Nieraz muszę wziąść taką nieprzytomną Polkę i zanieść ją do automobilu. Żal mi ich, bo jak raz przyzwyczają się do takiego życia, nic je nie wstrzyma! Obconarodowcy, nie wiedząc, że ja też jestem Polakiem, wyśmiewają się z tych Polek, z którymi piją! Upijanie się wódką zabija w nich wszelkie uczucia. Ja na to muszę patrzeć z nocy na noc. Ja nie mogę nic mówić, ani pomóc. Wy księża upominajcie nasze młode i starsze Polki, aby zaprzestały sprzedawać nasz honor za butelkę wódki lub szampana!"
W ostatnich miesiącach prohibicji, przychodzi do mnie dziewczę, ze skargą na swą matkę. Opowiada mi smutną historyjkę, a łzy, tak wielkie, serdeczne i żałosne łzy spływają po policzkach. Mówi nieśmiało i jękliwie. Ojciec był to dawny salunista. Pił na zabój. Przepił zdrowie i rozpił żonę. Ojca pochowano coś przed trzema miesiącami. Z matką nie mogą sobie dać rady. Pijana całymi dniami. Na noc znika. Z rana powraca do domu. Gdzie była, co robiła, nie można się od niej dowiedzieć! Wysłuchałem opowiadania. Na habit wziąłem zarzutkę, do garści laskę i idę w odwiedziny. Była to godzina dziewiąta. Wieczór zimny, aż za zimny. Wchodzę do domu pijaczki. I tu zimno, pusto i ciemno jak w stodole. Dziewczę prowadzi mnie do sypialni. Zaświeca elektrykę. Patrzę i aż samemu mi się zimno zrobiło. Na pościeli brudnej, cuchnącej, leży — pijaczka. Leży na wznak, W sukni i w trzewikach. Włosy rozczochrane, twarz nabrzmiała, czerwona jak rozpalony węgiel. Sapie, stęka i jęczy. Tuż obok łóżka, kwartowa butelka "berbeluchy". Powietrze w sypialni przesycone śmierdziuchą! Kwartówkę wziąłem do ręki i podniosłem do nosa. Zacząłem się krztusić. To zbudziło pijaczkę. Nagle zerwała się z łóżka, ale była tak pijana, że padła na wznak. Stoję i patrzę! Czekam! Zaczęła bełkotać, lecz nie można było jej zrozumieć. Wywracała na mnie oczy z wysiłkiem, jak zarzynany baran. Kazałem zawołać familijnego doktora. Opowiedziałem mu sprawę. Córka podpisała wymagane papiery. Zajechał ambulans. Kobietę zawieziono do szpitala miejskiego. Zdaje mi się, że leczono ją tam coś przez trzy miesiące. Kuracja szpitalna tak pomogła, że dziś nie ma trzeźwiejszej kobiety w całym mieście Buffalo! — Tak zróbcie i wy dzieci, które na nieszczęście macie w domach — matki nałogowe pijaczki. Najpierw miejcie wiele cierpliwości w obchodzeniu się z takimi matkami, które wolą butelkę gorzały od szczęścia, zdrowia i spokoju. Jakim wstydem okrywają siebie i was! Jak poniżają siebie; jak narażają własne zdrowie i przyspieszają nie tylko choroby, ale i samą śmierć! Jak wystawiają siebie na wzgardę, a was na szyderstwa i pośmiewiska ludzkie. Jeśli to jednak nie pomoże, wtenczas bez dalszej zwłoki, bez względu na opinię ludzi, jedyny ratunek i lekarstwo, oddać taką matkę do szpitala. I to nie tylko na kilka dni, lecz na tak długo, aż przeprowadzą kompletną i wyczerpującą kurację. Przez to nie tylko, że nie krzywdziciel nie szkodzicie matce hołdującej pijaństwu, lecz spełniacie Względem nieszczęśliwej uczynek prawdziwego miłosierdzia i praktycznej litości, bo ratujecie jej zdrowie, tak ciała jak duszy! Ratujcie ją od domu wariatów; od grobu i od piekła. Inaczej, powtarzam raz jeszcze, na łodzi pijaństwa, zmarnowana, wycieńczona i zbiedzona zajedzie na cmentarz; tam ludzie zagrzebią cielsko cuchnące od wódki; Bóg zaś pogrzebie duszę przepitej matki gdzieś głęboko w czeluściach piekielnych!
Wy zaś matki, któreście dotychczas klękały pobożnie przed szklanicami i butelkami, zbudźcie się, otrząśnijcie się z tego niecnego nałogu, który was poniża, dzieci wstydem okrywa i na cały dom przekleństwo Boże sprowadza! Chciejcie zrozumieć i pamiętać, że dzieci wasze, nawet dorosłe, nawet te, które już własne gniazdka założyły, szczycą się wami. Ile to miłości serdecznej, ile to dumy szlachetnej przebija przez słowa: "Tak nas mama uczyła; tak nasza mama robiła; nasza mama by tak lub owak postąpiła!" — Popatrzcie się w niedzielę jak nasi spieszy do kościołów. Ileż to razy widzicie jak dzieci dorosłe, prowadzą i podtrzymują matkę staruszkę; zajrzyjcie do naszych rodzin, jak to w święta, nie tylko z bliska się schodzą, lecz nawet z daleka zjeżdżają się dzieci do — matki! Do matki dobrej, troskliwej, dbałej i trzeźwej! Jedźcie na cmentarz. Tam nad grobem matki stoi lub klęczy gromada dojrzałych dzieci. I dziś chociaż to już dwadzieścia, trzydzieści i czterdzieści lat, od czasu kiedy skonała, dziś jeszcze, po tylu latach, dzieci ją serdecznie opłakują. Czemu? Ponieważ była dobrą matką. Matki drogie! Żalicie się na dolę waszą, na niewdzięczność, na cierpienia! Wołam do was, matki ukochane, słowami św. Augustyna: "Mówicie: czasy są złe, czasy są ciężkie, czasy są nieszczęśliwe! Niech życie wasze będzie dobre, a żyjąc w ten sposób, zmienicie czasy, i nie będziecie miały powodu do narzekania!" Wtenczas każdy syn i każda córka mówić będzie publicznie i dumnie o swej matce: "Ojcze, moja matka, to najlepsza na świecie. Nie ma drugiej takiej! Mojej matki nie zmieniłabym na żadną inną matkę!" — Zasłużycie sobie na takie uznanie, jeśli poprowadzicie życie chrześcijańskie, wstrzemięźliwe, trzeźwe! Matki, niech wam Bóg dopomaga i błogosławi!
OKRUSZYNY! - pogadanka o. Justyna z 25.04.1937 r.
Witam Was zacni Rodacy i miłe Rodaczki słowami: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Dziś przemawiam do was po raz ostatni w tym sezonie. Ostatni to program waszej Godziny Różańcowej. Przez dwadzieścia sześć niedziel bez przerwy, co niedzielę wieczór stawałem przed mikrofonem i przemawiałem do was na tematy życiowe, czasowe i praktyczne. W przemówienia włożyłem całe moje serce i całą duszę. Mówiłem do was szczerze, otwarcie i bez ogródek. Prawdy nie owijałem w bawełnę, nie zważając ani na przyjaźń, ani na nieprzyjaciół. Głosiłem naukę Krzyża i zasady Ukrzyżowanego. W słowach i w wyrażeniach nie przebierałem. Dla mnie czarne zawsze było czarne, a białe było białe. W mowach nigdy nie mierzyłem, aby zyskać wasze pochwały lub wasze poklaski, chodziło mi tylko o wasze dobro i wasze szczęście. Wskazywałem na tablicę z dziesięciorga przykazaniami; pouczałem jakie są wasze obowiązki względem Boga, Kościoła, kraju, rodziny, bliźniego i samych siebie. Chętnie pouczałem o waszych prawach obywatelskich i społecznych, zawsze nawoływując do zgody i bratniej miłości. Chwaliłem wasze cnoty i zalety, ale wcale nie wahałem się wskazywać na słabostki i wady. Nigdy nie siałem ziarnek nienawiści lub zemstliwości, ale zachęcałem do podania sobie rąk do współpracy, do wzajemnego porozumienia i wyrozumienia. Nigdy nie myślałem o sobie, zawsze jednak miałem przed oczyma tego olbrzyma naszej narodowości, który sam nie zna własnych zdolności i sił i potęgi. Chciałem zobaczyć tę chwilę, kiedy to wreszcie nastąpi zbudzenie się i zmartwychwstanie nasze, i kiedy ten wieczny niewolnik polski i sługa Polak zamieni się w pana mądrego i rozumnego, któremu w przyszłości inni kłaniać się będą, tak jak on dotychczas kłaniał się innym. Przed oszczerstwami i kłamliwymi zarzutami przeciw mnie skierowanemi, aby mnie poniżyć, zniesławić wśród ludu, nie broniłem się. Byłem na nie przygotowany, spodziewałem się ich. Osobistość nie tylko maleje, ale całkowicie znika, kiedy o dobro publiczne się rozchodzi. Zarzucono mi, że jestem politykierem, kapitalistą, milionerem, sprzedawczykiem robotnika, buntownikiem, wichrzycielem, a nawet Marcinem Lutrem. Zarzuty te czekają na dowody i czekać będą do dnia sądnego. Mimo tych wycieczek i napaści, Godzina Różańcowa ma dziś więcej przyjaciół, przychylnych i pomocników, aniżeli kiedykolwiek dotychczas. Przyznaję, że nad nami Opatrzność Boska, a przy nas zastępy ludzi dobrej woli. Pan Bóg nas nie opuścił, ludzie nas się nie wyrzekli, widocznie więc sprawa jest zacna i korzystna Bogu i ludziom. Przyznam się, że ogrom pracy nigdy mnie nie przestraszał, mimo żem nieraz pracował osiemnaśde i dwadzieścia godzin na dobę. Dziś jednak czuję się wymęczony, zmęczony i zdenerwowany. Mimo to odczuwam pewne pokorne zadowolenie, żem pracował, i żem pracował nie dla siebie, lecz dla mego Boga i dla moich ziomków, w sprawach Bożych i narodowych. Za to spodziewam się, że Stwórca przebaczy mi pewne ułomności ludzkie, których mi nie brakuje, lecz których nawet publicznie się nie zapieram. Przystępuje do ostatniej mowy w tym sezonie, którą tytułuję:
OKRUSZYNY!
Pierwotnie, zamierzałem poświęcić dzisiejszą mówę naszym matkom. Tymczasem nagromadziło się tyle materiału, że uważam za stosowne, aby poruszyć kilka tematów. Pewien list (w jęz. angielskimi - który opuszczono, red.) mówi
nam więcej, aniżeli mogą nam wypowiedzieć usta najwymowniejszego kaznodziej. Bo tu przemawia syn, wystawiając cnoty rodziców, wzorowego ojca i dbałej matki. Ten list jest prawdziwym kazaniem na dzień Matek i na dzień Ojców. Ja osobiście wierzę, że olbrzymia większość naszych rodziców, są takimi ojcami i takimi matkami. Ojcami, którzy wysilają swe siły, zdolności i prace dla dzieci; aby dzieci miały lepiej na świecie, aniżeli mieli oni. Matkami, które poza rodziną, świata nie widzą, o świat nie dbają, światem się nie interesują. Całe ich serce i cała dusza zatopiona w dzieciach, w ich powodzeniu i szczęściu! Nie mają więcej zadowolenia, jak kiedy widzą, że synowie i córki, mają byt zapewniony i przynoszą sobie pochwałę i uznanie. Jak zaś smucą się, kiedy na ich dzieci, ludzie palcem wskazują i szeptają coś podejrzliwego! Z drugiej strony, zawsze trzymając się listu poznajemy, że mamy wdzięcznych synów i córki. Zawsze i wszędzie przyznają, że wszystko co mają i czym są, zawdzięczają swym rodzicom. Chwalą się swoimi ojcami i szczycą się swymi matkami. Rozumieją dobrze, że człowiek tylko raz żyje, ma tylko jednego ojca i jedną matkę! Rozumieją też, że dobry ojciec i dobra matka to skarby w życiu ludzkim najcenniejsze, których zastąpić nie można, ani złotem, ani srebrem, ani majątkiem całego świata.
Niech mi słuchacze wybaczą, że powrócę raz jeszcze do mojego tatusia i mojej mamusi. Prawda, zeszli już z tego świata, lecz nie wyszli z mej pamięci. I ja śmiało mogę powiedzieć, że byli to najlepsi rodzice na świecie. Tatuś zadawalniał się najpotrzebniejszemi rzeczami, ale dla nas co najlepsze i najsmaczniejsze. Pieszo chodził, aby zaoszczędzić na tramwaju, a za to nam cukierki kupował. Nawet w peliku zostawiał kawałek paja albo kieksika, kiedy z pracy powracał. Sam nie zjadł, aby nam uciechę sprawić. Kiedy widział nas, czoło jego się rozjaśniało, i uśmiechał się ze zadowolenia! Mamusię nieboszczycę, chociaż mało pamiętam, widzę ją jeszcze dziś, jakby przez grubą mgłę. Szczególnie pamiętam dzień pierwszej Komunii Św.; dzień moich święceń kapłańskich; dzień mojej pierwszej Mszy św.! Wszystkie dzieci przy pierwszej Komunii Świętej, powracały do swych matek. Ja byłem sierotą. W szkołach chłopcy otrzymywali listy. Niektóre były pisane grubymi literami; były składane z trudem, błędnie, niepoprawnie. Studencikom były jednak zawsze drogie i chowają je po dziś dzień. Czemu? Bo były od ich matek i uważają je, nie tylko za pamiątkę, ale za skarb macierzyńskiej miłości. Współtowarzyszom nie tylko wtenczas zazdrościłem, ale i dziś jeszcze zazdroszczę. Prawda, miałem dbającego i życzliwego ojca. Ojciec jednak nigdy matki nie zastąpi i zastąpić nie może. - W miesiącu lipcu minie dwadzieścia siedem lat jak w Rzymie, w kolegjum hiszpańskiem przy placu Navonny, gromadka diakonów otrzymała święcenia kapłańskie z rak Kardynała Merry del Val, ówczesnego sekretarza świątobliwego Piusa X. Po ceremoniach nowowyświecony kapłan powracał do kolegium. W drodze myślał sobie o rodzicach, rodzeństwie i starym domku rodzinnym. Przed oczyma jego wyobraźni, przesuwał się ten obrazek; obrazek tak miły każdemu człowiekowi, ale tym milszy owemu młodemu kapłanowi, ponieważ dzieliła ich przestrzeń około siedmiu tysięcy mil. Szedł z głową ku ziemi spuszczoną, a po policzkach płynęły łzy radości i mieszały się ze łzami smutnych wspomnień. Tak już niezadługo powróci do domu rodzinnego, do ojca, do rodzeństwa, ale nie do matki. Ją dawno, już tak dawno Bóg zabrał. I na to wspomnienie, oczy zaszły łzami, mimowoli usta rzuciły wyrzutne pytanie: Czemu to tak? —- Dziś jeszcze, po dwudziestu siedmiu latach ciężkiej, trudnej, a zarazem niewdzięcznej orki kapłańskiej, ten sam kapłan po całodziennej pracy, późno wieczorem siedzi przy biurku i robi ze sobą rachunek sumienia. Rozumie jak mało dobrego zrobił, mimo najlepszych chęci. W tej samej chwili widzi ile więcej pozostaje do zrobienia, i nie tylko myśli, ale mówi sam do siebie: Byłbyś lepszym, gorliwszym i dbalszym, gdyby twoja matka żyła! Zdaje mu się wtenczas, że tuż nad nim unosi się postać matki, która z lekka dotyka się jego głowy strapionej, ociężałej, a z ust jej bladych padają słowa pociechy i ukojenia!
Ojcowie kochani, matki drogie, dziś przez usta moje hołd wam składają, wszystkie nasze dzieci rozumne i wdzięczne. Całujemy usta wasze, wdzięczni za wasze rady, upomnienia i wskazówki. Całujemy ręce wasze za długoletnią pracę, poświęcenie i starania dla nas. Za wszystko wam dziękujemy. Proszę was jednak bądźcie nam zawsze wzorowymi ojcami i matkami, abyśmy zawsze i wszędzie mogli się wami poszczycić, mówiąc dumnie teraz przed światem i ludźmi, później przed Bogiem i Aniołami: To jest mój Ojciec, — to jest moja Matka!
Czytam następujący list, ponieważ jest nadzwyczajny, w obecnych czasach. "Przewielebny Ojcze! Z okazji nadchodzącego dnia Imienin, zasyłam moje, a raczej razem z moją żoną życzenia. Niech Bóg łaskawie pobłogosławi w pracy tak trudnej. Programy nadawane są prawdziwym pokarmem. Ja słucham co druga niedzielę, gdyż pracuje w niedzielę, i to w szpitaiu niekatolickim, więc co drugą niedzielę przychodzę wcześniej; nie dziwić się, że program Godziny Różańcowej, jest dla mnie pokarmem, gdyż do kościoła chodzić nie mogę. Uprosiłem o wolne w Wielkanoc na godzinkę, więc mogłem przystąpić do Sakramentów Świętych! Pracuję co dzień. Zapłata jednak mała bo tylko S55.70 na miesiąc, ale z tego trzeba się opłacić! Żona obecnie słabuje, ponieważ spodziewamy się potomstwa. Leży w szpitalu niekatolickim, bo tam taniej. Wielebny Ojcze, mimo tych trudności i ciężarów, nie narzekamy. Pomimo tak słabego dochodu, cieszymy się zadowoleni, i jesteśmy szczęśliwi. Pokazuje to, że pieniądz, to jeszcze nie wszystko! Żonę mi dał Bóg dobrą. Nie jest ani rozrzutna, ani skąpa. Niech Ojciec przemówi do młodych małżonków, że do szczęścia nie są tak potrzebne pieniądze jak Bóg, wiara i miłość wzajemna! Dotychczas Bóg nam daje łaski potrzebne do szczęśliwego pożycia. Nie mogę zrozumieć dlaczego ludzie tak narzekają na Boga"!
Do tak szczerego wynurzenia uczuć ludzkich, nie dodaję ani stówka. Pisany przez szczerze wierzącego, który rozumnie i trzeźwo patrzy na życie ludzkie; któremu Bóg, wiara i zacna żona, przynieśli szczęście, spokój i zadowolenie! Niech wszyscy mężowie i wszystkie żony, wzorują się w zapatrywaniach na swe pożycie, na owej parze maiżeńskiej!
Teraz czytam z innego listu. Odnosi się do bardzo ważnej sprawy. Posłuchajcie: "Jestem wdową. Liczę lat siedemdziesiat. W czasie depresji pożyczyłam znajomym osiemset dolarów. Od dwóch lat nawet procentu mi nie płacą. Najpierw przepisali dom na krewnych, przeszli przez cywilne bankructwo, wyśmiewają się ze mnie, że im nie mogę nic zrobić. Dziś mogliby mnie spłacić, bo aż czterech ich w domu pracuje." — Każdy dług musi być spłacony, albo temu, u którego był zaciągnięty, albo osobie, która go zastępuje, albo musi być oddany na dobre cele. Jeśli nie można w całości i razowo spłacić długów, trzeba je spłacić w części.
Bankructwo, szczególnie w czasach naszych, powinno być rozważane nie tylko z punktu legalnego, ale również z punktu moralnego. Jeśli kto jest zmuszony do bankructwa nie z własnej winy, ale z nieszczęścia, wtenczas nie jest on moralnie odpowiedzialnym. Jeśli jednak kto spowodował bankructwo, ponieważ prowadził życie ponad stan, prowadził się niedbale, pił, gemblował, lub nieoględnie handlował na giełdzie, wtenczas obowiązany jest do oddania długów, mimo że sąd go uwalnia od odpowiedzialności. Ogromną i jawną niesprawiedliwość wyrządzają dłużnicy, którzy przepisują domy i inne własności na swoje żony albo przyjaciół, którzy zatrzymują je pod swoją opieką, aż proces lub procesy ukończą. Nie potrzeba się dalej rozwodzić nad długami i bankructwami. Sprawiedliwe długi w sumieniu obowiązują do całkowitej spłaty. W naszym wypadku, staruszka ma prawo nie tylko do pełnej sumy, ale i do zaległych procentów. Widocznie dłużnicy nie mają ani wiary, ani sumienia!
Słuchacze kochani, spłacajcie wasze długi. Niesprawiedliwość drugim wyrządzona, przez niewypłacenie długów, nigdy wam nie przyniesie ani szczęścia, ani powodzenia, ani spokoju. Cudza krzywda, nie tuczy, i długi spłacajcie do ostatniego szelążka!
W środę, 14-go kwietnia, tu w Buffalo odbyła się uroczysta instalacja nowego Biskupa, Jego Ekscelencji Jana Alojzego Duffego. Przy tej okazji Jego Eminencja Kardynał Hayes, pomiędzy innymi mówił tak: "Inne usposobienie i inny duch opanował świat dzisiejszy. Inne usposobienie, inne zapatrywanie. Dzisiejsza Ameryka to już inna od wczorajszej. Czy jest to zmiana na lepsze lub gorsze, nie wiadomo. Ta Ameryka, którą znaliśmy i kochaliśmy, i którą wyobrażaliśmy niezmienną z pokolenia na pokolenie. Ostatnie zdarzenia tu i za morzem, wstrząsnęły naszym krajem, przez wywrotowe ruchy przeciw naszym ukochanym i demokratycznym ideałom! Złe czasy spadły na ten świat. Zamieszanie, wyraża to bardzo łagodnie. Ludzie są jakby w obłędzie, jeśli już nie zgubieni duchowo, moralnie, umysłowo, społecznie, w labiryntach własnej twórczości. Ciemności fałszu ich tak pomieszały i z tropu zbiły, że już człowiek nie wie, czym jest w rzeczywistości, albo dokąd idzie. Człowiek zadawalnia się oświatą, która ignoruje Chrystusa, tego nauczyciela wieków, i przez to intelektualnie gasi światłości niebieskie. Wychwalając szkoły ludzkie oraz laboratoria, które pod przewodnictwem Boga, by zaprowadziły człowieka na szczyt doskonałej wiedzy i kultury, ten człowiek stoi bezradny i niemocny w obecności Istoty Boskiej, Stworzyciela wszechświata — tego jedynie prawdziwego źródła życia, światłości i prawdy. Duch naszego dnia, przymusza człowieka, aby był prawem dla siebie, a ten człowiek stał się istotą nieuznającą żadnego prawa. Stąd padły ideały moralne i duchowe; stały się one bezużyteczne w
życiu człowieka. Nie widzi on słońca i gwiazd, które głoszą chwałę Stwórcy. Ślepy jest na pomoc, które Opatrzność Boska obmyśliła na jego ogólne szczęście, czasowe i wieczne, tutejsze i pozagrobowe! Jak więc może człowiek postępować do wyznaczonego mu celu, jeśli życie ludzkie obfituje w cielesność, chciwość, niesprawiedliwość i nienawiść — co wszystko wyklucza Boga i bliźniego. Szukając powodów burzliwego życia, które z rozpaczą patrzy w przyszłość brzemienną w wojnę światową, w ekonomiczne załamanie i w moralną rebelię, w rozbite życie familijne i w okrutne zbrodnie, zwracamy uwagę, że człowiek sam sobie zostawiony i o własnych siłach, nie jest w mocy wydostania się z kryzysu, który codziennie staje się coraz to więcej zawikłany, brudniejszy i rozpaczliwszy. Świat potrzebuje Zbawiciela! Jak kiedyś w starożytności, Bóg ocalił Noego w arce, tak teraz Chrystus Zbawiciel zachowa przez swój Kościół, tych którzy wyznają tę wiarę, którą Chrystus nauczał, i którzy według tej wiary żyją."
Nowo instalowany Biskup J. A. Duffy, pomiędzy innemi naznaczył: "Moja instalacja przypada w czasach krytycznych, w czasach krytycznych tak dla Kościoła jak dla świata. Jakieś niepowstrzymane poruszenie wstrząsa ludzkością. Ród ludzki jest niespokojny. Człowiek zdąża do jakiegoś celu, i na razie, w tym pośpiechu, niszczy starożytne słupy graniczne, które znaczyły stałość i trwałość społeczną — wzory moralne — i spokojny postęp. Wiele mówiące znaki nowej ery są tak jawne na powierzchni życia ludzkiego, że nawet przypadkowo zastanawiającego — przerażają! Każdy stopień życia — dom i rodzina, handel i przemysł, rząd i prawo — jest poddane egzaminowi, bezlitosnemu i gorzkiemu. Ani lata, ani świętość, ani dobroczynna służba, nie wystarcza do zachowania od ostrej i głębokiej analizy. Całe narody otwarcie przywłaszczyły sobie brutalną zasadę, że siła i moc to jedyne prawo. Filozofia życia przyjęta przez jednostki i przez rządy; wychwalają siłę jako jedyny środek życia. A więc niech bierze, kto może, i niech trzyma, kto jest w stanie! Umysły ludzkie są zajęte, zadając pytania, rzucając konkluzje, egzaminując fundamenty, tłumacząc zdarzenia — robią to wszystko z przerażającymi skutkami. Zmieniają znane instytucje, znoszą prawa, wykorzeniają moralne zasady. Jesteśmy świadomi, że otoczeni jesteśmy zapałem i energią, które nie dbają o to, o co my dbamy, i z nami nie mają sympatii. Odgrażają się nam widmem, najgroźniejszem widmem, jakie umysł ludzki może nam przedstawić; bo nic innego jak powrót do świata bez Chrystusa i bez — Boga. Zmierzcie ogrom braków oraz wymagań naszej ery, różnica pomiędzy tymi, jest miarą powodu dla którego istnieje Kościół! Ciężkie niezadowolenie, które stawia się w głębokiem niedowierzaniu Bogu — niezrozumiana nierówność ludzkiego położenia i zdolności — potworne nadużycie najobfitszych darów Boskich — do czego należy dodać samolubstwo zamożnych, oraz brutalna swawola bogactwa i rozkoszy! Na to wszystko, Kościół znalazł zawsze lekarstwo. Chociaż źródłem obecnych zagadnień, jest grzech, samolubstwo i głupota, Kościół Katolicki, w obecnych czasach jest przeciwnikiem i lekarstwem!" Tu kończę cytat z mowy Księdza Biskupa.
Teraz wyobraźnią przenoszę was do czasów Chrystusowych, nad brzeg morza Galilejskiego. Widzimy Zbawiciela otoczonego gromadką uczniów. Chrystus mówi do nich: "Przeprawmy się na jezioro." Uczniowie spojrzeli na wody jeziora. Były spokojne. Wyglądały jak lustro. Powietrze ciepłe, spokojne. Weszli z Chrystusem do łodzi. Odbili od brzegu. Chrystus wymęczony zasnął. Nagle zerwał się wiatr, w kilku minutach, łódź zaczęła się kołysać, a wzburzone fale zalewały łódkę. Mimo niebezpieczeństwa, Chrystus się nie budził. Wreszcie, uczniowie wystraszeni zaczęli błagać: "Mistrzu, giniemy!" A Chrystus wstał, zgromił wiatr i nawałności. Na rozkaz Zbawiciela, wiatry się uciszyły, wody się uspokoiły, i nagle stała się cisza! I rzekł im: Gdzież jest wiara wasza? A oni przelękli się i ze zdziwieniem mówili jeden do drugiego: Kto mniemasz jest Ten, że i wiatrom i morzu rozkazuje, a słuchają go?" — Gdyby dziś cały świat, który nie tylko tarza się, ale topi się w falach niepewności, nienawiści, niechęci i nieufności oraz niedowierzania, nad którym wiszą ciężkie, czarne i złowrogie chmury, nabite grzmotami, błyskawicami i piorunami, gdyby świat cały rzucił się na kolana i zawołał: "Nauczycielu, Chryste Boże, ratuj bo giniemy!" Wierzę, głęboko wierzę, że Zbawiciel by burze wstrzymał, wiatry uspokoił i nastałaby cisza i pokój wszechświatowy!
Na zakończenie tej dzisiejszej mowy, przytaczam scenę, której byłem świadkiem około dwanaście lat temu! Wówczas zajechałem do cudownego miejsca Lourdes, we Francji! Właśnie wtenczas wraz z pielgrzymką angielską przywieziono przeszło czterysta chorych. Co popołudnia o godzinie trzeciej, chorych przynoszono na ogromny plac kwadratowy przed bazyliką. Jedni siedzieli w krzesłach, drudzy leżeli na noszach; inni spoczywali na prostych deskach, zbitych we formie łóżek! Wszyscy oczekiwali na procesję z Przenajświętszym Sakramentem. Wreszcie w drzwiach bazyliki ukazał się krzyż. Za krzyżem dwójki ministrantów, dalej pary księży aż w końcu pod baldachimem w asyście, Biskup, trzymający przed sobą bogatą monstrancję. Biskup Schuster, niósł Utajonego Zbawiciela, aby chorych pokrzepić, pocieszyć i możliwie uzdrowić. Procesja zatrzymała się przy kwadracie. Biskup z monstrancją wszedł do środka. Przystanął. Podniósł monstrancję wysoko nad własną głowę. Jeden z kapłanów klęknął przed tajonym Chrystusem, a wyciągając ku Niemu ramiona, zaczął wołać głosem żarliwym i błagalnym: "Jezusie Nazareński, zmiłuj się nam nami! Jezusie Nazareński, zmi¬łuj się nad nami!" Na głos tej prośby, z piersi biednych schorzałych, wyrwał się szloch, jęk, płacz i setki ust powtarzały za kapłanem: "Jezusie Nazareński, zmiłuj się nad nami!" A Biskup szedł od chorego do chorego, przystawał przy każdym nieszczęśliwym i nad nim złocistą monstrancją kreślił wielki znak krzyża św. Widocznie każdy odczuwał jakąś pociechę, doznawał jakiejś ulgi, ponieważ powoli ustawały krzyki i hałasy. Tylko usta zbolałe szeptały dalej: "Jezusie Nazareński, zmiłuj się nad nad nami." Ten szept modlitewny uniósł się nad tymi łazarzami, jak dym kadzidła wonnego i płynął het, het wysoko aż pod tron Stwórcy miłosiernego. Tam stąd powrotną falą spłynął jak rosa poranna, świeża i orzeźwiająca, lub jako balsam kojący i gojący rany, boleści i cierpienia złamanych ciał ludzkich. — Ten obraz lurdzki to wierna odbitka położenia ludzkiego dnia dzisiejszego. Przemawiając dziś do was, kto wie czy może nie po raz ostatni, i ja rzucam się na kolana, przed Stwórcą, przed Zbawicielem i przed Sędzią ludzkości, a wznosząc wysoko me ręce, wołam w imieniu moim, w imieniu waszym, w imieniu całej ludzkości: "Panie ratuj, bo giniemy i Jezusie Nazareński, zmiłuj się nad nami, Jezusie Nazareński, zmiłuj się nad nami!"
Dziś przemawiam do was po raz ostatni w tym sezonie. Ostatni to program waszej Godziny Różańcowej. Przez dwadzieścia sześć niedziel bez przerwy, co niedzielę wieczór stawałem przed mikrofonem i przemawiałem do was na tematy życiowe, czasowe i praktyczne. W przemówienia włożyłem całe moje serce i całą duszę. Mówiłem do was szczerze, otwarcie i bez ogródek. Prawdy nie owijałem w bawełnę, nie zważając ani na przyjaźń, ani na nieprzyjaciół. Głosiłem naukę Krzyża i zasady Ukrzyżowanego. W słowach i w wyrażeniach nie przebierałem. Dla mnie czarne zawsze było czarne, a białe było białe. W mowach nigdy nie mierzyłem, aby zyskać wasze pochwały lub wasze poklaski, chodziło mi tylko o wasze dobro i wasze szczęście. Wskazywałem na tablicę z dziesięciorga przykazaniami; pouczałem jakie są wasze obowiązki względem Boga, Kościoła, kraju, rodziny, bliźniego i samych siebie. Chętnie pouczałem o waszych prawach obywatelskich i społecznych, zawsze nawoływując do zgody i bratniej miłości. Chwaliłem wasze cnoty i zalety, ale wcale nie wahałem się wskazywać na słabostki i wady. Nigdy nie siałem ziarnek nienawiści lub zemstliwości, ale zachęcałem do podania sobie rąk do współpracy, do wzajemnego porozumienia i wyrozumienia. Nigdy nie myślałem o sobie, zawsze jednak miałem przed oczyma tego olbrzyma naszej narodowości, który sam nie zna własnych zdolności i sił i potęgi. Chciałem zobaczyć tę chwilę, kiedy to wreszcie nastąpi zbudzenie się i zmartwychwstanie nasze, i kiedy ten wieczny niewolnik polski i sługa Polak zamieni się w pana mądrego i rozumnego, któremu w przyszłości inni kłaniać się będą, tak jak on dotychczas kłaniał się innym. Przed oszczerstwami i kłamliwymi zarzutami przeciw mnie skierowanemi, aby mnie poniżyć, zniesławić wśród ludu, nie broniłem się. Byłem na nie przygotowany, spodziewałem się ich. Osobistość nie tylko maleje, ale całkowicie znika, kiedy o dobro publiczne się rozchodzi. Zarzucono mi, że jestem politykierem, kapitalistą, milionerem, sprzedawczykiem robotnika, buntownikiem, wichrzycielem, a nawet Marcinem Lutrem. Zarzuty te czekają na dowody i czekać będą do dnia sądnego. Mimo tych wycieczek i napaści, Godzina Różańcowa ma dziś więcej przyjaciół, przychylnych i pomocników, aniżeli kiedykolwiek dotychczas. Przyznaję, że nad nami Opatrzność Boska, a przy nas zastępy ludzi dobrej woli. Pan Bóg nas nie opuścił, ludzie nas się nie wyrzekli, widocznie więc sprawa jest zacna i korzystna Bogu i ludziom. Przyznam się, że ogrom pracy nigdy mnie nie przestraszał, mimo żem nieraz pracował osiemnaśde i dwadzieścia godzin na dobę. Dziś jednak czuję się wymęczony, zmęczony i zdenerwowany. Mimo to odczuwam pewne pokorne zadowolenie, żem pracował, i żem pracował nie dla siebie, lecz dla mego Boga i dla moich ziomków, w sprawach Bożych i narodowych. Za to spodziewam się, że Stwórca przebaczy mi pewne ułomności ludzkie, których mi nie brakuje, lecz których nawet publicznie się nie zapieram. Przystępuje do ostatniej mowy w tym sezonie, którą tytułuję:
OKRUSZYNY!
Pierwotnie, zamierzałem poświęcić dzisiejszą mówę naszym matkom. Tymczasem nagromadziło się tyle materiału, że uważam za stosowne, aby poruszyć kilka tematów. Pewien list (w jęz. angielskimi - który opuszczono, red.) mówi
nam więcej, aniżeli mogą nam wypowiedzieć usta najwymowniejszego kaznodziej. Bo tu przemawia syn, wystawiając cnoty rodziców, wzorowego ojca i dbałej matki. Ten list jest prawdziwym kazaniem na dzień Matek i na dzień Ojców. Ja osobiście wierzę, że olbrzymia większość naszych rodziców, są takimi ojcami i takimi matkami. Ojcami, którzy wysilają swe siły, zdolności i prace dla dzieci; aby dzieci miały lepiej na świecie, aniżeli mieli oni. Matkami, które poza rodziną, świata nie widzą, o świat nie dbają, światem się nie interesują. Całe ich serce i cała dusza zatopiona w dzieciach, w ich powodzeniu i szczęściu! Nie mają więcej zadowolenia, jak kiedy widzą, że synowie i córki, mają byt zapewniony i przynoszą sobie pochwałę i uznanie. Jak zaś smucą się, kiedy na ich dzieci, ludzie palcem wskazują i szeptają coś podejrzliwego! Z drugiej strony, zawsze trzymając się listu poznajemy, że mamy wdzięcznych synów i córki. Zawsze i wszędzie przyznają, że wszystko co mają i czym są, zawdzięczają swym rodzicom. Chwalą się swoimi ojcami i szczycą się swymi matkami. Rozumieją dobrze, że człowiek tylko raz żyje, ma tylko jednego ojca i jedną matkę! Rozumieją też, że dobry ojciec i dobra matka to skarby w życiu ludzkim najcenniejsze, których zastąpić nie można, ani złotem, ani srebrem, ani majątkiem całego świata.
Niech mi słuchacze wybaczą, że powrócę raz jeszcze do mojego tatusia i mojej mamusi. Prawda, zeszli już z tego świata, lecz nie wyszli z mej pamięci. I ja śmiało mogę powiedzieć, że byli to najlepsi rodzice na świecie. Tatuś zadawalniał się najpotrzebniejszemi rzeczami, ale dla nas co najlepsze i najsmaczniejsze. Pieszo chodził, aby zaoszczędzić na tramwaju, a za to nam cukierki kupował. Nawet w peliku zostawiał kawałek paja albo kieksika, kiedy z pracy powracał. Sam nie zjadł, aby nam uciechę sprawić. Kiedy widział nas, czoło jego się rozjaśniało, i uśmiechał się ze zadowolenia! Mamusię nieboszczycę, chociaż mało pamiętam, widzę ją jeszcze dziś, jakby przez grubą mgłę. Szczególnie pamiętam dzień pierwszej Komunii Św.; dzień moich święceń kapłańskich; dzień mojej pierwszej Mszy św.! Wszystkie dzieci przy pierwszej Komunii Świętej, powracały do swych matek. Ja byłem sierotą. W szkołach chłopcy otrzymywali listy. Niektóre były pisane grubymi literami; były składane z trudem, błędnie, niepoprawnie. Studencikom były jednak zawsze drogie i chowają je po dziś dzień. Czemu? Bo były od ich matek i uważają je, nie tylko za pamiątkę, ale za skarb macierzyńskiej miłości. Współtowarzyszom nie tylko wtenczas zazdrościłem, ale i dziś jeszcze zazdroszczę. Prawda, miałem dbającego i życzliwego ojca. Ojciec jednak nigdy matki nie zastąpi i zastąpić nie może. - W miesiącu lipcu minie dwadzieścia siedem lat jak w Rzymie, w kolegjum hiszpańskiem przy placu Navonny, gromadka diakonów otrzymała święcenia kapłańskie z rak Kardynała Merry del Val, ówczesnego sekretarza świątobliwego Piusa X. Po ceremoniach nowowyświecony kapłan powracał do kolegium. W drodze myślał sobie o rodzicach, rodzeństwie i starym domku rodzinnym. Przed oczyma jego wyobraźni, przesuwał się ten obrazek; obrazek tak miły każdemu człowiekowi, ale tym milszy owemu młodemu kapłanowi, ponieważ dzieliła ich przestrzeń około siedmiu tysięcy mil. Szedł z głową ku ziemi spuszczoną, a po policzkach płynęły łzy radości i mieszały się ze łzami smutnych wspomnień. Tak już niezadługo powróci do domu rodzinnego, do ojca, do rodzeństwa, ale nie do matki. Ją dawno, już tak dawno Bóg zabrał. I na to wspomnienie, oczy zaszły łzami, mimowoli usta rzuciły wyrzutne pytanie: Czemu to tak? —- Dziś jeszcze, po dwudziestu siedmiu latach ciężkiej, trudnej, a zarazem niewdzięcznej orki kapłańskiej, ten sam kapłan po całodziennej pracy, późno wieczorem siedzi przy biurku i robi ze sobą rachunek sumienia. Rozumie jak mało dobrego zrobił, mimo najlepszych chęci. W tej samej chwili widzi ile więcej pozostaje do zrobienia, i nie tylko myśli, ale mówi sam do siebie: Byłbyś lepszym, gorliwszym i dbalszym, gdyby twoja matka żyła! Zdaje mu się wtenczas, że tuż nad nim unosi się postać matki, która z lekka dotyka się jego głowy strapionej, ociężałej, a z ust jej bladych padają słowa pociechy i ukojenia!
Ojcowie kochani, matki drogie, dziś przez usta moje hołd wam składają, wszystkie nasze dzieci rozumne i wdzięczne. Całujemy usta wasze, wdzięczni za wasze rady, upomnienia i wskazówki. Całujemy ręce wasze za długoletnią pracę, poświęcenie i starania dla nas. Za wszystko wam dziękujemy. Proszę was jednak bądźcie nam zawsze wzorowymi ojcami i matkami, abyśmy zawsze i wszędzie mogli się wami poszczycić, mówiąc dumnie teraz przed światem i ludźmi, później przed Bogiem i Aniołami: To jest mój Ojciec, — to jest moja Matka!
Czytam następujący list, ponieważ jest nadzwyczajny, w obecnych czasach. "Przewielebny Ojcze! Z okazji nadchodzącego dnia Imienin, zasyłam moje, a raczej razem z moją żoną życzenia. Niech Bóg łaskawie pobłogosławi w pracy tak trudnej. Programy nadawane są prawdziwym pokarmem. Ja słucham co druga niedzielę, gdyż pracuje w niedzielę, i to w szpitaiu niekatolickim, więc co drugą niedzielę przychodzę wcześniej; nie dziwić się, że program Godziny Różańcowej, jest dla mnie pokarmem, gdyż do kościoła chodzić nie mogę. Uprosiłem o wolne w Wielkanoc na godzinkę, więc mogłem przystąpić do Sakramentów Świętych! Pracuję co dzień. Zapłata jednak mała bo tylko S55.70 na miesiąc, ale z tego trzeba się opłacić! Żona obecnie słabuje, ponieważ spodziewamy się potomstwa. Leży w szpitalu niekatolickim, bo tam taniej. Wielebny Ojcze, mimo tych trudności i ciężarów, nie narzekamy. Pomimo tak słabego dochodu, cieszymy się zadowoleni, i jesteśmy szczęśliwi. Pokazuje to, że pieniądz, to jeszcze nie wszystko! Żonę mi dał Bóg dobrą. Nie jest ani rozrzutna, ani skąpa. Niech Ojciec przemówi do młodych małżonków, że do szczęścia nie są tak potrzebne pieniądze jak Bóg, wiara i miłość wzajemna! Dotychczas Bóg nam daje łaski potrzebne do szczęśliwego pożycia. Nie mogę zrozumieć dlaczego ludzie tak narzekają na Boga"!
Do tak szczerego wynurzenia uczuć ludzkich, nie dodaję ani stówka. Pisany przez szczerze wierzącego, który rozumnie i trzeźwo patrzy na życie ludzkie; któremu Bóg, wiara i zacna żona, przynieśli szczęście, spokój i zadowolenie! Niech wszyscy mężowie i wszystkie żony, wzorują się w zapatrywaniach na swe pożycie, na owej parze maiżeńskiej!
Teraz czytam z innego listu. Odnosi się do bardzo ważnej sprawy. Posłuchajcie: "Jestem wdową. Liczę lat siedemdziesiat. W czasie depresji pożyczyłam znajomym osiemset dolarów. Od dwóch lat nawet procentu mi nie płacą. Najpierw przepisali dom na krewnych, przeszli przez cywilne bankructwo, wyśmiewają się ze mnie, że im nie mogę nic zrobić. Dziś mogliby mnie spłacić, bo aż czterech ich w domu pracuje." — Każdy dług musi być spłacony, albo temu, u którego był zaciągnięty, albo osobie, która go zastępuje, albo musi być oddany na dobre cele. Jeśli nie można w całości i razowo spłacić długów, trzeba je spłacić w części.
Bankructwo, szczególnie w czasach naszych, powinno być rozważane nie tylko z punktu legalnego, ale również z punktu moralnego. Jeśli kto jest zmuszony do bankructwa nie z własnej winy, ale z nieszczęścia, wtenczas nie jest on moralnie odpowiedzialnym. Jeśli jednak kto spowodował bankructwo, ponieważ prowadził życie ponad stan, prowadził się niedbale, pił, gemblował, lub nieoględnie handlował na giełdzie, wtenczas obowiązany jest do oddania długów, mimo że sąd go uwalnia od odpowiedzialności. Ogromną i jawną niesprawiedliwość wyrządzają dłużnicy, którzy przepisują domy i inne własności na swoje żony albo przyjaciół, którzy zatrzymują je pod swoją opieką, aż proces lub procesy ukończą. Nie potrzeba się dalej rozwodzić nad długami i bankructwami. Sprawiedliwe długi w sumieniu obowiązują do całkowitej spłaty. W naszym wypadku, staruszka ma prawo nie tylko do pełnej sumy, ale i do zaległych procentów. Widocznie dłużnicy nie mają ani wiary, ani sumienia!
Słuchacze kochani, spłacajcie wasze długi. Niesprawiedliwość drugim wyrządzona, przez niewypłacenie długów, nigdy wam nie przyniesie ani szczęścia, ani powodzenia, ani spokoju. Cudza krzywda, nie tuczy, i długi spłacajcie do ostatniego szelążka!
W środę, 14-go kwietnia, tu w Buffalo odbyła się uroczysta instalacja nowego Biskupa, Jego Ekscelencji Jana Alojzego Duffego. Przy tej okazji Jego Eminencja Kardynał Hayes, pomiędzy innymi mówił tak: "Inne usposobienie i inny duch opanował świat dzisiejszy. Inne usposobienie, inne zapatrywanie. Dzisiejsza Ameryka to już inna od wczorajszej. Czy jest to zmiana na lepsze lub gorsze, nie wiadomo. Ta Ameryka, którą znaliśmy i kochaliśmy, i którą wyobrażaliśmy niezmienną z pokolenia na pokolenie. Ostatnie zdarzenia tu i za morzem, wstrząsnęły naszym krajem, przez wywrotowe ruchy przeciw naszym ukochanym i demokratycznym ideałom! Złe czasy spadły na ten świat. Zamieszanie, wyraża to bardzo łagodnie. Ludzie są jakby w obłędzie, jeśli już nie zgubieni duchowo, moralnie, umysłowo, społecznie, w labiryntach własnej twórczości. Ciemności fałszu ich tak pomieszały i z tropu zbiły, że już człowiek nie wie, czym jest w rzeczywistości, albo dokąd idzie. Człowiek zadawalnia się oświatą, która ignoruje Chrystusa, tego nauczyciela wieków, i przez to intelektualnie gasi światłości niebieskie. Wychwalając szkoły ludzkie oraz laboratoria, które pod przewodnictwem Boga, by zaprowadziły człowieka na szczyt doskonałej wiedzy i kultury, ten człowiek stoi bezradny i niemocny w obecności Istoty Boskiej, Stworzyciela wszechświata — tego jedynie prawdziwego źródła życia, światłości i prawdy. Duch naszego dnia, przymusza człowieka, aby był prawem dla siebie, a ten człowiek stał się istotą nieuznającą żadnego prawa. Stąd padły ideały moralne i duchowe; stały się one bezużyteczne w
życiu człowieka. Nie widzi on słońca i gwiazd, które głoszą chwałę Stwórcy. Ślepy jest na pomoc, które Opatrzność Boska obmyśliła na jego ogólne szczęście, czasowe i wieczne, tutejsze i pozagrobowe! Jak więc może człowiek postępować do wyznaczonego mu celu, jeśli życie ludzkie obfituje w cielesność, chciwość, niesprawiedliwość i nienawiść — co wszystko wyklucza Boga i bliźniego. Szukając powodów burzliwego życia, które z rozpaczą patrzy w przyszłość brzemienną w wojnę światową, w ekonomiczne załamanie i w moralną rebelię, w rozbite życie familijne i w okrutne zbrodnie, zwracamy uwagę, że człowiek sam sobie zostawiony i o własnych siłach, nie jest w mocy wydostania się z kryzysu, który codziennie staje się coraz to więcej zawikłany, brudniejszy i rozpaczliwszy. Świat potrzebuje Zbawiciela! Jak kiedyś w starożytności, Bóg ocalił Noego w arce, tak teraz Chrystus Zbawiciel zachowa przez swój Kościół, tych którzy wyznają tę wiarę, którą Chrystus nauczał, i którzy według tej wiary żyją."
Nowo instalowany Biskup J. A. Duffy, pomiędzy innemi naznaczył: "Moja instalacja przypada w czasach krytycznych, w czasach krytycznych tak dla Kościoła jak dla świata. Jakieś niepowstrzymane poruszenie wstrząsa ludzkością. Ród ludzki jest niespokojny. Człowiek zdąża do jakiegoś celu, i na razie, w tym pośpiechu, niszczy starożytne słupy graniczne, które znaczyły stałość i trwałość społeczną — wzory moralne — i spokojny postęp. Wiele mówiące znaki nowej ery są tak jawne na powierzchni życia ludzkiego, że nawet przypadkowo zastanawiającego — przerażają! Każdy stopień życia — dom i rodzina, handel i przemysł, rząd i prawo — jest poddane egzaminowi, bezlitosnemu i gorzkiemu. Ani lata, ani świętość, ani dobroczynna służba, nie wystarcza do zachowania od ostrej i głębokiej analizy. Całe narody otwarcie przywłaszczyły sobie brutalną zasadę, że siła i moc to jedyne prawo. Filozofia życia przyjęta przez jednostki i przez rządy; wychwalają siłę jako jedyny środek życia. A więc niech bierze, kto może, i niech trzyma, kto jest w stanie! Umysły ludzkie są zajęte, zadając pytania, rzucając konkluzje, egzaminując fundamenty, tłumacząc zdarzenia — robią to wszystko z przerażającymi skutkami. Zmieniają znane instytucje, znoszą prawa, wykorzeniają moralne zasady. Jesteśmy świadomi, że otoczeni jesteśmy zapałem i energią, które nie dbają o to, o co my dbamy, i z nami nie mają sympatii. Odgrażają się nam widmem, najgroźniejszem widmem, jakie umysł ludzki może nam przedstawić; bo nic innego jak powrót do świata bez Chrystusa i bez — Boga. Zmierzcie ogrom braków oraz wymagań naszej ery, różnica pomiędzy tymi, jest miarą powodu dla którego istnieje Kościół! Ciężkie niezadowolenie, które stawia się w głębokiem niedowierzaniu Bogu — niezrozumiana nierówność ludzkiego położenia i zdolności — potworne nadużycie najobfitszych darów Boskich — do czego należy dodać samolubstwo zamożnych, oraz brutalna swawola bogactwa i rozkoszy! Na to wszystko, Kościół znalazł zawsze lekarstwo. Chociaż źródłem obecnych zagadnień, jest grzech, samolubstwo i głupota, Kościół Katolicki, w obecnych czasach jest przeciwnikiem i lekarstwem!" Tu kończę cytat z mowy Księdza Biskupa.
Teraz wyobraźnią przenoszę was do czasów Chrystusowych, nad brzeg morza Galilejskiego. Widzimy Zbawiciela otoczonego gromadką uczniów. Chrystus mówi do nich: "Przeprawmy się na jezioro." Uczniowie spojrzeli na wody jeziora. Były spokojne. Wyglądały jak lustro. Powietrze ciepłe, spokojne. Weszli z Chrystusem do łodzi. Odbili od brzegu. Chrystus wymęczony zasnął. Nagle zerwał się wiatr, w kilku minutach, łódź zaczęła się kołysać, a wzburzone fale zalewały łódkę. Mimo niebezpieczeństwa, Chrystus się nie budził. Wreszcie, uczniowie wystraszeni zaczęli błagać: "Mistrzu, giniemy!" A Chrystus wstał, zgromił wiatr i nawałności. Na rozkaz Zbawiciela, wiatry się uciszyły, wody się uspokoiły, i nagle stała się cisza! I rzekł im: Gdzież jest wiara wasza? A oni przelękli się i ze zdziwieniem mówili jeden do drugiego: Kto mniemasz jest Ten, że i wiatrom i morzu rozkazuje, a słuchają go?" — Gdyby dziś cały świat, który nie tylko tarza się, ale topi się w falach niepewności, nienawiści, niechęci i nieufności oraz niedowierzania, nad którym wiszą ciężkie, czarne i złowrogie chmury, nabite grzmotami, błyskawicami i piorunami, gdyby świat cały rzucił się na kolana i zawołał: "Nauczycielu, Chryste Boże, ratuj bo giniemy!" Wierzę, głęboko wierzę, że Zbawiciel by burze wstrzymał, wiatry uspokoił i nastałaby cisza i pokój wszechświatowy!
Na zakończenie tej dzisiejszej mowy, przytaczam scenę, której byłem świadkiem około dwanaście lat temu! Wówczas zajechałem do cudownego miejsca Lourdes, we Francji! Właśnie wtenczas wraz z pielgrzymką angielską przywieziono przeszło czterysta chorych. Co popołudnia o godzinie trzeciej, chorych przynoszono na ogromny plac kwadratowy przed bazyliką. Jedni siedzieli w krzesłach, drudzy leżeli na noszach; inni spoczywali na prostych deskach, zbitych we formie łóżek! Wszyscy oczekiwali na procesję z Przenajświętszym Sakramentem. Wreszcie w drzwiach bazyliki ukazał się krzyż. Za krzyżem dwójki ministrantów, dalej pary księży aż w końcu pod baldachimem w asyście, Biskup, trzymający przed sobą bogatą monstrancję. Biskup Schuster, niósł Utajonego Zbawiciela, aby chorych pokrzepić, pocieszyć i możliwie uzdrowić. Procesja zatrzymała się przy kwadracie. Biskup z monstrancją wszedł do środka. Przystanął. Podniósł monstrancję wysoko nad własną głowę. Jeden z kapłanów klęknął przed tajonym Chrystusem, a wyciągając ku Niemu ramiona, zaczął wołać głosem żarliwym i błagalnym: "Jezusie Nazareński, zmiłuj się nam nami! Jezusie Nazareński, zmi¬łuj się nad nami!" Na głos tej prośby, z piersi biednych schorzałych, wyrwał się szloch, jęk, płacz i setki ust powtarzały za kapłanem: "Jezusie Nazareński, zmiłuj się nad nami!" A Biskup szedł od chorego do chorego, przystawał przy każdym nieszczęśliwym i nad nim złocistą monstrancją kreślił wielki znak krzyża św. Widocznie każdy odczuwał jakąś pociechę, doznawał jakiejś ulgi, ponieważ powoli ustawały krzyki i hałasy. Tylko usta zbolałe szeptały dalej: "Jezusie Nazareński, zmiłuj się nad nad nami." Ten szept modlitewny uniósł się nad tymi łazarzami, jak dym kadzidła wonnego i płynął het, het wysoko aż pod tron Stwórcy miłosiernego. Tam stąd powrotną falą spłynął jak rosa poranna, świeża i orzeźwiająca, lub jako balsam kojący i gojący rany, boleści i cierpienia złamanych ciał ludzkich. — Ten obraz lurdzki to wierna odbitka położenia ludzkiego dnia dzisiejszego. Przemawiając dziś do was, kto wie czy może nie po raz ostatni, i ja rzucam się na kolana, przed Stwórcą, przed Zbawicielem i przed Sędzią ludzkości, a wznosząc wysoko me ręce, wołam w imieniu moim, w imieniu waszym, w imieniu całej ludzkości: "Panie ratuj, bo giniemy i Jezusie Nazareński, zmiłuj się nad nami, Jezusie Nazareński, zmiłuj się nad nami!"
Subskrybuj:
Posty (Atom)