KTO WINIEN? KTO JEST KAINEM? - pogadanka o. Justyna z 3.04.38 r.

Witam Was zacni Rodacy i miłe Rodaczki słowami: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Za wstęp do dzisiejszej mowy przyswajam sobie wyjątki z życiorysu staruszki, mieszkającej w jednej z najbrudniejszych części miasta Nowy Jork! Hisioria tej, dziś już osiemdziesiecioletniej kobiety jest nie tylko wzruszająca lecz zarazem i smutna. Ponad wszystko, jest prawdziwa. Rzućcie na nią okiem. Głowa zroszona włosami bielusieńkiemi, jak nitkami lnu. Czoło zorane głębokimi bruzdami fałdowatych zmarszczek; twarz blada, wynędzniała; usta bezkrwiste! Jak inny i odmienny obraz przedstawiała ona blisko pół wieku temu! Historia jej życia, to zarazem historia czasów, tak cudacznych i dziwacznych jakby wyjętych z bajek starożytnych. Mimo to, jest jednak nowoczesna, dzisiejsza, prawdziwa i życiowa! W roku 1896 na pokładzie małego i powolnego parowca, wjeżdżającego do zatoki nowojorskiej, stała kobieta w sile wieku. Przed dwudziestu dniami porzuciła marną izdebkę w Palermo, w Sycylii. Widocznie oczyma patrzyła na wielkie zabudowania nowoczesnsgo olbrzyma amerykańskiego, myślami jednak goniła do tej marnej izby, het tam daleko za wodami! Robiła też z pewnością porównanie z tym co było tam, a tym co będzie tu! Bóg miłosierny jednak nie pozwolił jej rozedrzeć tajemniczej przyszłości. Lepiej, że tak! Przy niej stało trzech chłopców. Najstarszy liczył zaledwie dziewięć lat! Matka stała nieruchoma. Po licach jednak kulały się łzy. Czy łzy radości? Nie wiem! Na tę gromadkę czekał mąż i ojciec! Powitanie było ciepłe, serdeczne, długie! Rodzina rozpoczęła prowadzić normalne życie dawnych przybyszów do ziemi, gdzie niby każdy jest równy, ma równe prawa, równe okazje i równe możliwości! Najstarszy syn był bardzo pojętny i sprytny. W dodatku twardy i hardy. Po amerykańsku mówimy: "tough"! Już w siedemnastym roku życia zderzył się z prawem. Dzięki sprytowi obrońcy, wydostał się z tarapatów. Dziewięć lat później już był znany jako "big shot" gembler! Znów wpadł w ręce policji, bo wynajął fachowego zbrodniarza, aby zgładził jego przeciwnika. Zbrodniarz jednak przez pomyłkę zamordował inną osobę. Teraz nasz bohater zmądrzał. Stał się rakiecerem w kontrolowaniu sprzedaży karczochów czyli "artichokes". Opodatkował każde pudło tego warzywa. Kupcy musieli mu opłacać podatek! Dano mu miano "króla karczochów"! W międzyczasie dwaj jego bracia padli pod strzałami morderców! Obaj uprawiali rakieterstwo. W nagrodę ciała ich wyglądały jak ludzkie rzeszota. I pochowano ich w kosztownych trumnach, wśród powodzi kwiatów, przy dźwiękach doborowych kapeli. Dwukrotnie w pierwszym szeregu za trumną synów-zbrodniarzy postępowała stara matka, rozmyślając i dziwując się, że tu wszystko tak tanie, nawet życie ludzkie! Wreszcie nadszedł rok 1930, a z tym rokiem nadeszły inwestygacje rządowe. Rząd polował na przestępców. Usidlił też króla karczochów! Padł król i upadło jego królestwo. Rząd skonfiskował jego pałac; policja nie dała mu odpoczynku ani wytchnienia! Zachorował. Dostał dwa ataki paraliżu. Odstawiono go do szpitala. Już nie odzyskał przytomności! Umarł w komie. Pochowano go 24-go lutego. Pogrzeb miał niewystawny. Za trumną, z nogi na nogę, zanosząc się od płaczu, postępowała staruszka matka, nie zdając sobie zdania ze zwyczajów naszego kraju i naszych czasów, kiedy to już tak cicho o równości i sposobności, a tak głośno o występkach i rozlewie krwi ludzkiej! Może miała jedną pociechę. Przynajmniej ten jeden syn umarł śmiercią naturalną! Staruszka wiele przeżyła; wiele widziała i wiele cierpiała. Trzesącymi palcami przewraca kartki księgi swego życia. Zdaje się, że już jest przy ostatniej stronicy. Cudaczna i dziwaczna historia naszej ery posuwa się jednak dalej, bez ustanku i bez przerwy! Podmywa umysły, pojęcia; targa sumieniami i duszami; niszczy zdrowie, łamie cnotę, bo to wszystko jeśli już nie bezwartościowe, to tak tanie, że nie warto o to dbać. nie opłaci się o to starać!

KTO WINIEN? KTO JEST KAINEM?

Dopiero przed sześciu czy siedmiu tygodniami na kampusie uniwersyteckim władze znalazły trupa młodej studentki. Popełniła samobójstwo, zażywając trucizny. Obok niej leżała książka; była to filozofia modernistyczna autora obecnej doby! W niej wypisane brutalne zasady i zapatrywania na człowieka, na życie ludzkie, na cel i na koniec życia ludzkiego. Wszystko to przesiąknięte zimnym materializmem i pogańską brutalnością! I to dziewczę, stojąc dopiero na progu życia, już się tak wymęczyło i tak zniechęciło, że poszukało sobie odpoczynku i spokoju - w śmierci własnoręcznej! Ludzie, wykształceni brutale, przedstawili jej świat w kolorach tak dziwacznych, że zbrzydziło się jej życie. Pochodziła z dobrej i zamożnej rodziny. Miała w dostatku rzeczy materialne. Ktoś wyrwał ów kwiat tajemniczy z jej umysłu, serca i duszy! Tam zostały pustki. Nie wystarczały jej ani wygody, ani używanie, ani wolność, ani wykształcenie nowoczesne. To wszystko spowodowało chaos: sprowadziło przesyt, obrzydzenie i załamanie. Co powiecie na to wy wszyscy modernistyczni nauczyciele i bezsumienni pisarze, którzy waszymi naukami bezbożnymi, zalewacie umysły, serca i dusze młodociane, trucizną drukowaną i ustną? Co powiecie na to wy wszyscy rodzice, którzy pewne prawa, przedwieczne, Boże i naturalne, chcecie zastąpić rozumem, honorem i jakąś wolnością osobistą, która w każdym wypadku kończy się na swawoli i niewoli? Kto jest winien? Kto zasługuje sobie na miano Kaina?

Nie ma na świecie, i być nie może wolności bez granic. Każda wolność musi mieć pewne ograniczenia. Inaczej biada ludziom i biada światu! biada, ponieważ tacy ludzie stają się swawolnymi, a władza traci nad nimi kcntrolę! Proszę popatrzeć prawdzie w oczy! Czemu nie? Przecież jesteśmy ludźmi i z ludźmi żyć musimy; Nie opłaci się nam być strusiami. Nie warto przymrużać oczu, albo je całkowicie zamykać, z obawy przed rzeczywistością! To ani wad nie usunie ani ran nie zagoi! Każdy mi przyzna, że jest ogromna różnica, pomiędzy zapatrywaniami dzisiejszych pokoleń, a zapatrywaniami pokolenia przed wojną światową! O, co za głęboka przepaść, co za szeroka przepaść rozdziela starszych od młodszych! I to porównanie nie wypada na całkowitą niekorzyść młodszych. Daleko od tego! Nasza młodzież ma jedną zaletę, jest szczera. Powiedziałbym, nie tylko serdecznie, ale brutalnie szczera! Ta młodzież, bez obawy, wypowiada swoje zapatrywania każdemu, bez względu na osobę lub stan! Przez ostatnie szesnaście miesięcy, miałem wiele do czynienia z tą młodzieżą, w sprawach robotniczych. Całymi godzinami wsłuchiwałem się w wywody i argumenty młodzieży. Ta młodzież zrobiła nie jedną pomyłkę i nie jeden fałszywy krok, ale nigdy nie uciekała się do nieszczerości, fałszu lub kłamstwa. Zawsze była szczerą. Może, przy pierwszym spotkaniu i na pierwszy rzut oka, mogła wydawać się swawolną i zuchwałą, w rzeczywistości jednak, z małymi wyjątkami, okazywała szacunek i pogodne zapatrywanie się na przyszłość. Nie rozpaczała, ale owszem wymyślała nowe sposoby nad polepszeniem swego losu! Jedni z młodych uczęszczali do szkół wieczornych, aby wyszkolić się w jakimś fachu; drudzy chwytali co mogli, sprzedawali gazety, albo nawet wieczorami i nocami zbierali stare gazety, opony, pudła itp.! Czy takim nie trzeba dać uznania i pochwały? Przecież sobie na to zasługują! Jak często słyszałem z ust młodych "Pierwsza rzecz, to oddam długi które zaciągnąłem!"; "Bgdę szczęśliwym jak będę mógł iść kupić sobie wszystko potrzebne i płacić gotówką!"; "Nieraz gotów byłem dopuścić się kradzieży, ale przecież Boga się boję!"; "Żal mi mojej żony, bo ja o siebie nie dbam!"; "Że się nie rozpiłem, to zasługa mojej żony, która mnie zawsze pociesza!" I przez całe szesnaście miesięcy, takie wypowiadania się odbijały się o uszy moje! Tu macie odbitkę naszej dobrej i zacnej młodzieży. Już słyszę, jak rzucacie we mnie pytanie: "Czy wszystka młodzież jest taka i zgadza się z twoim opisem?" — Odpowiadam wam bez wahania, że nie! Niestety, że nie! W ostatnich dwudziestu latach zbrodniczość wśród młodzieży amerykańskiej podniosła się w sposób przerażający! Wzrosła więc i wśród młodzieży naszej narodowości. Do roku 1920 w sądach stawali przestępcy w starszym wieku. Od wtenczas, większy procent to młodzież. Statystyka wskazuje, że z 51.209 przestępstw - około 62 procent to zbrodniarze poniżej trzydziestu lat! Kto jednak zaczął łamać stary ład? wiekowe ideały życia ludzkiego? kto zaczął podkopywać zasady nierozerwalności małżeńskiej oraz stałości stanu małżeńskiego? Czy za to winić możemy obecne pokolenie młodych?

Posłuchajcie listu: "Mam lat 18-naście! Przed sześciu miesiącami, zaręczyłam się z młodzieńcem nie Polakiem. Wszystko mi obiecywał. Jego rodzice już dawno się rozwiedli! Matka nas zaprosiła kilka razy. Urządziła nam party. Ja nie wiem co mi się stało co ze mną zrobili. Ja przyznaję, żem zrobiła pomyłkę. Oni mnie też skrzywdzili. On wkrótce po tym, uciekł z miasta. Kiedym poszła do jego matki, z prośbą o pomoc, wyzwała mnie od ulicznicy, splunęła mi w twarz i powiedziała mi, że syn dobrze robi; po co ma się żenić i wiązać sobie ręce i tracić wolność na całe życie? Teraz jestem w szpitalu. Doktorzy mówią, że moje dziecko urodzi się albo niewidome, albo nie przy rozumie! Proszę przeczytać mój list na przestrogę tym, które myślą, że mogą używać "and get away with it!" Kto jest bez grzechu, i tylko ten kto jest bez grzechu, niech weźmie do ręki kamień potępienia i rzuci w tę politowania godną istotę! Ja nie mam ani odwagi, ani serca uczynić tego! Kto w rzeczywistości jest tu winien? Kto zasługuje sobie na miano Kaina?

Każdy z nas rozumie, że wojna światowa nie tylko wymazała słupy graniczne dawnych i starożytnych państw i zmieniła oblicze i wygląd świata; złamała też przykazania Boże, skruszyła prawa naturalne oraz zmiażdżyła prawa ludzkie; czyniąc to wszystko, wymazała pojęcia i poglądy zdrowe i trzeźwe na życie ludzkie! Słowem, zmieniła oblicze życia ludzkiego! Żołnierze powracający z transzów i pola walki, to już nie byli ci sami ojcowie, mężowie i synowie, którzy niedawno przedtem opuścili swe domy i żegnali swych bliskich! Z powrotem znaleźli też całkowicie inny typ rodziców, żon i dzieci! Za szeregami powracających wojaków, zwaliła się fala gwałtownych zbrodni. Morderstwa, zabójstwa, kradzieże, kto je liczyć zdoła. Obok płynęły fale rozwodów —samobójstw! Nie mniejsze fale rozmaitych nadużyć kończących się na chorobach zakaźnych i zaraźliwych. Obecne pokolenie właśnie wtenczas przychodziło na świat! Na świat, skąpany krwią ludzką i taczajacy się pod krzywdami i cierpieniami istot niewinnych! Na świat, po powierzchni którego przez cztery lata krążyła śmierć; chodziła bieda i nędza; stąpało kalectwo, w najokropniejszych szczegółach! W takich warunkach i okolicznościach, powiedzieć by można w krwawych kołyskach składały ówczesne matki swoje dzieci! Kto jest winien temu? Kto stał się Kainem tego pokolenia? Nie chce sądzić!

Bodaj tu już był koniec tej smutnej historii! Jakiś niezrozumiały i nierozumny szał opanował nasze społeczeństwo. Przecież nam tak łatwo iść i chwycić za krańce sprawy i krańcowych środków! Pewni nie znając ludzi, ani ludzkiej natury, chcieli wyrwać naród z bagna niedoli i nie tylko ulepszyć, ale nawet udoskonalić, prawem ludzkim! W naszym wypadku nie tylko nierozumnem i śmiesznem, ale niesprawiedliwym i w skutkach —przerażającym! Ludzkość od tylu tysięcy lat ogrodzona jest przykazaniami Boga; świat od dwóch tysięcy lat ma przed sobą naukę Chrystusa! Mimo to daleko ludzkości i światu nie tylko od doskonałości, lecz nawet do przeciętnej uczciwości!
Ręka ludzka jednym machnięciem pióra chciała nasze społeczeństwo zamienić w jakaś wymarzoną utopie, która jest możebna tylko w wyobraźni, ale nie w życiu codziennym! No, i mniejszość w swym zapale zarzuciła kaganiec prohibicyjny większości nieroztropnej i niedbałej. Nastąpiły wyścigi rozumów ludzkich, w wytężaniu się w zdolnościach łamania tego prawa! Według tej zdolności, wzrastały wzory zdolności, mądrości i sprytu! Co za nieszlachetna miara dla ludzi rozumnych! Nastąpiła era popuszczania pasa w każdej dziedzinie! Spryt w łamaniu jednego prawa ludzkiego, przeniósł się do przekraczania praw kościelnych i Bożych. Teraz ludzie zaczęli szaleć. Te lata noszą nazwę ery "jazzu"! Na arenie mody, dumnie i pociągająco, spacerowały pijaństwo, gemblerstwo; tańce dzikusów, importowane z dżungli, przy dźwiękach bębenków, trzasku pałek i wyciu instrumentów dziwacznych! Te trzy czynniki uprawiały grunt i uprawiały gruntownie na zasiewy wolnej miłości — małżeństw na próbę —separacji — rozwodów — sztucznej kontroli urodzin, morderstw niewiniątek! W tej erze, w umysły kobiet wpajano zasady męskości. Wmawiano w nią, że jest równą mężczyźnie we wszystkim i że ma z nim równe prawa; kobieta nauczyła się pić, palić, kląć na równi z chłopami! Zapanowały hasła znamiennie amerykańskie; Each one is at liberty to lead his own life! — Each has the right to take a fling at life! — Tak bez końca! Przypominam, że takie poglądy zakorzeniały się w umysłach ludzkich przez blisko czternaście lat! Przypominam też, że takie zapatrywania, zastosowane do życia stu trzydziestu milionów ludzi, nie pozostają bez skutków, widzialnych i namacalnych. Proszę spamiętać sobie to, i spamiętać dobrze! Tam gdzie jest naturalny powód, muszą być, w dodatku, naturalne skutki! W dodatku pamiętajmy, że mimo, iż Pan jest cierpliwy i wielkiego miłosierdzia, nawiedza grzechy ojców na synach do trzeciego i czwartego pokolenia! Pamiętać na to wszystko dopomoże nam do dania sobie prawdziwej odpowiedzi na pytania; kto jest winien? kto jest Kainem?

Naprawdę, że żadne pokolenie nie przechodziło tak nagłych i gwałtownych zmian, i nie trafiało na tyle trudności, jak właśnie pokolenie obecne! Przyszło na świat kiedy ziemia trzęsła się od huku armat i innych dział morderczych; przyszło na świat, kiedy po ziemi chodziła śmierć w rozmaitych postaciach; przyszło na świat, kiedy umysły ludzkie pałały zawziętością, kiedy serca ludzkie gorzały nienawiścią, a usta ludzkie śpiewały pieśni zemsty i odwetu! Naprawdę, że to pokolenie wykolebało się w kolebce krwi ludzkiej! Postawiło pierwsze kroki w erze "jazzu"! i uczyło się stąpać w latach, w których nasz naród stracił poszanowanie dla wszelkiego prawa i każdej władzy. Proszę mieć to wszystko przed oczyma, kiedy rozprawiamy o dzisiejszem naprężeniu umysłowem i o dzisiejszem rozprężeniu moralnem. Łatwo nam wskazywać na wzrost zbrodni wśród młodych; łatwo nam potępiać przestępców młodocianych! Nie miło nam słuchać, że choroby zaraźliwe szerzą się pośród młodzieży; co gorsza, że procentowo sprawdza się to więcej wśród dziewcząt jak chłopców; że dziewczęta nasze coraz to częściej idą na bezdroża, i na to wskazuje statystyka; mimo to nie wolno nam rzucać kamieniem potępienia na tę młodzież! Powiedziałbym szczerze, że z tej młodzieży, tylko najwyżej trzy procent, jest sobie sama winną, bo jest zuchwałą, swawolną, niedbałą i zbrodniczo usposobioną! Co do reszty, ktoś inny jest winien!

Nie wystarczała jednak, ani wojna światowa, ani prohibicja. Potrzebna była jeszcze depresja, aby uzupełnić szkody i krzywdy obecnego pokolenia! Trzy zastraszające katy. Od 1914 do 1934 roku bezrobocie wyrzuciło na bruk miliony młodocianych robotników i robotnic w najwrażliwszych i najniebezpieczniejszych latach ich życia! Młodzi, w domu nie mieli spokoju; o ich uszy odbijały się nie tylko wyrzuty i narzekania, lecz nie raz wyzwiska, urągania i przekleństwa; poza domem, młodzi znaleźli się pod okiem sprytnych osobistości, którzy pod płaszczykiem troski o robotnika i jego sprawę, tłoczyli w umysły niespokojne, naukę twardą nienawiści i zemsty! Ta młodzież, została sama bez kierownika, bez opieki, bez rady i bez rozumnego i rozumiejącego opiekuna! Może się mylę! Bo cześć tej młodzieży nie mając co innego do roboty, przesiadywała po tawernach, kształcąc się w rzeczach podejrzliwych od nauczycieli biegłych w sprawach światowych! Może uczęszczała do kina, gdzie widziała obrazki z życia gengsterów, wyświetlanych w całej chwale i bohaterstwie; może czytała opisy, w najdrobniejszych szczegółach, odważnych rakieterów, sprytnych porywaczy dzieci dla okupu, i setek innych przestępców prawa; może wsłuchiwała się w programy radiowe, wychwalające odwagę samobójców i samobójczyń, itp.! Posłuchajcie wypowiedzenia się, jednej z kelnerek, w jakimś "beer-garden" w Detroit: "Mam swoje lata i nie łatwo się gorszę. Opisać jednak nie mogę, to na co muszę codziennie patrzeć! Starsi i starsze gorzej się zachowują jak młodzież! Młodzi widzą i potem naśladują! Picie, tańce i automobile łamią więcej młodych żyć, jak co innego na świecie! Czemu matki pozwalają 17 letnim dziewczynom, chodzić na zabawy, ze starymi żonatymi mężczyznami! Ile znam takich, które już straciły zdrowie z tego powodu. Niech Ojciec Justyn mówi ostro do ojców i matek naszych polskich dziewcząt, które sprzedają swe szczęście za chwilę przy kieliszku wódki lub wina!"

Wobec tego pytam się kto jest winien? Teraz w szczególny sposób zwracam się do was rodzice drodzy! Na barki wasze spada wielka część odpowiedzialności za dzieci wasze. Wychowanie dziecka nie rozpoczyna się dopiero od czasu kiedy dziecko zaczyna chodzić! Rozpoczyna się przy piersiach matki. Od kołyski. Dzieci wszystko widzą, wszystko słyszą, wszystko zauważą i wszystko spamiętają. Na nic przydadzą się upomnienia, jeśli dzieci nie widzą dobrego przykładu! Dzieciom i młodzieży trzeba tłumaczyć skutki uczciwego i cnotliwego życia; nie trzeba jednak milczeć o skutkach złego i występnego prowadzenia się! Trzeba wykazać, że życie występne nie popłaca! Trzeba udowodnić że nie warto spędzić kilka godzin pozornego szczęścia, aby potem przez długie lata patrzeć smutnie na dno kielicha, okryte gorzkością piołunową! Trzeba wykazać różnice pomiędzy murami więzienia, a ścianami domku bodaj najbiedniejszego! Naturalnie trzeba wskazywać na tablicę przykazań Bożych. Uczyć bojaźni Boga! Przestrzegać przed złym towarzystwym. Co najważniejsze, do przestróg i upomnień, trzeba koniecznie dodać żywy przykład! Niech rodzice będą nie tylko nauczycielami i doradcami w słowach ale przewodnikami w uczynkach!

Chcesz ojcze, aby syn mówił pacierze? Sam nie wstydź się klęknąć na kolana; chcesz aby syn szedł do kościoła, sam chodź regularnie; chcesz aby syn szedł do Spowiedzi św.? Sam daj mu przykład. Wy matki uczyńcie tak samo! Wtenczas przynajmniej wy rodzice, będziecie mogli śmiało powiedzieć: Nie my, lecz kto inny jest winien! Nie my, lecz kto inny jest Kainem!

CZEMU NIE PO CHRZEŚCIJAŃSKU! - pogadanka o. Justyna z 27.03.38 r.

Witam Was zacni Rodacy i miłe Rodaczki słowami: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Co dopiero rozpoczęliśmy nadawanie dwudziestego pierwszego programu Godziny Różańcowej! Pozostaje więc nam tylko pięć więcej w obecnym sezonie. Ponieważ następne, z wyjątkiem Wielkanocnego, zamierzam poświęcić sprawom naszej młodzieży, w dzisiejszej mowie muszę pokryć kilka spraw, i to w bardzo treściwy sposób! Mimo wszystkiego, ja wierzę, że nasz ludek polski jest pracowity, pobożny i spokojny. Tak też określiłem otwarcie i szczerze nasze wychodźstwo Generałowi Góreckiemu, kiedy mówiłem: "Nasi Polacy i Polki miłują Boga, dbają o swe rodziny, kochają bliźniego, chcą w spokoju pracować i żyć uczciwie!" Nie ma jednego prawa, które by nie miało swego wyjątku. To samo sprawdza się też w naszej sprawie! W gronie naszym są nie tylko ludzie. Znajdują się zarazem ludziska. Tak jak wśród zboża musi znaleźć się kąkol, tak jak wśród tatarki widzi się zielsko, tak jak wśród koniczyny ujrzy się chwasty — tak w każdym społeczeństwie znajdą się niedowiarkowie, mędrkowie, faryzeusze, fałszywi prorocy; gdzie jest pachnąca kawa, tam będą i fusy; nie ma dobrego piwa bez szumowin, butelka najwytrawniejszego wina, na wewnątrz jest wykpiona osadą, a na zewnątrz pokryta śniedzią i pajęczyną, smaczna herbatka zawsze pozostawia niekształtne i drażliwą woń wydające listki! Nie trzeba więc się dziwić, że wśród naszych, czyli w naszym społeczeństwie, mamy garbate umysły, skarłowaciałe dusze, skamieniałe serca, ludzi, którzy nie żyją, tylko bytują z dnia na dzień, od kolebki do grobu! Ludzi, z których Bóg nie ma chwały, ludzie nie mają pożytku, sami nie wiedzą po co i dlaczego żyją! Pewien procent takich zawsze był. Dziś jest. Zawsze będzie! Nad takimi warto jednak pracować. Czym więcej wysiłków i trudów, to i zawsze większe zadowolenie, kiedy się słyszy, że ten lub owa przejrzeli i zrozumieli, że życie ludzkie powinno posuwać się w prostej linii, bo ta zawsze łatwiej i prędzej zaprowadzi do spokojnego i zadowolonego, chociaż nie do nadmiernego i wygodnego życia, które znów jest pewną wskazówką do spokojnej i zadawalniającej śmierci i nie mniej szczęśliwej wieczności! Czas wielkopostny, nadaje się do dzisiejszej rozprawy, ponieważ w tym czasie powinniśmy otrząsnąć się z przywyknień i przyzwyczajeń, nie zgadzających się z wysokim i podniosłem powołaniem chrześcijanina; to ma posłużyć do naszego powstania z grobu nędzy i upadku, ubrać się w odświętne szaty nowego człowieka do nowego i lepszego życia!

CZEMU NIE PO CHRZEŚCIJAŃSKU!

Proszę wysłuchać takiego listu z Holyoke, Mass.: "Ja też jestem postępowcem! Od lat nie chodzę do kościoła. Nie wierzę w modlitwy, a jednak jeszcze we mnie piorun nie trzasł! Nie widzę żadnej potrzeby poszczenia. Boję się, żebym w rybę się zamienił. Wszystkie religie są mi równe! Żyję sobie jak mi się podoba. Niczego się nie boję!"
Mój drogi rodaku, mianujący się postępowcem! Jeśli każdy ten, który nie wierzy, nie modli się, nie chodzi do kościoła; lub ten, który porzucił prawowitą żonę i siedzi z kobietą na wiarę; albo wykradł drugiemu żonę, albo taki, który rozwiódł się ze żoną, aby drugą zaślubić cywilnie, jeśli taki zasługuje sobie na tytuł postępowca, to każdy psiątek czyli hycel ma równe prawo do mianowania się następcą tronu rosyjskiego! Mimo, że uroiliście sobie patent na postęp i rościcie sobie pretensje do postępu, ten dzikus w dżungli afrykańskiej przewyższa ciebie w postępie! Nie chodzisz do kościoła, bo właśnie nie chcesz pogodzić twego życia z nauką Kościoła. I ten kościół i wszystko z kościołem związane jest ci kością w gardle! Twierdzisz, że nie wierzysz w modlitwy, a jeszcze w ciebie piorun nie trzasł! Jeszcze jeden powód, abyś rzucił się przed Bogiem na kolana, że jeszcze w ciebie piorun nie trzasł to zawdzięczasz cierpliwości, dobroci i miłosierdziu Bożemu, a nie twej niewierze. Że jeszcze w ciebie piorun nie trzasł, to nie znak, że kiedyś nie trzaśnie! Sam widocznie się tego spodziewasz, kiedy mówisz, "że jeszcze nie!" Zresztą Bóg nie jest tak skory do rzucania gromów w bluźnierców. Zazwyczaj Stwórca zostawia sprawę czasowi i zdarzeniom życiowym! Padnie na tego ciężka i długa choroba, aby miał czas do wnijścia w siebie i do naprawienia drogi życia, albo taki ulegnie jakiemu kalectwu, albo własną ręką wpakuje sobie kulkę, albo umyślnie zawiesi się na sznurze, może taki wskoczy do wody, albo rzuci się z wysoka, albo też wypije szklanicę trucizny!
Ze siedem lat temu, tu niedaleko od Buffalo zderzyły się dwa samochody. Na miejscu zabiło mężczyznę i kobietę, albo raczej dziewczynę. W kolizji mężczyźnie coś przecięło język na pół! To też był taki postępowy niedowiarek i bluźnierca, który mimo, że miał żonę i dzieci, bałamucił inne, lekceważąc sobie prawa Boże! Sprawiedliwość go dogoniła, kiedy jechał na "good-time"! Zginął w mgnieniu oka! Twarzy tak strasznie wykrzywionej i wystraszonej nigdym w życiu nie widział!
— Drugiemu, też takiemu, który wyzwolił się spod przykazań Boskich i kościelnych, Opatrzność zabrała mu syna jedynaka! To też poskutkowało! Dziś inaczej mówi i inaczej żyje! Trzeci, który wzbogacił się naciąganiem i nadużywaniem maluczkich, aż sąd go dogonił i zamknął za kratami, ten odnalazł Boga i odzyskał wiarę w więzieniu! Widzisz mój kochany, Bóg nie rzucił piorunem ani w pierwszego, ani w drugiego, ani w trzeciego! Nie naśmiewaj się i nie szydź sobie z wyroków Boskich, my za słabi jesteśmy, aby je zrozumieć, wierz mi jednak, że są one sprawiedliwe!
Dlatego, że ty nie widzisz potrzeby poszczenia, to jeszcze nie znak, że myśmy pościć nie powinni! Bóg w Starym Testamencie dał pewne przepisy postne; sam Chrystus pościł i nam post polecił wielokrotnie! Pierwszy post nadał Bóg naszym rodzicom w raju, kiedy zakazał im spożywać owocu! Żydom zakazane były pewne gatunki mięsiwa; w niektóre uroczystości nie było im wolno ani jeść ani pić przez 24 godziny! Pościli Mojżesz, Eliasz i Jan Chrzciciel. Post kościelny nikomu szkody i krzywdy nie przynosi! Zapytaj się doktora, ten ci powie, ile i jakie choroby sprowadza na siebie każdy, który się objada mięsiwem! Zresztą ty wiesz, że dziś kładzie się na dietę nie tylko cierpiących i schorzałych, ale nawet zdrowych. Ludzie płacą za to i płacą ochoczo! Kościół wypisuje receptę postną za darmo! Czemu więc nie mamy tej recepty przyjąć i do niej się zastosować, kiedy za jej pomocą możemy odzyskać tak zaszargane i zbankrutowane zdrowie nie tylko ciała, lecz również i duszy? Przecież nie ma zdrowotniejszych potraw nad jajka, ryby, sałatki i jarzyny! Co zdrowego widzisz w przepakowaniu żołądka jakiemś "ścierwem", które przez miesiące lub lata leżało w lodowni i czekało na żarłoczny apetyt nie lubiących postu i umartwienia! Ja jeszcze nie słyszałem, aby zachowanie postu kościelnego komu na zdrowiu zaszkodziło, ale wiem ze zeznań doktorów, że wielu, bardzo wielu powędrowało na cmentarz z powodu — obżarstwa! Boisz się, żebyś, jedząc rybę, w rybę się nie zamienił! No, a jedząc cielęcinę, nie boisz się, że zamienisz się w cielątko głupiutkie? Jedząc wołowinę, nie myślisz, że we woła powolnego wyrośniesz? Jedząc skopowinę, nie obawiasz się, że wyrośniesz w barana upartego? Nie bój się ryby, bo przecież ona ani wieloryb, ani ty — Jonasz! Ty ją z łatwością przełkniesz. Ze smakiem też i z nie małą korzyścią dla ciała i duszy!

Może w twoich bezkrytycznych i niewiarą zamglonych oczach wszystkie wiary są równe! W rzeczywistości tak nie jest! Czy ta wiara, która pobudza do nienawiści, ma tę sama wartość jak ta, która uczy braterstwa, równości i miłości? Są wiary, których wyznawcy kłaniają się słońcu, księżycowi, gwiazdom i kometom! Są takie wiary, w których za bożka mają białego słonia, białego wołu z czarna gwiazdką na czole, żmije, ptaki itp. Czy te wiary mogą być porównane z wiarą chrześcijańską? Czy wszystkie sekty tu w Ameryce, a jest ich przeszło trzysta, są równe i jednakowo doskonałe? Chyba nie jesteś maleńkim dzieckiem, aby nie uznać różnicy przynajmniej pomiędzy religią katolicką a zwolennikami sekty Judasza, albo wyznawcami sług szatana, nieprawdaż?
Przyznaj się, że nie żyjesz jak ci się podoba, tylko jesteś niewolnikiem i ślepym służalcem twych skłonności, wybryków i nałogów. Wołasz na głos, "że się niczego nie boisz." To są słowa jałowe, puste i nic nie znaczące. Żaden człowiek odważny tak nie głosi tej cnoty, ale daje ją poznać uczynkiem. Tylko tchórz trąbi o swej odwadze wszędzie i wszystkim. Nikogo jednak nie oszuka! Zresztą poczekaj aż staniesz w obliczu śmierci, kiedy ona spojrzy ci w oczy, bo przecież wiesz, że inaczej człowiek mówi w zdrowiu i szczęściu, a inaczej zachowuje się w chorobie i kiedy chyli się nad trumną. Ja stawiam ci tylko pytanie, czemu nie rozpoczynasz myśleć, mówić i żyć więcej po chrześcijańsku? Post święty, to najlepsza okazja na zmianę trybu życia!

Następny list też zawiera opis sprawy, dziś na porządku dziennym; "Mamy mały sklepik z groserią i mięsiwem. Kiedy była bieda dawaliśmy naszym klientom na książkę, bo przecież nie mogliśmy pozwolić, aby kto z głodu cierpiał. Kostumerzy nabrali nas na przeszło siedem tysięcy dolarów. Co teraz zrobili? Nie chcą nam oddać. Co my mamy zrobić? Ludzie nie mają sumienia. Chodzą do kościoła, modlą się, a nam długów nie oddają!"
W połączeniu z tą sprawą, wysłuchajcie też i takiego: "W czasie depresji pożyczyliśmy naszym krewnym przeszło tysiąc dolarów, bo bank chciał im dom odebrać. Przez dwa lata płacili nam procent. Ze sumy nic nie spłacili, teraz dom sprzedali i wyjechali z miasta!"
Jeszcze taki: "Nasza siostra miała wielką pożyczkę od taty, bo za te pieniądze kupiła sobie wielki dom. Tata umarł. Teraz ona się wypiera, że nic jej tata nie pożyczył. Myśmy zostali bez ojca i matki i bez pieniędzy!"
Ktokolwiek nie odpłaca zaciągniętych długów, popełnia kradzież. "Nie bądźcie nikomu nic winni", upomina Apostoł, i "oddawajcie tedy wszystkim coście powinni!" W księdze Eklezjastyka: "Nakłoń ubogiemu bez smutku ucha twego, oddaj dług twój!" W księdze Przypowieści znajdujemy taką radę i ostrzeżenie: "Nie bywaj między tymi, którzy rękę dają i którzy się czynią rękojmiami za długi, bo jeśli nie masz skąd wrócić, czemuć nie ma wziąść przykrycia z łóżka twego?" — Św. Augustyn woła: "Nigdy nie będzie twa wina zmazaną, jeśli nie będzie rzecz cudza oddaną!" Dług musi być oddany albo właścicielowi albo jego spadkobiercom. Jeśli pierwszy umarł, drugich nie ma, lub nie są znani, dług należy przelać na dobre cele, jak na sieroty, staruszków lub inne! Kto nie jest w stanie oddać wszystkiego, niech odda część! Kto nie może oddać od razu, niech przynajmniej przyzna się do długu i przyobieca spłacić jak najprędzej! Nasi jednak inaczej postępują: nie chcą przyznać się do pożyczek i długów, lecz nawet na sądzie przysięgają, że nie są winni! Narobią długów u polskiego rzeźnika, grosernika lub piekarza, potem idą za gotówkę kupować u innonarodowca! Zresztą dziś całe nasze społeczeństwo żyje ponad głowę i stan! Dawniej, nasi nic nie brali na kredyt. Obawiali się pożyczek. Długów nie znali i długów nie mieli! Kiedy młodzi się pobierali, mieli tylko własny piec, łóżko, stół i kilka krzeseł. Z czasem jak się dorabiali, dokupowali za gotówkę najpotrzebniejsze sprzęty. Dziś, jeszcze przed ślubem młodzi zakupią na kredyt wszystko najnowsze, najmodniejsze i najdroższe! Lecz na — kredyt! Mają wszystko do użytku, ale nic nie jest ich własnością, bo to na wypłatę! W dodatku, mają długi z nadmiernym procentem! Uginają się młodzi pod tym ciężarem. Jeśli nie są w stanie opłacić cząstki wyznaczonej, bo zgubią robotę, albo przyjdzie choroba — wtenczas nadjeżdża "truck" i zabiera im wszystko, od pieca do solniczki! I to powtarza się po kilka razy! Ja znam takich nowożeńców, którzy ślubowali przed dziewięciu latami, a którzy po dziś dzień nie mają własnej patelni! Regularnie raz, lub nawet dwa razy do roku, kredytorzy zabierają im niewypłacone ruchomości!
Nieraz człowiek powątpiewa o uczciwości ludzkiej kiedy wie, że ludzie, którzy narobili długów, ich nie oddają, je sobie lekceważą i o nich chętnie zapominają. Nie rozumieją, że piją pot i łzy ludzkie, i że karmią się krwawą pracą drugich, przyprawioną błaganiami i prośbami o sprawiedliwą karę Bożą! Lepiej jest raz na dzień jeść za własne pieniądze, aniżeli tuczyć się na zadłużonych dolarach! Lepiej jeździć konikami apostolskiemi, aniżeli pokazywać się w samochodzie zakupionym za pożyczone pieniądze! Ten, który ma dług u księdza, doktora, piekarza, rzeźnika, a nie chce go oddać, najpierw staje się dłużnikiem u Boga, który mu nie odpuści, aż odda do ostatniego szeląga, potem staje się ofiarą prawa naturalnego, bo nigdy się niczego nie dorobi, wreszcie idzie do "poor-hauzu"! Bądź więc człowiecze sprawiedliwym i honorowym dłużnikiem. Teraz rozpocznij oddawać coś winien. Zaoszczędzaj, nawet odmawiaj sobie nieco, ale oddaj coś z długu!

Niech teraz dam wam jedną przestrogę w pożyczaniu drugim. Wszyscy bądźcie ostrożni. Szczególnie wy rodzice! Jeśli chcecie zatrzymać szacunek waszych dzieci i nie chcecie sobie zrobić nieprzyjaciół, nie pożyczajcie im pieniędzy, szczególnie w cztery oczy! Jeśli im koniecznie chcecie pożyczyć, zróbcie to legalnie i przez adwokata! Za często zmuszony jestem słuchać zażaleń zacnych ojców i matek, którzy za mało kierują się rozumem, a za łatwo idą za popędami uczuć serca polskiego, dają się nakłonić do prywatnych pożyczek, tak bez krzyża i świeczek. Potem płaczą, narzekają i pomstują. Nieraz, w dodatku, bywają wyrzuceni z domów, i zmuszeni są szukać stołu i łóżka u obcych! Nic zaś na świecie, żadna wymówka nie usprawiedliwia dzieci od zwrócenia pożyczek zrobionych u rodziców! Jeśli sprawiedliwość jest podwaliną państw, musi też być podwaliną szczęścia jednostek i rodzin! Pamiętajcie o tym dłużnicy, oraz wspomnijcie na słowa Apostoła, że "niesprawiedliwi i złodzieje nie posiędą Królestwa Bożego"!
Następujący list zawiera taką prośbę: "Słucham programów niedzielnych. Czemu O. Justyn nigdy nie przypomni naszym rodzicom, aby zrobili testament. Zostawiają nas bez testamentu; potem dzieci kłócą się o spadek i nawet procesują się. Nieporozumienia trwają przez lata, albo i na całe życie! Tego można przecież uniknąć!" — Jak to dobrze, prawda, że od czasu do czasu ktoś nadepnie na moje nagniotki i zbudzi mnie do omawiania spraw ważnych, odnoszących się do szczęścia ludzkiego? Bez wątpienia, że rodzice powinni sporządzić testament czyli rozporządzenie ostatnich życzeń! Przez to uniknie się kłótni, procesów i rozkładu majątku! Testament, dla ważności musi być wyrobiony z przytomnością umysłu i dlatego nie powinno się odkładać i niedbale się zapatrywać na obowiązek zrobienia go. Św. Bazyli robi taką uwagę: "Nieszczęsny, zechcesz może umierając, ostatnią swą wolę wyjawić, lecz wtedy język twój zdębiały wymówić słów nie potrafi, drżąca ręka pisać nie zdoła. Jeśli nawet zdążysz jeszcze żywym słowem albo na pismie wydać rozporządzenie, to każda omyłka, zapomnienie, litera lub znaczek chybiony zmieni myśl twoją, a wolę niezrozumiałą i w skutkach niespełnioną uczyni. Robiąc testament trzeba iść według sumienia, trzymać się prawa sprawiedliwości i przed oczyma mieć zasadę miłości chrześcijańskiej! Trzeba dokładnie wyszczególnić co, wiele i komu. Może, że jedno dziecko dłużej pracowało, całe pejdy oddawało. Drugie z domu poszło, we więzieniu siedziało itp. Wszystkie te szczegóły trzeba rozważyć i stosownie do tego mająteczkiem rozporządzić. Pamiętać trzeba, aby wyszczególnić pewną sumę na koszta pogrzebu, na Msze św., na sierotki, na kształcenie biednych chłopców, lub na inne cele dobroczynne i szlachetne! Znam ja wypadki, gdzie dzieci wiedząc, że rodzice nie zrobili testamentu, a łaszcząc się na majątek, sprawiły ojcu lub matce najtańszą trumnę. Msze świętą cichą, albo bez wigilii. Inne dzieci kłóciły się o spadek, kiedy matka konała. Inne ani raz na Mszę św. za duszę rodziców nie dały! Jeśli jakim dzieciom rodzice już za życia coś im dali, należy wymienić w testamencie, aby te dzieci nie miały równych pretensji z drugimi, co nic nie dostały.
Przez testament nic nie oddajecie za życia; testament nie jest
proroctwem lub zapowiedzią waszej rychłej śmierci. Jest tylko znamieniem dobrego, uczciwego i sprawiedliwego gospodarstwa.
Rodzic, który uporządkował sprawy duchowe przez sumienną i skruszoną Spowiedź świętą, a sprawy materialne rozporządził sprawiedliwym testamentem, może w końcu z całym spokojem ducha mówić: "Ojcze, w ręce Twoje oddaje, ducha mego!"
Ten list celowo zostawiłem do końca! Proszę słuchać: "Czemu w protestanckich kościołach nigdy nie wołają o pieniądze? W naszych kościołach prawie co niedzielę tylko się słyszy nawoływanie o pieniądze! Czy trzeba płacić za wiarę? Mnie już się nie chce chodzić do kościoła!" — Jedni nie chodzą do kościoła, ponieważ im się niepodoba, że Kościół nie pozwala na rozwody. To nikt inny jak sam rozwodnik, albo żyjący na wiarę, na knebel lub w dzikim małżeństwie! Drudzy nie chodzą do kościoła, bo Kościół woła: "Nie kradnij" — to są złodzieje, naciągacze, oszukańcy i niesprawiedliwi. Trzeci nie idzie do kościoła, bo słyszy naukę o świętości małżeństwa, o umartwieniu i szlachetnej wstrzemięźliwości w pożyciu małżeńskim. To go niepokoi, i nie daje mu spokoju! Gdyby Kościół nie był Boski, tylko ludzki, czysto ludzki, kierowałby się zapatrywaniami i
zachciankami ludzkimi. Będąc jednak Boskim, trzymać się
musi nauki Chrystusa, która nie jednemu wydaje się twardą i
niezrozumiałą! W rzeczywistości za wiarę trzeba płacić; trzeba płacić nie tylko pieniądzem i mieniem, ale krwią i życiem. Tak zawsze płacili od początku wiary Chrystusowej do dnia dzisiejszego praktyczni chrześcijanie-katolicy! Pierwotnie, chrześcijanie znosili wszystkie swe posiadłości i składali w ofierze u stóp Apostołów. To trwało przez całe wieki! Potem obowiązani byli składać starożytne dziesięciny! Kiedy jednak słabła wiara zmniejszała się ofiarność wierzących Kościół zmuszony był wprowadzić przykazanie zmuszające wiernych do wspomagania swych kościołów. I to przykazanie obowiązuje w sumieniu! Żaden praktyczny katolik nie wymawia się od obowiązku składania ofiar na cele kościelne! Jak inaczej można utrzymać budynki parafialne, opłacać obsługę kościelną i szkolną? Czy ty myślisz, że księdzu jest miło iść na ambonę przypominać, prosić i błagać o ofiarę? Przecież to jest poniżający i upokarzający obowiązek! Albo czy ksiądz jest na to, aby urządzać bazary, zabawy i rozmaite afery na dochód parafii? A jednak mus nie łaska. Z konieczności ten biedny ksiądz staje się po prostu dziadem, żebrakiem i manażerem igrzysk towarzyskich! Bo przecież banki domagają się procentu, nauczycielki proszą o pensję, służba domaga się należytej zapłaty, a tu jeszcze trzeba budynki ogrzać i oświetlić, w porządku utrzymać! — Mija się z prawdą twoje twierdzenie, że w zborach innowierców nie nawoływują do ofiar. Mówią o tym nie raz. I dostają ofiary w papierkach i przekazach, nie jak my w indianach i bawołach. Jeśli zaś nie proszą o ofiary w niedzielę, to dlatego, że to jest zbyteczne! Niech ja ci to wytłumaczę. Na początku roku schodzą się tak zwani prowizorzy kościoła i układają budżet roczny. Teraz obliczają ile jest rodzin i ile jest mniej więcej dochodu w rodzinie. Każdą rodziny opodatkowują. Każdej rodzinie wysyłają zawiadomienie, że taka lub taka ofiara jest od nich spodziewana. Nikt nie protestuje. Nikt nie krzyczy. Każdy płaci swoje ratami lub jednorazowo! Albo inni znów składają całkowicie dobrowolną ofiarę! Ta wynosi przeciętnie, na rok, trzydzieści dolarów od osoby! Gdyby nasi Polacy okazali podobną ofiarność, żaden ksiądz by nie prosił o ofiary! Ja rozumiem, że nasi są biedni, że nie mają tyle co drudzy. Prawda. Jednak i nasi mają dosyć na palenie, na picie, na uczęszczanie do teatrów, na karty i na konie!
Jakiś komitet przeprowadził inwestygację tu w Stanach Zjednoczonych, z której dowiadujemy się, że mimo faktu iż w roku 1936 zarobki wzrosły o 61 procent, ofiary na kościoły spadły o 30 procent, a na cele dobroczynne o 29 procent. W tym samym czasie wydatki na samochody wzrosły o 203 procent, na
wódkę o 220 procent, na piwo o 317 procent, na radioaparaty o 302 procent. Udowodniono, że Amerykanin wydaje 98 centów, na religię rzuca całe dwa wielkie miedziaki. Czy to nie prawdziwy grosz małpi? Niech będę zrozumianym. Wiem dobrze, że niektórzy nie są w stanie złożyć większej ofiary. Bardzo dobrze. Niech ci dadzą swój grosz wdowi. Są jednak tacy, którzy by dać mogli stosunkowo więcej, aniżeli dają! Ja wątpię czy tacy kupią sobie paszport do zbawienia i nieba za cenciki!

Kończąc, bądźmy wyrozumiali na potrzeby materialne kościoła. Krytykujmy mniej, dawajmy więcej. Ofiarami podtrzymujmy i rozkrzewiajmy Wiarę świętą i często przypominajmy sobie, że "kto skąpo sieje, skąpo też żąć będzie", czyli niech tyle daje ile może, a kto skąpy datek daje, mały owoc odniesie! I ciągnie dalej Apostoł: "Każdy jako postanowił w sercu swoiem; nie z zamarszczenia, albo z przymuszenia; albowiem ochotnego dawcę Bóg miłuje!" czyli, niech każdy daje ochotnie i dobrowolnie, nie zaś skąpo i niechętnie, albo przez wstyd lub z bojaźni! Szczodrość i hojność serc waszych Chrystus Zbawiciel Wam i Waszym już tu za życia wynagrodzi — zdrowiem i powodzeniem!
Dowiedziałem się, że w pewnych osiedlach Nowej Anglii kręcą się jacyś ludzie, agenci i agentki, sekciarze i sekciarki, sprzedając jakieś broszurki. Podobno nawet mają rekordy moich słów, których używają do ułatwienia im sprzedaży tej sekciarskiej literatury. Stwierdzam publicznie, że to są oszuści i naciągacze, których trzeba raportować na policję. Jeśli taki lub taka przyjdzie do was, zatelefonujcie do policji. Niech władza sprawę załatwi z oszustami.