KIM JEST DUCH ŚWIĘTY? - O. Kornelian Dende - 12.06.2011 r.

O. Kornelian Dende (19 maja 1985): To, co zbyt głębokie i zawrotne dla naszego rozumu, co tajemnicze i niewyrażalne słowami, lubimy oddawać za pomocą symboli. Najcelniejszym w posługiwaniu się symbolami jest Kościół katolicki. Rzecz to zrozumiała, skoro wprowadza nas w świat pozazmysłowy, nadprzyrodzony, czysto duchowy. Z Kościołem odprawiamy nowennę do Ducha Świętego. Kościół będzie obchodził centralne święto Trzeciej Osoby Trójcy Świętej i dzień swoich urodzin.

Liturgiczna nazwa tego święta – to Zesłanie Ducha Świętego. Ale obok tej nazwy przyjęła się jeszcze druga, symboliczna, pochodzenia ludowego: Zielone Świątki. Dlaczego „zielone”? Najwidoczniej dlatego, bo świeża zieleń jest znakiem życia, zwycięstwa nad śmiercią, powrotem długo oczekiwanej wiosny, a także znakiem nadziei, rozwoju, pełni, radości.
Energia życia, niewidzialna dla naszych oczu dokonuje cudów w przyrodzie. Pan Bóg daje ziarenku wrzuconemu w glebę wzrost, by wydało plon. Poczwarka przekształca się w barwnego motyla. Promienie słoneczne zsyłają z głębi przestworzy dzielą dwutlenek węgla na węgiel potrzebny do budowy roślin i tlen potrzebny do życia. Kwiaty pełne krasy i woni wydają
owoce. Boża energia życia jest najwymowniejszym symbolem działania Ducha Świętego w Kościele i w świecie. Toteż przejęci tą symboliką nasi przodkowie na polskiej ziemi w Zielone Święta ozdabiali kościoły, domy, podwórka brzózkami, a gałązki jesionu zatykali przy ołtarzach, przy gankach i wrotach. Okna stroili pachnącym tatarakiem, zaścielali nim podłogi i obejścia chat. Majowy zapach bzu i zieleni rozchodził się wszędzie.
Stąd nic dziwnego, że święty Jan Chryzostom nazwał Zielone Święta „metropolią świąt”. Ale czy wiemy, kim jest Duch
Święty i jakie jest jego działanie w nas? Dzisiejszą pogadanką pragnę Wam Go przybliżyć. Pogadankę tytułuję: „Kim jest Duch Święty”?

Korzystniej jest dla nas

Może kiedyś niejednego z nas nagabywała myśl: „Dlaczego to Chrystus nie pozostał dłużej na ziemi”? Albo: „Dlaczego nie przyszedł na ziemię za naszych czasów”? Odpowiedź jest prosta. Taka była wola Ojca niebieskiego. Taki był Jego plan zbawienia dla całej ludzkości. Plan ustanowiony od wieków. Według niego Chrystus narodził się w Betlejem, cierpiał i umarł
na krzyżu, zmartwychwstał a potem wstąpił do nieba, wrócił do domu Ojca. Nie pozostawił nas jednak sierotami (J 14, 18).
Podczas ostatniej wieczerzy, widząc smutek w oczach Apostołów z racji swego odejścia, Chrystus podtrzymywał ich na duchu, mówiąc: Korzystniej jest dla was, abym odszedł. Bo jeżeli nie odejdę, Pocieszyciel nie przyjdzie do was. A jeżeli odejdę, poślę Go do was. (J 16, 7). W tej zapowiedzi rysuje się wyraźnie sens śmierci Chrystusa. Trzeba było, aby odszedł, bo na Jego
miejsce Ojciec niebieski przyśle Ducha Świętego, który ugruntuje nas w prawdzie, jakiej nauczył nas Chrystus, napełni nasze serca miłością i pokojem Chrystusa, wesprze nasze wysiłki w doskonaleniu się, udzieli mocy, byśmy nie popadali w paraliżujący nasze siły smutek i zniechęcenie, odczuwane na skutek naszych słabości i ograniczeń. W dzień wniebowstąpienia
Jezus pocieszył swych uczniów zapewnieniem: „Oczekujecie zesłania Ducha Świętego, a gdy On „zstąpi na was, otrzymacie Jego moc” (Dz 1, 8).

Duch Święty – Istota najbardziej tajemnicza i nieznana

Pobożne nasze życzenie, aby Chrystus pozostał dłużej na ziemi, albo nawet, żeby pojawił się w naszych czasach, ma swoje uzasadnienie. Boga w ludzkiej postaci łatwiej poznać, zrozumieć, łatwiej z Nim obcować. Ponieważ zaś Duch Święty jest czystym Duchem, nie obleczonym w ciało, dlatego dla wielu z nas pozostaje istotą nieznaną, najbardziej tajemniczą ze wszystkich Osób Boskich.
Jesteśmy podobni do owej grupy chrześcijan, którą święty Paweł Apostoł napotkał w Efezie, w Azji Mniejszej, w mieście portowym leżącym na brzegu Morza Egejskiego, naprzeciw Grecji. Gdy ich zapytał: „Czy otrzymaliście Ducha Świętego, gdy przyjęliście wiarę”? Odpowiedzieli: „Nawet nie słyszeliśmy, że istnieje Duch Święty” (Dz 19, 1-2).
Coś z tej niewiedzy Efezjan jest w nas. Choć otrzymaliśmy Ducha Świętego w Sakramencie Bierzmowani, mało co, a praktycznie nic o Nim nie wiemy. Jest On dla nas Kimś Wielkim Nieznanym i Zapomnianym. Może zapominamy o Nim tak,
jak się zapomina o tym, co jest najbardziej oczywiste i najbardziej dostępne i tak konieczne, że nie można bez tego wyobrazić
sobie życia; konieczne jak powietrze i woda, chleb i słońce! Może zapominamy o Duchu Świętym dlatego, że „w Nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy” (Dz 17, 28). Bo któż na co dzień pamięta o wodzie, chlebie, powietrzu i słońcu? Zapominamy o tych dobrodziejstwach podobnie jak zapominamy o Duchu Świętym, Dawcy wszelkiego życia.
Zesłanie Ducha świętego nie jest uroczystością samoistną, lecz jest dopełnieniem i zakończeniem świąt wielkanocnych.

Można by powiedzieć, że na Wielkanoc wzeszło nad nami Słońce – Chrystus, a na Zielone Świątki wzniosło się ono do zenitu.
W niektórych krajach święto to nazywa się Paschą czerwoną, z racji ognistych języków, które zstąpiły na Apostołów i Matkę Najświętszą, zaś Wielkanoc nazywa się Paschą białą.
Dziwne to, że wzrusza nas miłość Betlejemskiej Nocy; wstrząsają nami wydarzenia Wielkiego Piątku; udziela się Nam niepokój Marii Magdaleny szukającej Pana o brzasku w Niedzielę Zmartwychwstania, a Wieczernik – pogrążony w modlitwie – w oczekiwaniu na spełnienie obietnicy przyjścia Ducha Świętego Pocieszyciela, nie wywołuje w nas takiego wrażenia, nie
przynagla do modlitwy, budzi jedynie pospolitą ciekawość. Tymczasem Duch Święty ma być miłym, upragnionym i wyczekiwanym tęsknie Gościem naszej duszy.

Kim jest Duch Święty?

Potrzebny jest nam zatem nowy cud Zesłania, abyśmy mogli Ducha Świętego poznać i z Jego działania korzystać. Kim jest Duch Święty? Chrystus powiedział do Nikodema, że jest On dla ludzkiej natury tak nieuchwytny jak „wiatr, który wieje tam, gdzie chce, i szum jego słyszysz, lecz nie wiesz skąd przychodzi i dokąd podąża” (J 3, 8).
Kiedy Święty Jan Ewangelista pisał pod natchnieniem Ducha Świętego w jednym ze swoich Listów, że „Bóg jest Miłością” nie zdawał chyba sobie sprawy, że nie tylko formułuje najpiękniejsze, najbardziej ludzkie określenie Boga, jeżeli w ogóle Bogamożna określić, ale także sięga w głąb Bożego życia, w głąb Trójcy Świętej i niejako wydobywa z tych Boskich Głębin
uosobioną Miłość, Miłość będącą samoistną i samodzielną, Odrębną Osobą, czyli Ducha Świętego. Dlatego cokolwiek Bóg czyni, czyni zawsze z pobudki swego wnętrza, czyli z Miłości, czyli z Ducha Świętego. I dlatego przy wszystkich dziełach Boga Duch Święty jest obecny. Był przy stworzeniu świata unosząc się nad wodami, był przy stworzeniu człowieka, w którego tchnął ducha nieśmiertelnego. Był także przy wcieleniu, podczas którego Anioł mówił do Maryi: „Duch Święty zstąpi na Ciebie i moc
Najwyższego osłoni Cię…” Duch Święty zawiódł także Chrystusa na krzyż, na którym – jak mówi święty Paweł – „Chrystus poprzez Ducha wiecznego złożył Bogu samego siebie jako nieskalana ofiarę, która oczyszcza nasze sumienia” (Hbr 9, 14). A po Zmartwychwstaniu, kiedy Chrystus przekazał Apostołom władzą odpuszczania grzechów, powiedział: „Weźmijcie Ducha
Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane” (J 20, 22 n).

Kim zatem jest Duch Święty? Jest On Miłością Ojca i Miłością Syna.
W Składzie Apostolskim mówimy: „Wierzę w Ducha Świętego, który od Ojca i Syna pochodzi”. W odniesieniu do Jezusa Chrystusa, liturgia nasza nazywa Ducha Świętego „Żarem miłości Słowa Wcielonego” – calor Verbi. Duch Święty jest więc Duchem Chrystusa, Jego ciepłem i żarem. Przez Ducha Świętego Chrystus pozostaje z nami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata (por. Mt 28, 20).

Dawca siedmiorakich cudów

Chrystus Pan zapowiadając zesłanie Ducha Świętego zapewnił Apostołów: „Gdy przyjdzie Pocieszyciel, którego Ja wampoślę od Ojca, Duch Prawdy, który od Ojca pochodzi, On będzie świadczył o Mnie…” Od dnia kiedy się spełniła ta zapowiedź Duch Święty stale działa w Kościele i w świecie. Niczym nieskrępowany, nieograniczony żadnymi urządzeniami państwowymi,
systemami politycznymi, odmiennymi religiami i rozmaitymi sektami chrześcijańskimi, daje wszędzie świadectwo o Chrystusie i Jego Kościele i odnawia oblicze tej ziemi tak, jak energia życia odnawia świat na wiosnę. On dociera do wszystkich serc i toruje drogę do nawrócenia i zjednoczenia wszystkich chrześcijan.
A do nas, którzy otworzyliśmy Mu swe serce, przychodzi z siedmiorakimi Darami: darem mądrości, rozumu, umiejętności, rady, męstwa, pobożności i bojaźni Bożej, towarzysząc naszemu duchowemu postępowi, dojrzewaniu, osiąganiu doskonałości.
Jego dary utwierdzają nasz rozum przy prawdzie Ewangelii i umacniają naszą wolę do wybierania dobra i unikania zła. Jego dary w ten sposób wysubtelniają i przemieniają i ubogacają naszą osobowość, pogłębiają naszą wiarę w czasie ziemskiego pielgrzymowania. Dzięki Jego darom rozumiemy lepiej wszystkie prawdy, jakie Jezus objawił; zgłębiamy z radością tajemnice
Królestwa Bożego; poznajemy wszystko, co nam jest potrzebne do zbawienia. Zdobywamy pewność we wierze na podstawie swego życiowego doświadczenia, a przede wszystkim w oparciu o powagę Bożą i powagę Kościoła, który ustanowił Chrystus.

W niebie wiara i nadzieja ustaną, nie będą już mieć racji bytu, bo poznamy Boga takim jakim jest, ale miłość i dary Ducha Świętego trwać będą wiecznie. Duchowi Świętemu zawdzięczamy odnawianie oblicza tej ziemi i Jemu kiedyś będziemy zawdzięczać przeżywanie błogosławionego widzenia Boga twarzą w twarz i wspaniałą wizję niebieskiej Ojczyzny. Bądźmy więc ulegli natchnieniom Ducha Świętego.

„Modlitwa o siedem Darów Ducha Świętego”

Duchu Przenajświętszy, racz mi udzielić daru mądrości, abym zawsze umiejętnie rozróżniała dobro od zła i nigdy dóbr tego świata nie przedkładała nad dobro wieczne; daj mi dar rozumu, abym poznała prawdy objawione na ile tylko jest to możliwe dla nieudolności ludzkiej;
daj mi dar umiejętności, abym wszystko odnosiła do Boga, a gardziła marnościami tego świata; daj mi dar rady, abym ostrożnie postępowała wśród niebezpieczeństw życia doczesnego i spełniała wolę Bożą;
daj mi dar męstwa, abym przezwyciężała pokusy nieprzyjaciela i znosiła prześladowania, na które mogłabym być wystawiona;
daj mi dar pobożności, abym się rozmiłowała w rozmyślaniu, w modlitwie i w tym wszystkim, co się odnosi do służby Bożej; daj mi dar bojaźni Bożej, abym bała się Ciebie obrazić jedynie dla miłości Twojej.
Do tych wszystkich darów, o Duchu Święty dodaj mi dar pokuty, abym grzechy swoje opłakiwała, i dar umartwienia, abym zadośćuczyniła Boskiej sprawiedliwości. Napełnij Duchu Święty serce moje Boską miłością i łaską wytrwania, abym żyła po chrześcijańsku i umarła śmiercią
świątobliwą. Amen.

ROZMNOŻYĆ „CHLEB ŚWIĘTEGO ANTONIEGO”? - O. Marian Tolczyk - 5.06.2011 r.

O. Marian Tolczyk (6 czerwca 1996): Wielu z nas szuka pomocy św. Antoniego Padewskiego. W niektórych kościołach przed ołtarzem czy figurą tego świętego Cudotwórcy do dziś pozostała skarbonka z napisem „Chleb św. Antoniego”.
Czyżby to Antoni był głodny? A może tu wydają jakiś jego cudowny chleb? O, nie! To zbierają chleb dla ubogich. A my – czy pomagamy ubogim i potrzebującym? Czy ich zauważamy? Pytam o to, kochani, bo bylibyśmy złymi czcicielami Antoniego Padewskiego, gdybyśmy zapomnieli o jego rysie
miłosierdzia. (…) Chcę Wam przypomnieć o pięknym zwyczaju „Chleba św. Antoniego”, a zarazem nawiązać do wezwania Jana Pawła II (…). „Wy dajcie im jeść”. Dlatego też pytam: czy można połamać i cudownie rozmnożyć „chleb
świętego antoniego”?

Skąd ten zwyczaj?

Zdarzenie to miało miejsce we Francji, w Tuluzie w r. 1890. Młodej pracownicy Ludwice Bouffier zepsuł się zamek do sekretarzyka. Ponieważ miała wielkie nabożeństwo do Antoniego z Padwy, zwróciła się do niego o pomoc. Obiecała mu przy tym, że złoży ofiarę na ubogich, jeśli tylko pomoże jej rozwiązać kłopotliwą sytuację. Ku wielkiej uldze i radości
zamek naprawił się bez wołania ślusarza. Ludwika przy tej okazji odkryła nowy sekret „Il Santo” czyli „Świętego” – jak go nazywają Włosi: to, że jest on bardzo czuły na potrzeby biednych i chętnie pomaga w każdym kłopocie tym, którzy sami podejmują się dopomagać najuboższym.
Historia Ludwiki, opublikowana wraz z innymi podobnymi zdarzeniami bardzo ożywiła kult antoniański na przełomie XIX i XX wieku. Prawie we wszystkich kościołach wprowadzono wizerunki św. Antoniego i skarbonki z napisem „Chleb
św. Antoniego”. Z ust do ust przekazywano sobie radę: „Masz kłopot – złóż ofiarę na biednych, a św. Antoni ci pomoże”.

Piewca miłosierdzia

Ale dzieła miłosierdzia powiązane z kultem antoniańskim mają o wiele starsze i głębsze korzenie. Związane są nie tylko ze zwyczajem, iż rodzice wzywając opieki Świętego z Padwy nad swym dzieckiem ofiarowywali dla ubogich tyle zboża, ile dziecko ważyło. Wypływają one z samej postaci św. Antoniego. Jak podaje jedna z najwcześniejszych biografii,
Antoni, „[…] idąc śladami dobrych rodziców, chętnie wyciągał rękę ku biednym, by wspierać ich w potrzebach doczesnych; już od dzieciństwa rosło w nim współczucie dla biednych” (Benignitas, 2,2). Przez lata swej wytężonej
działalności ewangelizacyjnej był obrońcą i rzecznikiem wszelkiego rodzaju ubogich i pokrzywdzonych: chorych, więźniów, głodnych… W jednym ze swych kazań stwierdzał: „Co zbywa z tego, co konieczne do pożywienia i ubrania,
dajcie ubogim”, i ostrzegał zarazem: „Kto zamknie swe serce przed bratem ubogim, grzeszy śmiertelnie, ponieważ nie ma w nim miłości Boga; jeśli by bowiem w nim była, to oczywiście chętnie by dał ubogiemu bratu. Biada więc tym, którzy mają pełne spiżarnie wina i zboża, oraz po dwie lub trzy zmiany ubrań, a ubodzy Chrystusa z pustym żołądkiem, nagim ciałem,
wołają u ich drzwi; którym, jeśli wreszcie coś dadzą, to bardzo mało, i to z najgorszego, a nie z najlepszego. Przyjdzie, przyjdzie godzina, kiedy i oni wołać będą stojąc na zewnątrz u drzwi: Panie, Panie otwórz nam. I usłyszą, bo usłyszeć nie chcieli: Zaprawdę, zaprawdę mówię wam, że was nie znam. Idźcie przeklęci w ogień wieczny. Kto zatyka uszy, by nie
słyszeć głosu biedaka, sam będzie wołał, a nie zostanie wysłuchany”.
Czciciele św. Antoniego obrali go za patrona dzieł dobroczynnych. Z tej inspiracji powstały różne stowarzyszenia i bractwa charytatywne, a nawet zgromadzenia zakonne, prowadzące dzieła miłosierdzia. W Padwie utworzono zakład wychowawczy dla sierot, nazwany „Wioską Św. Antoniego”, a owocem (…) jubileuszu 800-lecia jego urodzin jest dom dla matek, nosicielek wirusa HIV oraz dzieło pomocy dla dzieci ulicy w Brazylii.

Wychowywać w duchu wrażliwości

Jubileusz św. Antoniego bardzo ożywił jego kult. Szczególne wrażenie robiła wielka liczba dzieci przynoszonych i przychodzących na uroczystości, oddających cześć Świętemu z Padwy w jego relikwiarzu. Dzieci są szczególnie wrażliwe na cudzy ból, nieszczęście, smutek. Tę wrażliwość należy w nich rozwijać i pielęgnować poprzez wdrażanie w niesienie pocieszenia i złagodzenia bólu, odwagę wychodzenia z pomocą. Zachęca nas do tego Jan Paweł II (…): „prawdziwa solidarność nie rodzi się z dnia na dzień: tylko dzięki cierpliwej i odpowiedzialnej pracy wychowawczej, podjętej już w
dzieciństwie, może się ona stać trwałym myślowym nawykiem, kształtującym różne dziedziny działalności i odpowiedzialności”. Bardzo piękne zobrazowanie tego znajdziemy w programach O. Justyna. Na jego bolesne narzekania na obojętność św. Antoniego wobec jego kłopotów najżywiej odpowiadały właśnie dzieci: „Proszę posłuchać, co pisze
siedmioletnia Krysia w imieniu swoim i braciszka Rysia. Pisze to: «Jak tylko Mamusia nastawi radio na Godzinę Różańcową, ja z moim braciszkiem słuchamy o tym małym świętym Antosiu. Posyłamy Ojcu pieniążka i niech się
Wielebny Ojciec na Niego nie gniewa. Bo jak On malutki to też nie może robić co chce, tylko musi słuchać kogoś tak jak my – Taty i Mamy w domu i Siostry w szkole! Proszę mi wybaczyć, że piszę ołówkiem. Mam dopiero siedem lat i jestem w drugiej klasie!» – Drogie i kochane moje dzieci! Ja się wcale nie boczę na tego maluśkiego świętego Antosia, bo u
niego mam prawdę mówiąc jeszcze nieco względów, ale u tego „wielachnego” który sobie robi ze mnie tyle, co słoń z muchy! Ja mu brzęczę i brzęczę do ucha, a On do mnie – ani mruknie! A to źle!” (Mowy radiowe 1959, mps s. 235).

Naśladowca „Ojca ubogich”

Św. Antoni w swym spojrzeniu na ubogich i głodnych szedł śladami Biedaczyny z Asyżu, nazwanego „Ojcem ubogich”. To Franciszek odnalazł w ubóstwie swą Panią, a w najbiedniejszych – swoich najbliższych. Przed krzyżem w
San Damiano i w Greccio odkrył tę prawdę, którą dziś podaje nam Katechizm: że Jezus od żłóbka aż do krzyża dzieli życie ubogich, zna głód, pragnienie i ogołocenie, że jest razem z wszelkiego rodzaju ubogimi, a aktywną miłość do nich czyni warunkiem wejścia do swojego Królestwa (por. KKK, 544).

Czy nie dość chleba?

Czy coś zmieniło się od czasów Pana Jezusa albo św. Antoniego? Chyba tylko to, że problem głodu na całym globie
możemy ująć w liczby. A są one przerażające: na trzech konających ludzi dwóch umiera z głodu. (…) Na świecie ciągle jest około 800 milionów ludzi głodnych lub niedożywionych. Głód i nędza panoszy się przede wszystkim w krajach Trzeciego Świata. Papieże naszego stulecia nie przestają apelować w swych encyklikach społecznych do wszystkich chrześcijan, do
Organizacji Narodów Zjednoczonych i państw gospodarczo rozwiniętych o działania zmierzające do uwolnienia świata od zmory głodu. Lichwiarstwo i chęć zarobku, powodujące głód i śmierć z głodu obciąża spekulantów, jako zabójstwo (por. KKK, 2269). Kościół nie pozostaje obojętny wobec tego problemu. Ojciec Święty i biskupi sugerują, by rządy państw
zamożnych ofiarowały 1% budżetu na rzecz ubogich, albo żeby umorzyły jakąś część zadłużenia. Ale przywódcy duchowi wiedzą, że Kościół nie może oczekiwać od niekatolików odpowiedzi na jego apele, zwłaszcza jeśli my – wierzący pozostajemy obojętni.

Wy dajcie im chleba…

Wszyscy znamy tę scenę, gdy Pan Jezus cudownie karmi rzesze pięcioma bochenkami chleba i dwiema rybami (por. Mt 14,15-21). (…) Problem głodu można rozwiązać poprzez bardziej sprawiedliwy podział dóbr, a przede wszystkim ludzką solidarność i otwartość na potrzeby. Ojciec Święty pamięta o wezwaniu Jezusa: „Byłem głodny, a daliście mi jeść” (Mt 25,35). „Rzesze głodujących […] zwracają się do nas z wołaniem pełnym bólu. […] Czyż nie powinniśmy wsłuchać się uważnie w ich głos i otworzyć im naszych serc, oddając im najpierw te pięć chlebów i dwie ryby, które Bóg złożył w
naszych rękach?” – pyta Papież.
„Ziemia ma dość zasobów, aby wyżywić całą ludzkość – stwierdza Papież. (…) Trzeba tylko umieć rozumnie je wykorzystywać, szanując środowisko i rytmy natury, dbając o równouprawnienie i sprawiedliwość w wymianie
handlowej, o podział bogactw zgodny z nakazem solidarności. Ktoś mógłby powiedzieć, że ta wizja to wielka utopia.
Jednakże nauczanie i działalność społeczna Kościoła dowodzą, że przeciwnie: tam gdzie ludzie nawracają się na Ewangelię, ta wizja podziału dóbr i solidarności staje się niezwykłą rzeczywistością”.

Co możemy zrobić?

Konwertyta katolicki Malcolm Muggeridge napisał: „Wszystko, co miałem na tym świecie, co jadłem, piłem, w co się ubierałem, co posiadałem, będzie mi na Sądzie Ostatecznym policzone jak w księgowości, «in the red» to jest jako dług. Będę winny”.
Głód na świecie wzywa nas do odpowiedzialności i zaangażowania wobec tych, którzy tego codziennego chleba nie mają (por. KKK, 2831). Papież wzywa nas: „Trzeba konsekwentnie i hojnie wspomagać różne organizacje i ruchy niosące ulgę w cierpieniu ludziom zagrożonym przez śmierć głodową, zwłaszcza tym, do których nie dociera pomoc rządowa czy międzynarodowa. Trzeba wspierać walkę z głodem zarówno w krajach mniej rozwiniętych, jak i w społeczeństwach wysoko uprzemysłowionych”.

Także najwyższy przełożony Braci Mniejszych Konwentualnych – O. Generał Agostino Gardin – przypomniał nam w tym roku o konieczności przeciwdziałania głodowi. Jako cel postawił konkretne dzieła, które możemy zrealizować jako franciszkanie i jako duszpasterze. Dlatego przypomnieliśmy Wam, drodzy słuchacze, o „Chlebie świętego Antoniego”, aby w ten sposób zorganizować żywą i konkretną pomoc.
Prośmy Boga o dar wyczulenia na ludzką biedę, abyśmy jak święty Antoni starali się przemieniać świat pokojem i dobrem:
O Panie, otwórz nasze oczy, abyśmy mogli widzieć potrzeby innych; otwórz nasze uszy, abyśmy mogli słyszeć ich krzyk; otwórz nasze serca na potrzeby tych, którzy nie obejdą się bez pomocy. Nie daj nam się lękać stanięcia w obronie słabych z powodu złości silnych, albo w obronie ubogich z powodu gniewu samolubnych. Pokaż nam, gdzie są potrzeby i otwórz nasze oczy i serca, abyśmy dzisiaj mogli coś uczynić dla Ciebie. Amen.

CZŁOWIEK W ROLI ZIEMSKIEGO GOSPODARZA - O. Kornelian Dende - 29.05.2011 r.

O. Kornelian Dende (5 czerwca 1983): Szlachetnych ludzi cechuje gościnność. Ten przymiot zawdzięczamy Panu Bogu. On nas do gościnności wdrożył i przysposobił, bo dał nam serce wrażliwe. Bóg ze swojej istoty jest miłością.
Przypatrzmy się zatem z jaką On starannością przygotował się na przyjęcie człowieka w opłotkach ziemskiego mieszkania. Już od wieczności zaplanował, a potem przez długie okresy czasu, trwające tysiące lat, plany te
realizował. Biblia opisuje przebieg dzieła stworzenia. Najpierw Pan Bóg stworzył ziemię i światło, powietrze i wodę; potem obsadził i obsiał ziemię różnymi roślinami, krzewami i drzewami, aby jedne służy do budowy mieszkań,
wyrobu sprzętu, drugie zaś rodziły smaczne owoce. Całe ziemskie obejście Boski Gospodarz przystroił kwiatami. W wodach stworzył ryby, płazy, w powietrzu ptaki, na ziemi zwierzęta, i znów – jedne dla umilenia człowiekowi życia, drugie do pomocy w pracy, a jeszcze inne na pokarm. W łonie ziemi zmagazynował mnóstwo przeróżnych minerałów na pożytek człowiekowi w życiu codziennym.
Ile pomysłów, tyle niespodzianek dla najważniejszego przybysza na ziemi – dla człowieka. Bóg wprowadził go w obręb ziemi na koniec, gdy już wszystko było gotowe. Jego uznał za najmilszą i najważniejszą istotę, bo stworzył
go przecież na obraz i podobieństwo swoje, obdarzył władzą myślenia, miłowania i nieśmiertelnością.
Zatem „noblesse oblige” – „szlachectwo zobowiązuje” – mówi przysłowie. Skoro Bóg tak gościnnie przyjął człowieka na ziemi, stworzył dlań wspaniałe mieszkanie, prawdziwe królestwo, zatem zastanówmy się, jakie mamy
obowiązki wobec Boga? Czy w ogóle przed nim odpowiadamy za ziemską gospodarkę i traktowanie stworzeń?
Odpowiedź podam w pogadance, którą tytułuję: „Człowiek w roli ziemskiego gospodarza”.

Błogosławieństwo i przekazanie władzy

Biblia zawiera ważną i wzruszającą scenę ustanowienia człowieka gospodarzem całego obszaru ziemskiego, który nazywamy swoim domem, i przekazania mu władzy nad wszelkim stworzeniem.
Oto Bóg przyprowadza do Adama zwierzęta, ptaki, aby je poznał i każdemu dał nazwę (Rdz 2, 19). Można sobie wyobrazić zachwyt Adama i Ewy, gdy poznali różne gatunki zwierząt, ptaków, gadów i ryb, jedne piękniejsze,
milsze i pożyteczniejsze od drugich. Pierwsi rodzice byli zadziwieni. Człowiek w późniejszej wędrówce w góry, knieje, pustynie, poprzez różne kontynenty badał i poznał wszystkie posiadłości, całe ziemskie gospodarstwo. Pan Bóg więc chyba szerokim posiadłości, całe ziemskie gospodarstwo. Pan Bóg więc chyba szerokim gestem zakreślił
krąg ziemi i rzekł: – oto wasz dom, wasze mieszkanie. Wszystko co się w nim znajduje jest wasze. Niech wam wszystko służy na pożytek doczesny i wieczny. Potem pobłogosławił ich mówiąc: „Bądźcie płodni i rozmnażajcie
się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną: abyście panowali nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad wszystkimi stworzeniami. Jest jednak kwestia: jaka ta władza jest – absolutna czy ograniczona?
Czy człowiek może robić na ziemi wszystko, co mu się żywnie podoba? Jakie winno być jego panowanie? Czy człowiek jest tylko zarządcą, użytkownikiem, dzierżawcą?
Bóg od człowieka nie pobiera czynszu, zapłaty za dzierżawienie ziemi, bo człowiek nie jest sługą, lecz dzieckiem Bożym, i z tego tytułu dziedzicem nie tylko ziemi, ale i nieba. Z Biblii Starego i Nowego Testamentu
wynika jednak, że człowiek, istoty rozumnej i obdarzonej sercem, żeby stworzenia kochał, szanował, cenił, w miarę potrzeb korzystał z nich i był za nie Bogu wdzięczny. To podobieństwo człowieka Bogu Stwórcy, Panu i Ojcu nie jest jednak poddaństwem służalczym, bo opiera się na zażyłej przyjaźni i miłości.

Bóg jest absolutnym władcą stworzenia

Bóg zarezerwował sobie absolutne prawo do wszelkiego stworzenia. Przypomniał o tym ludziom po potopie, zawierając przymierze nie tylko z ludźmi, ale w jakiejś mierze z każdą istotą żyjącą – z ptactwem i bydłem, rybami, w ogóle „ze wszystkimi zwierzętami, jak mówi Biblia – które wyszły z korabia, i ze wszystkimi zwierzętami ziemi”, to znaczy nie objętymi potopem (Rdz 9, 9n.).
Na znak tej władzy Bóg zakazał ludziom spożywać krew zwierząt. Wystrzegaj się spożywania krwi, bo we krwi jest życie” – mówił Izraelitom (Pwt 12, 23). Zakaz ten Żydzi przestrzegają do dnia dzisiejszego, jedząc tylko mięso
koszerne, to znaczy takie, z którego rabin obrzędowo wypuścił krew. Często pojmujemy ten zakaz tylko, jako rytualny przepis o charakterze obyczajowym, ale mimo wszystko ma bardzo głęboki sens. Izraelici wierzyli, że krew
jest siedliskiem życia i duszy. „Krew brata twego głośno woła ku mnie z ziemi” – mówił Bóg do Kaina, gdy ten zabił brata Abla (Rdz 4, 10).
Co za dziwna historia? Izraelici nigdy nie żywili specjalnego sentymentu do zwierząt. Traktowali je raczej utylitarnie, a wieloma zwierzętami pogardzali lub wręcz żywili do nich odrazę. Dla Izraelity istniała głęboka
przepaść między człowiekiem a zwierzęciem. I oto nagle, po potopie, Bóg upomina się o prawa dla ziemi i zwierząt, bierze je w obronę i domaga się poszanowania ich odrębnej godności. Tego ani Izraelicie, ani inne narody nie mogły pojąć, aż przyszedł św. Franciszek z Asyżu i nazwał wszystkie stworzenia swoimi małymi braćmi i siostrami – ptaszki, zwierzęta, księżyc, słońce, gwiazdy, wodę, ogień… On dostrzegł rodzinność całego stworzenia, a nie tylko człowieka z człowiekiem. Z tego powszechnego braterstwa rodziła się w Franciszku fascynacja, zachwyt wszystkim, co stworzone. W swoich hymnach do stworzeń powtarzał to, co stwierdził Stwórca: „I widział Bóg że było dobre…”
Stąd traktował stworzenia jako drabinę do Boga, ponieważ są one odbiciem Jego mądrości i dobroci. Z tego powodu darzył przyrodę szacunkiem, otaczał opieką, a nawet występował w jej imieniu jako boski trubadur, by wyśpiewać
chwałę Bogu.

Drugi franciszkański trubadur naszych trudnych czasów, święty Maksymilian Kolbe, z podobną miłością odnosił się do dzieł techniki, gdy rotacyjną maszynę drukarską nazywał siostrą, a motor produkujący prąd - bratem.
Człowiek przywłaszcza sobie prawa Boże Bóg chciał, żeby panowanie człowieka nad przyroda, nad środowiskiem, czyli nad glebą, wodą, powietrzem i
wszystkimi istotami żyjącymi odzwierciedlało Jego panowanie nad światem, to znaczy, by było łaskawe i opiekuńcze. Bóg panuje nad światem w tym sensie, ze wszystkie stworzenia obdarza istnieniem, sensem, rozmaitymi
przymiotami. On panuje przez dawanie, a nie przez odbieranie. On jest królem, a nie tyranem stworzenia. Jego panowanie nie ma w sobie nic nierozumnego i niszczycielskiego.
Środowisko jest nam niezbędne do życia, stąd ziemie i cała naturę nazywamy często matką – żywicielką. Z jej łona, od zwierząt, roślin, owoców czerpiemy minerały, proteiny, witaminy, tłuszcze i węglowodany. Niestety od
chwili uprzemysłowienia życia, czyli od trzech wieków, człowiek prowadzi w świecie rabunkowa gospodarkę.
Roszcząc sobie absolutne prawo do przyrody, zanieczyszcza i zatruwa chemikaliami glebę, a co za tym idzie, zwierzęta, ptaki, owady i siebie samego.

Odpowiedzialność przed Bogiem

Człowiek za swoja gospodarkę na ziemi i sposób traktowania środowiska jest przed Bogiem odpowiedzialny.
Bóg zwraca się doń jak do nieroztropnego gospodarza z przypowieści ewangelicznej, oskarżonego o marnotrawstwo i mówi: „zdaj sprawę ze swego zarządu” (Łk 16, 2).
Za swoją rabunkową gospodarkę człowiek już odpowiada. Zanieczyszczenie powietrza powoduje choroby dróg oddechowych i zmienia klimat. Zatrucie gleby, a także jarzyn, owoców i zbóż powoduje chorobę raka.
Zanieczyszczenie wody powoduje zanik ryb, ptactwa wodnego. Niszczeją gatunki wielorybów, fok i orłów zabijanych dla nikczemnego zysku dla swawoli. Oto jak wygląda gospodarka człowieka chełpiącego się swoim rozumem. Wnosi miasta – giganty, nad którymi unosi się coraz gęstsza chmura zatrutego spalinami motorów powietrza. Giną lasy, parki, kwietniki, a w zamian musimy coraz więcej oglądać beton i asfalt. Wieżowce zasłaniają nam błękit nieba i słońce. Na ulicach piętrzą się stosy śmierdzących odpadków. W powietrzu wibruje pył i hałas.
W naszych trudnych czasach światu potrzeba nowych świętych jak święty Franciszek, święty Maksymilian Kolbe, którzy by wskazali chciwcom i marnotrawcom drogę powrotu do Boga i Niepokalanej Dziewicy Marii, jako
warunek poszanowania przyrody, środowiska. Tacy święci nauczą nas patrzeć na każde stworzenie jak na dzieło rąk Bożych i jak na naszych małych braci i małe siostry. W nich odbija się miłość, dobroć, mądrość, piękno i opatrzność Stwórcy. Zakończę pogadankę o roztropnym zarządzaniu światem wierszem Sergiusza Biabinina:
„Święty Franciszku,
Buduj arkę!
Ratuj świat
Przed nowym potopem:
Żelastwa, asfaltu, dymów, hałasu, papierów,
Śmieci, brzydoty, kłamstwa i zbrodni”.

WIARA WYRAŻONA W MODLITWIE – KLUCZEM W TRUDNOŚCIACH CZŁOWIEKA - O. Kornelian Dende - 22.05.2011 r.

O. Kornelian Dende (20 maja 1984): Jeden z argentyńskich pisarzy Jorge Luis Borges, specjalizuje się w pisaniu w dwu lub trzechstronnych nowelek, zawierających niezwykle bogaty ładunek myśli dotyczących życie społeczeństw w dzisiejszym świecie i człowieka jako jednostki, jego losów, powikłań.
Nowelka o dwóch królestwach zwróciła moją szczególną uwagę. Borgez przedstawia w niej dzisiejszy świat w postaci dwóch królestw, królestwa Babilony i królestwa Egiptu. Otóż król Babilonu zaprasza do siebie króla Egiptu i ukazuje mu swoje przedziwne królestwo. Prowadzi go w podziemia. Są tam tysiące korytarzy, tysiące okien, tysiące drzwi. Gospodarz oznajmia dostojnemu gościowi: Patrz to jest moje królestwo. Jest tu tyle możliwości wyjścia. Możesz iść gdziekolwiek chcesz. Ale pamiętaj, gdziekolwiek
pójdziesz – zginiesz.
Na drugi rok król Egiptu postanowił zaprosić do siebie króla Babilonu i pokazać mu swoje królestwo. Tym razem gospodarz wywiózł dostojnego gościa na pustynię. Patrz, powiedział, to jest moje królestwo. Tu nie ma korytarzy, okien i drzwi. Tu jest przestrzeń wolna. Ale pamiętaj, gdziekolwiek pójdziesz, zginiesz.
Różnie można interpretować myśl Borgesa. Osobiście doszedłem do przekonania, że autor chciał nam powiedzieć o dwóch możliwych środowiskach człowieka dzisiejszego. Jedno, to środowisko przesytu, dostatku – czego symbolem jest ogromna ilość korytarzy, drzwi i okien. Drugie środowisko, to świat nędzy – materialnej i duchowej – ludzka pustynia. W obu przypadkach człowiek ginie. Gdybyśmy jednak mieli przyjąć, jako wyłączne rozwiązanie Borgesa, świat byłby straszny. Zagubienie człowieka byłoby
niejako przeznaczeniem dla istoty ludzkiej. Chrześcijaństwo, którego szczytem jest Kościół Katolicki, wskazuje człowiekowi
wszystkich wieków i dzisiejszemu także rozwiązanie trzecie. Jest to droga człowieka zmierzająca do Ojca. „W domu Ojca mego jest mieszkań wiele... Idę przygotować wam miejsce”. (J 14, 2). To rozwiązanie jest najbardziej godne człowieka. To właśnie myśl o rozwiązaniu ludzkiego zagubienia prowadzi mnie do dzisiejszej pogadanki, której nadaję tytuł: „Wiara wyrażona w modlitwie –
kluczem w trudnościach człowieka”.

Wiara zawierzeniem

W tej pogadance chciałbym uniknąć definicji wiary. Jest ona bowiem tak bogatą rzeczywistością i tak różnorodną w przypadku każdego człowieka, że może lepiej będzie tym razem pozostawić margines na własną refleksję dotyczącą mojej własnej wiary.
Czym ona jest? Czy jest uznaniem pewnej sumy wiadomości o Bogu, o Jego objawieniu się w Jezusie Chrystusie i miłości Boga, która jest dziełem Ducha Świętego? Czy jest to może suma wiadomości o Kościele i sakramentach? Czy może jest to uczucie miłości Boga i ludzi? Tak, to wszystko ma miejsce, gdy mówimy o wierze.
Przywołajmy może na pamięć intrygującą postać ewangelicznej kobiety chorej na krwotok (Łk 8, 40-48). To nam pomoże w uchwyceniu istoty wiary. Otóż ta kobieta osiemnaście lat zmagała się z chorobą. Wydała wiele pieniędzy, a miała się coraz gorzej.
Dowiedziała się jednak, że jest tu w okolicy Nauczyciel, Jezus z Nazaretu, i że on najbardziej rozumie ludzkie biedy, że zdrowie przywraca, odpuszcza winy, widzi człowieka i jego problemy. „Obym się skraju jego szaty dotknęła – już będę zdrowa” – myślała sobie. Przedarła się przez tłum – dotknęła sie Chrystusa. A Chrystus „czuł, że wyszła moc od Niego i zapytał: kto się mnie dotknął”?
Apostołowie mieli natychmiast gotową odpowiedź. „Mistrzu, to tłumy Cię otaczają i ściskają”! Tak, tłumy napierały, wszyscy się go dotykali, tylko ona, ona jedyna, dotknęła sie Go wiarą.
Otóż to! Wiara – zawierzenie! To jest istota wiary. Zawierzyć Bogu. Postawić w życiu na Boga i liczyć się z Bogiem – to jest wiara!
Czy można jednak zdobywać się zawsze na takie ewangeliczne zawierzenie jak ta chora kobieta, której zawierzenie stało się częścią ewangelicznej nauki? Z pewnością z trudem zdobywa się na wiarę mąż, którego żona umiera pozostawiając małe dzieci, człowiek młody, którego dni są policzone, bo świadom jest nieuleczalnej choroby. Z trudem zdobywa się na wiarę młody człowiek, przeciwko któremu los jakby się sprzysiągł i poza gronem zagubionych kolegów dzielących jego los, jakby nie było wyjścia.
Taką sytuację niepewności, a nawet rezygnacji, braku zawierzenia Bogu przeżył Jair (Mk 5, 35-43); śmierć córki i reakcja otoczenia na jego udanie się do Chrystusa po pomoc osłabiły w nim wiarę. W momencie gdy Chrystus już był w jego domu, miało miejsce wyśmiewanie się z Jego wysiłku przywrócenia dziecka do życia. Wyśmiewano się! A więc Jair do reszty upadł na duchu.
Wtedy to właśnie Chrystus, poznawszy jego wnętrze i znając jego pierwotne zawierzenie – gdy szedł do Niego – powiada: „Nie bój się tylko wierz” (Mk 5, 36). Niezwykle ciekawa reakcja Chrystusa. Przecież w tym momencie nie było między Nim i Jairem żadnej rozmowy. Skąd więc to pełne dobroci odezwanie się Chrystusa? Otóż Chrystus nie chciał dopuścić do całkowitego załamania się wiary Jaira. Bez wiary, nie mógłby przecież odpowiedzieć pragnieniu Jaira – biednego ojca, którego dziecko leżało już na marach.
Sam Chrystus jakby przebudził Jaira, ocknął go: „Nie bój się, tylko wierz”!
Jakże bliska jest ewangeliczna opowieść naszym przeżyciom. Ile razy nie jest nas stać na zawierzenie. Załamujemy ręce.
Tracimy nadzieję. Nie taką drogę wskazuje nam Chrystus. On sam dba o nasze zawierzenie. On sam, bo po to przecież przyszedł, by nam służyć. Właśnie gdy tego najbardziej potrzebujemy, gdy w nas i wokół nas jest dużo nędzy materialnej, moralnej i duchowej. Te słowa Chrystusa, „Nie bój się, tylko wierz” – powinny zawsze brzmieć w naszych uszach, być obecne w sercu niepewnym i załamanym. Na zawsze zawierzenie, bezwzględne zawierzenie, takie jak tej ewangelicznej kobiety – Chrystus odpowie. Odpowie swoją miłością, łaską i miłosierdziem.

Modlitwa Pańska wyrazem wiary - zawierzenia

Wyrazem takiej wiary jest modlitwa „Ojcze nasz...” W słowie „Ojcze” trwa zaufanie, zawierzenie. Samo to słowo skłania do zawierzenia. Jest to Ojcze nasz. Nikt nie może Go sobie przywłaszczyć. Dlatego społecznie, wszyscy są równi kierujemy do Niego najbardziej osobiste prośby ludzkie.
Święć się imię Twoje”. – Jakże to ważne, by Imię Boga zawsze było uznawane za święte. Ludzkość przeżyła już owoce Imienia Boga. Doświadczyła też jak daleko odchodzi człowiek, gdy porzuca Imię Boga. Sięga wtedy po przemoc. Skoro zwalczył, jak mu się wydaje, Boga – czemuż miałby nie zwalczać człowieka. Więc go zwalczał w czeluściach pieców krematoryjnych, w przepastnej Syberii, w więzieniach politycznych – gdy tylko odważyłby się myśleć inaczej niż przewidziała to bezbożna norma; zwalcza go i
dzisiaj, sięgając samych początków życia. Ze szczególnym napięciem zawierzenia mamy wołać do Ojca, by jednak święciło się, to znaczy, by było święte na ziemi Jego Imię. Tylko wtedy człowiek może się czuć bezpiecznie.
„Przyjdź Królestwo Twoje”! – Ludzkie królestwa zawodzą. Zarówno te, które są królestwami przesytu, jak i te, które są pustynią nędzy. Człowiek tam ginie. Więc, aby nie zginął, trzeba, by Boże Królestwo stało się udziałem człowieka. Boże Królestwo – to panowanie Bożego prawa. Boże Prawo – to Przykazania. Pomagają ustalić słuszność i dobro ludzkiego działania. Pomagają dojść do prawdziwych sądów moralnych. Wskazują na to, co jest dla człowieka najlepsze według zamiarów samego Boga. Bez zachowania
tego prawa ziemia staje się piekłem, środowiskiem, w którym człowiek czuje się obco i „jest zagrożony”. Więc „przyjdź Królestwo Twoje – Ojcze”!
„Bądź wola Twoja, jako w niebie tak i na ziemi”! O, jakże często nasza stoi w jaskrawej sprzeczności z wolą Boga. Jakże często wydobywa się z naszego serca okrzyk buntu przeciw Bogu. To bardzo ludzkie przeżycie. A jeśli to nasze wewnętrzne zmaganie zakończy się tak, jak zakończyło się ludzkie zmaganie Pana Jezusa w Ogrójcu – to będzie zawsze najwłaściwsze rozwiązanie. „Ojcze – nie moja, lecz Twoja wola niech się stanie” Mam prawo prosić o oddalenie goryczy. Mam prawo przeżywać nawet bunt przeciw
cierpieniu. Ale ostatecznie należy pójść tą drogą, którą nam wskazał Chrystus. Jego droga wskazana została człowiekowi z miłością.
„Chleba naszego powszedniego, daj nam dzisiaj”! – Prosimy o chleb na dzisiaj. Mamy być bowiem w swym wnętrzu, jak ptaki niebieskie, które się o nic nie troszczą, a Ojciec zsyła im pożywienie, i jak lilie polne, o które staranie ma Ojciec niebieski. Prosimy o chleb na dzisiaj, bo gdy zaczniemy go gromadzić tak wiele, że wystarczy tego chleba na całe życie, to znaczy, że musi go zabraknąć innym.

Czy nie myśleć o przyszłości? Naturalnie, trzeba o niej myśleć i zabezpieczać ją. Ale nie tylko swoją przyszłość, lecz i swych braci przyszłości zabezpieczoną trzeba brać pod uwagę. Jeśli proszę o chleb ba dzisiaj, a mam go na jutro i na pojutrze, to łatwiej mi będzie podzielić się z tym, który nie ma chleba nawet na dzisiaj.
„I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”! – To bardzo ważna prośba. Zwykle bowiem, gdy wina, grzech znajdują sie w sercu człowieka, to wtedy serce się zaciska i dłoń się zaciska. Człowiek nie chce wtedy Boga nazywać Ojcem. Uciekłby najchętniej od Boga. Powiedziałby najchętniej – nie ma Boga, Bóg umarł. Przeżyliśmy takie obwieszczenie, które
nazwano obwieszczeniem o śmierci Boga. Cóż to znaczy? Nie więcej i nie mniej jak to, że grzech zapanował w sercu człowieka. W sytuacji grzechu trzeba szcz3ególnie zwracać się do Boga „Ojcze odpuść”! Warunkiem Bożego przebaczenia jest zawsze nasze przebaczenie tym, którzy zawinili przeciw nam. O tyle nam Ojciec odpuści, o ile my odpuścimy winy braciom. Grzech w sercu człowieka może prowadzić i często prowadzi do pokusy odejścia, zerwania z Bogiem. Wstępem do tego zerwania jest najczęściej
zaniechanie modlitwy, Mszy świętej niedzielnej, odkładanie Spowiedzi świętej, a potem wybór takiej religii, takiego wyznania gdzie
nie byłoby żadnych obwarowań, żadnych istotnych wymagań. Jakieś tylko pozory chrześcijaństwa – i to miałoby sie nazywać nową prawdą, prawdą wyzwalającą?! O, jakże złudna to droga. Chrystus ją przewidział i dlatego kazał nam prosić „I nie wódź nas na pokuszenie” – to znaczy nie dopuść, Ojcze, by nasza grzeszna sytuacja na tyle zacisnęła nam serce i oczy zaślepiła, byśmy odeszli od Ciebie, byśmy poszli na drogę ludzkich wykrętów i kłamstwa, oszukując siebie samych i narażając nawet swoje zbawienie.
Tak to – Umiłowani – doszliśmy do końca naszych rozważań. Podzieliłem się z Wami moją wiarą, tak jak czynił to święty Apostoł Paweł. Powiedziałem Wam o wierze, która jest zawierzeniem Bogu, postawieniem w życiu na Boga i liczenie się z Bogiem.
Taka wiara broni nas od zejścia na manowce – od zagubienia się w świecie przesytu i w świecie nędzy. Pozwala nam zachować godność osoby ludzkiej. Wyrazem takiej wiary jest modlitwa, której nauczył nas sam pan Jezus – modlitwa „Ojcze nasz...”, w której właśnie trwa zaufanie, zawierzenie. Oburącz więc uchwyćmy sie Chrystusa i drogi, którą nam wskazał, ufając Bogu bezgranicznie jak ta ewangeliczna kobieta, której Chrystus zdrowie przywrócił; a gdy zawierzenie – wiara w nas osłabienie – pamiętajmy, że Chrystus stoi za nami. On tę wiarę pobudzi – jak u Jaira. Nie ma więc straconych i beznadziejnych sytuacji w życiu. Nadzieją Chrystus, a droga
do Niego wiara – zawierzenie – wyrażane codzienną modlitwą, w której trwa zawierzenie.
(T. Zasępa)

DUCH ŚWIĘTY ZBIERA NAJWIĘKSZE ŻNIWA W SYTUACJACH KRAŃCOWYCH - O. Kornelian Dende - 15.05.2011 r.

O. Marcel Sokalski: Moi drodzy, nie wolno nam rozpaczać i upadać na duchu w krytycznych i krańcowych sytuacjach, w nagłych wypadkach, w nieszczęściach, w cierpieniach, które są prawie nieodłączne od ziemskiego życia. Powinniśmy pokładać ufność w Opatrzność Bożą, która czuwa nad nami i wszystkie przeciwności, walki, ofiary, poświęcenia, wyrzeczenia i cierpienia wyprowadzi na nasze większe duchowo dobro. Aby zrozumieć lepiej ten temat, zapraszam Was dzisiaj na archiwalna pogadankę Ojca Korneliana.

O. Kornelian Dende (24 czerwca 1984 r.): Witam Was Drodzy Rodacy i Miłe Rodaczki staropolskim: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Obecne czasy obfitują w sytuacje kryzysowe i krańcowe, to znaczy takie, w których cierpienie ludzkie sięga ostatnich granic wytrzymałości. Kto takiego cierpienia nie doświadczył nie jest w stanie wyobrazić go sobie. Sytuacje krańcowe miały miejsce w obozach hitlerowskich i w łagrach sowieckich, gdzie hiobowe cierpienia były treścią dnia i nocy każdego więźnia. Ci, którzy przeżyli obozy zazwyczaj wyszli z nich bardziej duchowo dojrzali. Przed załamaniem chroniła ich wiara. Ludzie niewierzący bezideowi często załamywali się i kończyli z sobą rzucając się na druty wysokiego napięcia lub pozorowali ucieczkę i zostali zastrzeleni.
Sytuacje kryzysowe stwarza nie tylko wojna, lecz stwarzają je także nieszczęścia innego rodzaju, jak klęski żywiołowe, powodzie, tornada, trzęsienia ziemi, posuchy, pożary... W sytuacji krańcowej stawia też ludzi śmierć ukochanej osoby, rozwód, nieuleczalna choroba, kalectwo, utrata pracy, bankructwo, alkoholizm, narkomania jednego z członków rodziny, napad
terrorystyczny... Niekiedy w sytuacjach krańcowej znajdą się członkowie rodziny na skutek tyrańskich rządów ojca czy męża.
W krytycznych sytuacjach człowiek się sprawdza, przekonuje się ile potrafi wytrzymać, do czego jest zdolny. Z nich bardzo często wychodzą bohaterowie i święci.
Słuchaczka Godziny Różańcowej, przysłała mi opis nieszczęścia, jakie niespodziewanie spadło na rodzinę jej córki. Na tle tego wydarzenia osnuję dzisiejszą pogadankę pod tytułem: „Duch Święty zbiera największe żniwa w sytuacjach krańcowych”.

Nagłe nieszczęście

Wnuczek liczący trzy latka i osiem miesięcy, bawiąc się na trzykołowym rowerku wpadł do basenu kąpielowego. Kiedy nadszedł ratunek chłopiec leżał już na dnie basenu cztery minuty, bez dopływu tlenu do mózgu. W szpitalu stwierdzono jego śmierć. Mimo to zespół dziesięciu lekarzy, pielęgniarek i innych specjalistów wbrew wszelkim nadziejom przystąpił do
intensywnego ratowania dziecka i masowania mięśnia sercowego. W między czasie matka chłopczyka szturmowała niebo, że jeśli Bóg wróci mu życie, przyjmie go w jakimkolwiek stanie zdrowia. Lekarzom udało się wyrwać dziecko ze szpon klinicznej śmierci, ale jego życie przez cztery dni wisiało na włosku. Na skutek uszkodzenia mózgu chłopczyk pozostawał w półletarku, bezwładny. Stan ten wymagał czuwania dzień i noc, żeby Tadzio nie udusił się wymiotowanym pokarmem podawanym mu cztery razy dziennie przez rurkę do żołądka. Matka, widząc synka przy życiu, błagała Boga o nowa łaskę, żeby odzyskał na tyle użycie rozumu, by mógł się cieszyć życiem. Mija prawie rok od tego nieszczęśliwego wypadku. Chłopczyk pozostaje nadal w
stanie sennego odrętwienia. Otwiera oczy, zdaje się rozpoznawać najbliższe osoby, czasem się do nich uśmiecha, ale nic nie mówi. Nie wiadomo czy słyszy głosy i czy rozumie, co się do niego mówi. Trudno stwierdzić stopień uszkodzenia mózgu. Nie wiadomo też czy, i w jakim stopniu organizm naprawi te szkody i czy chłopiec odzyska przytomność. Nigdy nie możemy tracić
ufności w pomoc Bożą i wszyscy o tę pomoc wytrwale Boga prosimy.

Działanie Ducha Świętego

Nawet w wielkim nieszczęściu można znaleźć pokój dzięki tajemniczemu działaniu Ducha Świętego, który wtedy ma łatwiejszy przystęp do duszy człowieka, gdy na przeszkodzie nie stoi już ani pycha, ani poczucie niezależności, ani też poczucie samowystarczalności wypływające ze zdrowia, dobrego imienia, powodzenia i majątku. Znika religijna obojętność,
przeciętność, bo bezsilny, ogołocony ze wszystkiego i cierpiący człowiek chętnie zwraca się do Boga o pomoc według mądrości przysłowia: „jak trwoga to do Boga”! Wówczas, jeśli człowiek wierzący zgodzi się na współpracę z łaską Bożą, w duszy jego mogą zajść cudowne przemiany, o których wspomina święty Paweł: „Z tymi, którzy Go miłują, Bóg współdziała we wszystkim
na ich dobro” (Rz 8, 28). „We wszystkim”, zwłaszcza w nieszczęściu.
Tego doświadczyli rodzice małego Tadzia. Tragedia syna zmieniła ich życie, stała się okazją do intensywnego duchowego dojrzewania i lekcją życiową. Zrozumieli przede wszystkim konieczność wiary w życiu człowieka. „Bez niej nie potrafiłabym stać pod krzyżem” – wyznaje ta mężna matka. A przy tym pogłębiła swą wiarę. Ze zwyczajnego spełniania praktyk religijnych przeszła w gorącą zażyłość z Bogiem. Nauczyła się obcować z Nim na co dzień. Rozmawia z Nim podczas pracy i pozostając w domu. Modlitwy nie są już zwyczajowe, ale własne, pełne treści i zdania się na wolę Bożą. Modlitwa jest dla niej źródłem mocy, odwagi, pokoju ducha i światła wewnętrznego.
Nieszczęście ukazuje nam sens cierpienia, jego zbawczą wartość, bo Chrystus dobrowolnie, z miłości cierpiał za nas, by nas zbawić i każdy z nas w cierpieniu może powtórzyć słowa świętego Pawła: „W moim ciele dopełniam braki udręk Chrystusa dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół” (Kol 1, 24). Odkrycie takiego sensu cierpienia przywraca sercu pokój, a nawet
radość. W cierpieniu znoszonym z Chrystusem przerastamy siebie. Nieszczęście ukazuje nam wyraźniej prawdziwą skalę wartości, zwłaszcza to, że miłość i łączność z Chrystusem jest najważniejsza, a wszystko inne na świecie jest przejściowe i zawodne.
Gdy w cierpieniu współpracujemy z Duchem Świętym, owocem jej będzie cudowna przemiana naszej osobowości, pogłębienie wiary, rozpalenie miłości do Boga i ludzi, szybki postęp duchowy, coraz większa dojrzałość duchowa, udoskonalenie i uświęcenie.

Samarytańska pomoc

Tragedia Tadzia jest również dla nas wszystkim pouczeniem, jaki winien być stosunek każdego z nas do cierpiących bliźnich. Nie wolno nam ich „mijać”, przechodzić z obojętnością, ale winniśmy się przy nich „zatrzymać”. Miłosierny Samarytaninem jest każdy człowiek wrażliwy na cudze cierpienie, człowiek, który „wzrusza się” nieszczęściem bliźniego.
Chrystus pouczał nas, że miłosiernym Samarytaninem jest ten, kto świadczy pomoc w cierpieniu. W tę pomoc wkłada swoje serce, nie żałuje również środków materialnych. Można powiedzieć, że daje siebie, swoje własne „ja” dla drugiego człowieka.
Człowiek nie może odnaleźć się w pełni inaczej, jak tylko poprzez bezinteresowny dar z siebie samego. Miłosierny samarytanin to człowiek zdolny do takiego właśnie daru z siebie samego.
I rzeczywiście chory chłopiec stał się okazją i narzędziem Ducha Świętego i korzysta z takiej samarytańskiej pomocy.
Tylu dobrych ludzi „zobaczyło” go, „nie minęło”, zatrzymało się” przy nim i „wzruszyło”. Ksiądz proboszcz wezwał swych parafian, by pospieszyli z samarytańską pomocą nieszczęśliwemu dziecku. Dzięki jego zabiegom 175 (stu siedemdziesięciu pięciu) ochotników angażuje się stale, niemal od roku w bezinteresownej akcji samarytańskiej. Na każdą zmianę do domu
przychodzi pięć osób, a w ciągu doby dwadzieścia pięć. Wśród nich są studenci, dorośli, młode matki, emeryci i samotni. Ochotnicy ci przeprowadzają z Tadziem przepisane ćwiczenia terapeutyczne. Sąsiedzi przynoszą nieraz gotowe posiłki, aby matka mogła jak najwięcej czasu poświęcić synowi. Stan chłopca – kaleki wymaga ciągłego czuwania, dniem i nocą. Toteż kiedy się obserwuje tego rodzaju solidarność samarytańską przychodzą nam na pamięć słowa naszego poety Zygmunta Krasińskiego: „nieszczęście, jak miłość, wiąże z sobą ludzi”.

A jaka z tego przykładu płynie lekcja dla nas? Nie wolno nam rozpaczać i upadać na duchu w krytycznych i krańcowych sytuacjach, w nagłych wypadkach, w nieszczęściach, w cierpieniach, które są prawie nieodłączne od ziemskiego
życia. Pokładajmy ufność w Opatrzność Bożą, która czuwa nad nami i wszystkie przeciwności, walki, ofiary, poświęcenia, wyrzeczenia i cierpienia wyprowadzi na nasze większe duchowo dobro. Z pewnością wyrwie nas z religijnej oziębłości, przeciętności, a skieruje na drogę prawdziwej duchowej przygody. „Do bojowania podobne jest życie człowieka” – przypomina
Pismo święte (Job 7, 1).

Egzamin

Życie jest próbą, egzaminem, a na egzaminie człowiek się lęka i poci, nieprawda? Bóg nie pozostawił nas bezbronnymi.
Naturę naszą – ciało i duszę – wyposażył odpowiednio do wielkich zmagań i walk. Trzeba tylko te siły wydobyć z siebie, a także posłużyć się tymi mocami nadprzyrodzonymi, jakich udziela nam Pan Bóg. „Prawdziwa wielkość pod nieszczęścia młotem kształt doskonały przybiera” – pisze nasz poeta Adam Asnyk.
W nieszczęściu zawierzmy Bogu. Dostosujmy się do nowych warunków i okoliczności życia, jakie nam On podsuwa.
Zmieńmy jeśli trzeba, dotychczasowe plany, ustalmy nowe cele, abyśmy byli panami nowej sytuacji i obrócili ją na nasze dobro do jak największego postępu duchowego, dojrzewania, udoskonalania i uświęcania. Wincenty Pol na widok cierpień polskiego narodu napisał, że z tego urósł Polak, co go boli. Te słowa możemy zastosować do każdego cierpiącego człowieka. Droga
krzyżowa, droga ofiar, wyrzeczeń, poświęceń i cierpień prowadzi do wielkości, a tą wielkością jest świętość. Do człowieka bojącego się cierpienia mówi Chrystus: „Kto nie bierze swego krzyża, a idzie za Mną, nie jest Mnie godzien. Kto chce znaleźć swe życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je” (Mt 10, 38).
Nie lękajmy się sytuacji kryzysowych, krańcowych w naszym życiu. Idźmy do Jezusa, który wzywa mówiąc: „Jarzmo Moje jest słodkie, a brzemię lekkie. Przyjdźcie zatem do Mnie wszyscy obarczeni troskami, nieszczęściami i cierpieniami, a Ja was pokrzepię i znajdziecie ukojenie dla dusz waszych” (por. Mt 2, 28).
Człowiek zbrojny w wiarę, nadzieję i miłość przetrwa najgorszą tragedię jak rodzina małego Tadzia, albo jak ów anonimowy więzień hitlerowskiego obozu koncentracyjnego, który na ścianie swej celi wyrył paznokciem następujące słowa:
„Wierzę w słońce nawet wtedy gdy nie świeci.
Wierzę w miłość nawet gdy jej nie odczuwam.
Wierzę w Boga nawet gdy zdaje się milczeć”.

DZIESIĄTE PRZYKAZANIE DEKALOGU - O. Edward Kawa OFM Conv. - 17.04.2011 r.

O. Marcel Sokalski: Dobiegają już końca wielkopostne rekolekcje w Godzinie Różańcowej. Moi Drodzy słuchacze tematem przewodnim naszych rekolekcji wielkopostnych jest w tym roku dekalog. Jak wiecie dekalog nie jest zwykłym zbiorem nakazów i zakazów, ale jest darem samego Boga, jest drogowskazem wskazującym jak żyć, aby życia nie zmarnować, aby osiągnąć szczęście na ziemi i kiedyś w wieczności. Tematem szóstej, i zarazem ostatniej nauki rekolekcyjnej będzie dziesiąte przykazanie dekalogu.

O. Edward Kawa: Witam drogich słuchaczy Godziny Różańcowej. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Jesteśmy już przy ostatnim przykazaniu, przykazaniu dziesiątym dekalogu, który nam w tym roku pomaga przeżyć rekolekcje wielkopostne. Jak mówi nam Księga Wyjścia w dwudziestym rozdziale, w siedemnastym wersecie, przykazanie
dziesiąte ma taką treść: Nie będziesz pożądał.
To ostatnie przykazanie dekalogu jest podsumowaniem i streszczeniem całego prawa narodu wybranego. Naród wybrany, jak czytamy w Księdze Powtórzonego Prawa, miał czterysta trzynaście przepisów, według których żył, które wprowadzał w swoje życie. My, jako chrześcijanie mamy tylko dziesięć przykazań, które streszczają te wszystkie przepisy. W tym ostatnim
przykazaniu Bóg przede wszystkim ostrzega nas, abyśmy nigdy nie ulegali pokusie chciwości, zazdrości i takiej zachłanności.
Bóg ostrzega nas dlatego, że to sprowadza na nas przede wszystkim przekleństwo, sprowadza na nas nieszczęście. Jak mówi nam druga Księga Samuela w dwunastym rozdziale, gdy David uległ pokusie i przez tą pokusę zgrzeszył z kobietą, w konsekwencji też popełnił morderstwo, wydał na śmierć jej męża. Gdy prorok Jonatan przyszedł, to on powiedział mu
przypowieść o biednym człowieku i jednej owieczce oraz o bogaczu, który miał wiele owieczek. Dawid usłyszawszy tą przypowieść oburzył się bardzo, ale gdy Natan go uświadomił, że tym człowiekiem jest on, wtedy dopiero uświadomił sobie ciężar własnego grzechu. Podobnie dzieje się i w naszym życiu, że bardzo często ulegamy pokusom, ulegamy różnym
chciwością, a przede wszystkim zazdrości.
Jak mówi św. Augustyn zazdrość to jest grzech diabelski. Św. Augustyn widział w zazdrości główną wadę. Zazdrość jest bardzo mocnym grzechem, który jeśli się wkrada w nasze życie to potrafi nami kierować. Jest prawie takim silnikiem, który nakręca nas i prowadzi nas tą drogą, którą nie chcemy iść. Przy okazji też robimy wiele krzywd zarówno sobie jak i naszym
bliźnim.
Zazdrość dotyka nas wszystkich, na różnych płaszczyznach naszego życia, na różnym etapie naszego życia, w różnym wieku. Jak mówi nam Ewangelia według św. Mateusza w szóstym rozdziale: Gdzie jest twój skarb tam i serce twoje. Myślę, że natchnieni tym słowem powinniśmy postawić sobie pytania: „Gdzie jest serce nasze? Czym żyjemy na co dzień? O czym najwięcej myślimy? Czym się najwięcej martwimy? Czemu najwięcej poświęcamy czasu, bo tam jest nasz skarb”? To, o co najbardziej dbamy to jest skarbem naszego życia.
W Ewangelii według świętego Mateusza, Jezus nam mówi w kazaniu na górze: Błogosławieni ubodzy w duchu. Właśnie w taki sposób możemy zawsze uzdrawiać naszą duszę i nasze ciało, gdy zaczynamy wszystko zawierzać w ręce Boga, gdy przede wszystkim pokładamy ufność w Bogu. W taki właśnie sposób wyzwalamy się od zazdrości, od chciwości, od pożądliwości. Być
ubogim to znaczy mieć u Boga, a nie u ludzi. To jest bardzo ważne w naszym życiu chrześcijańskim.

Przeszliśmy drogę dziesięciu przykazań. Te dziesięć przykazań – dekalog – dziesięć słów, gdy je czytamy w Księdze Wyjścia, czy w Księdze Powtórzonego Prawa są bardzo proste, są bardzo dostępne. Jeśli je czytamy to również są bardzo proste, żeby je zachować, aby według nich żyć. Ale jeśli zaczynamy nimi żyć to widzimy, że nie jest to taki łatwe, że te dziesięć
przykazań są bardzo wymagające. Ale jeśli naprawdę według tych przykazań żyjemy, to wtedy czujemy smak życia, radość życia, wtedy widzimy żywą obecność Boga w naszym życiu. Bóg nas zaprasza do tego, abyśmy się nie bali, żyli według przykazań. Musimy być świadomi tego, że jeśli chcemy żyć według przykazań, chcemy żyć według Ewangelii to zawsze będziemy napotykać różne trudności, bo diabeł nie śpi, będzie się wtrącał w nasze życie. I tak konsekwencja grzechu pierworodnego zawsze w nas będzie obecna. Ten grzech zawsze będzie nam deptał po piętach, ale nie traćmy nigdy nadziei. Nie
traćmy nigdy zaufania, bo wtedy gdy jesteśmy pokorni, gdy mamy głęboką wiarę, wtedy tak naprawdę żyjemy w obecności Boga. Już tu na ziemi doświadczamy żywego Boga w swoim życiu. To jest główny sens chrześcijańskiego życia, aby w codzienności doświadczać żywej obecności Boga w naszym życiu.

Bracia i siostry, te dziesięć przykazań, które przeszliśmy rozważając te rekolekcje wielkopostne, Jezus skreślił w dwóch przykazaniach, dwóch przykazaniach miłości. Te dwa przykazania miłości wszyscy znamy. Są bardzo proste: Będziesz miłował Pana Boga Twego. I drugie przykazanie: Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego.
Właśnie w tych dwóch przykazaniach są zawarte te dziesięć przykazań. Jak wiemy te dziesięć przykazań są na dwóch tablicach. Pierwsze trzy przykazania, które się odnoszą do Boga Ojca są na pierwszej tablicy, i od czwartego do dziesiątego przykazania są na drugiej tablicy. Te pierwsze trzy przykazania odnoszą się do relacji człowieka z Bogiem. Natomiast te siedem przykazań odnoszą się do relacji międzyludzkiej i do miłości samego siebie. I w tych dwóch przykazaniach miłości, o których
mówi Jezus są zawarte wszystkie dziesięć przykazań. I w tych dwóch przykazaniach jest skryta tajemnica krzyża, na którym Jezus umarł za każdego z nas. Jeśli sobie spróbujemy wyobrazić to pierwsze przykazanie, te pierwsze trzy przykazania, w którym jest zawarte to przykazanie miłości, że będziesz miłował Pana Boga Twego, to jest moja relacja z Bogiem, czyli mój
codzienny kontakt z Bogiem, moje życie z Bogiem, to jest ta belka pionowa, czyli to jest belka, która się ode mnie zaczyna i kończy się na Bogu.
Natomiast to drugie przykazanie, a bliźniego twego jak siebie samego, które streszcza te wszystkie siedem przykazań, które się odnoszą do miłości człowieka, do miłości samego siebie - to jest ta belka poziomowa. I te dwie belki się krzyżują. I to jest krzyż, na którym Jezus umiera. Jak czytamy w Ewangelii według świętego Łukasza, w dziewiątym rozdziale: Jeśli ktoś chce iść za Mną, niech się wyprze samego siebie, niech codziennie bierze swój krzyż i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce ocalić swoje
życie, straci je; a kto straci swoje życie z mojego powodu, ten je ocali. (Łk 9, 18-24).
Gdy Jezus mówił te słowa miał na uwadze, gdy mówił o krzyżu, właśnie życie według przykazań. Jeśli chcesz iść za Mną to weź swój krzyż, czyli żyj według przykazań. Jest to wielkie wyzwanie, jest to wielkie zaproszenie Jezusa, abyśmy żyli w świętości. Na tym polega świętość życia, gdy z wiarą i pokorą idziemy drogą przykazań, idziemy do nieba, idziemy do życia
wiecznego, idziemy do zbawienia, na spotkanie z naszym najlepszym Ojcem, który nas kocha.
Ten krzyż w naszym życiu jest różny. Każdy z nas ma własny ciężar krzyża. Chciałbym, abyśmy kończąc te nasze rozważania, abyśmy wsłuchali się w tekst modlitwy, którą kiedyś znalazłem w czasopiśmie „Niedziela”.
„Krzyż to autentyczna szkoła, w której uczę się człowieka – drogi Kościoła.
Krzyż to jest szkoła życia od początku do końca, od poczęcia do naturalnej śmierci.
Krzyż to szkoła obecności w moim życiu i w drugim człowieku.
Krzyż to szkoła, która codziennie przypomina, że radość i smutek idą razem, blisko siebie.
Krzyż to szkoła, w której uczę się, jak zwyciężać swoje słabości i kochać tych, których nikt nie potrafi już kochać.
Krzyż to szkoła przypominająca mi codziennie cierpienie Jezusa i moje cierpienie, moją drogę, którą raz wybrawszy, codziennie
muszę wybierać.
Krzyż to szkoła, która jest znakiem miłości i solidarności Boga z człowiekiem.
Krzyż to szkoła, w której cierpienie ma sens.
Krzyż to szkoła, w której lepiej widzę człowieka.
Krzyż to szkoła, która uczy, że trzeba wybierać między dobrem a złem, a nigdy nie zgadzać się na wybór mniejszego zła.
Krzyż to szkoła miłości – „Będziesz miłował Pana Boga swego, a bliźniego swego jak siebie samego”.
Krzyż to szkoła Bożego pokoju – „Pokój Mój daję wam”...
Krzyż to szkoła – „znak, któremu sprzeciwiać się będą”.
Krzyż to szkoła – klucz do zrozumienia siebie i człowieka, powołania i wolności.
Krzyż to szkoła pytań, ale przede wszystkim odpowiedzi na najtrudniejsze problemy.
Krzyż to najprostsza droga do Nieba”.
Krzyż, który jest na naszych świątyniach, krzyż który jest przy naszych drogach, krzyż który jest w naszych domach, mieszkaniach, który nosimy na naszej szyi jest to znak zbawienia.
Dzisiejsze czasy. Ten krzyż jest często niszczony, wyrzucany ze szkół, ze szpitali, z uczelni, z zakładu pracy. Dlaczego tak
się dzieje? Komu ten krzyż przeszkadza? Myślę, że odpowiedź jest bardzo prosta. Dlatego, że krzyż jest znakiem, który nam przypomina o żywej obecności Boga w naszym życiu. Dlatego ten krzyż jest teraz narażony na niebezpieczeństwo.
Tak jak w ogrodzie rajskim dla Adama i Ewy, drzewo z którego Bóg zakazał im spożywać owoce było znakiem przymierza; tak jak dla Noego gdy wysiadł z Arki, tęcza na niebie była znakiem przymierza człowieka z Bogiem; tak jak dla narodu wybranego ten wąż podniesiony na palu był znakiem przymierza człowieka z Bogiem – tak samo i dla nas ludzi dwudziestego pierwszego wieku – krzyż jest znakiem przymierza, jest znakiem zbawienia. Nie wstydźmy się krzyża, bądźmy zawsze żywymi świadkami krzyża we współczesnym świecie. Bądźmy żywymi świadkami obecności Boga, bo w tym jest nasze zbawienie. Jeśli Bóg z nami, któż przeciwko nam.

Podsumowanie: Ksiądz rekolekcjonista, analizując przykazania Boże, ukazał, jak konfrontować Boże wymagania z naszym życiem. W sugestywny sposób przybliżył zagrożenia towarzyszące współczesnemu życiu, podając szereg trafnych przykładów.
Bez Dekalogu przykazanie miłości jest nieokreślone, wieloznaczne, a Dekalog bez miłości traci właściwie swój sens.
Przykazania: Nie cudzołóż, nie zabijaj, nie kradnij, nie pożądaj i wszystkie inne – streszczają się w tym nakazie: Miłuj bliźniego
swego jak siebie samego! Miłość nie wyrządza zła bliźniemu. Przeto miłość jest doskonałym wypełnieniem Prawa (Rz 13, 9-10). Dekalog to prawo ludzi wolnych.

ÓSME I DZIEWIĄTE PRZYKAZANIE DEKALOGU - O. Edward Kawa OFMConv. - 10.04.2011 r.

O. Marcel Sokalski: Tematem przewodnim naszych rekolekcji wielkopostnych jest w tym roku dekalog. Jak wiecie dekalog nie jest zwykłym zbiorem nakazów i zakazów, ale jest darem samego Boga, jest drogowskazem wskazującym jak żyć, aby życia nie zmarnować, aby osiągnąć szczęście na ziemi i kiedyś w wieczności. Tematem piątej nauki rekolekcyjnej będzie ósme i dziewiąte przykazanie dekalogu.

O. Edward Kawa: Witam drogich słuchaczy Godziny Różańcowej. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Przechodzimy do następnych rozważań przeżywając nasze rekolekcje wielkopostne. Dzisiaj dotkniemy przykazania ósmego. Jak mówi nam Księga Wyjścia w dwudziestym rozdziale, w szesnastym wersecie przykazanie ósme ma taką treść: Nie będziesz mówił bliźniemu twemu kłamstwa, jako świadek. W Ewangelii według świętego Mateusza, w piątym rozdziale Jezus uzupełnia to przykazanie, mówi: Słyszeliście, że powiedziano przodkom waszym: «Nie będziesz fałszywie przysięgał, lecz dotrzymasz Panu swej przysięgi». Przy tym przykazaniu Jezus uczy nas, abyśmy nie tylko nie kłamali,
fałszywie nie przysięgali, abyśmy też byli wierni temu, co przysięgamy, abyśmy byli wierni naszym przyrzeczeniom i ślubom, które składamy Mu i składamy drugiemu człowiekowi.
To przykazanie jest bardzo aktualne, dlatego że żyjemy w czasach, kiedy bardzo łatwo rezygnujemy ze ślubów, z zawartego małżeństwa, ze ślubów zakonnych. To, co kiedyś uroczyście Bogu przysięgamy, to później tak cicho z tego rezygnujemy. Jezus zwraca uwagę, abyśmy byli bardziej odpowiedzialni, abyśmy byli świadomi tego, że ta przysięga trwa
przed Bogiem, że za tą przysięgę kiedyś poniesiemy odpowiedzialność.
To przykazanie ósme przede wszystkim zabrania fałszowania prawdy w relacjach z drugim człowiekiem. Jak mówi nam Psalm sto dziewiętnasty: Jego prawo jest prawdą. Taka jest prawda. Boże Prawo, Boże przykazania są prawdą. Ta prawda nie jest dla nas łatwa, bo słuchając Bożych Przykazań zapewne każdy z nas odczuwa jakiś wstyd, ból, lęk. Dlatego
że dotyka tych rzeczy, które nas bolą, które czasami nie są zdrowe. Ale właśnie o to chodzi, bo właśnie w taki sposób Bóg nas uzdrawia. W Psalmie sto dziewiętnastym jeszcze jest takie słowo: Jego wierność trwa na wieki. Bóg jest wierny we wszystkim, co obiecał człowiekowi. W każdym przymierzu z człowiekiem Bóg jest wierny do końca. Człowiek nie zawsze jest wierny.

W Jezusie Chrystusie Boża prawda objawiła się w pełni, jak mówi nam Ewangelia według św. Jana: Jam jest Drogą, Prawdą i Życiem. Człowiek z natury swej kieruje się do prawdy. Jak mówi nam Ewangelia według świętego Mateusza w piątym rozdziale: Niech Wasza mowa będzie tak, tak, nie, nie. Tutaj przy tych słowach Bóg chce zachęcić nas, abyśmy byli bardziej odpowiedzialni za nasze słowa, które wypowiadamy, abyśmy sobie nie lekceważyli tego wszystkiego, co wychodzi z ust naszych, abyśmy też byli w swoim życiu radykalni żyjąc Ewangelią, abyśmy się nie bali tego radykalizmu,
że jesteśmy ludźmi wierzącymi i że idziemy według przykazań, idziemy drogą przykazań, bo wtedy żyjemy w prawdzie i wtedy tak naprawdę odczuwamy pełnię życia.
Kłamstwo zawsze rodzi kłamstwo. Jesteśmy tego świadomi. To nie jest prawdą, że jakieś małe kłamstwo nikomu krzywdy nie wyrządza. Tak sobie to tłumaczymy, że to moje małe kłamstwo nikomu nie zaszkodzi. Kłamstwo nawet
najmniejsze zawsze rodzi kłamstwo i potem się rodzi takie zamknięte koło, z którego często nie wiemy jak wyjść, aż póki nie staniemy w prawdzie przed samym sobą, a szczególnie przed Bogiem. Poznajcie prawdę, a prawda was wyzwoli (J8,32).

Święty Tomasz z Akwinu w swoim nauczaniu mówił takie słowa: „Ludzie nie mogliby żyć razem, gdyby nie mieli do siebie zaufania, czyli gdyby nie mówili sobie prawdy”. I to w życiu doświadczamy nieraz, że jeśli jesteśmy ludźmi słowa, jeśli staramy się żyć w prawdzie to nasi bliscy, nasi bliźni mają do nas zaufanie. Jeśli natomiast kombinujemy, fałszujemy,
kłamiemy to nikt do nas nie ma zaufania. A często też i my sami do siebie nie mamy zaufania. Chrześcijanin powinien żyć w prawdzie, to znaczy żyć w prostocie życia, tak jak żył Jezus. Jezus nam pokazał wzór, żył w prawdzie i za to też zginął – za to, że mówił prawdę. Przecież jego wyrok śmierci był przede wszystkim tym wywołany; za to, że za dużo powiedział prawdy.

W Ewangelii według świętego Jana w osiemnastym rozdziale, gdy Jezus stoi przed Piłatem, Piłat pyta Go: Co to jest prawda? Prawda zawsze jest obiektywna i zawsze jest jedna, ta prawda zawsze jest u Boga. Jeśli szukamy prawdy idziemy do Boga. Jeśli żyjemy z Bogiem to nie boimy się prawdy, pragniemy tej prawdy. Musimy być świadomi tego, że mówienie prawdy boli, niesie za sobą konsekwencje, które nieraz są bardzo wymagające i sprawiają nam ból.
Mogę podać, jako przykład księdza Jerzego Popiełuszkę, wspaniały kapłan i wzór do naśladowania. On zginął, został zamordowany za to, że mówił prawdę. Taka jest konsekwencja prawdy, jeśli mówimy prawdę, jeśli niesiemy światło w
ciemność, wtedy zawsze jesteśmy narażeni na ból, a niestety nieraz na śmierć.
Wykraczamy przeciwko tej prawdzie Bożej, prawdzie ludzkiej nieraz w naszym takim codziennym szarym życiu przez fałszowanie świadectwa, przez krzywoprzysięstwo, przez kłamstwa wypowiedziane publicznie, przez oszczerstwa, pochopne sądy, obmowy. Jest taka stara zasada stolarska: „siedem razy odmierz, raz odetnij”. Myślę, że tą zasadę nieraz
powinniśmy stosować w naszym życiu. Siedem razy pomyśl, raz wypowiedz. A często mówimy a potem myślimy. A jak już coś wypowiemy to żałujemy, że powiedzieliśmy to, bo tym słowem zraniliśmy drugiego człowieka.
Dzisiaj we współczesnym świecie my bardzo głęboko potrafimy się ranić, właśnie przez oszczerstwa, przez dawanie fałszywych świadectw i te rany czasami goją się latami, a często do końca życia nie potrafią się zagoić. Bóg nam mówi o tym, abyśmy nieśli odpowiedzialność za każde wypowiedziane słowo; abyśmy byli świadomi tego, co wypowiadamy i w jakim celu to wypowiadamy; czy to słowo, które mówię do drugiego człowieka przynosi korzyść temu człowiekowi; czy za tym słowem stoi dobro, czy mówię po to, aby go skrzywdzić, aby go uniżyć.

Ile sił, ile wysiłku czasami poświęcamy w naszych rodzinach, w naszych domach, aby sobie udowodnić, że mamy racje, że prawda jest po mojej stronie. Czemu tak się dzieje? Myślę, że dlatego że nieraz żyjemy nie w pełnej prawdzie, tylko w jakiejś połowicznej prawdzie, częściowej prawdzie. Przy tym przykazaniu Pan Bóg wzywa nas przede wszystkim
do tego, abyśmy nie bali się stanąć w pełnej prawdzie. Ile sobie zdrowia zaoszczędzimy, o ile mniej kłótni będzie w naszych rodzinach, o ile będziemy zdrowsi, jeśli będziemy żyli w prawdzie. Poznajcie prawdę, a prawda wyzwoli was.

Przechodzimy do następnego przykazania – przykazania dziewiątego. Jak mówi nam Księga Wyjścia w dwudziestym rozdziale, w siedemnastym wersecie: Nie będziesz pożądał domu bliźniego swego, nie będziesz pożądał żony bliźniego
twego, ani jego niewolnika, ani jego niewolnicy, ani jego wołu ani jego osła. Jest to przykazanie, które przede wszystkim uczy nas, abyśmy sobie przede wszystkim uporządkowali wszystkie pragnienia, które wychodzą z naszego serca. To przykazanie przede wszystkim ostrzega nas przed pożądaniem i pożądliwością cielesną. Jesteśmy wszyscy bardzo często
na tą pożądliwość narażeni. Święty Jan w swoich Listach, a szczególnie w Pierwszym Liście rozróżnia trzy rodzaje pożądliwości: pożądliwość ciała, pożądliwość oczu i pychę życia. Są to wady, które niestety, ale przychodzą i wkradają się w nasze życie w codzienności. I bardzo łatwo się wkradają w nasze życie, ponieważ żyjemy w takim świecie, gdzie pożądliwość jest promowana, jest reklamowana, jest wszędzie rozgłaszana i bardzo łatwo się łapiemy na ten haczyk pokus i tych wad.

Święty Paweł w swoich listach „pożądliwość” nazywa „buntem ciała wobec ducha". I to jest prawda, bo jeśli dbamy o ciało, troszczymy się o nasze ciało, codziennie jemy, myjemy się, ciało nasze funkcjonuje, chodzimy do lekarza, dbamy abyśmy to nasze ciało utrzymali w jak najlepszym zdrowiu, w jak najlepszym stanie, w jak najlepszej kondycji. Tak samo
potrzebuje dusza. Bo właśnie takiej opieki, jak się opiekujemy ciałem, dusza potrzebuje tego codziennego posiłku, którym jest modlitwa; potrzebuje tego lekarza, którym jest Jezus szczególnie w sakramencie pokuty; potrzebuje tego lekarstwa, którym jest Komunia święta przyjęta z czystym sercem, w łasce uświęcającej.

Dusza potrzebuje ciągłej troski o nią, tak jak troszczymy się o ciało. Człowiek jest istotą złożoną z ciała i duszy i jeśli nie ma harmonii między ciałem i duszą to jesteśmy narażeni na pożądliwość i wewnętrzny bałagan. Jak się możemy bronić przeciwko tym pożądliwością i pysze życia? Są dwa warunki do spełnienia.
Pierwsze z nich to jest oczyszczenie naszego serca, abyśmy nasze serca zawsze zachowali w czystości, prostocie i niewinności. Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą – mówi nam Ewangelia według świętego Mateusza w piątym rozdziale. Czyste serce to jest jak oko. Jeśli nam wpadnie coś do oka, nawet najmniejszy pyłek, nasze
oko zaczyna łzawić i będzie łzawiło tak długo dopóki nie wyciągniemy tego pyłka z naszego oka. Podobnie dzieje się i z duszą. Jeśli w naszej duszy jest obecny najmniejszy grzech, jakikolwiek grzech, nasza dusza łzawi. Nie możemy przez duszę oglądać Boga. Nie możemy być w obecności Boga, dlatego że zawsze nam będzie ten grzech przeszkadzał. Póki tego grzechu nie usuniemy, nie wyrzucimy przez sakrament pokuty, nie otrzymamy łaski uświęcającej, nie jesteśmy zdolni oglądać Boga.

Drugi warunek jest praktykowanie umiarkowania. Musimy się ćwiczyć, wymagać, musimy ciągle sobie tę poprzeczkę życia podnosić. Mówiąc krótko, musimy żyć takim maksymalnym życiem chrześcijańskim, nie minimalnym, ale
maksymalnym, aby ciągle od siebie wymagać. I to jest piękne, bo jeśli stawiamy sobie wymagania i żyjemy według tych wymagań, gdy tak naprawdę jesteśmy sami z siebie zadowoleni, czujemy się o wiele zdrowsi i szczęśliwsi. Jeśli natomiast idziemy drogą takiego uproszczenia, ułatwienia sobie życia, takiej płycizny duchowej najczęściej jesteśmy sami z siebie
niezadowoleni i wszystko, co się w naszym życiu dzieje nam radości nie przynosi.
Jan Paweł II w swoich nauczeniach wypowiadał takie słowa: „Nie lękajcie się miłości, która stawia człowiekowi wymagania”. Myślę, że te słowa są bardzo aktualne dla nas. Nie lękajmy się miłości, nie lękajmy się Boga, który stawia nam wymagania.

SZÓSTE I SIÓDME PRZYKAZANIE DEKALOGU - O. Edward Kawa OFM Conv.- 3.04.2011 r.

O. Marcel Sokalski: Tematem przewodnim naszych rekolekcji wielkopostnych jest w tym roku dekalog. Jak wiecie dekalog nie jest zwykłym zbiorem nakazów i zakazów, ale jest darem samego Boga, jest drogowskazem wskazującym jak żyć, aby życia nie zmarnować, aby osiągnąć szczęście na ziemi i kiedyś w wieczności. Tematem czwartej nauki rekolekcyjnej będzie szóste i siódme przykazanie dekalogu.

O. Edward Kawa: Witam drogich Słuchaczy Godziny Różańcowej. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Przechodzimy do następnych rozważań idąc drogą naszych wielkopostnych rekolekcji. Księga Wyjścia w dwudziestym rozdziale, w czternastym wersecie mówi nam, że Przykazanie szóste ma taka treść – Nie będziesz cudzołożył. Księga rodzaju mówi nam – Mężczyzną i niewiastą stworzył ich.
Bóg stwarzając człowieka, jako mężczyznę i niewiastę obdarzył ich taką samą godnością osobową. Tutaj przy tym chciałbym zaznaczyć, że mężczyzna i kobieta mają takie same prawa. Dane jest im to od Boga. Gdy Bóg stwarzał człowieka, stworzył jednego mężczyznę, któremu nadał imię Adam i Ewę – jedną kobietę. Bóg nie stwarzał wielu mężczyzn i jedną kobietę, czy też odwrotnie – wiele kobiet i jednego mężczyznę. Stworzył jednego mężczyznę dla jednej kobiety i jedną kobietę dla jednego mężczyzny. Tutaj przy
tym akcie stworzenia Bóg dał człowiekowi sposób i przykład, jak się powinna formować rodzina Boża według błogosławieństwa i zamiaru Bożego.
To, co łączy mężczyznę i kobietę jest miłością. Każdy człowiek w swoim życiu pragnie miłości. Jest to chyba najbardziej najgłębsza potrzeba, najbardziej widoczna potrzeba w życiu człowieka. Kochać i być kochanym. Małe dziecko, gdy się urodzi za wiele nie rozumie, nie wie, co się dzieje wokół niego, ale już kocha, już wyciąga te rączki dlatego, że jego serce już kocha. Rozumjeszcze nie jest w stanie tak funkcjonować jak u dorosłego człowieka, ale serce już bardziej kocha niż kocha serce dorosłego
człowieka. To jest przedziwne, ale jakże wspaniałe. Dziecko, które nie rozumie, ale już kocha.
Jak mówił Jan Paweł II w swoich naukach: „Miłość jest podstawowym i wrodzonym powołaniem każdej istoty ludzkiej”.
Chrystus jest wzorem czystości. Każdy ochrzczony jest powołany do życia w czystości zgodnie ze swoim stanem.
Święty Ambroży w swoich dziełach rozróżniał trzy rodzaje czystości: czystość, która dotyczyła stanu małżeństwa, czyli
najbardziej mu chodziło o wierność i czystość; czystość stanu wdowieństwa i czystość stanu dziewictwa, tak żeńskiego jak i męskiego.

Chciałbym, zwrócić uwagę na tę czystość dlatego, że dzisiaj samo słowo miłość, pojęcie miłości jest bardzo zdeformowane.
Odważyłbym się nawet określić, że jest źle pojmowane. To, co się mówi i to, co zazwyczaj się rozumie pod słowem miłość jest bardzo płytkie. Nie do końca, jako ludzie jesteśmy świadomi tego, czym naprawdę jest miłość. Ponieważ ta nasza ludzka miłość została tak spłycona i zdeformowana, dlatego też często mamy trudności w przyjmowaniu Bożej miłości, czy też przyjmujemy ją, jako taką płytką. Nie potrafimy jej tak do końca zrozumieć. Często sobie uświadamiamy, że Bóg kocha i to wystarczy, ale nie
odwdzięczamy się w żaden sposób Bogu na Jego miłość.
Narzeczeni, ludzie młodzi, którzy stoją u progu małżeństwa są w sposób szczególny powołani do życia w czystości przez zachowanie wstrzemięźliwości. Oczywiście dzisiaj jest to różnie pojmowane. Każdy sobie tłumaczy na swój sposób. Często się usprawiedliwiamy w bardzo prosty sposób. My się kochamy i żyjemy razem. To nic, że nie mamy związku, to nic, że nie mamy błogosławieństwa Bożego, że nie mamy ślubu kościelnego. I to jest bolesne, bo jeśli nie ma tego Bożego błogosławieństwa, nie ma tej
przysięgi małżonków złożonej w obecności Boga, ten związek nie ma przyszłości, nie ma Bożego błogosławieństwa.

Mamy dzisiaj wiele wykroczeń przeciwko temu przykazaniu. Nie wiem, ale wydaje mi się, że to jest chyba przykazanie, które najbardziej lekceważymy, najbardziej go nie potrafimy w swoim życiu dostosować, czy dojrzalej go przeżywać.
Dzisiaj przez to, że wielu z katolików, ludzi wierzących żyje w rozwiązłości, bez ślubu, albo żyją mając tylko ślub cywilny. Są
wielkie zdrady i coraz częściej zdarzają się zdrady małżeńskie. Świadczy to wszystko o tym, że stajemy się coraz mniej dojrzali, coraz
mniej odpowiedzialni, że ta przysięga małżeńska czasami jest tylko pustymi słowami, którą łatwo składamy i później jeszcze łatwiej się jej wyrzekamy, jeszcze łatwiej z niej rezygnujemy.

Masturbacja to kolejny grzech, który bardzo często wkrada się w nasze życie, staje się nałogiem. I nie ma takich lekarzy i nie ma takich środków, które by nas mogły z tego zwolnić. Tylko łaska uświęcająca, tylko spowiedź, dobrze przeżyta spowiedź jest w stanie nas uzdrowić, uwolnić od tej zależności.
Pornografia. Niestety, ale żyjemy w czasach, kiedy wszystko jest dozwolone, gdzie wszystko jest dostępne i to powoduje, że to młode pokolenie nasze jest bardzo mocno zagrożone. Musimy walczyć o czystość. Musimy robić wszystko, aby ta czystość była przede wszystkim promowana w naszych rodzinach, w naszych domach, abyśmy o tym rozmawiali, abyśmy się tego nie wstydzili, abyśmy pokazywali wartość wierności małżeńskiej.

Co mnie bardzo niepokoi? Dzisiaj w telewizji często się promuje i nawet wprost reklamuje takie właśnie życie rozwiązłe. Różne takie gwiazdy Hollywood czy innych jakiś stanów żyją, rozwodzą się, wychodzą za mąż, kolejny raz się rozwodzą, znowu wychodzą za mąż i to jest promowane i o tym się mówi. Często to jest podawane, jako przykład. Wiele młodych ludzi patrząc na to wszystko zaczyna myśleć, że to jest normalne. Niestety, ale to nie jest przyszłość, to jest wielka krzywda. Właśnie tak żyjąc zadajemy sobie nawzajem wiele ran duchowych. Przecież nikt nie mówi o tym, że jak ktoś przeżył pięćdziesiąt lat w małżeństwie, że ktoś wychował
czwórkę, pięcioro, sześcioro dzieci. Nikt o tym nie mówi, o tym się nie mówi, bo to jest wymagające, to jest krzyż, że ktoś przeżył
całe życie w wierności małżeńskiej. O tym się w telewizji nie mówi, ale my musimy o tym mówić. Bo jeśli my nie będziemy o tym świadczyć, to kamienie zaczną mówić.
Bierzmy odpowiedzialność za nasze społeczeństwo. Walczmy o czystość, o czystość obyczajów, o wartość naszego życia rodzinnego, o wartość dobrych obyczajów. Jesteśmy bardzo zagrożeni. Najbardziej jesteśmy zagrożeni przez to, że w milczeniu przejmujemy to wszystko, co niesie nam współczesny świat. I w ogóle się przed tym nie bronimy. I to jest najgorsze.
Bracia i siostry, chciałbym was zachęcić, aby w domach rodzinnych z dziećmi, wnukami rozmawiać o tym, aby pokazywać im wartość czystości, aby pokazywać im wartość wierności małżeńskiej, aby pokazywać te dobre cechy życia ludzkiego, a przede wszystkim modlić się za nich, bo to jest najbardziej chyba dzisiaj potrzebne. Żyjemy w czasach niełatwych, ale z Bogiem możemy pokonać to wszystko. Módlmy się za siebie nawzajem.
Następne przykazanie jest to przykazanie siódme. Nie będziesz kradł jak mówi nam Księga Wyjścia w dwudziestym rozdziale, w piętnastym wersecie. Jest to przykazanie, które pokazuje nam, że te wartości materialne, które posiadamy i z których korzystamy są nam potrzebne i nie są złe. Jak mówi nam Księga Rodzaju w pierwszym rozdziale: Na początku Bóg powierzył ziemię i jej bogactwa człowiekowi. To wszystko, co jest stworzone jest dobre, bo jest stworzone przez Boga, Boga Ojca dla całego rodzaju ludzkiego. To
przykazanie siódme nakazuje praktykowanie sprawiedliwości i miłości w zarządzaniu dobrami materialnymi i owocami pracy ludzkiej. Człowiek ma prawo od Boga na własność i ma prawo posiadania. Ale niestety sami doświadczamy, jak łatwo przez zazdrość, przez żądze i chciwość wykraczamy przeciwko temu przykazaniu. Jak mówi nam Pierwszy List do Koryntian w dziesiątym wersecie: ani złodzieje, ani chciwi, ani zdziercy nie odziedziczą królestwa Bożego. Te słowa nam bardzo mocno podkreślają, abyśmy
się wystrzegali wszelkiej żądzy posiadania dobra drugiego człowieka.

Dzisiaj to przykazanie jest bardzo często naruszane przede wszystkim przez różne sposoby wykorzystywania drugiego człowieka, oszukiwania, czy kradzieży bezpośredniej lub też pośredniej.
Chciałbym tu zaznaczyć kilka najbardziej spotykanych wykroczeń. Nalezą do nich na przykład - umyślnie zatrzymywanie sobie rzeczy pożyczonych (często pożyczamy, korzystamy a zapominamy o oddaniu); oszustwa w handlu; wypłacanie niesprawiedliwych wynagrodzeń. Myślę, że wielu z nas spotkało to. Kiedy przyjeżdżamy do obcego kraju, nie znamy języka, nie mamy tutaj wsparcia, idziemy pracować i ktoś nam wypłaca najniższe wypłaty, wynagrodzenie, które nie jest nas godne tylko dlatego, że jesteśmy
obcokrajowcami, nie znamy języka, nie mamy prawa. Jest to wykorzystywanie jak mówi nam Pismo Święte: Godnym jest pracownik swojej zapłaty. Nikt nie ma prawa oszukiwać.

Mam taki przykry przykład. Kilka lat temu na Ukrainie był wybuch gazu. W wyniku tego wybuchu został zrujnowany cały potężny blok, gdzie było wiele mieszkań wielorodzinnych. Wiele osób zginęło, ale dzięki Bogu stało się to akurat w tym czasie, gdy większość mieszkańców była w pracy. Gdy wrócili do swoich domów zastali tylko gruz. Wszystko, co posiadali zostało zrujnowane.
Państwo im pomogło, dało im jakieś zasiłki, pomoc, ale minimalną. Oczywiście za te pieniądze nie mogli sobie nic kupić do
mieszkania i każdy z nich szukał jakiegoś kąta, żeby gdzieś się zaczepić, żeby po prostu mogli przetrwać tą biedę. Co było najbardziej
przykre, że właśnie w tym czasie wszyscy podnieśli kilkakrotnie wartość mieszkań, które się sprzedawały. Zamiast tym ludziom pomóc, wyjść im naprzeciw, to każdy chciał się dorobić. Jakże jest to bolesne. Niestety czasami żądza posiadania jest większa niż współczucie, niż ludzka solidarność, korupcja. Nie wiem jak jest w Stanach Zjednoczonych, ale tam gdzie pracuję korupcja jest bardzo powszechna. Jak zacząłem budowę kościoła pięć lat temu podjąłem sobie takie postanowienie, że nigdy nie będę płacił
łapówek. I owszem zajęło mi to o wiele więcej czasu. Każdy dokument, który mogłem podpisać z łapówką od razu za pierwszym razem musiałem chodzić po pięć, siedem a nawet dziesięć razy. Ale zdobyłem te pozwolenia. I doświadczyłem tego, że bez łapówek można też załatwić, można też żyć. Ale my często idąc na łatwiznę dajemy te pieniądze. Zgadzamy się na te łapówkarstwo, na tą korupcję tylko po to, żeby jak najszybciej i nawet się nad tym nie zastanawiamy. Mam tutaj na myśli: złe wykonywanie pracy,
przestępstwa podatkowe, fałszowanie czeków, rachunków, marnotrawstwo tego, co posiadamy, gry hazardowe, przez które tracimy duże pieniądze. Prze to cierpią całe rodziny. Wszystko to jest wykroczeniem przeciwko temu przykazaniu – nie kradnij.

Bracia i siostry, w Ewangelii według świętego Łukasza w dziewiętnastym rozdziale są takie słowa: Jeśli kogo w czym skrzywdziłem zwracam poczwórnie – mówi Zacheusz po spotkaniu z Jezusem, gdy się nawraca. To jest właściwa postawa, jeśli kogoś skrzywdziłem to nie wystarczy się z tego wyspowiadać, że ukradłem, ale powinniśmy tą krzywdę temu człowiekowi wynagrodzić, oddać to, co przez nas zostało skradzione.
Na końcu przy rozważaniu tego przykazania chciałbym zaznaczyć pewną wolność. Tak jak na początku rozważania, przy tym przykazaniu wspominałem, że te wszystkie dobra, które posiadamy są nam potrzebne abyśmy żyli godnie, jako ludzie, ale nie mogą one być celem w naszym życiu. Niestety, ale jest częste zjawisko, szczególnie pośród nas ludzi wierzących, że jesteśmy uzależnieni, że to pieniądz staje się dla nas największym dobrem, staje się celem naszego życia i bardzo często też z tego powodu jesteśmy
nieszczęśliwi. Jakże często są takie scenariusze, że przy podziale spadku, czy jakiegoś dobra materialnego lub jakiegoś majątku są kłótnie, rodziny się kłócą, sądzą i przez wiele, wiele lat ze sobą nie rozmawiają, żyją w wielkiej nienawiści właśnie przez pieniądze.
Przy tym przykazaniu chciałbym zachęcić nas, abyśmy się zastanowili i prosili Boga o taką wolność, abyśmy umieli korzystać z tych dóbr, które Bóg nam daje, ale abyśmy się od nich nie uzależniali, ale byli wolnymi i abyśmy mieli serca bogate w dobre uczynki.
Ewangelia według świętego Mateusza w szóstym rozdziale, w dwudziestym czwartym wersecie mówi nam: Nie możecie służyć Bogu i mamonie.
Bracia i siostry służmy Bogu, a wszystko inne zostanie nam dane.

CZWARTE I PIĄTE PRZYKAZANIE DEKALOGU - O. Edwarda Kawa OFMConv. - 27.03.2011 r.

O. Marcel Sokalski: Tematem przewodnim naszych rekolekcji wielkopostnych jest w tym roku dekalog. Jak wiecie dekalog nie jest zwykłym zbiorem nakazów i zakazów, ale jest darem samego Boga, jest drogowskazem wskazującym jak żyć, aby życia nie zmarnować, aby osiągnąć szczęście na ziemi i kiedyś w wieczności. Tematem trzeciej nauki rekolekcyjnej będzie czwarte i piąte przykazanie dekalogu.

O. Edward Kawa: Witam drogich słuchaczy Godziny Różańcowej. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Dzisiaj przejdziemy się następnymi Przykazaniami Bożymi – przykazanie czwarte i przykazanie piąte. Jak mówi nam Księga Wyjścia w dwudziestym rozdziale, w dwunastym wersecie, przykazanie czwarte ma taką treść: Czcij Ojca swego i matkę twoją, abyś długo żył na ziemi, którą Pan Bóg Twój dał tobie. To czwarte przykazanie rozpoczyna drugą tablice dekalogu. To
czwarte przykazanie, które przed chwila usłyszeliśmy ukazuje nam porządek miłości. Bóg chce, abyśmy po Nim czcili naszych rodziców, którym zawdzięczamy życie i którzy przekazali nam wiarę w Boga. To przykazanie jest sformułowane w sposób pozytywny i łączy się z nagrodą – Czcij Ojca swego i matkę twoją, abyś długo żył na ziemi, którą Pan Bóg Twój dał tobie.
Pamiętam kiedyś w swoim życiu kapłańskim miałem takie doświadczenie. Siedziałem w kościele, miałem dyżur w konfesjonale i w godzinach popołudniowych wpada do kościoła jeden mężczyzna, idzie do ołtarza, klęka przed ołtarzem i tak się bardzo gorąco zaczął modlić, płakać na głos. Nie wytrzymałem, odważyłem się i podszedłem do tego człowieka i zapytałem
się go: „Proszę pana, co się stało? Może mogę Panu jakoś pomóc”? Ten człowiek ze łzami w oczach mówi do mnie:
„Człowieku, w czym ty możesz mi pomóc? Mój syn, moje dziecko, dla którego wszystko w życiu poświęciłem, dla którego wszystko w życiu robię, chciał popełnić samobójstwo. Ledwie uratowali go w szpitalu”. Gdy usłyszałem, że jest w szpitalu i jest w ciężkim stanie, zaproponowałem temu człowiekowi, abyśmy od razu pojechali do tego szpitala i odwiedzili tego syna.
Tak też się stało. Pojechaliśmy, gdy przyjechaliśmy do szpitala ten jego syn był już uratowany, był w ciężkim stanie, bardzo słaby, ale już było dużo lepiej z nim niż przedtem. Poprosiłem lekarzy o taka krótką rozmowę: „Czy mógłbym z nim zostać sam na sam”. Pozostałem z nim i pytam się tego młodego chłopaka: „Co się stało, co było powodem, że podjął tak drastyczną decyzję, że chciał sobie odebrać życie”? Ten ze łzami w oczach mówi do mnie: „Proszę ojca, ja mam wszystko. Uczyłem się w najlepszych szkołach, skończyłem najdroższe uniwersytety. Gdy skończyłem naukę, rodzice kupili mi dom, kupili mi samochód, załatwili mi dobrą pracę. Po prostu wszystko mi dali, wszystko mi przyszło z wielką łatwizną, ale nie wiem, po co ja żyję. Ja nie kocham i nie potrafię kochać i nigdy nie odczułem ze strony rodziców żadnej miłości, żadnego ciepła. Ja nie widzę sensu własnego życia”. Po rozmowie z tym człowiekiem wyszedłem i zacząłem rozmawiać z jego ojcem, wypytując go, jak żyją, co się dzieje w ich rodzinie, jak wyglądają ich relacje z synem, z matką. On się tak powoli uspokoił i powoli zaczął mi
wszystko opowiadać, że kiedyś byli ludźmi bardzo biednymi. Później zaczęli jakiś tam interes, ten interes zaczął się rozwijać, stawali się coraz bardziej bogatsi. I jego głównym pragnieniem było to, aby dać swemu synowi wszystko to, czego on w swoim życiu nie miał. I tak też to robił. Wszystko cokolwiek mógł swemu synowi kupował, dawał, załatwiał żeby ten syn był jego
szczęśliwy. Później na końcu mówi: „Mam też jeszcze mamę. Moja mama jest już starsza i schorowana, zapomina się.
Oddaliśmy ją do zakładu opieki społecznej. I już chyba od siedmiu lat nie byłem tam u niej”. Jak usłyszałem te jego słowa, że nie był u niej tak długi czas, wtedy do niego mówię: „Tu jest choroba twojej rodziny, tu jest nieszczęście, które odbiło się na twoim dziecku, na twoim synu. Wyrzekłeś się własnej matki, zapomniałeś o tej, która dała ci życie, którą powinieneś się opiekować, i do końca życia powinieneś być razem z nią i jej towarzyszyć”. To jest przykry przykład, ale myślę, że bardzo wyraźny i jakże często bliski naszemu życiu.

Bracia i siostry, chciałbym zwrócić waszą uwagę na to, abyśmy byli wyczuleni na szacunek dla naszych rodziców. Tak się składa, że w życiu kochamy naszych rodziców szczególnie wtedy, gdy nam pomagają, gdy mają dobre emerytury, gdy mogą nam pomóc przy wychowywaniu naszych dzieci. Wtedy jesteśmy zadowoleni, że mamy tatusia, że mamy mamusię, ale z chwilą, gdy oni potrzebują naszej pomocy, gdy oni się stają od nas zależni, wtedy bardzo łatwo z nich rezygnujemy. Wtedy najlepiej chcielibyśmy się ich pozbyć.
Byłem w domu starców tutaj w Stanach Zjednoczonych. Widziałem wspaniałe warunki, wspaniałą obsługę. Miejsca, pokoje gdzie ci ludzie mieszkają, naprawdę jest to wszystko godne uznania, ale to co mnie najbardziej dotknęło i przeraziło, że przy wejściu do każdego z tych domów opieki społecznej ci ludzie siedzą przy drzwiach. Jak tylko się drzwi otwierają, każdy z nich podnosi głowę i czeka na własne dziecko. Ci ludzie po całym życiu, po trudzie całego życia, czekają na własne dzieci. A
często jest tak, że te dzieci tych rodziców w ogóle nie odwiedzają. Samotność, jakże wielka kara za trud całego życia.

Bracia i siostry, jesteśmy zobowiązani wobec własnych rodziców do szacunku i wdzięczności, właściwego posłuszeństwa i pomocy. Szacunek synowski sprzyja harmonii całego życia rodzinnego. Jeśli potrafię uszanować moich rodziców do końca ich życia, do tej naturalnej śmierci, Bóg mi błogosławi, błogosławi całej mojej rodzinie. Ta miłość się przekazuje dalej. Jeśli
natomiast zaniedbuję to nie mam tej miłości, nie mam tego szacunku, nie mam tej wdzięczności względem moich rodziców, mojej matki, mego ojca. Niestety, ale nie potrafię przekazać tej miłości. Czeka mnie jeszcze gorsza przyszłość niż moich rodziców.
Bracia i siostry, u Boga nie ma eutanazji. Bóg daje każdemu wartość życia do końca. Każdy wiek ma swoją wartość.
Chciałbym tutaj przypomnieć nam Sługę Bożego, Jana Pawła II. On będąc już w starszym wieku, będąc schorowany, osłabiony przez chorobę był ciągle na Stolicy Piotrowej. Wielu mówiło: „Po co ci to? Zrezygnuj, jesteś już starszy, chory, niech wybiorą nowego i młodszego”. On jednak do końca był na Stolicy Piotrowej, aby w taki sposób pokazać, że każdy wiek ma swą
wartość. Co jest ciekawe, że właśnie wtedy, gdy był najbardziej schorowany, gdy był najbardziej fizycznie osłabiony najwięcej młodych ludzi się do niego garnęło. Wtedy najbardziej przemawiał. Gdy po prostu przez swe cierpienie był obecny w Kościele, gdy przez swoje świadectwo, swoją miłość był takim żywym znakiem Bożej miłości dla całego Kościoła i dla całego świata.

Patrzymy na ten przykład Jana Pawła II, uczmy się od niego właśnie takiego szacunku i takiej czci. Jak mówią nam Dzieje Apostolskie w piątym rozdziale – Nam potrzeba bardziej słuchać Boga niż ludzi. Słuchajmy Boga, idźmy za Jego nauką, bo to jest jedna droga do zbawienia.

Przykazanie Piąte, jak mówi nam Księga Wyjścia w dwudziestym rozdziale, w trzynastym wersecie ma taką treść: Nie będziesz zabijał. Zostaliśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Boże. Nie ma doskonalszego stworzenia niż człowiek.
Wszystkie nasze osiągnięcia techniczne nigdy nie dorównają doskonałości stworzenia człowieka. Człowiek ma dar do kochania, do poznawania, rozeznawania i do podejmowania wolnej decyzji, ma dar wolnej woli. Żadne ze stworzeń na tym świeci nie ma takiej zdolności. Jak mówi nam Ewangelia według świętego Mateusza w piątym rozdziale – Słyszeliście, że powiedziano
przodkom nie zabijaj, a kto by się dopuścił zabójstwa podlega sądowi. A ja wam powiadam: «Każdy, kto się gniewa na swego brata, podlega sądowi». Jakże radykalne stwierdzenie Jezusa. Bracia i siostry, tym stwierdzeniem Bóg nas chroni przed jakimkolwiek zamysłem przeciwko naszym bliźnim, abyśmy przez gniew, nienawiść nawzajem się nie zabijali.
Pismo Święte w Księdze Rodzaju, w czwartym rozdziale mówi nam opisując zabójstwo Abla, że zostało dokonane przez Kaina. Brat zabija brata. Jest to przykra historia. Historia pokazuje, jak łatwo człowiek ulega pożądliwości, zazdrości i pod wpływem tych złych cech potrafi zabić drugiego człowieka, potrafi zabić swojego brata. To piąte przykazanie zakazuje pod
grzechem ciężkim zabójstwa bezpośredniego i zamierzonego. Miałem takie szczęście, że byłem w wielu miejscach takich jak:
Katyń, obozy na Syberii, w Polsce Oświęcim. Widziałem te miejsca, te ogromne cmentarze, gdzie zamordowano wiele tysięcy, miliony ludzi. To są przykre miejsca, bolesne, ale to są fakty, to są fakty, które się działy wcale nie tak dawno. Bracia i siostry, pojawia się pytanie: „Skąd człowiek bierze tak dużą nienawiść, że jest zdolny mordować jeden drugiego”? Niestety, ale i we współczesnym świecie, w dwudziestym pierwszym wieku takie Oświęcimia, takie Katynie są obecne. O tym się w telewizji nie
mówi, o tym się nie chwalą, ale i dzisiaj ginie bardzo dużo ludzi niesprawiedliwie, dlatego że jakiś rząd, jakieś trendy polityczne tak decydują.

Bracia i siostry, żadna wojna nie jest usprawiedliwiona, żaden konflikt polityczny, który jest rozwiązywany w sposób wojenny, z bronią, nie jest usprawiedliwiony. Jesteśmy świadomi tego, że przy każdej wojnie, przy każdym konflikcie ginie wiele osób, niewinnych dzieci, kobiet, mężczyzn, którzy są tylko winni Bogu ducha. Jakże wielka jest agresja i nienawiść
ludzka. Z przykrością musimy stwierdzić też, że w naszych rodzinach katolickich też bardzo ciężko się dopuszczamy wykroczeniu przeciwko temu przykazaniu, przykazaniu – nie zabijaj.
Chciałbym tutaj zaznaczyć przede wszystkim takie najgłówniejsze wykroczenia, najgłówniejsze grzechy, które niestety, ale są obecne, jak przerywanie ciąży, stosowanie różnych środków antykoncepcyjnych, eutanazja. W wielu krajach nie ma eutanazji, jest niedozwolona, ale mogę powiedzieć jak u nas na Ukrainie byłem świadkiem w wielu takich sytuacjach. Jeśli
człowiek nie mógł za siebie zapłacić, jeśli nie miał rodziny, nie miał się, kto za niego wstawić podawano mu takie leki, które powodowały, że w bardzo krótkim czasie umierał. Oświęcim naszych czasów. Nie ma tam oficerów i żołnierzy. Są tam ludzie w białych chałatach, którzy popełniają takie same zbrodnie jak w Oświęcimiu czy Katyniu. Dzieje się to tylko dlatego, że ktoś jest niesprawny, że nie ma się kto za niego wstawić, że nie jest w stanie za siebie zapłacić i nie posiada pieniędzy.
Samobójstwa. Żyjemy w czasach naprawdę niełatwych. Jest wielu pośród nas, którzy przeżywają różne rozterki życiowe:
depresje, stresy, napięcia. Bracia i siostry, my jako katolicy, jako ludzie wierzący jesteśmy za siebie nawzajem odpowiedzialni. Czasami wystarczy wysłuchać jeden drugiego, dobra rada, parę chwil spędzić razem, a można uratować ludzkie życie. Można kogoś odciągnąć od tego zamysłu, od próby samobójstwa. Bądźmy odpowiedzialni za siebie, módlmy się za siebie nawzajem,
polecajmy w modlitwach siebie nawzajem, abyśmy w taki sposób wypraszali dla siebie potrzebne łaski. Jest to dzisiaj w Kościele i we współczesnym świecie bardzo, bardzo potrzebne. Jakże często wykraczamy przeciwko temu przykazaniu przez palenie tytoniu, nadmierne nadużywanie alkoholu, siadanie za kierownicę pod wpływem alkoholu, używanie narkotyków czy różnych środków toksycznych, które powodują, że może nie od razu, ale stopniowo się zabijamy. Jak wielka lekkomyślność czasami nami kieruje? Nie potrafimy dowartościować i cenić to zdrowie, to życie, które Bóg nam daje.
Przy tym piątym przykazaniu, już na koniec chciałbym zwrócić uwagę na to, że bardzo często my ludzie wierzący, katolicy dajemy zgorszenie. Bracia i siostry, może się nie zabijamy w taki dosłowny sposób, używając jakieś broni, ale często się zabijamy i gasimy w drugim człowieku ducha wiary, ducha Bożego. Robimy to przede wszystkim przez dawanie zgorszenia,
przez mówienie fałszywych świadectw, przez przekleństwa, przez nadużywanie dobroci czyjeś. Zabijamy w drugim człowieku ducha Bożego, wiarę.
Ewangelia według świętego Mateusza w osiemnastym rozdziale, w szóstym wersecie mówi nam: Kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych, temu byłoby lepiej kamień młyński zawiesić u szyi i utopić go w głębi morza.
Umiłowani w Chrystusie Panu, bracia i siostry. Szanujmy nasze życie i w codziennej modlitwie dziękujmy za to, że żyjemy.

DRUGIE I TRZECIE PRZYKAZANIE DEKALOGU - O. Edward Kawa, OFM Conv. - 20.03.2011 r.

O. Marcel Sokalski:
Moi Drodzy słuchacze temat przewodnim naszych rekolekcji wielkopostnych jest w tym roku dekalog. Jak wiecie dekalog nie jest zwykłym zbiorem nakazów i zakazów, ale jest darem samego Boga, jest drogowskazem wskazującym jak żyć, aby życia nie zmarnować, aby osiągnąć szczęście na ziemi i kiedyś w wieczności. Tematem drugiej nauki rekolekcyjnej będzie „Drugie i trzecie przykazanie Dekalogu”.

O. Edward Kawa:
Witam drogich Słuchaczy Godziny Różańcowej. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Dzisiaj pragnę, abyśmy przeszli następne dwa przykazania z dekalogu idąc drogą naszych wspólnych rekolekcji wielkopostnych. Jak mówi nam Księga Wyjścia w dwudziestym rozdziale i Księga Powtórzonego Prawa w piątym rozdziale:
Przykazanie drugie jest takiej treści - nie będziesz wzywał Pana Boga Twego na daremnie. W tym przykazaniu Bóg przede wszystkim pragnie nas ludzi zaprosić do tego, abyśmy mieli cześć i potrafili uszanować godność imienia Bożego.
W naszym codziennym mówieniu, wypowiadaniu słów bardzo często się zdarza, że mówimy słowa. I te imienia Boże są między tymi słowami jak zwyczajne słowa. Nawet się często nie zastanawiamy, po co to mówimy i w jakim celu. Nawet się nie zastanawiamy, kogo tak naprawdę wzywamy i czyje imię brzmi w naszych ustach. Przecież to jest imię samego Boga, imię tego, który nas stworzył.
Aby lepiej to zrozumieć chciałbym podać taki przykład. Każdy z nas kiedyś został ochrzczony, gdy byliśmy dziećmi, czy też może ktoś był ochrzczony, jako człowiek dorosły, ale w momencie Sakramentu Chrztu Świętego kapłan, który nas chrzcił wypowiedział nasze imię. Dla przykład Michale, Andrzeju, Mario, Weroniko ja ciebie chrzczę w imię Ojca i Syna i Ducha
Świętego. Tutaj w tym sakramencie imię Boga zostało w nas uświęcone i to Imię już nosimy w sobie, we własnym sercu, we własnej duszy już na wieki wieków. Pragnę to podkreślić dlatego, abyśmy potrafili docenić wartość i działanie Sakramentu Chrztu w naszym życiu, abyśmy byli świadomi, że ten sakrament nie był gdzieś tam kiedyś przyjęty gdy byliśmy jeszcze
nieświadomi rodzice nasi i rodzice chrzestni za nas byli przed Bogiem i składali swoją wolę, ale przede wszystkim, abyśmy my byli świadomi konsekwencji tego sakramentu, czy może dokładniej łaski wypływającej z tego sakramentu.

Bracia i siostry każde imię, które my nosimy jest święte, dlatego że zostało uświęcone w Sakramencie Chrztu mocą samego Boga. Przez to, że zostaliśmy obmyci z grzechu pierworodnego i zostaliśmy przyjęci do grona dzieci Bożych. Każdy z nas jest dzieckiem Boga. Jak mówi nam Księga Izajasza w czterdziestym trzecim rozdziale Bóg wzywa każdego po imieniu. Imię każdego człowieka jest święte. Imię człowieka jest ikoną jego osoby, obrazem jego osoby i to imię człowieka domaga się szacunku ze względu na godność, która wypływa z Sakramentu Chrztu.
Każdy z nas ma patrona. Jest dobrze, gdy modlimy się do Boga za wstawiennictwem tych patronów, których imiona nosimy. To imię, które otrzymaliśmy na chrzcie pozostaje na zawsze. Na zawsze pozostaje to imię i Bóg nas zna po imieniu. Choć jesteśmy tak liczni, Bóg każdego zna nas po imieniu.

Pracowałem w więzieniu przez pięć lat, jako kapelan na Ukrainie w takim więzieniu, gdzie więźniowie byli ukarani za większe przestępstwa, za morderstwa czy już kilkakrotnie byli sądzeni, dlatego odsiadywali od dziesięciu lat i wzwyż. To, co mnie przeraziło w tym więzieniu, że żaden z tych więźniów już tam w więzieniu nie miał imienia, nikt się tym imieniem nie posługiwał. Najczęściej, co było używane to były numery. Więzień numer siedemnaście, więzień numer siedemset pięćdziesiąt trzy czy jakikolwiek inny. Ja będąc kapelanem, jak przychodziłem jeszcze na początku jak tylko zacząłem swoją posługę, gdy przechodziłem kontrolę przed wejściem do więzienia to zawsze podawałem swoje imię i nazwisko i strażnik, który tam był na tym przejściu zawsze mi mówił - proszę mi podać numer przepustki a nie imię i nazwisko. Gdy podałem mu numer wtedy dopiero mogłem wejść na teren więzienia, bo imię i nazwisko dla niego nie miało żadnego znaczenia. Właśnie w taki sposób depczemy godność ludzkiego imienia.

Jak mówi nam Księga Apokalipsy w czternastym rozdziale: „Oto Baranek stojący na górze Syjon, a z nim sto czterdzieści cztery tysiące, mające imię Jego i imię Jego Ojca wypisane na czołach”. To imię jego, imię Boga Wszechmogącego jest w nas wypisane i nikt z ludzi nie ma prawa odebrać człowiekowi tego dobrego imienia, nawet jeśli jest więźniem, nawet jeśli popełnił najgorsze przestępstwo, nikt nie ma prawa odebrać mu dobrego imienia.

Dlaczego ten przykład podaje? Dlatego, że jeśli nie potrafimy uszanować i ze czcią traktować się nawzajem, jako ludzie to nam ludziom jest łatwiej, my się widzimy, słyszymy to tym bardziej nie potrafimy uszanować imienia Boga, tym bardziej ten Bóg dla nas jest daleki. Owszem mówimy ja czczę, szanuję, nie wzywam imienia Pana Boga na daremnie, ale tak naprawdę ja
tego Boga nie znam. Jak mówi nam Psalm ósmy „ O Panie nasz Boże jak przedziwne Twe imię po wszystkiej ziemi”. Imię Pańskie jest święte.
Wierzący człowiek powinien świadczyć o Imieniu Pańskim, odważnie wyznając swoją wiarę. To drugie przykazanie, które dzisiaj rozważamy przede wszystkim ostrzega nas przed tym, abyśmy Tego imienia Bożego nie nadużywali, abyśmy sobie na zbyt wiele nie pozwalali. W jaki sposób możemy nadużywać tego imienia? Przede wszystkim przez bluźnierstwa, słowa
nienawiści, przez przekleństwa, przez jakieś magiczne używanie nawet świętych imion Bożych.
To się często w naszym życiu zdarza. To drugie przykazanie przede wszystkim ostrzega nas, abyśmy byli świadomi tego, co wypowiadamy i w jakim celu to wypowiadamy. Myślę, że przy tym przykazaniu każdy z nas powinien sobie zrobić taki dokładny rachunek sumienia, przeanalizować sobie swoje życie, ten każdy zwykły dzień, aby umieć dostrzec i z pokorą prosić
Boga o takie uzdrowienie, aby to Imię Boga, święte Imię Boga nie było w naszym życiu deptane, abyśmy tego Imienia Boga naprawdę na daremnie nie wzywali, abyśmy potrafili to Imię Boga czcić.
Tak jak już wspomniałem Bóg zna każdego z nas po imieniu i my też znamy Boga po imieniu, ale o tyle o ile się modlimy o tyle bardziej znamy Boga. Jeśli ta modlitwa w naszym życiu jest taka mechaniczna, zaniedbana, jest bardziej z przymusu i z obowiązku niż z pragnienia serca - to my Boga nie znamy, chociaż znamy Jego Imię, ale Bóg jest dla nas daleki.

Bracia i siostry, aby naprawdę czcić Imię Boga musimy znać Boga tak jak Bóg zna nas. A im bardziej poznajemy Boga, tym bardziej tez rozumiemy i poznajemy samych siebie. Taka jest tajemnica naszego życia. Im bardziej znamy Boga tym bardziej poznajemy i zaczynamy rozumieć samych siebie. Tak mówi nam Ewangelia świętego Jana w dziesiątym rozdziale:
„Owce, które należą do Niego woła po imieniu i wyprowadza”. Tak się też dzieje i w życiu naszym. Bóg zna nas po imieniu, woła nas po imieniu, wzywa nas po imieniu do swej świętości i nas wyprowadza z każdego grzechu, ciężaru, nałogu, choroby, z tego wszystkiego, co jest naszym codziennym krzyżem. Miejmy wiarę i głęboką nadzieję na Boga Wszechmogącego.

Następne przykazanie, które dzisiaj chciałbym dotknąć jest przykazanie trzecie. Przykazanie trzecie ma następującą treść:
Pamiętaj abyś dzień święty święcił. Jak mówi nam Księga Wyjścia w dwudziestym rozdziale, w ósmym wersecie. Jest to zaproszenie do tego, abyśmy ten dzień święty potrafili uczcić. Często powstaje pytanie, jak mamy ten dzień święty, niedzielę, dzień Pański przeżyć. Owszem my, jako ludzie wierzący staramy się iść do kościoła, uczestniczyć we Mszy świętej, przyjąć
Komunię świętą. I wydaje się nam, że ten nasz obowiązek chrześcijański jest wykonany. Ale powinniśmy być świadomi, że to nie jest nasz obowiązek, to jest przywilej być na Mszy świętej.

Miałem szczęście w swoim życiu spotkać kiedyś takie starsze małżeństwo, które wiele lat spędziło na zesłaniu, na Syberii.
Bardzo ciężko pracowali. Gdy pojawiła się możliwość po upadku Związku Radzieckiego powrotu na Ukrainę, wrócili i zostali skierowani przez państwo do miejscowości, gdzie nie było kościoła. Gdy otworzyliśmy parafię tam na wschodzie Ukrainy ten kościół, ta parafia była najbliżej ich miejscowości, gdzie mieszkali. I oni w każdą niedzielę wstawali wcześnie rano nawet w
nocy, aby mogli pięć godzin spędzić w pociągu, aby uczestniczyć we Mszy świętej i potem pięć godzin z powrotem. Gdy patrzyłem na tych ludzi byłem pełen podziwu. Ludzie schorowani, zmęczeni, spracowani życiem, ale jakże szczęśliwi, bo bogaci w wiarę. Kiedyś zapytałem ich, czy wy nie czujecie tego ciężaru tak dalekiej podróży i tyle godzin w podróży, aby
uczestniczyć we Mszy świętej? Ta pani mi odpowiedziała: Ojcze skoro kościół jest tak blisko, to jak moglibyśmy przeżyć niedzielę bez udziału we Mszy świętej. Tyle lat mieliśmy bez udziału bez Mszy świętej, a teraz skoro mamy taką możliwość, dla nas to jest największym szczęściem. Wtedy rzeczywiście sobie uprzytomniłem, że dopiero wtedy, gdy nie mamy możliwości
udziału we Mszy świętej, gdy nam zabraniają, czy jesteśmy pozbawieni tej możliwości, aby przeżyć Mszę świętą wtedy tak naprawdę doświadczamy wartości tej Mszy świętej. W tej Mszy świętej Bóg nam daje Siebie, przez Swoje słowo, przez Komunię świętą. Bóg przychodzi do nas, aby nas umocnić, aby dać nam łaskę, która pozwoli nam dalej żyć, która pozwoli nam
dalej pełnić nasze codzienne obowiązki. Jak mówi święty Justyn w swej Apologii: „Nasze zgromadzenia dlatego odbywają się w dniu słońca, ponieważ jest to pierwszy dzień, w którym Bóg z ciemności wyprowadził materię i stworzył świat, a Jezus Chrystus, nasz Zbawiciel, w tym dniu zmartwychwstał”. I to jest prawda niedziela to jest dzień zmartwychwstania Pańskiego, ale jest to też dzień zmartwychwstania naszego, naszej codzienności, z ciemności naszego grzechu, z naszych codziennych
obowiązków i z naszego codziennego krzyża.

Chciałbym przy tym przykazaniu też dotknąć tego, jak przeżywamy tą niedzielę. Często się wkrada taka praktyka, że w ten dzień robimy zakupy, odwiedzamy supermarkety i w taki sposób nam się wydaje, że dobrze ten czas spędzamy. Myślę, że to nie jest dobry sposób, aby ten dzień święty uświęcić. Myślę, że najwspanialszym sposobem właśnie możemy ten dzień uświęcić, kiedy z całą rodziną uczestniczymy we wspólnocie Kościoła, na Eucharystii, na Mszy świętej. Kiedy z czystym sercem przyjmujemy Słowo Boga, kiedy z czystym sercem przyjmujemy Boga w Komunii świętej. Drugim takim wymiarem jest to, abyśmy taki dzień potrafili przeżyć w rodzinie, razem z rodziną, abyśmy się potrafili właśnie w ten dzień święty, dzień Pański sobą nacieszyć w rodzinie, aby rodzice usłyszeli swe dzieci, dzieci zobaczyli troskę rodziców, abyśmy potrafili dostrzec jak żyjemy, dokąd idziemy, jak wygląda nasze życie, nasze życie wewnątrz, w rodzinie. Cały tydzień pracujemy, cały tydzień wykonujemy swoje obowiązki. Właśnie ten dzień, dzień Pański jest nam dany przez Boga po to, abyśmy mogli właśnie w ten dzień te wszystkie niespełnione nasze obowiązki dopełnić, abyśmy mogli w ten dzień sobą nawzajem się nacieszyć. Jak mówi nam Księga Rodzaju w pierwszych rozdziałach Pisma świętego: Bóg stwarzał świat przez sześć dni a dnia siódmego Bóg odpoczął”. Niechaj i dla nas będzie to zachętą abyśmy właśnie w taki sam sposób przeżywali każdy nasz tydzień, a szczególnie
każdy dzień Pański, który Bóg nam daje.