O. Jarosław Zachariasz OFM Conv.
O. Marcel Sokalski: Witam Was Drodzy Rodacy i Miłe Rodaczki staropolskim: Niech będzie pochwalony Jezus
Chrystus!
„Święty Maksymilianie Mario, najwierniejszy synu świętego Franciszka z Asyżu, zapalony miłością Bożą, szedłeś przez ycie praktykując cnoty heroiczne i spełniające święte dzieła apostolskie. Zwróć swój wzrok na nas, ponieważ jesteśmy twoimi zcicielami i polecamy się twemu wstawiennictwu.
Opromieniony światłem Niepokalanej Dziewicy, pociągałeś niezliczone dusze do ideałów świętości, wskazywałeś im ozliczne formy apostołowania, dla zwycięstwa dobra i dla rozszerzania Królestwa Bożego na całym świecie. Uproś nam wiatło i siłę, abyśmy mogli czynić dobro i pociągać liczne dusze do Chrystusowej miłości.
Upodobniony do Boskiego Zbawiciela i zjednoczony z Nim, osiągnąłeś tak wysoki stopień miłości bliźniego, że obrowolnie ofiarowałeś swoje własne życie, jako świadectwo ewangelicznej miłości, aby uratować życie współbrata więźnia.
Wstaw się do Pana o łaskę dla nas, abyśmy owładnięci tym samym zapałem miłości mogli świadczyć wiarą i czynem o hrystusie wśród naszych braci i dojść razem z Tobą do błogosławionego posiadania Boga w świetle chwały. Amen”.
Słowami modlitwy wprowadziliśmy Was w dzisiejszą pogadankę. 17 lutego minęła 70 rocznica aresztowania i osadzenia a Pawiaku ojca Maksymiliana Kolbego, franciszkanina, Świętego Kościoła katolickiego. Ojciec Kolbe zginął w bunkrze łodowym w Oświęcimiu siedemdziesiąt lat temu, 14 sierpnia roku, oddając dobrowolnie życie za innego więźnia. Został
beatyfikowany przez papieża Pawła VI, a potem kanonizowany przez Jana Pawła II. Jak wiecie Senat Rzeczpospolitej Polskiej stanowił rok 2011 Rokiem Świętego Maksymiliana. Dzisiaj 14 sierpnia mija 70-ta rocznica jego śmierci. W naszym zisiejszym programie zapraszam Was na wysłuchanie homilii Ojca Jarosława Zachariasza, prowincjała krakowskiej prowincji
franciszkanów, którą wygłosił podczas Mszy Świętej w Krakowie, z okazji upamiętnienia męczeństwa Św. Maksymiliana Marii olbego i polskich ofiar II wojny światowej. Audycji nadaję tytuł: „70 –ta rocznica męczeńskiej śmierci Ojca Maksymiliana Kolbe”.
O. Jarosław Zachariasz OFM Conv.: Dzisiaj, z perspektywy 70 lat od rozpoczęcia II Wojny Światowej wiemy, że ta wojna przyniosła ze sobą nowe, niespotykane dotąd doświadczenia, stwarzała sytuacje wcześniej nieznane, te najtrudniejsze z trudnych, trudne do określenia moralnie, nieopisane, nieprzewidziane także w historycznych wzorach męstwa i świętości.
Dlatego byli i są nadal ludzie, którzy twierdzili i nadal twierdzą, że do jej rzeczywistości - rzeczywistości wojny totalnej nie da się zastosować się ani tradycyjnego heroizmu, ani tradycyjnej moralności, że ta wojna była i jest klęską wszystkich tradycyjnych kodeksów i wartości, i że KL Auschwitz - Birkenau, a wraz z nim inne obozy hitlerowskiego nazizmu i łagry
sowieckiej Rosji to podwaliny nowej, potwornej cywilizacji wyzutej z bohaterstwa i świętości, z miłości i nadziei. Jak pisał Tadeusz Borowski, tam w KL Auschwitz objawiła się straszna prawda o człowieku, który dotychczas okłamywał sam siebie, mówiąc, że jest zdolny do czegoś więcej niż tylko walki o swoje istnienie; nową moralność, nowe prawo, nowy ład społeczny trzeba budować na prawdzie Auschwitz, a nie na ułudach filozofii czy fikcjach prawa i religii - pisał.
Bo na czym polegała nowość tej straszliwej wojny i nowość hitlerowskiego obozu w Oświęcimiu? Na okropnościach śmierci i ucisku? Nie. Człowiek zawsze zadawał drugiemu człowiekowi cierpienia. Wystarczy wspomnieć okrucieństwa
wcześniejszych wojen, losy niewolników i jeńców, straszliwe więzienia w lochach i pieczarach wszystkich czasów.
Przerażająca nowość tej wojny i nowość Auschwitz polegała na liczbach. Według najnowszego bilansu, dokonanego przez historyków Instytutu Pamięci Narodowej, w II wojnie światowej zginęło blisko 6 milionów polskich obywateli (nie jest to jeszcze bilans pełny!), a przez obszar oświęcimskiego obozu, który nie przekraczał rozmiarami prowincjonalnego miasteczka, przeszło w ciągu 5 lat tylu ludzi, ile liczą dzisiaj wielkie metropolie świata, z czego prawie półtora miliona pozbawiono tam
życia. Człowiek umierał w tłumie i pośpiechu, poganiany jednakowo do pracy, jedzenia i śmierci. Umierał bezimiennie, oznaczony wielocyfrowym numerem. Umierał niezauważony. Dobijany nie tylko z okrucieństwa, czy jakieś tam litości, ale po to, aby zrobić miejsce następnym. I mogło się wydawać, że to wszystko jedno, jak umrze: heroicznie czy w poniżeniu, skoro
nikt tego nie miał dojrzeć, nikt nie zapamiętać.
Dlatego bohaterstwo tamtej wojny i bohaterstwo w Auschwitz było bohaterstwem małej liczby w wielkich liczbach. Bo takie jest bohaterstwo mas ludzkich sterroryzowanych siłą i literą narzuconego prawa, takie jest bohaterstwo w strukturach zautomatyzowanych, odczłowieczonych, bohaterstwo człowieczeństwa wyzutego z odruchów solidarności, człowieczeństwa,
którego więzi poprzecinano, by opleść je więzami stworzonymi sztucznie w imię jakiejś ideologii. Bohaterstwo, które nie ma świadków i które nie przenika do innych, ciche bohaterstwo.
A jednak tamto bohaterstwo przeniknęło, choć trzeba było wielu lat, aby czyn ojca Kolbego stał się znany i aby doszło do aktu kanonizacji czy też do wydarzenia, którego teraz jesteśmy świadkami. Czyn ojca Maksymiliana przenikał do świata powoli, jak powoli przenika także do naszej świadomości prawda o jego świętości.
Bo przecież o. Maksymilian Kolbe uratował tylko jednego człowieka. Czy ten człowiek był kimś wybitnym? Uczonym, wynalazcą? Mądrym politykiem? Duchownym wyższego stopnia? Nie. Znamy jego nazwisko. Nieżyjący już Franciszek Gajowniczek, był Polakiem, ojcem rodziny, przeżył obóz i wojnę i na szczęście starał się być dobrym człowiekiem, który zażycia pamiętał, kto i dlaczego złożył za niego ofiarę. Ale mógł być też złym człowiekiem. Było to wtedy obojętne. Tak obojętne, jak po dziś dzień jest obojętnym, kim był Barabasz wymieniony za Chrystusa, jak zareagował na wiadomość, że
darowano mu życie, aby zabić Galilejczyka, i co potem ze swoim darowanym życiem zrobił. Ojciec Maksymilian zechciał zająć miejsce jednego, zwykłego człowieka. Uratował od śmierci jednego, ale tą ofiarą złożoną za tego jednego, przeprowadził nas przez próg wieku ideologii, próg wieku utopii, wieku rozwiązań globalnych, w epokę, która stała się nieustannym
poszukiwaniem pojedynczego człowieka. Pojedynczego i każdego człowieka. Dlatego, ktoś powiedział, że nie było jeszcze takiego świętego.
Byli święci, którzy uzdrawiali chorych i wskrzeszali umarłych, byli tacy, którzy słynęli ze szczodrobliwości dla biednych i miłosierdzia dla trędowatych. Byli święci szczycący się tysiącami nawróconych pogan lub słynni kaznodzieje skruszający serca możnych, niektórzy powstrzymywali inwazje barbarzyńców, sami cudowną mocą wygrywali wojny, albo jako męczennicy znosili śmierć i wymyślne tortury dla zaświadczenia wierności Chrystusowi, Ewangelii i Kościołowi.
Esesmanom, którzy 14 sierpnia 1941 przeprowadzali selekcję do bunkra głodowego, było zupełnie obojętne, jakiej wiary jest człowiek proszący, aby go wzięto. Nie mieli pewnie satysfakcji, z jaką kiedyś urzędnicy i oficerowie rzymskiego imperium zabijali wyznawców Nauczyciela z Nazaretu ani nie mieli fanatyzmu niektórych wyznawców Allacha. Hitlerowcy nie planowali specjalnie zniszczenia religii w imię naukowego światopoglądu. Było im to raczej obojętne. W imperium Hitlera walka toczyła
się nie o prawo wyznawania takiej czy innej religii (poza żydowską oczywiście, która ideologicznie została skazana na zagładę),
nie o taki czy inny dogmat wiary im chodziło. Oni myśleli o oczyszczeniu świata z ludzi, których sami, według własnych kryteriów uznali za złych, których według ich zamysłu należało wyeliminować. Dlatego ojca Kolbego nikt pewnie nie pytał, jakiej jest wiary ani nie żądał wyrzeczenia się jej. On oddał życie za jednego człowieka, stając się nie tylko patronem naszych
trudnych czasów, ale i symbolem drobnych duchowych bohaterstw ludzi wszystkich wyznań, bohaterstw żołnierzy, lekarzy, pielęgniarek, nauczycieli, duchownych, urzędników i funkcjonariuszy ratujących ludzi przed wyeliminowaniem, cichych męczenników codziennego ryzyka - wtedy ryzyka wojny, podczas której ogólne prawo wielkiej liczby w umieraniu mówiło
tylko każdemu: chroń siebie, nie myśl o innych.
Ale od tego chorego prawa wielkich liczb zalęknionych ludzi silniejsze okazało się prawo miłości wobec jednego, pojedynczego człowieka, prawo, które jest istotą Chrystusowego przyjścia na świat, najgłębszą treścią Chrystusowej śmierci na krzyżu i powodem nieskończonej wartości każdej ludzkiej istoty, której przeznaczeniem jest zmartwychwstanie i życie wieczne
w Chrystusie.
Dlatego powtórzmy: święty ojciec Maksymilian, którego nikt nie pytał, jakiej jest wiary i od którego nikt nie żądał wyrzeczenia się jej, w istocie poniósł za tę wiarę i Chrystusa śmierć, otwierając dla nas, ludzi żyjących w świecie wielkich liczb, jej najgłębszą prawdę: nadprzyrodzona wartość pojedynczego ludzkiego istnienia. I to on św. Maksymilian Maria Kolbe jest ojcem Kościoła otwartego na całą ludzkość i na każdego człowieka z osobna. Jest ojcem Soboru Watykańskiego II i czterech pontyfikatów drugiej połowy XX wieku, które zmieniły związki Kościoła ze światem. Jest duchowym ojcem papieża Jana, Pawła i dwóch Janów Pawłów, na czele z Janem Pawłem II Wielkim, autorem wydanej przed 30 laty encykliki Redemptor
hominis, Odkupiciel człowieka, którym jest Chrystus nasz Pan, Syn Niepokalanej i Mistrz naszego o. Maksymiliana.
W tym miejscu nie będę przypominał szczegółowo, kim był ojciec Maksymilian. Wiadomo dobrze, kim był, bo przecież pozostawił wielu świadków swej działalności, wiele dzieł organizacyjnych i wiele pism po sobie. Wszystko to tworzy pewną logiczną całość, począwszy od przyjęcia w dzieciństwie dwóch koron z rąk Niepokalanej aż do jego ostatniego dzieła, ostatniego czynu i słowa, którym była śmierć z wyboru.
Ktoś kiedyś napisał, że gdyby nie ta śmierć w Oświęcimiu, ojciec Maksymilian byłby w swoim zakonie i w Kościele czczony, jako gorliwy kapłan, pobożny zakonnik, niezwykle czynny apostoł Ewangelii i czciciel Maryi. Zapamiętano by jego niezwykłe pomysły spożytkowania współczesnych wynalazków technicznych dla głoszenia Słowa Bożego i być może -
powracano by nieraz do jego idei Rycerstwa Niepokalanej, które niby maryjna anty - masoneria miało ogarnąć cały świat, aby skrycie i otwarcie słowem, przykładem i modlitwą pracować nad jego moralną naprawą. Być może tak by było. Tego nie wiemy.
Ale przybywający dziś do Auschwitz turyści i pielgrzymi pierwsze swe kroki często, bardzo często kierują nie do krematorium czy pod szubienice Hoessa, ale właśnie do jego celi i być może przyjdzie kiedyś czas, że na hasło Auschwitz ludzie znajdą w pamięci tylko imię o. Kolbego, dzięki któremu to miejsce, które ustami wielu do dziś pyta, gdzie był wtedy Bóg, zobaczyło kamienny żłób i narodzenie Chrystusa i doczekało się objawienia miłości. Na wstrząsających obrazach zwanych „Kliszach pamięci” profesora Mariana Kołodzieja, porusza szczególnie jeden obraz. Jakże prawdziwie ludzkie i potwornie nierealne w Auschwitz marzenie o Bożym Narodzeniu, które snuje jeden z więźniów. Nierealne. A jednak ono miało tu miejsce.
Auschwitz czekające na objawienie Boga wcielonego, pytające, gdzie jest jego kamienny żłób, znalazło to narodzenie w bloku 11, w pełni lata, gdy za człowieka umierał człowiek i rodziła się MIŁOŚĆ. Jaka miłość – pytamy. „Oddaj siebie drugim, oto Miłość” - mówi święty Maksymilian i tego nas uczy. Amen
MARYJA W ŻYCIU PAPIEŻA JANA PAWŁA II - 21.08.2011 r.
Ksiądz Tadeusz Bocianowski
Witam Was Drodzy Rodacy i Miłe Rodaczki staropolskim: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! Nie sposób zrozumieć ontyfikatu Jana Pawła II, bez obecności i działania Matki Bożej. Dlatego dzisiaj przed uroczystością Matki Bożej Częstochowskiej ogadance nadaję tytuł: „Maryja w życiu Papieża Jana Pawła II”.
Wspominając o relacji między Papieżem a Maryją, odkrywamy ocean – wzrok napotyka przestrzeń, której granic i głębokości nie posób uchwycić. Tajemnica bowiem jest pieczęcią każdego przymierza; w tym wypadku – przymierza między małą, „białą łódką”, a zeroką i łagodną błękitną falą, która niesie łódkę na coraz większą głębię. Człowiek w bieli nosił na palcu pierścień Rybaka Ludzi, a jego sieć od 16 października 1978 roku do 2 kwietnia 2005 roku była zarzucona na wielki połów, którego miał on dokonać. (Zdania te nawiązują do objawień otrzymanych przez ks. Jana Bosco).
Nie można rozdzielić osób Papieża i Maryi ani też sądzić, że była Ona mniej obecna ze Swą pomocą w czasie jego „życia ukrytego” niż w czasie poświęconym całemu światu. Nie sposób zrozumieć tego pontyfikatu, bez obecności i działania Matki Bożej od samego urodzenia się chłopca – Karola Wojtyły. „To Ja go ukształtowałam” (Z objawienia danego ks. Gobbiemu 13.8.1987).
Maryja przyjmuje Karola pod swój płaszcz
Karol Wojtyła przychodzi na świat w roku 1920, w maju – miesiącu Maryi. Rośnie pod Jej opieką, wśród nadchodzących z ręki Opatrzności zdarzeń pierwszego okresu życia, zwłaszcza śmierci matki – (1929) oraz brata – 1932.
Wszystko spoczywa teraz na barkach niezwykle pobożnego ojca, zabierającego chłopca do rozmaitych sanktuariów maryjnych, m. in. w Kalwarii Zebrzydowskiej, o której syn będzie pamiętał i do której będzie wracał przez resztę życia. Od najmłodszych lat uczęszcza on w Wadowicach do kościoła pod wezwaniem Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny, gdzie został ochrzczony. Codziennie wpatruje się tam w obraz Matki Bożej Nieustającej Pomocy.
Już w swoich pierwszych wierszach: „Na twoim białym grobie” oraz „Magnificat”, daje wyraz swemu bólowi i nadziei, pokazując, jak
strata najukochańszej matki prowadzi go w objęcia Matki Boga i ludzi.
Dzięki klasztorom karmelitańskim, najpierw w swoim rodzinnym mieście, następnie zaś w Krakowie, pozostaje on pod wpływem duchowości tego zakonu i od dziesiątego roku życia nosi na szyi szkaplerz. Za namową Ojca Zachera zakłada i przez trzy lata kieruje lokalną Sodalicją Mariańską (ma wówczas dopiero trzynaście lat).
Rozwój pobożności maryjnej
Po przyjeździe Karola Wojtyły na studia uniwersyteckie do Krakowa w 1938, rozpoczyna się czas jego pogłębionej formacji maryjnej, pod szczególną opieką Matki chroniącej go przed nazistowskim okupantem. Po śmierci ojca w 1941 roku Jan Tyranowski wprowadzi młodego Karola w tajniki modlitwy do Chrystusa i Maryi w oparciu o pisma wielkich świętych Karmelu – Jana od Krzyża i Teresy z Avila.
Mistycy ci ukażą mu niezmierzone horyzonty łaski i pomogą zrozumieć, że jako sierota, został przygarnięty przez Maryję. W swojej parafii
należy on od tej pory do koła „Żywego Różańca”, który stanie się dla niego szkołą życia z Jezusem i Maryją. Szuka w nim pełni życia wewnętrznego i zjednoczenia z Bogiem. Utwierdza się w tym poszukiwaniu coraz bardziej podczas studiów na Uniwersytecie. Właśnie wtedy wyrusza na pielgrzymkę do słynnego sanktuarium maryjnego w Częstochowie, gdzie powierzy Czarnej Madonnie całą swoją przyszłość. Podtrzymywany na duchu przez Maryję w tak trudnym również dla niego czasie okupacji, wróci na Jasną Górę potajemnie, 23 maja 1943 roku.
Opieka Matki Bożej
Jego seminarzystę pasjonuje go dzieło św. Ludwika Marii Grigniona de Montfort „Traktat o doskonałym nabożeństwie do Najświętszej
Maryi Panny”. W nim odkrywa to, co stanie się dla niego osią całego życia – czyli – akt poświęcenia się Bogu przez Maryję. Dniami i nocami rozmyśla nad tym, co oznacza bycie doskonałym synem Maryi. Akceptując bez zastrzeżeń refleksje Grigniona de Montfort, uważa za coś naturalnego całkowite powierzenie się Matce Bożej i bycie jej sługą. Jak napisze później, „W doskonałym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny”, określanym przez Grigniona de Montfort jako „niewola”, ważne jest, by dobrze poznać Maryję, ofiarować się Jej myślą, wolą i sercem, tak, aby ochrzczony został doskonale ukształtowany na podobieństwo Jezusa Chrystusa. Traktat staje się jego książką do poduszki, źródłem natchnienia podczas modlitwy i przedmiotem rozmów z krakowskimi studentami.
Akt ofiarowania się Maryi i jego pierwsze owoce
1 listopada 1946 r., ofiarowuje się on Maryi w swoim kapłańskim sercu. Podobnie, jak św. Jan, „bierze Matkę do siebie”. Jego miłość do Najświętszej Dziewicy ciągle wzrasta. W późniejszym czasie zwróci się do kapłanów następującymi słowy: „Kapłaństwo Chrystusa pozwala nam odkryć Maryję ponownie, a nasza relacja z Nią zostaje ustanowiona w nowy, głębszy i pełniejszy sposób. Więź ta staje się bardziej zasadnicza, teologiczna.”
W 1958 roku, gdy Papież Pius XII mianuje go biskupem, Karol Wojtyła „oficjalnie” przyjmie Maryję, jako Matkę swojego kapłaństwa.
Obrany przez niego herb symbolizuje zarówno jego przeszłość, jak i przyszłość, oraz podwójną oś jego życia, jaką stał się krzyż. Pod
jednym z ramion krzyża widnieje pierwsza litera imienia Maryi. Dewiza herbu, zapożyczona od św. Bernarda za pośrednictwem Grigniona de Montfort, brzmi: „Cały Twój jestem, a wszystko co moje, do Ciebie należy. Przyjmuję Cię do wszystkiego, co moje. Użycz mi twego serca, Maryjo.”
Bardziej niż kiedykolwiek, obecność Maryi staje się odtąd częścią jego życia. Wszystko, co czyni dla swego Pana, jest wspomagane
przez Matkę. Maryja wszędzie poprzedza go na jego drogach. To ona przyprowadzi do niego całe rzesze dusz potrzebujących zbawienia.
Biskup Wojtyła doskonale wie, że Najświętsza Dziewica jest nie tylko Matką księży, lecz także wszystkich ludzi i całego Kościoła. Służy mu Ona więc najbardziej niezawodnym oparciem.
Młodzieży i rodzinom przedstawia on Maryję, jako absolutny wzorzec świętości, obrończynię rodzin i życia, a swoim kapłanom każe widzieć w niej ich duchową Matkę. Przewodzi pielgrzymkom do Kalwarii Zebrzydowskiej i na Jasną Górę.
Kościół na świecie i w Polsce przeżywa wówczas swoje przełomowe chwile. Po II Soborze Watykańskim, przemówienia i publikacje ks. biskupa Karola Wojtyły odzwierciedlają soborowe nauczanie o Maryi, a zwłaszcza wymowę ostatniego rozdziału Konstytucji Lumen Gentium: „Maryja uczestniczy w dziele Chrystusa, tak, że nie tylko odkrywamy Chrystusa w Maryi, lecz także Maryję poprzez Chrystusa.”
W ojczyźnie, aktywnie bierze on udział w obchodach jubileuszu tysiąclecia chrztu Polski (966-1966), odprawiając dziewięcioletnią nowennę, zakończoną w Krakowie uroczystym poświęceniem narodu Najświętszej Maryi Pannie.
Coraz częściej wyjeżdżając za granicę, przybywa do Lourdes, gdzie można go ujrzeć na kolanach w krypcie, modlącego się i adorującego Najświętszy Sakrament. Nieświadomie przygotowuje się on w ten sposób do wielkiej posługi, jaką Bóg wyznaczył mu w Kościele. „Ten Papież jest arcydziełem, w którym mam upodobanie” (Tamże 1978-2000).
Maryja prowadzi Papieża ku poświęceniu świata Jej Sercu
Od dnia wyboru Karola Wojtyły na Papieża, cały świat poznaje dewizę, która stanie się zawsze aktualnym wezwaniem do ofiarowania siebie Maryi, dla udaremnienia uknutego przez szatana planu zniszczenia świata.
Jan Paweł II jest dla nas przykładem powierzenia siebie samego kierownictwu Maryi. Jego nabożeństwo do Matki Bożej porusza tłumy:
od Gwadelupy do Wilna, od Lourdes i Fatimy do Częstochowy, odwiedza on sanktuaria maryjne i poświęca ich Pani całe kraje oraz kontynenty.
3 marca 1979 roku zapoczątkowuje on w Rzymie zwyczaj publicznego odmawiania różańca w każdą pierwszą sobotę miesiąca.
Powróciwszy do Lourdes w 1983 roku, wyjątkowo odmawia go w języku francuskim. Nie zdarza mu się przyjmować kogokolwiek bez ofiarowania swemu gościowi różańca. W każdym z kazań i przemówień Jana Pawła II znajdziemy choć jedną wzmiankę o Maryi.
Pragnie Ona jednak zaprowadzić go jeszcze dalej, bo świat oczekuje odpowiedzi na orędzie z 1917 roku, które zepchnięto w niepamięć
po II wojnie światowej. By przyśpieszyć wydarzenia, Bóg dopuszcza do zamachu w roku 1981, a Maryja kolejny raz ocala „swojego”
Papieża, „Papieża swojego cierpienia i miłości.” W ten sposób, „ujmuje go za rękę” i prowadzi ku wielkiej konsekracji Kościoła, świata i
Rosji, w Rzymie (1981 i 1984) i Fatimie (1982 i 1991).
Wielkie dzieła Królowej Różańca Świętego
Przyjmuje w Rzymie figurę Matki Bożej Fatimskiej. W jej koronie, jako wotum, umieszczona zostanie kula wystrzelona przez zamachowca.
Pod koniec Roku Maryjnego w 1988 roku Papież oświadcza 15 sierpnia w Bazylice św. Piotra: „Smok nie jest silniejszy od Niewiasty-
Maryi. Zwieńczeniem wszystkiego jest publikacja znakomitej encykliki Redemptoris Mater – Matka Odkupiciela, 25 marca 1987 r.
Królowa Różańca Świętego, poruszona wszystkimi hołdami złożonymi jej Niepokalanemu Sercu i miłością „syna, w którym ma
upodobanie”, nagradza go upadkiem ateistycznego systemu na Wschodzie i odzyskaniem przez narody wolności oraz wiary. Daje nam Ona
poznać moc konsekracji dokonanej zgodnie z Jej słowami, a ukazanej w proroczy sposób przez św. Ludwika de Montfort.
«Apostołowie czasów ostatecznych»
Wymowa Podstawowego dokumentu Jana Pawła II poświęconego Maryi, pozwala przewidywać tryumf Maryi nad szatanem, zapowiadany począwszy od Księgi Rodzaju aż po objawienia w Fatimie...
Św. Ludwik de Montfort z przekonaniem i mocą pisze o „Apostołach czasów ostatecznych”, którzy podążając z krzyżem w jednym i różańcem w drugim ręku, pośród trudów i prześladowań zostaną doprowadzeni przez Maryję do wielkiej świętości i przyczynia się do nadejścia nowej Pięćdziesiątnicy przepowiedzianej przez Martę Robin i do powstania cywilizacji miłości, o której mówią ostatni Papieże.
Tym pierwowzorem i przewodnikiem jest ten, o którym Maryja mówi w trzeciej tajemnicy fatimskiej, idący swoją drogą krzyżową razem z
innymi męczennikami XX wieku, „mąż boleści, oswojony z cierpieniem”, ofiarowujący siebie, na wzór Jezusa i Maryi, za zbawienie braci
oraz wskazujący im drogę przez krzyż do zmartwychwstania.
Taki jest ów niezwykły człowiek, którego jednoczy łagodna i macierzyńska opieka Maryi, tak ściśle, że nie sposób dopatrzyć się między nimi jakiegokolwiek rozdźwięku; wszystkie ingerencje Maryi w tzw. „życie ukryte” Karola Wojtyły, miały za zadanie przygotować jej Papieża do przyszłego pontyfikatu.
Wydaje się, że naczelny cel tego pontyfikatu zawiera się w słowach, – „Do Jezusa przez Maryję”.
Tak oto, jako posłuszny syn, Jan Paweł II przeżywa trzy tajemnice różańcowe: początkową radość, ból doświadczeń oraz chwałę, która
go oczekuje w przyszłym życiu. Już na tej ziemi otrzymuje on nagrodę sprawiedliwego, która zostanie mu jednak dana w całej pełni dopiero
w niebieskim Jeruzalem, w czasie oznaczonym przez Boga, który pozwoli, aby Najświętsza Maryja Panna sama ukoronowała swego sługę.
Sanktuarium Jana Pawła II w Buffalo, NY
Drodzy Słuchacze na pewno zrozumiecie, że trudno jest ująć tak obszerny temat w tak krótkiej pogadance. Musiałem ograniczyć się tutaj do kilku zasadniczych zagadnień.
Moi drodzy słuchacze, umiłowani bracia i siostry, droga Polonio! Ta duchowa więź między wami a błogosławionym Janem Pawłem II, który był Piotrem naszych czasów, trwa. Możemy być przekonani, że dzisiaj spogląda on na nas i cieszy się z prężnego życia wiary Polonii w Stanach Zjednoczonych i w Kanadzie. Cieszy się, że jego Rodacy żyjący na amerykańskiej czy kanadyjskiej ziemi pozostają wierni Chrystusowi i Jego Najświętszej Matce. Pragnę przemówić dzisiaj do was w szczególnym momencie. Chciałbym wszystkich poinformować, że w przy Kościele św. Stanisława w Buffalo, New York, który został nazwany „Matką Kościołów Polonijnych”, a którego jestem obecnie proboszczem pragniemy utworzyć Sanktuarium bł. Jana Pawła II.
Uroczystego rozpoczęcia istnienia tego Sanktuarium dokona w czasie Mszy świętej 23-go października o godzinie 4 po południu Jego
Ekscelencja ks. Biskup Edward Kmieć, na którą już dzisiaj bardzo serdecznie wszystkich zapraszam.
„Nie lękajcie się! Otwórzcie drzwi Chrystusowi”, tak powiedział nasz błogosławiony Jan Paweł II.
Witam Was Drodzy Rodacy i Miłe Rodaczki staropolskim: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! Nie sposób zrozumieć ontyfikatu Jana Pawła II, bez obecności i działania Matki Bożej. Dlatego dzisiaj przed uroczystością Matki Bożej Częstochowskiej ogadance nadaję tytuł: „Maryja w życiu Papieża Jana Pawła II”.
Wspominając o relacji między Papieżem a Maryją, odkrywamy ocean – wzrok napotyka przestrzeń, której granic i głębokości nie posób uchwycić. Tajemnica bowiem jest pieczęcią każdego przymierza; w tym wypadku – przymierza między małą, „białą łódką”, a zeroką i łagodną błękitną falą, która niesie łódkę na coraz większą głębię. Człowiek w bieli nosił na palcu pierścień Rybaka Ludzi, a jego sieć od 16 października 1978 roku do 2 kwietnia 2005 roku była zarzucona na wielki połów, którego miał on dokonać. (Zdania te nawiązują do objawień otrzymanych przez ks. Jana Bosco).
Nie można rozdzielić osób Papieża i Maryi ani też sądzić, że była Ona mniej obecna ze Swą pomocą w czasie jego „życia ukrytego” niż w czasie poświęconym całemu światu. Nie sposób zrozumieć tego pontyfikatu, bez obecności i działania Matki Bożej od samego urodzenia się chłopca – Karola Wojtyły. „To Ja go ukształtowałam” (Z objawienia danego ks. Gobbiemu 13.8.1987).
Maryja przyjmuje Karola pod swój płaszcz
Karol Wojtyła przychodzi na świat w roku 1920, w maju – miesiącu Maryi. Rośnie pod Jej opieką, wśród nadchodzących z ręki Opatrzności zdarzeń pierwszego okresu życia, zwłaszcza śmierci matki – (1929) oraz brata – 1932.
Wszystko spoczywa teraz na barkach niezwykle pobożnego ojca, zabierającego chłopca do rozmaitych sanktuariów maryjnych, m. in. w Kalwarii Zebrzydowskiej, o której syn będzie pamiętał i do której będzie wracał przez resztę życia. Od najmłodszych lat uczęszcza on w Wadowicach do kościoła pod wezwaniem Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny, gdzie został ochrzczony. Codziennie wpatruje się tam w obraz Matki Bożej Nieustającej Pomocy.
Już w swoich pierwszych wierszach: „Na twoim białym grobie” oraz „Magnificat”, daje wyraz swemu bólowi i nadziei, pokazując, jak
strata najukochańszej matki prowadzi go w objęcia Matki Boga i ludzi.
Dzięki klasztorom karmelitańskim, najpierw w swoim rodzinnym mieście, następnie zaś w Krakowie, pozostaje on pod wpływem duchowości tego zakonu i od dziesiątego roku życia nosi na szyi szkaplerz. Za namową Ojca Zachera zakłada i przez trzy lata kieruje lokalną Sodalicją Mariańską (ma wówczas dopiero trzynaście lat).
Rozwój pobożności maryjnej
Po przyjeździe Karola Wojtyły na studia uniwersyteckie do Krakowa w 1938, rozpoczyna się czas jego pogłębionej formacji maryjnej, pod szczególną opieką Matki chroniącej go przed nazistowskim okupantem. Po śmierci ojca w 1941 roku Jan Tyranowski wprowadzi młodego Karola w tajniki modlitwy do Chrystusa i Maryi w oparciu o pisma wielkich świętych Karmelu – Jana od Krzyża i Teresy z Avila.
Mistycy ci ukażą mu niezmierzone horyzonty łaski i pomogą zrozumieć, że jako sierota, został przygarnięty przez Maryję. W swojej parafii
należy on od tej pory do koła „Żywego Różańca”, który stanie się dla niego szkołą życia z Jezusem i Maryją. Szuka w nim pełni życia wewnętrznego i zjednoczenia z Bogiem. Utwierdza się w tym poszukiwaniu coraz bardziej podczas studiów na Uniwersytecie. Właśnie wtedy wyrusza na pielgrzymkę do słynnego sanktuarium maryjnego w Częstochowie, gdzie powierzy Czarnej Madonnie całą swoją przyszłość. Podtrzymywany na duchu przez Maryję w tak trudnym również dla niego czasie okupacji, wróci na Jasną Górę potajemnie, 23 maja 1943 roku.
Opieka Matki Bożej
Jego seminarzystę pasjonuje go dzieło św. Ludwika Marii Grigniona de Montfort „Traktat o doskonałym nabożeństwie do Najświętszej
Maryi Panny”. W nim odkrywa to, co stanie się dla niego osią całego życia – czyli – akt poświęcenia się Bogu przez Maryję. Dniami i nocami rozmyśla nad tym, co oznacza bycie doskonałym synem Maryi. Akceptując bez zastrzeżeń refleksje Grigniona de Montfort, uważa za coś naturalnego całkowite powierzenie się Matce Bożej i bycie jej sługą. Jak napisze później, „W doskonałym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny”, określanym przez Grigniona de Montfort jako „niewola”, ważne jest, by dobrze poznać Maryję, ofiarować się Jej myślą, wolą i sercem, tak, aby ochrzczony został doskonale ukształtowany na podobieństwo Jezusa Chrystusa. Traktat staje się jego książką do poduszki, źródłem natchnienia podczas modlitwy i przedmiotem rozmów z krakowskimi studentami.
Akt ofiarowania się Maryi i jego pierwsze owoce
1 listopada 1946 r., ofiarowuje się on Maryi w swoim kapłańskim sercu. Podobnie, jak św. Jan, „bierze Matkę do siebie”. Jego miłość do Najświętszej Dziewicy ciągle wzrasta. W późniejszym czasie zwróci się do kapłanów następującymi słowy: „Kapłaństwo Chrystusa pozwala nam odkryć Maryję ponownie, a nasza relacja z Nią zostaje ustanowiona w nowy, głębszy i pełniejszy sposób. Więź ta staje się bardziej zasadnicza, teologiczna.”
W 1958 roku, gdy Papież Pius XII mianuje go biskupem, Karol Wojtyła „oficjalnie” przyjmie Maryję, jako Matkę swojego kapłaństwa.
Obrany przez niego herb symbolizuje zarówno jego przeszłość, jak i przyszłość, oraz podwójną oś jego życia, jaką stał się krzyż. Pod
jednym z ramion krzyża widnieje pierwsza litera imienia Maryi. Dewiza herbu, zapożyczona od św. Bernarda za pośrednictwem Grigniona de Montfort, brzmi: „Cały Twój jestem, a wszystko co moje, do Ciebie należy. Przyjmuję Cię do wszystkiego, co moje. Użycz mi twego serca, Maryjo.”
Bardziej niż kiedykolwiek, obecność Maryi staje się odtąd częścią jego życia. Wszystko, co czyni dla swego Pana, jest wspomagane
przez Matkę. Maryja wszędzie poprzedza go na jego drogach. To ona przyprowadzi do niego całe rzesze dusz potrzebujących zbawienia.
Biskup Wojtyła doskonale wie, że Najświętsza Dziewica jest nie tylko Matką księży, lecz także wszystkich ludzi i całego Kościoła. Służy mu Ona więc najbardziej niezawodnym oparciem.
Młodzieży i rodzinom przedstawia on Maryję, jako absolutny wzorzec świętości, obrończynię rodzin i życia, a swoim kapłanom każe widzieć w niej ich duchową Matkę. Przewodzi pielgrzymkom do Kalwarii Zebrzydowskiej i na Jasną Górę.
Kościół na świecie i w Polsce przeżywa wówczas swoje przełomowe chwile. Po II Soborze Watykańskim, przemówienia i publikacje ks. biskupa Karola Wojtyły odzwierciedlają soborowe nauczanie o Maryi, a zwłaszcza wymowę ostatniego rozdziału Konstytucji Lumen Gentium: „Maryja uczestniczy w dziele Chrystusa, tak, że nie tylko odkrywamy Chrystusa w Maryi, lecz także Maryję poprzez Chrystusa.”
W ojczyźnie, aktywnie bierze on udział w obchodach jubileuszu tysiąclecia chrztu Polski (966-1966), odprawiając dziewięcioletnią nowennę, zakończoną w Krakowie uroczystym poświęceniem narodu Najświętszej Maryi Pannie.
Coraz częściej wyjeżdżając za granicę, przybywa do Lourdes, gdzie można go ujrzeć na kolanach w krypcie, modlącego się i adorującego Najświętszy Sakrament. Nieświadomie przygotowuje się on w ten sposób do wielkiej posługi, jaką Bóg wyznaczył mu w Kościele. „Ten Papież jest arcydziełem, w którym mam upodobanie” (Tamże 1978-2000).
Maryja prowadzi Papieża ku poświęceniu świata Jej Sercu
Od dnia wyboru Karola Wojtyły na Papieża, cały świat poznaje dewizę, która stanie się zawsze aktualnym wezwaniem do ofiarowania siebie Maryi, dla udaremnienia uknutego przez szatana planu zniszczenia świata.
Jan Paweł II jest dla nas przykładem powierzenia siebie samego kierownictwu Maryi. Jego nabożeństwo do Matki Bożej porusza tłumy:
od Gwadelupy do Wilna, od Lourdes i Fatimy do Częstochowy, odwiedza on sanktuaria maryjne i poświęca ich Pani całe kraje oraz kontynenty.
3 marca 1979 roku zapoczątkowuje on w Rzymie zwyczaj publicznego odmawiania różańca w każdą pierwszą sobotę miesiąca.
Powróciwszy do Lourdes w 1983 roku, wyjątkowo odmawia go w języku francuskim. Nie zdarza mu się przyjmować kogokolwiek bez ofiarowania swemu gościowi różańca. W każdym z kazań i przemówień Jana Pawła II znajdziemy choć jedną wzmiankę o Maryi.
Pragnie Ona jednak zaprowadzić go jeszcze dalej, bo świat oczekuje odpowiedzi na orędzie z 1917 roku, które zepchnięto w niepamięć
po II wojnie światowej. By przyśpieszyć wydarzenia, Bóg dopuszcza do zamachu w roku 1981, a Maryja kolejny raz ocala „swojego”
Papieża, „Papieża swojego cierpienia i miłości.” W ten sposób, „ujmuje go za rękę” i prowadzi ku wielkiej konsekracji Kościoła, świata i
Rosji, w Rzymie (1981 i 1984) i Fatimie (1982 i 1991).
Wielkie dzieła Królowej Różańca Świętego
Przyjmuje w Rzymie figurę Matki Bożej Fatimskiej. W jej koronie, jako wotum, umieszczona zostanie kula wystrzelona przez zamachowca.
Pod koniec Roku Maryjnego w 1988 roku Papież oświadcza 15 sierpnia w Bazylice św. Piotra: „Smok nie jest silniejszy od Niewiasty-
Maryi. Zwieńczeniem wszystkiego jest publikacja znakomitej encykliki Redemptoris Mater – Matka Odkupiciela, 25 marca 1987 r.
Królowa Różańca Świętego, poruszona wszystkimi hołdami złożonymi jej Niepokalanemu Sercu i miłością „syna, w którym ma
upodobanie”, nagradza go upadkiem ateistycznego systemu na Wschodzie i odzyskaniem przez narody wolności oraz wiary. Daje nam Ona
poznać moc konsekracji dokonanej zgodnie z Jej słowami, a ukazanej w proroczy sposób przez św. Ludwika de Montfort.
«Apostołowie czasów ostatecznych»
Wymowa Podstawowego dokumentu Jana Pawła II poświęconego Maryi, pozwala przewidywać tryumf Maryi nad szatanem, zapowiadany począwszy od Księgi Rodzaju aż po objawienia w Fatimie...
Św. Ludwik de Montfort z przekonaniem i mocą pisze o „Apostołach czasów ostatecznych”, którzy podążając z krzyżem w jednym i różańcem w drugim ręku, pośród trudów i prześladowań zostaną doprowadzeni przez Maryję do wielkiej świętości i przyczynia się do nadejścia nowej Pięćdziesiątnicy przepowiedzianej przez Martę Robin i do powstania cywilizacji miłości, o której mówią ostatni Papieże.
Tym pierwowzorem i przewodnikiem jest ten, o którym Maryja mówi w trzeciej tajemnicy fatimskiej, idący swoją drogą krzyżową razem z
innymi męczennikami XX wieku, „mąż boleści, oswojony z cierpieniem”, ofiarowujący siebie, na wzór Jezusa i Maryi, za zbawienie braci
oraz wskazujący im drogę przez krzyż do zmartwychwstania.
Taki jest ów niezwykły człowiek, którego jednoczy łagodna i macierzyńska opieka Maryi, tak ściśle, że nie sposób dopatrzyć się między nimi jakiegokolwiek rozdźwięku; wszystkie ingerencje Maryi w tzw. „życie ukryte” Karola Wojtyły, miały za zadanie przygotować jej Papieża do przyszłego pontyfikatu.
Wydaje się, że naczelny cel tego pontyfikatu zawiera się w słowach, – „Do Jezusa przez Maryję”.
Tak oto, jako posłuszny syn, Jan Paweł II przeżywa trzy tajemnice różańcowe: początkową radość, ból doświadczeń oraz chwałę, która
go oczekuje w przyszłym życiu. Już na tej ziemi otrzymuje on nagrodę sprawiedliwego, która zostanie mu jednak dana w całej pełni dopiero
w niebieskim Jeruzalem, w czasie oznaczonym przez Boga, który pozwoli, aby Najświętsza Maryja Panna sama ukoronowała swego sługę.
Sanktuarium Jana Pawła II w Buffalo, NY
Drodzy Słuchacze na pewno zrozumiecie, że trudno jest ująć tak obszerny temat w tak krótkiej pogadance. Musiałem ograniczyć się tutaj do kilku zasadniczych zagadnień.
Moi drodzy słuchacze, umiłowani bracia i siostry, droga Polonio! Ta duchowa więź między wami a błogosławionym Janem Pawłem II, który był Piotrem naszych czasów, trwa. Możemy być przekonani, że dzisiaj spogląda on na nas i cieszy się z prężnego życia wiary Polonii w Stanach Zjednoczonych i w Kanadzie. Cieszy się, że jego Rodacy żyjący na amerykańskiej czy kanadyjskiej ziemi pozostają wierni Chrystusowi i Jego Najświętszej Matce. Pragnę przemówić dzisiaj do was w szczególnym momencie. Chciałbym wszystkich poinformować, że w przy Kościele św. Stanisława w Buffalo, New York, który został nazwany „Matką Kościołów Polonijnych”, a którego jestem obecnie proboszczem pragniemy utworzyć Sanktuarium bł. Jana Pawła II.
Uroczystego rozpoczęcia istnienia tego Sanktuarium dokona w czasie Mszy świętej 23-go października o godzinie 4 po południu Jego
Ekscelencja ks. Biskup Edward Kmieć, na którą już dzisiaj bardzo serdecznie wszystkich zapraszam.
„Nie lękajcie się! Otwórzcie drzwi Chrystusowi”, tak powiedział nasz błogosławiony Jan Paweł II.
OBMOWY I OSZCZERSTWA - pogadanka O. Korneliana Dende z 5 sierpnia 1984
Witam Was Drodzy Rodacy i Miłe Rodaczki staropolskim: Niech będzie
pochwalony Jezus Chrystus!
W dawnych czasach pewien ślusarz szwajcarski w Zurichu umieścił na bramie swego domu napis: „Gdyby na każde złośliwe i oszczercze usta trzeba byłoby założyć kłódkę, to ślusarstwo stałoby się najbardziej popłatnym
rzemiosłem na świecie”. Plotki […] o których mówiłem tydzień temu, to nie wszystkie grzechy języka. Są jeszcze inne, daleko cięższe, jak obmowa, oszczerstwa, potwarz, oczernianie, obelga. Słowo „obmowa” jest łatwe do
zrozumienia. Obmówić znaczy „omówić” całego człowieka, czyli „obgadać”, wyjawić świadomie i bez potrzeby wady, błędy, złe czyny drugiego człowieka. Słowo „oczerniać” też jest łatwe do pojęcia, bo pochodzi od słowa
czernić, brudzić, kalać. Oczernianie wskazuje na inny rodzaj grzechu niż obmowa. Jest to robić nieskazitelnego człowieka, o szlachetnym charakterze „na szaro”, jak się to mówi potocznie, na brudno, na czarno. Znaczy to obrzucać kogoś błotem wstrętnych podejrzeń i niesłusznych oskarżeń. Mistrzem sztuczki oczerniania stał się w 18-tym wieku wolnomyśliciel francuski Voltaire, który walczył z Kościołem katolickim i duchowieństwem przy pomocy oszczerstw. Od niego pochodzi słynne powiedzenie: „Obrzucaj błotem ile można, zawsze coś z tego przylgnie”.
Oczernianie, oszczerstwo, potwarz, kalumnia to synonimy. Mają tą samą treść: fałszywe oskarżenie bliźnich, zarzucanie im niepopełnionych win, czynów niezgodnych z prawdą.
Te grzechy będą przedmiotem dzisiejszej pogadanki, którą tytułuję: „Obmowy i oszczerstwa”.
Prawo do sławy i dobrego imienia
Ze wszystkich dóbr najcenniejszym skarbem, jak mówi Pismo święte, jest sława i dobre imię. Cenniejszym niż srebro i złoto (por. Prz. 22, 1). Charakterystycznym zjawiskiem naszych czasów jest walka o prawa człowieka.
Prawa te są na porządku dziennym gwałcone, deptane. Walczy się o prawo do wolności myśli, sumienia, religii, prawo do równości wynagrodzenia i sposobności, prawo do samostanowienia, do bezpieczeństwa, itd. Podstawowym
…. prawem jest prawo człowieka do godności, do dobrego imienia, do poszanowania honoru. Kto cieszy się dobrą sławą i dobrym imieniem budzi zaufanie, szacunek, może skutecznie działać i mieć wpływ na ludzi. Każdy ma
obowiązek dbać o swoje własne dobre imię, aby ludzie o nim dobrze myśleli i mówili, każdy ma prawo żądać, żeby go darzono dobrą opinią.
Prawo do dobrego imienia i sławy wypływa z naszego duchowego szlachectwa. Bóg stworzył nas bowiem na obraz i podobieństwo Swoje. A także z przykazania Bożego: „Miłuj bliźniego jak siebie samego”. Na straży dobrego
imienia stoi wyraźnie przykazanie Boże: „Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu”. Przykazanie to, ósme z Dekalogu, zakazuje niesłusznych podejrzeń i fałszywych oskarżeń. Niestety jest to chyba najczęściej łamane przykazanie. Św. Hieronim, doktor Kościoła z II wieku, pisał: „Rzadko znajdziesz człowieka, który by nie był skłonnym do ganienia postępowania bliźniego”. Zaś św. Chryzostom, wielki teolog z V wieku, mówił: „Jak złodziej, który wszedłszy do czyjegoś domu pilnie się rozgląda co by mógł w nocy ukraść, tak obmówca gorliwie śledzi, co by ująć sławie bliźniego a potem skrzętnie się chowa”.
Jakże nędzna jest nasza natura skażona grzechem pierworodnym. Na upomnienia i nauki jesteśmy głusi, ale na plotki, obmowy i oszczerstwa zawsze mamy uszy otwarte. Pismo święte mówi, że oszczercy zamiast zębów maja
miecze, którymi tną bliźnich (por. Prz 30, 14). Nie potrafią dopatrzeć się w nich niczego dobrego. Spostrzegają u bliźnich najmniejsze źdźbło i trąbią ze złośliwą radością, że znaleźli u nich belkę (por. Mt 7, 3).
Skutki obmów i oszczerstw
Jak straszne są następstwa obmów i oszczerstw. Ile niejedna niewinna ofiara spędzi bezsennych nocy, ile cichych łez wyleje. Ile małżeństw zostało rozbitych, przyjaciół i krewnych poróżnionych, karier na zawsze
przekreślonych. Ile przez plotki, oszczerstwa i obmowy ucierpiał Kościół, kapłani? Hańba oszczerstwa, a nawet obmowy polega na tym, że osoba oskarżona nie ma okazji się bronić. Nieraz oszczerstwo ciągnie się za kimś jak kula u nogi.
Swego czasu znana kolumnistka, która zamieszcza dział odpowiedzi we wszystkich niemal dziennikach amerykańskich pod tytułem: „Dear Abby” napisała, że genialny rzeźbiarz, malarz, architekt i poeta z okresu
renesansu – Michał Anioł był homoseksualistą. Niejaka Klara Stuart stanęła w obronie godności i dobrego imienia średniowiecznego geniusza. Zarzuciła pani Abby, że powtarza oszczerstwo, które nie ma żadnego uzasadnienia,
rzucone kiedyś przez jednego człowieka, Pietro Aretino, zawodowego szantażystę, z nienawiści za to, że mu Michał Anioł odmówił zrobienia szkicu. Pani Abby była na tyle uczciwa, że zwróciła się do jednego z największych autorytetów historii średniowiecza, Irving Stone’a, który wraz z żoną spędził na badaniach życia Michała Anioła trzy lata, rezultatem czego była przepiękna książka pt. „The Agony and the Ecstasy”. Abby przedrukowała jego odpowiedź, w której Irving Stone podaje, że gdyby znalazł najmniejszy poszlak prawdziwości tego oszczerstwa, powtarzanego z radością przez złe języki od pięciu wieków, byłby niechybnie – w imię prawdy historycznej – wspomniał o tym w swojej książce. W żadnych pismach, korespondencji samego artysty, czasopismach, dokumentach, pamiętnikach nikt nigdy nie wspomniał, ani nie zarzucił Michałowi Aniołowi homoseksualnej
orientacji.
Oszczerstwo padło też na innego geniusza, żyjącego w piątym wieku przed Chrystusem, mianowicie na jednego z największych rzeźbiarzy starożytnej Grecji, Fidiasza. Fidiasz był przyjacielem i doradcą artystycznym
Peryklesa i kierował pracami związanymi z przebudową Akropolu. Posąg Ateny, bogini miasta, z marmuru i złota, dłuta Fidiasza, wskazywał z daleka żeglarzom drogę do portu. Przeciwnicy Peryklesa oskarżyli Fidiasza o nadużycia finansowe przy budowie i zarzucili mu, że umieścił na złotej tarczy bogini portret Peryklesa i swój własny. Za to wtrącono go do więzienia i albo tam albo na wygnaniu umarł.
Jak zwalczać plotki, obmowy i oszczerstwa?
Jak zwalczać plotki, obmowy i oszczerstwa? Przede wszystkim sam nie bierz w nich udziału. Szanuj swój honor. Nie plam się. „Nie czyń drugiemu, co tobie nie miłe”. „Kto z przyjemnością słucha obmówcy, ten nijako zachęca go do dalszego obmawiania i grzeszy słuchaniem, jak tamten mową”. (Chryzostom). Brzydko w cudzym domu szperać i szukać, lecz jeszcze gorzej szperać w życiu bliźniego, aby znaleźć pożywkę do plotek i obmów.
Jeśli się zatem świerzbi język i masz ochotę poplotkować lub rzucić oszczerstwo na kogoś, zabierz się do pracy, nałóż sobie jakieś umartwienie, jak owa kobieta, która zamiast plamić swą duszę, szyła kołdrę zwaną afganem,
do której dokładała po jednej kratce ile razy czuła pociąg do plotkowania.
Broń cudzego honoru i sławy. Pewien biskup obrażony, że gość w jego obecności odważa się oczerniać znaną mu ze szlachetności osobę, polecił służbie ją przyprowadzić. „Ależ po co?” – zapytał speszony gość. Na to biskup:
„Jak to, rzuca pan tak ciężkie oskarżenia przeciwko tej osobie i nie chce pan, żeby ona powiedziała choć słowo na swą obronę?”
Kapitalny w swoich wypowiedziach św. Jakub Apostoł takie myśli podsuwa chcąc nas zachęcić do poskramiania języka. Mówi: Koniom zakłada się wędzidła do pysków, żeby były posłuszne, żeby można było nimi
kierować (por. 3,3). Apostoł przyrównuje język do steru, który choć mały, niepozorny, jednak nadaje potężnym okrętom miotanym nieraz wichrami kierunek, zależnie od woli sternika (3,4). Żeby nam uzmysłowić, jakich
zniszczeń dokonuje zły język, Apostoł przyrównuje język do małego ognia, który wielki las podpala (3,6). Św. Jakub przemawia też do naszej ambicji i mówi: Człowiek jest tak zdolny i tak potężny, że ujarzmia żywą i martwą naturę i posłuszne mu są dzikie zwierzęta, ptaki, gady i ryby. Czyżby zatem nie potrafił ujarzmić swego języka? Tłumaczy dalej, że każdy człowiek, zależnie od swej duchowej postawy wykorzystuje język albo do dobrego albo do złego.
Jeden chwali nim Boga, drugi nim złorzeczy i przeklina ludzi. Kiedy język człowieka jest nieopanowany, z ust jego wychodzi raz błogosławieństwo, raz przekleństwo (3, 9-10).
Nasze człowieczeństwo powinno odzwierciedlać naturę Boską i wszystkie stworzenia Boże: ze źródła nie wytryska brudna albo zatruta woda; drzewo nie rodzi złych owoców. Według postanowienia Bożego drzewo figowe
rodzi figi, a krzew winny winogrona. I znów św. Jakub gra na naszej ambicji, mówiąc: Skoro człowiek jest najwyższym i najpiękniejszym stworzeniem pod słońcem, jego myśli, słowa i czyny powinny być dobre,
sprawiedliwe, piękne. Apostoł rozwinął myśl Chrystusa, który powiedział: Po owocach poznaje się kim jest dany człowiek, dobry czy zły. Czyż z krzewu winnego zbiera się ciernie, a z ostu figi? „Tak każde dobre drzewo wydaje
dobre owoce, a złe drzewo wydaje złe owoce” (Mat. 7,16). Człowiek, który Bogu służy dobrze mówi o bliźnich, ten zaś, kto diabłu służy źle mówi o bliźnich. Los złego człowieka będzie podobny do losu złego drzewa. Gospodarz je wytnie i w ogień wrzuci.
pochwalony Jezus Chrystus!
W dawnych czasach pewien ślusarz szwajcarski w Zurichu umieścił na bramie swego domu napis: „Gdyby na każde złośliwe i oszczercze usta trzeba byłoby założyć kłódkę, to ślusarstwo stałoby się najbardziej popłatnym
rzemiosłem na świecie”. Plotki […] o których mówiłem tydzień temu, to nie wszystkie grzechy języka. Są jeszcze inne, daleko cięższe, jak obmowa, oszczerstwa, potwarz, oczernianie, obelga. Słowo „obmowa” jest łatwe do
zrozumienia. Obmówić znaczy „omówić” całego człowieka, czyli „obgadać”, wyjawić świadomie i bez potrzeby wady, błędy, złe czyny drugiego człowieka. Słowo „oczerniać” też jest łatwe do pojęcia, bo pochodzi od słowa
czernić, brudzić, kalać. Oczernianie wskazuje na inny rodzaj grzechu niż obmowa. Jest to robić nieskazitelnego człowieka, o szlachetnym charakterze „na szaro”, jak się to mówi potocznie, na brudno, na czarno. Znaczy to obrzucać kogoś błotem wstrętnych podejrzeń i niesłusznych oskarżeń. Mistrzem sztuczki oczerniania stał się w 18-tym wieku wolnomyśliciel francuski Voltaire, który walczył z Kościołem katolickim i duchowieństwem przy pomocy oszczerstw. Od niego pochodzi słynne powiedzenie: „Obrzucaj błotem ile można, zawsze coś z tego przylgnie”.
Oczernianie, oszczerstwo, potwarz, kalumnia to synonimy. Mają tą samą treść: fałszywe oskarżenie bliźnich, zarzucanie im niepopełnionych win, czynów niezgodnych z prawdą.
Te grzechy będą przedmiotem dzisiejszej pogadanki, którą tytułuję: „Obmowy i oszczerstwa”.
Prawo do sławy i dobrego imienia
Ze wszystkich dóbr najcenniejszym skarbem, jak mówi Pismo święte, jest sława i dobre imię. Cenniejszym niż srebro i złoto (por. Prz. 22, 1). Charakterystycznym zjawiskiem naszych czasów jest walka o prawa człowieka.
Prawa te są na porządku dziennym gwałcone, deptane. Walczy się o prawo do wolności myśli, sumienia, religii, prawo do równości wynagrodzenia i sposobności, prawo do samostanowienia, do bezpieczeństwa, itd. Podstawowym
…. prawem jest prawo człowieka do godności, do dobrego imienia, do poszanowania honoru. Kto cieszy się dobrą sławą i dobrym imieniem budzi zaufanie, szacunek, może skutecznie działać i mieć wpływ na ludzi. Każdy ma
obowiązek dbać o swoje własne dobre imię, aby ludzie o nim dobrze myśleli i mówili, każdy ma prawo żądać, żeby go darzono dobrą opinią.
Prawo do dobrego imienia i sławy wypływa z naszego duchowego szlachectwa. Bóg stworzył nas bowiem na obraz i podobieństwo Swoje. A także z przykazania Bożego: „Miłuj bliźniego jak siebie samego”. Na straży dobrego
imienia stoi wyraźnie przykazanie Boże: „Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu”. Przykazanie to, ósme z Dekalogu, zakazuje niesłusznych podejrzeń i fałszywych oskarżeń. Niestety jest to chyba najczęściej łamane przykazanie. Św. Hieronim, doktor Kościoła z II wieku, pisał: „Rzadko znajdziesz człowieka, który by nie był skłonnym do ganienia postępowania bliźniego”. Zaś św. Chryzostom, wielki teolog z V wieku, mówił: „Jak złodziej, który wszedłszy do czyjegoś domu pilnie się rozgląda co by mógł w nocy ukraść, tak obmówca gorliwie śledzi, co by ująć sławie bliźniego a potem skrzętnie się chowa”.
Jakże nędzna jest nasza natura skażona grzechem pierworodnym. Na upomnienia i nauki jesteśmy głusi, ale na plotki, obmowy i oszczerstwa zawsze mamy uszy otwarte. Pismo święte mówi, że oszczercy zamiast zębów maja
miecze, którymi tną bliźnich (por. Prz 30, 14). Nie potrafią dopatrzeć się w nich niczego dobrego. Spostrzegają u bliźnich najmniejsze źdźbło i trąbią ze złośliwą radością, że znaleźli u nich belkę (por. Mt 7, 3).
Skutki obmów i oszczerstw
Jak straszne są następstwa obmów i oszczerstw. Ile niejedna niewinna ofiara spędzi bezsennych nocy, ile cichych łez wyleje. Ile małżeństw zostało rozbitych, przyjaciół i krewnych poróżnionych, karier na zawsze
przekreślonych. Ile przez plotki, oszczerstwa i obmowy ucierpiał Kościół, kapłani? Hańba oszczerstwa, a nawet obmowy polega na tym, że osoba oskarżona nie ma okazji się bronić. Nieraz oszczerstwo ciągnie się za kimś jak kula u nogi.
Swego czasu znana kolumnistka, która zamieszcza dział odpowiedzi we wszystkich niemal dziennikach amerykańskich pod tytułem: „Dear Abby” napisała, że genialny rzeźbiarz, malarz, architekt i poeta z okresu
renesansu – Michał Anioł był homoseksualistą. Niejaka Klara Stuart stanęła w obronie godności i dobrego imienia średniowiecznego geniusza. Zarzuciła pani Abby, że powtarza oszczerstwo, które nie ma żadnego uzasadnienia,
rzucone kiedyś przez jednego człowieka, Pietro Aretino, zawodowego szantażystę, z nienawiści za to, że mu Michał Anioł odmówił zrobienia szkicu. Pani Abby była na tyle uczciwa, że zwróciła się do jednego z największych autorytetów historii średniowiecza, Irving Stone’a, który wraz z żoną spędził na badaniach życia Michała Anioła trzy lata, rezultatem czego była przepiękna książka pt. „The Agony and the Ecstasy”. Abby przedrukowała jego odpowiedź, w której Irving Stone podaje, że gdyby znalazł najmniejszy poszlak prawdziwości tego oszczerstwa, powtarzanego z radością przez złe języki od pięciu wieków, byłby niechybnie – w imię prawdy historycznej – wspomniał o tym w swojej książce. W żadnych pismach, korespondencji samego artysty, czasopismach, dokumentach, pamiętnikach nikt nigdy nie wspomniał, ani nie zarzucił Michałowi Aniołowi homoseksualnej
orientacji.
Oszczerstwo padło też na innego geniusza, żyjącego w piątym wieku przed Chrystusem, mianowicie na jednego z największych rzeźbiarzy starożytnej Grecji, Fidiasza. Fidiasz był przyjacielem i doradcą artystycznym
Peryklesa i kierował pracami związanymi z przebudową Akropolu. Posąg Ateny, bogini miasta, z marmuru i złota, dłuta Fidiasza, wskazywał z daleka żeglarzom drogę do portu. Przeciwnicy Peryklesa oskarżyli Fidiasza o nadużycia finansowe przy budowie i zarzucili mu, że umieścił na złotej tarczy bogini portret Peryklesa i swój własny. Za to wtrącono go do więzienia i albo tam albo na wygnaniu umarł.
Jak zwalczać plotki, obmowy i oszczerstwa?
Jak zwalczać plotki, obmowy i oszczerstwa? Przede wszystkim sam nie bierz w nich udziału. Szanuj swój honor. Nie plam się. „Nie czyń drugiemu, co tobie nie miłe”. „Kto z przyjemnością słucha obmówcy, ten nijako zachęca go do dalszego obmawiania i grzeszy słuchaniem, jak tamten mową”. (Chryzostom). Brzydko w cudzym domu szperać i szukać, lecz jeszcze gorzej szperać w życiu bliźniego, aby znaleźć pożywkę do plotek i obmów.
Jeśli się zatem świerzbi język i masz ochotę poplotkować lub rzucić oszczerstwo na kogoś, zabierz się do pracy, nałóż sobie jakieś umartwienie, jak owa kobieta, która zamiast plamić swą duszę, szyła kołdrę zwaną afganem,
do której dokładała po jednej kratce ile razy czuła pociąg do plotkowania.
Broń cudzego honoru i sławy. Pewien biskup obrażony, że gość w jego obecności odważa się oczerniać znaną mu ze szlachetności osobę, polecił służbie ją przyprowadzić. „Ależ po co?” – zapytał speszony gość. Na to biskup:
„Jak to, rzuca pan tak ciężkie oskarżenia przeciwko tej osobie i nie chce pan, żeby ona powiedziała choć słowo na swą obronę?”
Kapitalny w swoich wypowiedziach św. Jakub Apostoł takie myśli podsuwa chcąc nas zachęcić do poskramiania języka. Mówi: Koniom zakłada się wędzidła do pysków, żeby były posłuszne, żeby można było nimi
kierować (por. 3,3). Apostoł przyrównuje język do steru, który choć mały, niepozorny, jednak nadaje potężnym okrętom miotanym nieraz wichrami kierunek, zależnie od woli sternika (3,4). Żeby nam uzmysłowić, jakich
zniszczeń dokonuje zły język, Apostoł przyrównuje język do małego ognia, który wielki las podpala (3,6). Św. Jakub przemawia też do naszej ambicji i mówi: Człowiek jest tak zdolny i tak potężny, że ujarzmia żywą i martwą naturę i posłuszne mu są dzikie zwierzęta, ptaki, gady i ryby. Czyżby zatem nie potrafił ujarzmić swego języka? Tłumaczy dalej, że każdy człowiek, zależnie od swej duchowej postawy wykorzystuje język albo do dobrego albo do złego.
Jeden chwali nim Boga, drugi nim złorzeczy i przeklina ludzi. Kiedy język człowieka jest nieopanowany, z ust jego wychodzi raz błogosławieństwo, raz przekleństwo (3, 9-10).
Nasze człowieczeństwo powinno odzwierciedlać naturę Boską i wszystkie stworzenia Boże: ze źródła nie wytryska brudna albo zatruta woda; drzewo nie rodzi złych owoców. Według postanowienia Bożego drzewo figowe
rodzi figi, a krzew winny winogrona. I znów św. Jakub gra na naszej ambicji, mówiąc: Skoro człowiek jest najwyższym i najpiękniejszym stworzeniem pod słońcem, jego myśli, słowa i czyny powinny być dobre,
sprawiedliwe, piękne. Apostoł rozwinął myśl Chrystusa, który powiedział: Po owocach poznaje się kim jest dany człowiek, dobry czy zły. Czyż z krzewu winnego zbiera się ciernie, a z ostu figi? „Tak każde dobre drzewo wydaje
dobre owoce, a złe drzewo wydaje złe owoce” (Mat. 7,16). Człowiek, który Bogu służy dobrze mówi o bliźnich, ten zaś, kto diabłu służy źle mówi o bliźnich. Los złego człowieka będzie podobny do losu złego drzewa. Gospodarz je wytnie i w ogień wrzuci.
PLOTKI - pogadanka O. Korneliana Dende z 29 lipca 1984
Witam Was Drodzy Rodacy i Miłe Rodaczki staropolskim: Niech będzie
pochwalony Jezus Chrystus!
Dziecko otoczone miłością i troską rodziców, zielenią lasów i pól, różnorodnością kwiatów, białym puchem śniegu, muzyką wiatru i śpiewem ptasząt odnosi wrażenie, że znajduje się w raju. Stąd wiek dziecięcy jest tak szczęśliwy. Powiadają, że świat traci w oczach dziecka urok raju, gdy dziecko usłyszy po raz pierwszy kłamstwo, albo samo splami się kłamstwem. Wtedy traci raz na zawsze niewinne dzieciństwo.
Kłamstwo to złowrogi zgrzyt, który psuje serce, mąci zabawę, niepokoi i napełnia lękiem. Później dziecko dowie się, że człowiek kiedyś żył w prawdziwym raju, ale utracił go na skutek grzechu – buntu przeciwko Bogu; gdy chciał zająć Jego miejsce, żyć bez Boga i dorównać Bogu. Od tego czasu ludzie są skłonni do grzechu, a najczęściej plamią się kłamstwem, mówieniem nieprawdy, rozsiewaniem fałszu. Ojcem kłamstwa jest diabeł. Grzech ten występuje w różnych postaciach o różnym ciężarze gatunkowym. Dziś powiem o kłamstwie nagminnym, z którym spotykamy się co dzień, na każdym kroku, a które ludzie często za grzech nie uważają. Będę mówił o plotkach. I taki temat jest potrzebny. Tematem więc będą ludzkie plotki.
Moda na plotki
Plotkowaniem zawsze zajmowały się zarówno sfery wyższe jak i niższe, ale może nigdy do tego stopnia co dziś, kiedy plotkowanie urosło do rangi sztuki. Plotkowaniem trudnią się nawet środki masowego przekazu – radio,
telewizja i prasa. Reporterzy zbierający plotki są za to sowicie wynagradzani, bo przysparzają czytelników, telewidzów i słuchaczy. Wieleż plotek płynie w świat przez telefon!? Pod obstrzał plotkarzy „wysokiej klasy” dostają się głównie wybitne osobistości ze świata politycznego, kościelnego, filmowego… Zawodowy plotkarz nie przepuści nawet własnemu ojcu, matce, mężowi, żonie, dziecku… Każdemu przypnie łatkę, rozdmucha wszystko złe, co o kimś się mówi. Publicysta Aleksander Świętochowski wyraził się zbyt delikatnie i poetycko pisząc, że: „Ze wszystkich woni najlotniejszą, ze wszystkich dźwięków najdonioślejszym, ze wszystkich świateł najdalej promieniującym jest plotka”.
Za naszych czasów plotkarstwo stało się potężnym narzędziem wrogów. W Moskwie, w skrzydle osłabionego więzienia politycznego Łubianka, mieszczą się biura, gdzie preparuje się plotki na rozsiew w krajach niekomunistycznych. Jedną z ostatnich, zresztą „odgrzewaną” jest plotka o rzekomym zamordowaniu papieża Jana Pawła I (Pierwszego) rozsiewana przez wrogów Kościoła katolickiego, żeby podważyć jego autorytet i zniszczyć go.
Plotka ta stała się tematem książki wydanej obecnie na Zachodzie.
Co to jest plotka?
Powiedzmy prosto, co to jest plotka? Słownik języka polskiego określa ją jako „niesprawdzoną lub kłamliwą pogłoskę, wiadomość powtarzaną Zn ust do ust, najczęściej szkodząca czyjejś opinii”. Powiem więcej: plotka to
chorobliwe zainteresowanie cudzymi sprawami, fascynowanie się domysłami o czyichś słabostkach i grzechach.
Plotka jest z reguły pogłoską wyolbrzymioną, odpowiednio zabarwioną i tak spreparowaną, żeby budziła sensację. Plotkami zajmują się przeważnie ludzie o pustych głowach, którzy bez nich zanudziliby się na śmierć w ciągu jednego dnia. Nazywają plotki niewinnymi bajeczkami powtarzanymi dla uprzyjemnienia i urozmaicenia sobie życia czy dla zabicia czasu. Jest jednak wielka różnica między bajką a plotką. „Bajki mówią nieprawdę dla ukazania prawdy, plotki zaś zmierzają do tego by to co jest fałszem i kłamstwem uchodziło za prawdę”.
Pismo święte nie lekceważy plotek, nie nazywa ich przyjemną i niewinną zabawą. W Księdze Mądrości Syracha czytamy: zły „język wielu uczynił nieszczęśliwymi i skazał ich na tułaczkę…, zburzył potężne miasta i domy
możnych obalił…, oddalił żony od mężów i pozbawił je owocu ich trudów… Wielu padło od ostrza miecza, ale nie tylu, co od języka” (28, 14-18).
Dawno temu telewizja amerykańska transmitowała program pod „Tonight”. Jego kierownik, komediant Jack Paar zaprosił do studia nauczycieli obcych języków ze szkoły Berlitz’a w Manhattanie. Na scenę do mikrofonu
przywołał osobno jednego po drugim. Pierwszemu opowiedział żartobliwą historyjkę i polecił ją powtórzyć drugiemu nauczycielowi po niemiecku. W ten sposób historyjkę powtarzano po włosku, po francusku, po niemiecku, a na
koniec znów po angielsku samemu komediantowi. Publiczność zrywała sobie boki słysząc zniekształcone, nieprawdopodobne historie powtarzane przez ludzi poważnych i krytycznych. Nie daj Boże, gdy jakaś pogłoska
dostanie się na języki ludzi o pustej głowie a obdarzonych bujną wyobraźnią.
Skąd biorą się plotki?
Skąd biorą się plotki? Ze skłonności do grzechu, z lekkomyślności, łatwowierności, gadulstwa, próżniactwa i chęci błyszczenia …. Komu nie chce się ciężko zdobywać nauki, albo pracować, wolny czas wypełnia plotkami.
Najczęściej plotki rodzą się jednak ze złośliwości, zazdrości, niechęci i nienawiści. Człowiek zły na swoją modłę wszędzie węszy zło. Kiedy słynny teolog i pisarz francuski kardynał Jean Danielou zmarł na atak serca w mieszkaniu kabaretowej piosenkarki paryskiej Mme Santoni, prasa całego świata aż huczała od złośliwych domysłów graniczących ze skandalem. Nie zatamował ich oficjalny komunikat episkopatu francuskiego, że kardynał cieszył się nieskazitelną opinia, był opiekunem biednych i wiernie służył Kościołowi i wpłynął na nawrócenie się wielu osobistości tego świata. Najwstrętniejsza plotka jest ta, która rodzi się ze złośliwości, nienawiści i zawiści konkurencyjnej. W skłonności do plotkowania socjologowie dopatrują się kompleksu niższości. Gdy zazdrośnik nie może komu dorównać w pracy zawodowej, w szlachetności, wtedy robi z konkurenta pijaka, złodzieja, rozpustnika, zboczeńca, byle tylko zohydzić jego imię, poniżyć i ubić go. Złe słowo jest narzędziem szkodzenia. Plotki są iskrą,
co „lasy podpala”, strzałą z ukrycia, co rani śmiertelnie; grudką śniegu w górach, którą rozpoczyna lawinę …
Znana historyjka z życia świętego Filipa Nereusza jest pouczająca. Pewnego dnia przyszła do świętego plotkarza znana w całym miasteczku z długiego i złośliwego języka. Tym razem jednak postanowiła się szczerze poprawić i
prosiła świętego Filipa o radę. Święty kazał jej wrócić do domu i po drodze skubać gęś z pierza i rzucać pierze na wiatr. Nazajutrz polecił jej wszystkie pióra pozbierać „Ależ to niemożliwe”! – rzekła kobieta. – Wiatr rozniósł je na wszystkie strony świata! To właśnie była nauczka, poglądowa lekcja, że nie łatwo jest odwołać i sprostować plotki…
Nie mów fałszywego świadectwa
Bóg dał nam usta i język po to, by wypowiadały piękne, dobre, czyste, budujące słowa. Chrystus przestrzega: „Powiadam wam: z każdego bezużytecznego słowa zdacie sprawę w dzień sądu” (por. Mt 12, 36). Ile bólu, łez, tragedii jest na świecie z powodu plotek, posądzeń i podejrzeń. Skarżymy się na brak czasu. Mamy go zawsze za mało, żeby się pomodlić, poświęcić go dzieciom, przeczytać religijną książkę, czasopismo, napisać list do rodziny, ale zawsze znajdzie się czas na plotki.
Często spotykamy się z takim usprawiedliwieniem. Przecież jesteśmy istotami społecznymi, żyjemy razem, jeden obok drugiego, obserwujemy reakcje, sposób zachowania się innych, jak więc nie interesować się tym, jacy
ludzie są, co się im wydarza: kto się żeni a kto rozwodzi, kto się upija a kto bije żonę, czyj syn rzucił szkołę, a czyja córka truje się narkotykami, gdzie odbywają się huczne imieniny, a kogo wezwano do sądu… Kto nam zamknie usta – mówią. „Jestem szczery. Trudno utrzymać tajemnicę. Musze powiedzieć prawdę. Niech i inni ją znają”. Kochani!
Nie wolno nam wydawać krzywdzących sądów o bliźnich. „Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni” – mówi Chrystus.
Takim sądem, jakim sądzicie, i was osadzą i taka miarą, jaką wy mierzycie, wam odmierzą” (Mt 7, 1 n.). Nie godzi się mówić źle o bliźnim, nawet gdyby to była prawda, chyba że ktoś ma prawo do tego, by uznać taką smutna
prawdę, jak rodzice, policja, sąd… Niepotrzebne wyjawianie błędów zawsze szkodzi sławie bliźniego.
Szanujmy zatem honor bliźniego. Postępujmy tak wobec innych, jakbyśmy chcieli, żeby wobec nas postępowano. Każdy z nas jest grzesznikiem. Czy miło by nam było, gdyby ktoś w skrytości ujawniał nasze słabostki, grzechy lub wręcz zmyślone rzeczy opowiadał? Kto jest miłosierny wobec bliźnich, sam dostąpi miłosierdzia Bożego.
Plotek nie da się odwołać. Malejskie przysłowie mówi: „Gdy łódź za daleko płynie, może jeszcze zawrócić, ale nigdy nie zawrócą słowa”. Nie postępujmy tak jak owa dama, która Boy Żeleński nazwał Panią Wścibińską. Nie
wdzierajmy się w cudze tajemnice, do ludzkiego sumienia, bo ta dziedzina jest tylko Bogu zarezerwowana. Do Boga należy sąd. Mówmy o bliźnich tylko to, co dobre. Ktoś powiedział: „Dobre słowa są muzyką Świata”! Dlatego do
Ciebie, Chryste, niesprawiedliwie osadzony ubiczowany i wyszydzony modlę się słowami Romana Brandstaettera:
„Niech ani jedno słowo nie będzie złe.
Niech ani jedno słowo nie czai się do skoku.
Niech ani jedno słowo nie nienawidzi.
Niech nie krzywdzi. Niech nie zabija. Niech wybacza.
Niech leczy. Niech łagodzi. Niech zamyka człowiecze rany
Jak skrzydła ołtarza”.
pochwalony Jezus Chrystus!
Dziecko otoczone miłością i troską rodziców, zielenią lasów i pól, różnorodnością kwiatów, białym puchem śniegu, muzyką wiatru i śpiewem ptasząt odnosi wrażenie, że znajduje się w raju. Stąd wiek dziecięcy jest tak szczęśliwy. Powiadają, że świat traci w oczach dziecka urok raju, gdy dziecko usłyszy po raz pierwszy kłamstwo, albo samo splami się kłamstwem. Wtedy traci raz na zawsze niewinne dzieciństwo.
Kłamstwo to złowrogi zgrzyt, który psuje serce, mąci zabawę, niepokoi i napełnia lękiem. Później dziecko dowie się, że człowiek kiedyś żył w prawdziwym raju, ale utracił go na skutek grzechu – buntu przeciwko Bogu; gdy chciał zająć Jego miejsce, żyć bez Boga i dorównać Bogu. Od tego czasu ludzie są skłonni do grzechu, a najczęściej plamią się kłamstwem, mówieniem nieprawdy, rozsiewaniem fałszu. Ojcem kłamstwa jest diabeł. Grzech ten występuje w różnych postaciach o różnym ciężarze gatunkowym. Dziś powiem o kłamstwie nagminnym, z którym spotykamy się co dzień, na każdym kroku, a które ludzie często za grzech nie uważają. Będę mówił o plotkach. I taki temat jest potrzebny. Tematem więc będą ludzkie plotki.
Moda na plotki
Plotkowaniem zawsze zajmowały się zarówno sfery wyższe jak i niższe, ale może nigdy do tego stopnia co dziś, kiedy plotkowanie urosło do rangi sztuki. Plotkowaniem trudnią się nawet środki masowego przekazu – radio,
telewizja i prasa. Reporterzy zbierający plotki są za to sowicie wynagradzani, bo przysparzają czytelników, telewidzów i słuchaczy. Wieleż plotek płynie w świat przez telefon!? Pod obstrzał plotkarzy „wysokiej klasy” dostają się głównie wybitne osobistości ze świata politycznego, kościelnego, filmowego… Zawodowy plotkarz nie przepuści nawet własnemu ojcu, matce, mężowi, żonie, dziecku… Każdemu przypnie łatkę, rozdmucha wszystko złe, co o kimś się mówi. Publicysta Aleksander Świętochowski wyraził się zbyt delikatnie i poetycko pisząc, że: „Ze wszystkich woni najlotniejszą, ze wszystkich dźwięków najdonioślejszym, ze wszystkich świateł najdalej promieniującym jest plotka”.
Za naszych czasów plotkarstwo stało się potężnym narzędziem wrogów. W Moskwie, w skrzydle osłabionego więzienia politycznego Łubianka, mieszczą się biura, gdzie preparuje się plotki na rozsiew w krajach niekomunistycznych. Jedną z ostatnich, zresztą „odgrzewaną” jest plotka o rzekomym zamordowaniu papieża Jana Pawła I (Pierwszego) rozsiewana przez wrogów Kościoła katolickiego, żeby podważyć jego autorytet i zniszczyć go.
Plotka ta stała się tematem książki wydanej obecnie na Zachodzie.
Co to jest plotka?
Powiedzmy prosto, co to jest plotka? Słownik języka polskiego określa ją jako „niesprawdzoną lub kłamliwą pogłoskę, wiadomość powtarzaną Zn ust do ust, najczęściej szkodząca czyjejś opinii”. Powiem więcej: plotka to
chorobliwe zainteresowanie cudzymi sprawami, fascynowanie się domysłami o czyichś słabostkach i grzechach.
Plotka jest z reguły pogłoską wyolbrzymioną, odpowiednio zabarwioną i tak spreparowaną, żeby budziła sensację. Plotkami zajmują się przeważnie ludzie o pustych głowach, którzy bez nich zanudziliby się na śmierć w ciągu jednego dnia. Nazywają plotki niewinnymi bajeczkami powtarzanymi dla uprzyjemnienia i urozmaicenia sobie życia czy dla zabicia czasu. Jest jednak wielka różnica między bajką a plotką. „Bajki mówią nieprawdę dla ukazania prawdy, plotki zaś zmierzają do tego by to co jest fałszem i kłamstwem uchodziło za prawdę”.
Pismo święte nie lekceważy plotek, nie nazywa ich przyjemną i niewinną zabawą. W Księdze Mądrości Syracha czytamy: zły „język wielu uczynił nieszczęśliwymi i skazał ich na tułaczkę…, zburzył potężne miasta i domy
możnych obalił…, oddalił żony od mężów i pozbawił je owocu ich trudów… Wielu padło od ostrza miecza, ale nie tylu, co od języka” (28, 14-18).
Dawno temu telewizja amerykańska transmitowała program pod „Tonight”. Jego kierownik, komediant Jack Paar zaprosił do studia nauczycieli obcych języków ze szkoły Berlitz’a w Manhattanie. Na scenę do mikrofonu
przywołał osobno jednego po drugim. Pierwszemu opowiedział żartobliwą historyjkę i polecił ją powtórzyć drugiemu nauczycielowi po niemiecku. W ten sposób historyjkę powtarzano po włosku, po francusku, po niemiecku, a na
koniec znów po angielsku samemu komediantowi. Publiczność zrywała sobie boki słysząc zniekształcone, nieprawdopodobne historie powtarzane przez ludzi poważnych i krytycznych. Nie daj Boże, gdy jakaś pogłoska
dostanie się na języki ludzi o pustej głowie a obdarzonych bujną wyobraźnią.
Skąd biorą się plotki?
Skąd biorą się plotki? Ze skłonności do grzechu, z lekkomyślności, łatwowierności, gadulstwa, próżniactwa i chęci błyszczenia …. Komu nie chce się ciężko zdobywać nauki, albo pracować, wolny czas wypełnia plotkami.
Najczęściej plotki rodzą się jednak ze złośliwości, zazdrości, niechęci i nienawiści. Człowiek zły na swoją modłę wszędzie węszy zło. Kiedy słynny teolog i pisarz francuski kardynał Jean Danielou zmarł na atak serca w mieszkaniu kabaretowej piosenkarki paryskiej Mme Santoni, prasa całego świata aż huczała od złośliwych domysłów graniczących ze skandalem. Nie zatamował ich oficjalny komunikat episkopatu francuskiego, że kardynał cieszył się nieskazitelną opinia, był opiekunem biednych i wiernie służył Kościołowi i wpłynął na nawrócenie się wielu osobistości tego świata. Najwstrętniejsza plotka jest ta, która rodzi się ze złośliwości, nienawiści i zawiści konkurencyjnej. W skłonności do plotkowania socjologowie dopatrują się kompleksu niższości. Gdy zazdrośnik nie może komu dorównać w pracy zawodowej, w szlachetności, wtedy robi z konkurenta pijaka, złodzieja, rozpustnika, zboczeńca, byle tylko zohydzić jego imię, poniżyć i ubić go. Złe słowo jest narzędziem szkodzenia. Plotki są iskrą,
co „lasy podpala”, strzałą z ukrycia, co rani śmiertelnie; grudką śniegu w górach, którą rozpoczyna lawinę …
Znana historyjka z życia świętego Filipa Nereusza jest pouczająca. Pewnego dnia przyszła do świętego plotkarza znana w całym miasteczku z długiego i złośliwego języka. Tym razem jednak postanowiła się szczerze poprawić i
prosiła świętego Filipa o radę. Święty kazał jej wrócić do domu i po drodze skubać gęś z pierza i rzucać pierze na wiatr. Nazajutrz polecił jej wszystkie pióra pozbierać „Ależ to niemożliwe”! – rzekła kobieta. – Wiatr rozniósł je na wszystkie strony świata! To właśnie była nauczka, poglądowa lekcja, że nie łatwo jest odwołać i sprostować plotki…
Nie mów fałszywego świadectwa
Bóg dał nam usta i język po to, by wypowiadały piękne, dobre, czyste, budujące słowa. Chrystus przestrzega: „Powiadam wam: z każdego bezużytecznego słowa zdacie sprawę w dzień sądu” (por. Mt 12, 36). Ile bólu, łez, tragedii jest na świecie z powodu plotek, posądzeń i podejrzeń. Skarżymy się na brak czasu. Mamy go zawsze za mało, żeby się pomodlić, poświęcić go dzieciom, przeczytać religijną książkę, czasopismo, napisać list do rodziny, ale zawsze znajdzie się czas na plotki.
Często spotykamy się z takim usprawiedliwieniem. Przecież jesteśmy istotami społecznymi, żyjemy razem, jeden obok drugiego, obserwujemy reakcje, sposób zachowania się innych, jak więc nie interesować się tym, jacy
ludzie są, co się im wydarza: kto się żeni a kto rozwodzi, kto się upija a kto bije żonę, czyj syn rzucił szkołę, a czyja córka truje się narkotykami, gdzie odbywają się huczne imieniny, a kogo wezwano do sądu… Kto nam zamknie usta – mówią. „Jestem szczery. Trudno utrzymać tajemnicę. Musze powiedzieć prawdę. Niech i inni ją znają”. Kochani!
Nie wolno nam wydawać krzywdzących sądów o bliźnich. „Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni” – mówi Chrystus.
Takim sądem, jakim sądzicie, i was osadzą i taka miarą, jaką wy mierzycie, wam odmierzą” (Mt 7, 1 n.). Nie godzi się mówić źle o bliźnim, nawet gdyby to była prawda, chyba że ktoś ma prawo do tego, by uznać taką smutna
prawdę, jak rodzice, policja, sąd… Niepotrzebne wyjawianie błędów zawsze szkodzi sławie bliźniego.
Szanujmy zatem honor bliźniego. Postępujmy tak wobec innych, jakbyśmy chcieli, żeby wobec nas postępowano. Każdy z nas jest grzesznikiem. Czy miło by nam było, gdyby ktoś w skrytości ujawniał nasze słabostki, grzechy lub wręcz zmyślone rzeczy opowiadał? Kto jest miłosierny wobec bliźnich, sam dostąpi miłosierdzia Bożego.
Plotek nie da się odwołać. Malejskie przysłowie mówi: „Gdy łódź za daleko płynie, może jeszcze zawrócić, ale nigdy nie zawrócą słowa”. Nie postępujmy tak jak owa dama, która Boy Żeleński nazwał Panią Wścibińską. Nie
wdzierajmy się w cudze tajemnice, do ludzkiego sumienia, bo ta dziedzina jest tylko Bogu zarezerwowana. Do Boga należy sąd. Mówmy o bliźnich tylko to, co dobre. Ktoś powiedział: „Dobre słowa są muzyką Świata”! Dlatego do
Ciebie, Chryste, niesprawiedliwie osadzony ubiczowany i wyszydzony modlę się słowami Romana Brandstaettera:
„Niech ani jedno słowo nie będzie złe.
Niech ani jedno słowo nie czai się do skoku.
Niech ani jedno słowo nie nienawidzi.
Niech nie krzywdzi. Niech nie zabija. Niech wybacza.
Niech leczy. Niech łagodzi. Niech zamyka człowiecze rany
Jak skrzydła ołtarza”.
W GÓRĘ SERCA - pogadanka o. Justyna z 14.04.1935 r.
Witam Was Zacni Rodacy i Mile Rodaczki słowami: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.
Przed kilku tygodniami, będąc w innym mieście, spotkałem
się z młodym księdzem rzymskokatolickim. Widocznie dobry
to i zacny kapłan, lecz niestety, całkowicie zanglizowany. Proszę zauważyć, nie używam słowa zamerykanizowany, tylko
zanglizowany. Już prawie ani słówka po polsku. Wyłącznie po angielsku. Naturalnie, że pierwsze pytanie mi zadane było: "Czy warto jest nalegać aby młodzież nasza zachowała i używała języka polskiego, ponieważ z czasem ten język i tak zaginie?" — Ja też zamiast odpowiedzi stawiłem mu dwa pytania. Pierwsze, Ksiądz ma ogród. W tym ogrodzie pełno ślicznych kwiatków: są tam różyczki, lilijki, bratki, narcyzy, niezapominajki, goździki i bławatki. Ksiądz wie dobrze, że potrwają one tylko miesiąc, dwa lub trzy, czy ksiądz dla tego, sam je zaraz powyrywa lub każe zaorać, lub zezwoli aby je zielsko przydusiło? Nie. Jeśli te kwiatki kocha, dbać o nie będzie, aby trwały jak najdłużej. Sam je wyplewi — zielsko powyrywa, podleje, zbyteczne gałązki poobcina, a cieszyć się będzie z każdego świeżego kwiateczka, nawet z każdego pączka.
Te kwiatki, to nasza mowa, nasze staropolskie zwyczaje i obyczaje. Kwiatki zwiędną, opadną, znikną a jednak dobrzy ludzie o nie dbają i je pielęgnują. Chociażby kiedyś miały zaginąć zwyczaje, obyczaje i mowa nasza, czy to jest powód abyśmy sami i dobrowolnie je zaniedbali lub porzucili? Śmieszne to! Zresztą nasz język i zwyczaje są nie tylko uświęcone wiekowymi tradycjami, lecz skąpane krwią męczeńską! Co zaś krwią ludzką, a do tego niewinną ochrzcone, to nigdy nie zaginie! — Drugie pytanie: Ksiądz wie, że nie tylko umrze, lecz musi umrzeć, czy wiec dlatego, wolno mu zaniedbywać swe zdrowie, czy nie powinien wołać lekarza, albo czy to jest powód aby popełnić samobójstwo, lub dobrowolnie szukać okazji uśmiercenia siebie? Przecież to sprzeciwia się nie tylko przykazaniu Bożemu, prawu naturalnemu, lecz i zdrowemu rozsądkowi ludzkiemu! — Wobec tego zdarzenia i dzisiejszego
ogólnego lekceważenia siebie i spraw naszych, ze strony duchowieństwa, zakonnic nauczycielek, i naszych profesjonalistów, w ostatniej mowie tego sezonu, pragnę słuchaczom i słuchaczkom, dodać otuchy w tej sprawie. Tytuł:
W GÓRĘ SERCA
Przytaczam co pisał G. Morcinek w książce: "Wyrąbany Chodnik." — "Kościół ligocki był wezbrany tłumem. W ławach siedzieli co stateczniejsi gospodarze i górnicy: żony ich strojne w białe, wykrochmalone czepki, i starsze dziewczyny pstrym mrowiem, zasiadły drugi rząd ławek; a za ławami, pod pawlaczem, i przed ołtarzem, czerniła się gęstwa roboczego ludu, jarzyły płowe czupryny dzieci, barwiły niedzielne stroje dziewczyn. Spod zgarniętych brwi chłopów i robotników patrzyły zimne, szare oczy, na twarzach, pokreślonych w bruzdy, tężało skupienie zamyślenie, a serca gorzały utajonym płomieniem. Czekali wszyscy księdza proboszcza, skoro na ambonę wyjdzie i słowem Bożem zwycięstwo ich ogłosi. Teraz starowina ksiądz proboszcz w kruchcie ornat zdejmuje, a ręce mu się trzęsą, serce zaś dygoce ze wzruszenia. Został w białej korakli, jedwabistym sznurem przepasanej. Kościelny Witoszek, stułę zawiesza mu na ramiona, a jeden jej koniec z haftowanym krzyżem pod stare usta proboszczowe podnosi. Całują usta haftowany krzyż na stulę, a serce dygoce ze wzruszenia. Wyszedł. Podniosły się oczy na schyloną postać, wspierają z miłością jego znużone nogi, na ambonę prowadzą. Na ambonie złoconej, ponad głowy wyniesionej, rozsrebrzyły się siwe włosy proboszczowe, rozgorzały modre oczy dobrocią. Ukląkł, zakrył twarz białymi dłońmi i jął się w głos modlić, a ludzie mu odpowiadali. Potem odczytał ewangelię świętego Marka, rozdział 8, wiersz l — 9, o nasyceniu czterech tysięcy mężów. Powiódł oczyma po tłumie. W kościele odezwały się chrząkania, pokaszliwania, głośne wycieranie nosów i szeleszczące poprawiania się w ławach, wszystko po to, by wygodniej słuchać kazania. Wiedzieli, że kazanie będzie dzisiaj wielkie, niezwykłe, że ich ksiądz proboszcz, który sam na swych parafian wpływał i prosił, i zaklinał, by głos na swojego posła oddali, nie omieszka podzielić się wspólną radością ze wszystkimi, że kazanie dzisiejsze nie będzie się składało z dobieranych słówek, lecz szczere, prawdziwe, z serca dyktowane. Uciszyło się. A wtedy z ambony przyszły słowa łagodne, ciche, spokojne, jak uśmiech dziecka. "Żal mi ludu, iż oto już trzy dni trwają przy mnie, a nie mają, co by jedli." Najdrożsi Bracia i Siostry w Chrystusie! — Jako to słońce niebieskie, które Bóg w swej łaskawości na te ziemię ściele, jako ta radość przeogromna, która na jego widok w każdej duszy zakwita — bo raduje się człowiek mającym nadejść urodzajnym żniwom — tak i wasze zwycięstwo czwartkowe, bracia i siostry, niechaj będzie dzisiaj dla was, jak ono słonko, co mroki waszego zwątpienia precz odeżnie, a serca wasze stroskane uradowaniem po brzegi napełni, w przecudne kwiecie zamieni, w nadzieje źrałych żniw przeistoczy. "Żal Mi ludu, iż oto już trzy dni trwają przy Mnie, a nie mają co by jedli." — I spojrzał Pan na lud swój w nieogarnionej dobroci, ulitował się nad nami biednymi i wzgardzonymi przez możnych tego świata. Bo jako tamci mężowie na pustyni głodni byli, tak i my głodni byliśmy, głodny byłeś, bracie Ślązaku i głodna byłaś, siostro Ślązaczko, głodna tego chleba, którego dusze wasze łakną. Głodni byliśmy sprawiedliwości dziejowej. "Rozmnożyli się nad włosy głowy mojej ci, którzy mię nienawidzą bez przyczyny. Zmogli się, nieprzyjaciele moi, którzy mię przesladują niesprawiedliwie. - Ach, chcieli bym stał się obcym dla braci mojej, cudzym dla synów matki mojej." Ileż to razy wyrywały się nam z duszy słowa psalmisty, ileż razy zwątpienie czarne ogarniało serca nasze, widząc się zewsząd otoczeni morzem nieprawości i wrogiej przemocy.
- Dobrze mówi nasz księżoszek — myśleli ludzie, słuchający z zapartym dechem proboszczowych słów. Nie były już one uśmiechnięte, zgasnął w nich uśmiech łagodności, co potrafi zło przebaczać. Stopniowo nabrzmiewały goryczą, pęczniały bólem, szły, jak łkająca skarga małej sieroty, której się krzywda niesłuszna dzieje, a politowania próżno u ludzi czeka. Zwierały się szczeki u chłopów i górników, jak wtenczas, gdy w ludzkiem sercu, gniew powoli się budzi, powlekały się oczy szarym mrozem, wspomnienie doznawanych krzywd rozpaloną smołą kapało w niezagojone rany. A tymczasem w proboszczowych oczach rozżegały się płomienie, zmarszczona twarz ożywiała, a słowa jego szły coraz większe, rosły, olbrzymiały, jak pożar: "rozwścieczone bałwany - zawieruchy germańskiej biją w wątłe przyciesie domostwa naszego, rozpętała się siła, ta siła, co przed prawem idzie, siła plugawa za poszeptem diabelskim zrodzona, rozpętała się nad wszelkie serca ludzkiego zrozumienia, by węgły ojcowizny naszej podważyć, by serca nasze polskie z piersi wyrwać, by języka zapomnieć, naszej Matki najmilszej, Polski, po wiekuiste czasy się wyrzec, by pamięci nie stało, że na piastowskiej ziemi piastowy lud włodarzył, ten sam lud, co pod Legnicą Europę chrześcijańską swoją piersią bronił, ten sam lud, co wrogów swej Macierzy na Psiem Polu z pomocą Boga poraził — zniszczyć nas pragnie, wytępić, wszelki ślad zatrzeć, jak uczynił z naszymi braćmi Słowianami w zaraniu wieków nad Łabą i Odrą! Przychodzi ten wróg odwieczny, jak ten szatan, co kąkol w noc ciemną w zboże siał. I w serca nasze i naszych dzieci sieje swój kąkol, truje swym jadem plugawym, odszczepieństwa od mowy swych przodków uczy, serca kazi pokusą judaszowskiej zapłaty. Przychodzi ten wróg odwieczny na ziemię naszą i braci naszych na poniewierkę wygania, z ojcowizny wyzuwa, dumny, odęty pychą szatańską, pieniący się złością." Załamał się głos siwego księdza. Dobiegł do najwyższego napięcia, uderzył ostatkiem siły, jak miot w dzwoniący spiż i załamał się. Brakło już serca na pomieszczenie goryczy. Stanęły przed oczyma zebranych wizerunki ubiegłych chwil, w których rozszalała się burza germańska. Patrzyły oczy zebranych po raz wtóry na chwile własnej udręki, jaką im zgotował żelazny kanclerz Bismarck, po raz wtóry posłyszeli jego słowa, pisane do swej siostry w roku 1861! — "Bijcie Polaków — pisał — ażeby aż o życiu zwątpili. Jeśli my chcemy istnieć, to nie pozostaje nam nic innego, jak ich wytępić — "ausrotten" jak się wyraził. Tak. "Ausrotten!" Przyszły do nich wspomnienia walki kulturalnej, rozpoczętej od roku 1871, niemczenie szkół polskich, katowanie dzieci polskich, sięganie drapieżnej ręki po język polski w nauczaniu religii, w śpiewie kościelnym i w samym kościele, rugi Polaków w roku 1886, kiedy to 40 tysięcy braci wydalono z granic Górnego Śląska i Poznańskiego, aresztowania, kary, szykany w kopalniach i w hutach, wykoślawianie nazwisk w metrykach. Boże! Któżby to zliczył? — Lecz przypomniały się i księdza Damrota słowa, kiedy je napisał, gdy przyszła wieść, że uchwalono sto milionów marek na wywłaszczenie chłopa polskiego.
Sto milionów marek to nie fraszka. Można wykupić województwo całe. Lecz walka z ludem polskim nie igraszka. Aby go zniemczyć — i Niemcy za małe!
Tak, aby zniszczyć — i Niemcy za małe. I chociaż rugi powtórzyły się w roku 1898, nie złamali nas dotychczas. Lecz czy i nadal wydzierżymy? Boże, czy i nadal wydzierżymy? Serca nasze płakały: — skarżyły się słowa z ambony — serca nasze płakały: "Panie, jak mnodzy są ci, co mię cisną! Siła ich powstała przeciwko mnie. A mnóstwo jest tych, co mówią o mnie: Nie masz dlań ratunku w Bogu jego! — Lud nasz śląski, to jak ten Łazarz biedny, przez trzy dni w grobie złożony, kamieniem ciężkim przywalony, nie mający już nigdy powstać. A przyszedł Pan i kamień odwalić kazał i w ciemny grobowiec wstąpił i Łazarza wskrzesił. I Łazarz wstał, spętany powijakami, jako go w grób włożono umarłego. Wskrzesił nas Pan, nie pozwolił pozostać w ciemnicy grobu. A teraz tamte powijaki rozwiązujem, jeden po drugim, i precz odrzucamy, aby wstać i wyjść z ciemnicy na światło Boże. Lud nasz śląski — jako ta ruda twarda, skamieniała, którą ty bracie hutniku, na pożyteczny metal przetapiasz. I jako to dzisiaj czynisz, tak przyjdzie czas, że i swoje serce przetopisz do ostatka w ogniu umiłowania Ojczyzny swojej na szlachetny metal dzwoniący, z którego trzeba nam będzie jakoby miecze ukuć, wtedy, gdy przyjdzie ostatni znak Boży. A znak Boży zbliża się, o bracia moi! Lud nasz śląski — jako ta ziemia nasza, którą ty rolniku, bracie mój, pod przyszłe ziarno w trudzie uprawiasz. W mozole szarego dnia krajesz jej skiby pługiem myśli o Matce-Polsce, na przyjęcie ziarna przysposabiasz, a ziarno pszenne, które na nią padnie, rozpleni się, o bracie mój, w szumne łany złociste . . . "Ległem do snu i spałem twardo: i wstałem żyw, bo Pan mię ochraniał!" - śpiewa psalmista. I myśmy legli do snu i spaliśmy twardo. Dziś wstajemy żywi, bo Pan nas ochrania. Zdobyłeś się, bracie, na odwagę śmiałego spojrzenia w zbójeckie oczy swojego wroga, nie ulękłeś się jego gniewu srogiego, i wybrałeś pięciu posłów swoich wbrew jego przewidywaniom i pogróżkom. Pójdą twoi wybrańcy do Berlina, by razem z braćmi z Poznańskiego bronić twoich praw do życia, domagać się sprawiedliwości, całemu światu głosić twoją krzywdę i pohańbienie. Chwała ci za to i ty górniku, i ty hutniku i ty chłopie śląski, bracia wy moi najmilsi! Chwała i tobie matko-Ślązaczko, i tobie dziewczę śląskie, co w sercach swoich nie pozwolicie przygasnąć płomieniowi świętemu, a którym się serce twojego syna czy męża czy narzeczonego do umiłowania swej Macierzy rozpala! "Często uderzali na mnie, - woła psalmista — uderzali od młodości mojej. a przecież nie zmogli mię. Na grzbiecie moim młotami bili grzesznicy, długo wywierali złość swoją! Ale Pan sprawiedliwy połamał karki grzesznikom!" Tak, o bracia moi, i siostry moje! A przecież dotychczas nie zmogli nas! I nie zmogą! Wasze zwycięstwo, to znak Boży — jakom już powiedział — że ulitował się Pan nad nami i żal Mu nas było, bo od wieków serca nasze trwają przy Nim, a nie miały co jeść! Wasze zwycięstwo, to znak Boży, mocą którego budzi się rycerstwo Świętej Jadwigi, od wieków śpiące w czeluściach śląskich kopalń. I wasze zwycięstwo — to znak Boży, że przyjdzie czas, iż Pan sprawiedliwy połamie karki grzesznikom, co już tak długo wywierają złość na nas i nasze dzieci! To znak Boży, wypowiadający się w słowach szlachetnego Niemca, biskupa Bogadeina, kiedy oświadczył, że pragnie pozostać obywatelem niemieckim, bo jest zupełnie przekonanym o przyszłym odbudowaniu Polski i nie czuje w sobie powołania być czynnym świadkiem boleści rodzenia się, odnawiającego się narodu polskiego. I ten ci znak Boży, o patrzcie, bracia i siostry, na ołtarz, ten ci znak Boży w tamtej glorii słonecznej, co w tej chwili promieniami swymi złoci godło naszej Ojczyzny!" I wskazał dłonią na ołtarz, gdzie u szczytu jarzył się srebrem orzeł polski, uchodzący u władz niemieckich za symbol Ducha Świętego. Podniosły się oczy ludu pod malowany strop. Dojrzały rozpiętego orła białego na najwyższym gzymsie ołtarza, zawsze w mrokach przebywającego, a teraz oświetlonego zabłąkaną smugą promieni słonecznych. Cisza się stała wielka w kościele, taka przelękniona cisza, że nic nie było słychać, jeno te głębokie westchnienia, idące jak szum kłosów na wietrze, a gdzieniegdzie głośne chlipanie w tłumie kobiet. Proboszcz zaś stał siwy, nachylony, z wyciągnietem ramieniem ku ołtarzowi, w krasie słonecznego światła, ujmującego głowę jego w jaśniejące kolisko, jak na świętym obrazku.
A gdy znużone ramię opadło powoli, zwrócił się znowu do swego ludu i tak mówi. "Módlmy się, o bracia i siostry w Chrystusie, by Pan Bóg zastępów, wywiódł nas z niewoli babilońskiej i poprowadził do Jeruzalem naszego, do wolnej Macierzy naszej! Módlmy się, o bracia i siostry najmilsze "by wrogi nasze, co opadły nas zewsząd jako pszczoły, zapłonęły jako ogień w cierniu, byśmy mogli kiedyś powiedzieć: ja w imię Pańskie pomściłem się za nimi! Zbaw lud Twój, Panie, a błogosław dziedzictwu Twojemu: i rządź nimi i wywyższaj ich aż na wieki wieków. Amen." Amen, odpowiedziało echo z ostatnich wnęk i zapadło w cisze. "Panbóg zapłać" zaszemrał lud w podzięce i ucichł, zasłuchany jeszcze w wspomnienia słyszanych słów Bożych, jak górnik, gdy w zwisający obwał węgla uderzy i słucha. Pochyliły się głowy w modlitwie. Stary proboszcz zszedł z ambony, suwając dłonią po poręczy, przesunął się pomiędzy tłumem dzieci i zniknął w chłodnym cieniu kruchty. W kościele podniósł się rumor, stukot splatanych kroków skłębił się w ciszy, ludzie wstawali z klęczek i jęli się garnać do głównych dźwierzy, rzeka ich wynurzyła się powoli na przykościelne podwórze, rozrzedzała w słońcu, na drogę wyciekała. Ulgę wynosili ludzie w swych sercach na słońce, a każdy miał w sobie proboszczowe słowa, jak garść najpiękniejszej pszenicy w dłoni. I jako rolnik radujący się złocistemu ziarnu, przesypuje je z dłoni do dłoni i pod światło patrzy, i uśmiecha bezwolnie, gdy widzi, że słońce łuszczy się złotymi plewami na ziarnach, tak i ludzie, przystanąwszy w gromady radowali się tamtymi świętymi słowami, przesypywali je sobie ze serca do serca, sycili ich dźwiękiem, poili ich słonecznością. Szli teraz wszyscy jeden obok drugiego, już nie wiele mówiący. Każdy Z nich myślał o tym samym: o słyszanym kazaniu. Lecz każdy na swój sposób. Jeden przechodził w myślach tamtą litanię krzywd, jakie spotkały Górnoślązaka od niepamiętnych czasów, zaciskał zęby, przełykał ślinę, wydymającą się żłócią, i myślał. A myśli były podobne do ciemnych chmurzysk, idących w ciemnej nocy po niebie. Inny rozpamiętywał widok proboszcza na ambonie, gdy słońce jego siwe włosy złocistym kręgiem złociło, jego oczy widział i ramię, wyciągnięte w kierunku białego orła na ołtarzowym gzymsie, a równocześnie lęk go zdejmował, gdy pomyślał że władze nie podarują mu tamtego kazania. "Zamkną nieboka do haresztu i tela bydzie mioł, borek ksieżoszek!" martwił się. Inny zaś w duszy swej był podobny do zaognionej rany, którą niebacznie palcem uraził. Wzbierała w nim zaciekłość, bo mu przypomniano krzywdy niesłuszne. Jedno jedyne zdanie uchwycił w całości i powtarzał bezwiednie: — "a ja w imię Pańskie pomściłem się za nimi". — Podziwejcie się, chłopi — odezwał się wreszcie jeden, wskazując ręką na dolinę — co ludzie z tej ziemi uczynili. — To zrobił człowiek ze ziemią, a — podobnie chcą uczynić Niemcy z nami. — Wiecie — żebychmy byli tacy sami potulni, jak tamta ziemia, co se pozwoli ze sobą nagrować — żebychmy im dawali swoje zdrowie i swoje siły i wszystko — żebychmy żyli, jak te otroki, bici, katowani . . . Nie doczekają, rzucił jeden hardo. — Ale tego się nie doczekają, dodał drugi. — Jak żyw nigdy - dorzucił trzeci. Podali sobie dłonie, powiedzieli: — Z Panem Bogiem." —
— Te opowiastkę, proszę sobie spamiętać - często do niej powracać.
Przed kilku tygodniami, będąc w innym mieście, spotkałem
się z młodym księdzem rzymskokatolickim. Widocznie dobry
to i zacny kapłan, lecz niestety, całkowicie zanglizowany. Proszę zauważyć, nie używam słowa zamerykanizowany, tylko
zanglizowany. Już prawie ani słówka po polsku. Wyłącznie po angielsku. Naturalnie, że pierwsze pytanie mi zadane było: "Czy warto jest nalegać aby młodzież nasza zachowała i używała języka polskiego, ponieważ z czasem ten język i tak zaginie?" — Ja też zamiast odpowiedzi stawiłem mu dwa pytania. Pierwsze, Ksiądz ma ogród. W tym ogrodzie pełno ślicznych kwiatków: są tam różyczki, lilijki, bratki, narcyzy, niezapominajki, goździki i bławatki. Ksiądz wie dobrze, że potrwają one tylko miesiąc, dwa lub trzy, czy ksiądz dla tego, sam je zaraz powyrywa lub każe zaorać, lub zezwoli aby je zielsko przydusiło? Nie. Jeśli te kwiatki kocha, dbać o nie będzie, aby trwały jak najdłużej. Sam je wyplewi — zielsko powyrywa, podleje, zbyteczne gałązki poobcina, a cieszyć się będzie z każdego świeżego kwiateczka, nawet z każdego pączka.
Te kwiatki, to nasza mowa, nasze staropolskie zwyczaje i obyczaje. Kwiatki zwiędną, opadną, znikną a jednak dobrzy ludzie o nie dbają i je pielęgnują. Chociażby kiedyś miały zaginąć zwyczaje, obyczaje i mowa nasza, czy to jest powód abyśmy sami i dobrowolnie je zaniedbali lub porzucili? Śmieszne to! Zresztą nasz język i zwyczaje są nie tylko uświęcone wiekowymi tradycjami, lecz skąpane krwią męczeńską! Co zaś krwią ludzką, a do tego niewinną ochrzcone, to nigdy nie zaginie! — Drugie pytanie: Ksiądz wie, że nie tylko umrze, lecz musi umrzeć, czy wiec dlatego, wolno mu zaniedbywać swe zdrowie, czy nie powinien wołać lekarza, albo czy to jest powód aby popełnić samobójstwo, lub dobrowolnie szukać okazji uśmiercenia siebie? Przecież to sprzeciwia się nie tylko przykazaniu Bożemu, prawu naturalnemu, lecz i zdrowemu rozsądkowi ludzkiemu! — Wobec tego zdarzenia i dzisiejszego
ogólnego lekceważenia siebie i spraw naszych, ze strony duchowieństwa, zakonnic nauczycielek, i naszych profesjonalistów, w ostatniej mowie tego sezonu, pragnę słuchaczom i słuchaczkom, dodać otuchy w tej sprawie. Tytuł:
W GÓRĘ SERCA
Przytaczam co pisał G. Morcinek w książce: "Wyrąbany Chodnik." — "Kościół ligocki był wezbrany tłumem. W ławach siedzieli co stateczniejsi gospodarze i górnicy: żony ich strojne w białe, wykrochmalone czepki, i starsze dziewczyny pstrym mrowiem, zasiadły drugi rząd ławek; a za ławami, pod pawlaczem, i przed ołtarzem, czerniła się gęstwa roboczego ludu, jarzyły płowe czupryny dzieci, barwiły niedzielne stroje dziewczyn. Spod zgarniętych brwi chłopów i robotników patrzyły zimne, szare oczy, na twarzach, pokreślonych w bruzdy, tężało skupienie zamyślenie, a serca gorzały utajonym płomieniem. Czekali wszyscy księdza proboszcza, skoro na ambonę wyjdzie i słowem Bożem zwycięstwo ich ogłosi. Teraz starowina ksiądz proboszcz w kruchcie ornat zdejmuje, a ręce mu się trzęsą, serce zaś dygoce ze wzruszenia. Został w białej korakli, jedwabistym sznurem przepasanej. Kościelny Witoszek, stułę zawiesza mu na ramiona, a jeden jej koniec z haftowanym krzyżem pod stare usta proboszczowe podnosi. Całują usta haftowany krzyż na stulę, a serce dygoce ze wzruszenia. Wyszedł. Podniosły się oczy na schyloną postać, wspierają z miłością jego znużone nogi, na ambonę prowadzą. Na ambonie złoconej, ponad głowy wyniesionej, rozsrebrzyły się siwe włosy proboszczowe, rozgorzały modre oczy dobrocią. Ukląkł, zakrył twarz białymi dłońmi i jął się w głos modlić, a ludzie mu odpowiadali. Potem odczytał ewangelię świętego Marka, rozdział 8, wiersz l — 9, o nasyceniu czterech tysięcy mężów. Powiódł oczyma po tłumie. W kościele odezwały się chrząkania, pokaszliwania, głośne wycieranie nosów i szeleszczące poprawiania się w ławach, wszystko po to, by wygodniej słuchać kazania. Wiedzieli, że kazanie będzie dzisiaj wielkie, niezwykłe, że ich ksiądz proboszcz, który sam na swych parafian wpływał i prosił, i zaklinał, by głos na swojego posła oddali, nie omieszka podzielić się wspólną radością ze wszystkimi, że kazanie dzisiejsze nie będzie się składało z dobieranych słówek, lecz szczere, prawdziwe, z serca dyktowane. Uciszyło się. A wtedy z ambony przyszły słowa łagodne, ciche, spokojne, jak uśmiech dziecka. "Żal mi ludu, iż oto już trzy dni trwają przy mnie, a nie mają, co by jedli." Najdrożsi Bracia i Siostry w Chrystusie! — Jako to słońce niebieskie, które Bóg w swej łaskawości na te ziemię ściele, jako ta radość przeogromna, która na jego widok w każdej duszy zakwita — bo raduje się człowiek mającym nadejść urodzajnym żniwom — tak i wasze zwycięstwo czwartkowe, bracia i siostry, niechaj będzie dzisiaj dla was, jak ono słonko, co mroki waszego zwątpienia precz odeżnie, a serca wasze stroskane uradowaniem po brzegi napełni, w przecudne kwiecie zamieni, w nadzieje źrałych żniw przeistoczy. "Żal Mi ludu, iż oto już trzy dni trwają przy Mnie, a nie mają co by jedli." — I spojrzał Pan na lud swój w nieogarnionej dobroci, ulitował się nad nami biednymi i wzgardzonymi przez możnych tego świata. Bo jako tamci mężowie na pustyni głodni byli, tak i my głodni byliśmy, głodny byłeś, bracie Ślązaku i głodna byłaś, siostro Ślązaczko, głodna tego chleba, którego dusze wasze łakną. Głodni byliśmy sprawiedliwości dziejowej. "Rozmnożyli się nad włosy głowy mojej ci, którzy mię nienawidzą bez przyczyny. Zmogli się, nieprzyjaciele moi, którzy mię przesladują niesprawiedliwie. - Ach, chcieli bym stał się obcym dla braci mojej, cudzym dla synów matki mojej." Ileż to razy wyrywały się nam z duszy słowa psalmisty, ileż razy zwątpienie czarne ogarniało serca nasze, widząc się zewsząd otoczeni morzem nieprawości i wrogiej przemocy.
- Dobrze mówi nasz księżoszek — myśleli ludzie, słuchający z zapartym dechem proboszczowych słów. Nie były już one uśmiechnięte, zgasnął w nich uśmiech łagodności, co potrafi zło przebaczać. Stopniowo nabrzmiewały goryczą, pęczniały bólem, szły, jak łkająca skarga małej sieroty, której się krzywda niesłuszna dzieje, a politowania próżno u ludzi czeka. Zwierały się szczeki u chłopów i górników, jak wtenczas, gdy w ludzkiem sercu, gniew powoli się budzi, powlekały się oczy szarym mrozem, wspomnienie doznawanych krzywd rozpaloną smołą kapało w niezagojone rany. A tymczasem w proboszczowych oczach rozżegały się płomienie, zmarszczona twarz ożywiała, a słowa jego szły coraz większe, rosły, olbrzymiały, jak pożar: "rozwścieczone bałwany - zawieruchy germańskiej biją w wątłe przyciesie domostwa naszego, rozpętała się siła, ta siła, co przed prawem idzie, siła plugawa za poszeptem diabelskim zrodzona, rozpętała się nad wszelkie serca ludzkiego zrozumienia, by węgły ojcowizny naszej podważyć, by serca nasze polskie z piersi wyrwać, by języka zapomnieć, naszej Matki najmilszej, Polski, po wiekuiste czasy się wyrzec, by pamięci nie stało, że na piastowskiej ziemi piastowy lud włodarzył, ten sam lud, co pod Legnicą Europę chrześcijańską swoją piersią bronił, ten sam lud, co wrogów swej Macierzy na Psiem Polu z pomocą Boga poraził — zniszczyć nas pragnie, wytępić, wszelki ślad zatrzeć, jak uczynił z naszymi braćmi Słowianami w zaraniu wieków nad Łabą i Odrą! Przychodzi ten wróg odwieczny, jak ten szatan, co kąkol w noc ciemną w zboże siał. I w serca nasze i naszych dzieci sieje swój kąkol, truje swym jadem plugawym, odszczepieństwa od mowy swych przodków uczy, serca kazi pokusą judaszowskiej zapłaty. Przychodzi ten wróg odwieczny na ziemię naszą i braci naszych na poniewierkę wygania, z ojcowizny wyzuwa, dumny, odęty pychą szatańską, pieniący się złością." Załamał się głos siwego księdza. Dobiegł do najwyższego napięcia, uderzył ostatkiem siły, jak miot w dzwoniący spiż i załamał się. Brakło już serca na pomieszczenie goryczy. Stanęły przed oczyma zebranych wizerunki ubiegłych chwil, w których rozszalała się burza germańska. Patrzyły oczy zebranych po raz wtóry na chwile własnej udręki, jaką im zgotował żelazny kanclerz Bismarck, po raz wtóry posłyszeli jego słowa, pisane do swej siostry w roku 1861! — "Bijcie Polaków — pisał — ażeby aż o życiu zwątpili. Jeśli my chcemy istnieć, to nie pozostaje nam nic innego, jak ich wytępić — "ausrotten" jak się wyraził. Tak. "Ausrotten!" Przyszły do nich wspomnienia walki kulturalnej, rozpoczętej od roku 1871, niemczenie szkół polskich, katowanie dzieci polskich, sięganie drapieżnej ręki po język polski w nauczaniu religii, w śpiewie kościelnym i w samym kościele, rugi Polaków w roku 1886, kiedy to 40 tysięcy braci wydalono z granic Górnego Śląska i Poznańskiego, aresztowania, kary, szykany w kopalniach i w hutach, wykoślawianie nazwisk w metrykach. Boże! Któżby to zliczył? — Lecz przypomniały się i księdza Damrota słowa, kiedy je napisał, gdy przyszła wieść, że uchwalono sto milionów marek na wywłaszczenie chłopa polskiego.
Sto milionów marek to nie fraszka. Można wykupić województwo całe. Lecz walka z ludem polskim nie igraszka. Aby go zniemczyć — i Niemcy za małe!
Tak, aby zniszczyć — i Niemcy za małe. I chociaż rugi powtórzyły się w roku 1898, nie złamali nas dotychczas. Lecz czy i nadal wydzierżymy? Boże, czy i nadal wydzierżymy? Serca nasze płakały: — skarżyły się słowa z ambony — serca nasze płakały: "Panie, jak mnodzy są ci, co mię cisną! Siła ich powstała przeciwko mnie. A mnóstwo jest tych, co mówią o mnie: Nie masz dlań ratunku w Bogu jego! — Lud nasz śląski, to jak ten Łazarz biedny, przez trzy dni w grobie złożony, kamieniem ciężkim przywalony, nie mający już nigdy powstać. A przyszedł Pan i kamień odwalić kazał i w ciemny grobowiec wstąpił i Łazarza wskrzesił. I Łazarz wstał, spętany powijakami, jako go w grób włożono umarłego. Wskrzesił nas Pan, nie pozwolił pozostać w ciemnicy grobu. A teraz tamte powijaki rozwiązujem, jeden po drugim, i precz odrzucamy, aby wstać i wyjść z ciemnicy na światło Boże. Lud nasz śląski — jako ta ruda twarda, skamieniała, którą ty bracie hutniku, na pożyteczny metal przetapiasz. I jako to dzisiaj czynisz, tak przyjdzie czas, że i swoje serce przetopisz do ostatka w ogniu umiłowania Ojczyzny swojej na szlachetny metal dzwoniący, z którego trzeba nam będzie jakoby miecze ukuć, wtedy, gdy przyjdzie ostatni znak Boży. A znak Boży zbliża się, o bracia moi! Lud nasz śląski — jako ta ziemia nasza, którą ty rolniku, bracie mój, pod przyszłe ziarno w trudzie uprawiasz. W mozole szarego dnia krajesz jej skiby pługiem myśli o Matce-Polsce, na przyjęcie ziarna przysposabiasz, a ziarno pszenne, które na nią padnie, rozpleni się, o bracie mój, w szumne łany złociste . . . "Ległem do snu i spałem twardo: i wstałem żyw, bo Pan mię ochraniał!" - śpiewa psalmista. I myśmy legli do snu i spaliśmy twardo. Dziś wstajemy żywi, bo Pan nas ochrania. Zdobyłeś się, bracie, na odwagę śmiałego spojrzenia w zbójeckie oczy swojego wroga, nie ulękłeś się jego gniewu srogiego, i wybrałeś pięciu posłów swoich wbrew jego przewidywaniom i pogróżkom. Pójdą twoi wybrańcy do Berlina, by razem z braćmi z Poznańskiego bronić twoich praw do życia, domagać się sprawiedliwości, całemu światu głosić twoją krzywdę i pohańbienie. Chwała ci za to i ty górniku, i ty hutniku i ty chłopie śląski, bracia wy moi najmilsi! Chwała i tobie matko-Ślązaczko, i tobie dziewczę śląskie, co w sercach swoich nie pozwolicie przygasnąć płomieniowi świętemu, a którym się serce twojego syna czy męża czy narzeczonego do umiłowania swej Macierzy rozpala! "Często uderzali na mnie, - woła psalmista — uderzali od młodości mojej. a przecież nie zmogli mię. Na grzbiecie moim młotami bili grzesznicy, długo wywierali złość swoją! Ale Pan sprawiedliwy połamał karki grzesznikom!" Tak, o bracia moi, i siostry moje! A przecież dotychczas nie zmogli nas! I nie zmogą! Wasze zwycięstwo, to znak Boży — jakom już powiedział — że ulitował się Pan nad nami i żal Mu nas było, bo od wieków serca nasze trwają przy Nim, a nie miały co jeść! Wasze zwycięstwo, to znak Boży, mocą którego budzi się rycerstwo Świętej Jadwigi, od wieków śpiące w czeluściach śląskich kopalń. I wasze zwycięstwo — to znak Boży, że przyjdzie czas, iż Pan sprawiedliwy połamie karki grzesznikom, co już tak długo wywierają złość na nas i nasze dzieci! To znak Boży, wypowiadający się w słowach szlachetnego Niemca, biskupa Bogadeina, kiedy oświadczył, że pragnie pozostać obywatelem niemieckim, bo jest zupełnie przekonanym o przyszłym odbudowaniu Polski i nie czuje w sobie powołania być czynnym świadkiem boleści rodzenia się, odnawiającego się narodu polskiego. I ten ci znak Boży, o patrzcie, bracia i siostry, na ołtarz, ten ci znak Boży w tamtej glorii słonecznej, co w tej chwili promieniami swymi złoci godło naszej Ojczyzny!" I wskazał dłonią na ołtarz, gdzie u szczytu jarzył się srebrem orzeł polski, uchodzący u władz niemieckich za symbol Ducha Świętego. Podniosły się oczy ludu pod malowany strop. Dojrzały rozpiętego orła białego na najwyższym gzymsie ołtarza, zawsze w mrokach przebywającego, a teraz oświetlonego zabłąkaną smugą promieni słonecznych. Cisza się stała wielka w kościele, taka przelękniona cisza, że nic nie było słychać, jeno te głębokie westchnienia, idące jak szum kłosów na wietrze, a gdzieniegdzie głośne chlipanie w tłumie kobiet. Proboszcz zaś stał siwy, nachylony, z wyciągnietem ramieniem ku ołtarzowi, w krasie słonecznego światła, ujmującego głowę jego w jaśniejące kolisko, jak na świętym obrazku.
A gdy znużone ramię opadło powoli, zwrócił się znowu do swego ludu i tak mówi. "Módlmy się, o bracia i siostry w Chrystusie, by Pan Bóg zastępów, wywiódł nas z niewoli babilońskiej i poprowadził do Jeruzalem naszego, do wolnej Macierzy naszej! Módlmy się, o bracia i siostry najmilsze "by wrogi nasze, co opadły nas zewsząd jako pszczoły, zapłonęły jako ogień w cierniu, byśmy mogli kiedyś powiedzieć: ja w imię Pańskie pomściłem się za nimi! Zbaw lud Twój, Panie, a błogosław dziedzictwu Twojemu: i rządź nimi i wywyższaj ich aż na wieki wieków. Amen." Amen, odpowiedziało echo z ostatnich wnęk i zapadło w cisze. "Panbóg zapłać" zaszemrał lud w podzięce i ucichł, zasłuchany jeszcze w wspomnienia słyszanych słów Bożych, jak górnik, gdy w zwisający obwał węgla uderzy i słucha. Pochyliły się głowy w modlitwie. Stary proboszcz zszedł z ambony, suwając dłonią po poręczy, przesunął się pomiędzy tłumem dzieci i zniknął w chłodnym cieniu kruchty. W kościele podniósł się rumor, stukot splatanych kroków skłębił się w ciszy, ludzie wstawali z klęczek i jęli się garnać do głównych dźwierzy, rzeka ich wynurzyła się powoli na przykościelne podwórze, rozrzedzała w słońcu, na drogę wyciekała. Ulgę wynosili ludzie w swych sercach na słońce, a każdy miał w sobie proboszczowe słowa, jak garść najpiękniejszej pszenicy w dłoni. I jako rolnik radujący się złocistemu ziarnu, przesypuje je z dłoni do dłoni i pod światło patrzy, i uśmiecha bezwolnie, gdy widzi, że słońce łuszczy się złotymi plewami na ziarnach, tak i ludzie, przystanąwszy w gromady radowali się tamtymi świętymi słowami, przesypywali je sobie ze serca do serca, sycili ich dźwiękiem, poili ich słonecznością. Szli teraz wszyscy jeden obok drugiego, już nie wiele mówiący. Każdy Z nich myślał o tym samym: o słyszanym kazaniu. Lecz każdy na swój sposób. Jeden przechodził w myślach tamtą litanię krzywd, jakie spotkały Górnoślązaka od niepamiętnych czasów, zaciskał zęby, przełykał ślinę, wydymającą się żłócią, i myślał. A myśli były podobne do ciemnych chmurzysk, idących w ciemnej nocy po niebie. Inny rozpamiętywał widok proboszcza na ambonie, gdy słońce jego siwe włosy złocistym kręgiem złociło, jego oczy widział i ramię, wyciągnięte w kierunku białego orła na ołtarzowym gzymsie, a równocześnie lęk go zdejmował, gdy pomyślał że władze nie podarują mu tamtego kazania. "Zamkną nieboka do haresztu i tela bydzie mioł, borek ksieżoszek!" martwił się. Inny zaś w duszy swej był podobny do zaognionej rany, którą niebacznie palcem uraził. Wzbierała w nim zaciekłość, bo mu przypomniano krzywdy niesłuszne. Jedno jedyne zdanie uchwycił w całości i powtarzał bezwiednie: — "a ja w imię Pańskie pomściłem się za nimi". — Podziwejcie się, chłopi — odezwał się wreszcie jeden, wskazując ręką na dolinę — co ludzie z tej ziemi uczynili. — To zrobił człowiek ze ziemią, a — podobnie chcą uczynić Niemcy z nami. — Wiecie — żebychmy byli tacy sami potulni, jak tamta ziemia, co se pozwoli ze sobą nagrować — żebychmy im dawali swoje zdrowie i swoje siły i wszystko — żebychmy żyli, jak te otroki, bici, katowani . . . Nie doczekają, rzucił jeden hardo. — Ale tego się nie doczekają, dodał drugi. — Jak żyw nigdy - dorzucił trzeci. Podali sobie dłonie, powiedzieli: — Z Panem Bogiem." —
— Te opowiastkę, proszę sobie spamiętać - często do niej powracać.
STAŃ - POPATRZ - POSŁUCHAJ - pogadanka o. Justyna z 7.04.1935 r.
Witam Was Zacni Rodacy i Mile Rodaczki słowami: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.
Jeszcze tylko dwa tygodnie, a wielki post należeć będzie do historii. Ucichną żałosne pieśni: "Ach mój Jezu, jak Ty klęczysz, w Ogrójcu zakrwawiony" i "Jezu Chryste, Panie miły, Baranku bardzo cierpliwy, wzniosłeś na krzyż ręce swoje za niesprawiedliwość moją", oraz inne prześliczne i wzruszające i serca ludzkie kruszące piosnki, a lud wierzący, głosem radosnym da upust swym uczuciom, w pieśniach: "Chrystus Zmartwychwstan Jest" i "Wesoły nam dzień dziś nastał". — Zanim jednak rozważać będziemy Mękę Pańską, smutną i bolesną, w Niedzielę Palmową, zanim w Niedzielę Wielkanocną rozmyślać będziemy zwycięstwo prawdy nad kłamstwem, światłości nad ciemnościami, życia nad śmiercią, dziś, w Niedzielę Pasyjną, zatrzymajmy się na chwilę i zgrupujmy myśli nasze nad sobą. Każdy i każda niech wejrzy nieco głębiej w dusze swoją, w sumienie i w serce swoje, i zapyta się tak szczerze i na serio: czy u mnie wszystko w porządku? Bo tylko ten i ta mogą wesoło i w zadowoleniu obchodzić Wielką Noc, którzy czas Wielkiego Postu spędzili podporządkując siebie Bogu i zastosowując życie swoje nakazom Bożym. — Raz jeszcze mówię, że dziś nie ma na kuli ziemskiej ludu tak zacnego i uczciwego, jak nasz lud polski. Obejmuje to starszych, młodzież i dzieci nasze. Pobożność, spokój, miłosierdzie, pracowitość i zgoda to cnoty chwalebne, któremi nasi zawsze się odznaczali i dziś się odznaczają. Jednak nie wszyscy. Mamy ojców, którzy nie ze złośliwości, tylko z obojętności zaniedbali przystępować do Sakramentów św., albo nie chodzą do kościoła, albo lekceważą sobie posty; inni, ze zwątpienia i rozpaczy, aby polepszyć sobie byt życiowy, zapisali się do stowarzyszeń wolnomyślicieli lub komunistów; inni, poddali się zniechęceniu i oddali się pijaństwu; inni, dręczeni niepewnością jutra, popadli w nienawiść wszystkiego co nasuwa myśli o Bogu i prawdach Bożych: inni opuścili domy i rodziny i poszli w świat, prowadząc życie pełne obłudy i fałszu! Mamy matki i żony, które zapominają o swych zaszczytnych i świętych obowiązkach, porzuciły męża i dzieci i wybrały sobie drogę szeroką i luźną, przy końcu której znajdują niezadowolenie i zgryzoty. Są matki i żony, które mimo ślubów małżeńskich nie uznają żadnych praw Bożych nad sobą, porzucają uczciwość, wierność i nierozerwalność jako coś przeżytego i średniowiecznego. Mamy synów i córki, które zrzucają ze siebie, jak kajdany niewolnicze, wszelkie obowiązki względem Boga Stworzyciela i względem rodziców — żywicieli, radców i najlepszych i najdbalszych opiekunów na świecie. Mamy młodzieńców i panny, rzucających się na oślep w wir życia, bez względu z kim, obiecujących sobie wszystko, twierdzących, że ponieważ człowiek tylko raz żyje, a w dodatku życie ludzkie jest krótkie i niepewne, trzeba to wykorzystać. Wszystko to wyrażają w haśle życiowem; "Step on the gas". — Skutek tego amerykańskiego rozkazu, "step on the gas" — kalectwo umysłowe, niedołęstwo fizyczne, przedwczesne wypalenie sił i zdolności, a potem? No, a potem czasowe odpoczywanie w przytułku — więzieniu! A potem? Niespokojna i rozpaczliwa — śmierć! A potem? Szczególnie do tych i im podobnych zwracam się w mowie dzisiejszej, którą tytułuję:
STAŃ — POPATRZ — POSŁUCHAJ
Przy nieomal każdej krzyżówce kolejowej stoi ostrzeżenie, które zwraca uwagę przechodniów, aby mieli się na baczności, ponieważ nieostrożność i niedbałość mogą przypłacić nie tylko kalectwem i cierpieniami, lecz nawet — śmiercią. Mimo to, ile tysięcy ludzi rokrocznie pada ofiarami osobistego niedbalstwa, nieostrożności, zuchwalstwa i urojonej odwagi, która zamienia się w zarozumiałość i głupotę. To obrazek życia ludzi, którzy nie chcą przystanąć, nie dbają popatrzeć, i nie mają czasu posłuchać. Słowem, nie chcą uczyć się od drugich, bo myślą, że wszystko wiedzą. My pragniemy prowadzić własne życie, chcemy żyć jak się nam podoba. W następującym obrazku, nieznanego autora, może niejedni zobaczą odbitkę własnego życia!
Oto: "Kiedy była dzieckiem, ojciec nazywał ją swoją jutrzenką, a matka pociechą. Ukochaniem była wszystkich, bo wcześnie pozwolił Bóg rozwinąć się jej uczuciom. Od progu domu jej ojców nie odszedł ubogi bez datku i dobrego słowa, a na wsi, iść do panienki, użalić się przed panienką, poprosić panienki, znaczyło tyle, co otrzymać to wszystko, czego się potrzebowało od jej rodziców! Błogosławił każdy te jasnowłosą dziewczynę, a ona wzrastała pod promieniami tego błogosławieństwa, jak rośnie kwiat pod blaskiem słońca, i pełno było pogody w jej duszy, a miłości w sercu dla wszystkich, co żyli blisko niej i dla tego zakątka, w którym światło Boże ujrzała. Kochała stare sługi rodziców i bosą dziatwę wiejską i kaleki niedołężne w łachmanach i tego dziadka z białą brodą i nogą drewnianą, co o każdej porze dnia przy pochylonej kapliczce na rozdrożu szeptał swoje pacierze i pomarszczonemi palcami przesuwał ziarnka różańca. Kochała bardzo matkę i ojca, a najbardziej tego braciszka swego o czarnych włosach i oczach płomienistych. Byli szczęśliwi oboje. Od jutra żądali tylko, aby było podobne do dnia dzisiejszego, i ku odleglejszej przyszłości, którą ich wzrok przeczuwał tam, hen za mgłami i tumanami, wyciągali ręce z ufnością nieświadomych, a szczęśliwych. Czyż wiedzieli cokolwiek o burzach i gromach życia? O Bogu i ludziach, o tym co było przed wiekami i o tym, co niedawne, a nie przebrzmiało jeszcze, dowiadywali się z ust matki najpierw, później od ojca, a że ciekawi byli i niecierpliwi, więc dopełniali sobie tego każdą pochwyconą książką. Tak upływały lata dzieciństwa tym dwojgu. Później, jego odwieźli do miasta dalekiego, a ona rosła dalej pod kierunkiem matki dobrej i ojca, który zasobami swego umysłu dzielił się z dzieckiem ukochanem i nie przestawał je jutrzenką swą nazywać. Bo w samej rzeczy jutrzenka było jemu i ludziom to jasnowłose dziewczę. Brat przyjeżdżał trzy razy do roku. Dziewczyna czekała na niego, jak się czeka na szczęście; po odjeździe każdym płakała, jak po utracie szczęścia. A co oni tam przez te tygodnie i miesiące jego pobytu w domu naroili, wiele zamków na lodzie nabudowali — o tym wiedziało tylko ich dwoje. Nadszedł jednak czas, kiedy wszystko miało się odmienić w starym wioskowym dworku, ale zmiana ta zaszła niespodziewanie starych rodziców. Coś nie coś odgadywali, przeczuwali, ale jako dzieci innego wieku, niewiele zrozumieć mogli i tego, co im zagrażało. A młodzi? O, między młodymi szybko przeobrażało się teraz wszystko. Pora zachwytów młodzieńczych już minęła. Teraz on mówił inaczej, bo jemu ludzie, według słów jego własnych, rozświecili w głowie i zapragnął podzielić się i z siostrą tym, co uważał za zdobycz nieocenioną. Siostra wpatrywała się w niego jak dawniej, wierzyła mu zawsze jednakowo, ale zrazu trudno jej było zrozumieć go, a później czuła, że w miarę jak go rozumieć poczyna, ubywa jej szczęścia i spokoju. Chwytała się jak deski zbawienia tych mar swoich z ubiegłej niedawno przeszłości i chciała siebie i brata w tym raju zatrzymać, płakała i modliła się, ale za słabe były jej siły. Brat pociągał ją jak przeznaczenie, wahała się, oglądała, ale szła za nim. Już to nie słoneczne były te światy, w które on wiódł teraz za sobą to dziewczę jasnowłose, ale jakieś krainy ponure a zimne, gdzie zamiast świątyń spotykali gmachy surowe, a zamiast niebieskiego stropu tumany mgły i opary unosiły się nad niemi. Coraz posępniej było w starym, modrzewiowym dworku. Dusza jego - to dziewczę modrookie niby ptak raniony przestało snuć pieśni szczęścia dokoła siebie. Już jej tu nieswojo było. Ani ona do tych ludzi, ani ci ludzie do niej! Rodzice nieśmiało rzucali sobie nawzajem jakieś kłamliwe słowa pociechy, wmawiali w siebie, że tak zawsze bywa, gdy pisklętom wyrastają skrzydła do lotu, że to oni zapewne tacy zaspani, starzy i zgrzybiali... Ale przed sobą, każde z nich zosobna przyznawało, że szczęście spod ich strzechy uleciało na zawsze. Wkrótce chłopiec wyfrunął w świat daleki. Zostawił rodziców chylących się ku starości i to dziewczę, dojrzewające ze smutkiem w sercu, wielkim rozdźwigkiem myśli i znamienną zmarszczką zadumy i frasunku na pogodnym jeszcze niedawno czole. Jakże jej ciasno i duszno było teraz w tych ścianach ... wszystko, co cieszyło wczoraj, wstrętnym się teraz wydawało. Od niego listy przychodziły pełne jakichś nowych dla niej zleceń i rad, coraz więcej mówił o wielkich celach, coraz częściej powtarzał wyraz "ludzkość", coraz śmielej darzył pogardą stare "przesądy". Bolał przy tym nad siostrą, żałował jej, że taki duch, jak jej, zmarnieje tam, skazany na zagładę, jeżeli nie poczuje i ona w sobie siły potrzebnej do strząśnięcia pleśni przesądów. Dziewczę robiło, co mogło, by mu wierną pozostać. Myślała jak polecał, wczytywała się w to, co wskazywał i dla rodziców zachowywała spokojny uśmiech męczennicy. Tymczasem zaczęła coraz częstsze, coraz bardziej naglące listy odbierać; większej ich części nie pokazywała już teraz rodzicom, bo walka w niej coraz cięższa, coraz mozolniejsza była, pasowanie się z sobą z każdym dniem boleśniejsze. Aż dnia jednego, strasznego dla ojca i matki, wypowiedziała i ona nareszcie to, czego dłużej utaić nie mogła. Ona musi tam, za nim, za bratem, bo tam świat i spełnienie jej przeznaczeń, tam światło i życie czeka na nią, a tu grób, pustka i nicość, tu śmierć... Pytają się jej nieśmiało, jak ich tak samych starych zostawi — odpowiedziała, że ma do spełnienia obowiązek, że człowiek się w niej obudził. Dużo mówiła takich rzeczy, których starzy rodzice zrozumieć wcale nie mogli. . . Czuli tylko biedni, że im ból piersi rozrywa, ale przecież to ukochane ich dziecię powiada, że tu śmierć dla niej, jeśli jej nie puszczą. Puścili. Pojechała. Kilka wyrazów nieznaną ręką skreślonych odebrała po dwóch latach na obczyźnie ta, którą ojciec niegdyś jutrzenka swą nazywał. Jakiś dziwny powiew przyniosło ze sobą to pismo, a na szczególną chwilę przełomu, dokonywającego się w jej duszy, sądzono mu było dotrzeć do niej. Gdy je z chwilowym rumieńcem na wybladłej twarzy odczytuje, wstrząsa nią jakiś dreszcz nerwowy. Ona nie chce jeszcze sama nazwać się ofiarą, a jednak ofiarą jest prawdziwą. Narzucił jej ten brat ukochany swój sposób widzenia, postawił naukę na miejscu dawnych ołtarzów dzieciństwa i nie dopuścił nawet, by udoskonalenie własnego umysłu z pożytkiem dla ludzi połączyć mogła. Sucha wiedza, jakaś mieszanina przyrodoznawstwa i metafizyki dana na pokarm duchowi niewieściemu wzamian za zrezygnowanie ze wszystkich bożyszcz lat dziecięcych. A w dodatku sam brat! Cóż zrobił z siebie? Toż stał się dezerterem spod własnej chorągwi i ją w połowie drogi zostawił — on teraz już nie fanatyk wiedzy, za jakiego go miała, ale marzyciel nałogowy, niepoprawny. A ona? Ona przez poczucie godności, przez upór, miłość, własną, ona stoi przy swojem i powiada, że pójdzie do końca. Do końca . . . List nieznaną pisany ręką, mówił, że rodzice starzy i chorzy. List radził, żeby do nich zajrzeć, żeby ich zobaczyć i pocieszyć. Pojechała, i oto teraz zbliża się do granic posiadłości tych staruszków, których rysy czas niemal całkowicie zatarł w jej pamięci. Zawiadomiła ich o przybyciu swojem, bojąc się przerazić niespodzianką, a teraz żałuje, bo złą wybrała chwile. Toż to pojutrze Wielkanoc. .. Jak ona potrafi teraz przystosować się do dawnych obyczajów ? Jej to wszystko zmalało, zbladło, stało się śmieszne, a oni przecież z pewnością pozostali, jakimi dawniej byli. Nie chciałaby robić im przykrości swoją postawą, wyłączającą się od tradycyjnych obrzędów, wydających się jej przepotopowemi. Jakże sobie poradzi z takim zacofaniem.. . Gdyby przynajmniej ten brat był z nią, ale on tak jakoś poplątał losy swoje, że chyba już nigdy tu nie zajrzy, choćby nawet chciał jak najbardziej. Musiała jechać sama. Jak ich powitać? Co im powiedzieć? Przede wszystkim jak im oznajmić, że rychło znów wyjechać musi? Tyle tam przecież zaczęła pracy, pracy poważnej, która już uwagę powszechną zwracać poczęła... A przecież trzeba podtrzymywać honor kobiety, o której mówią, że w połowie drogi ustawać zwykła.
Stary Jan, który ją wiezie ze stacji, ciągle się ku niej zwraca i po raz setny usiłuje nawiązać rozmowę. Ale nie idzie... nie idzie wcale. Jemu dziwno, że to ta sama panienka, co jego dwie córki do chrztu trzymała i miała dla wszystkich dobre słowo, teraz . .. Teraz ona go słucha, przez grzeczność nawet zapytuje, ale Jan stary, choć prostak, potrafi rozróżnić przymus od skłonności serdecznej. Ona sama dziwi się, dlaczego to wszystko jest jej teraz tak rozpaczliwie obojętne, dlaczego po tych latach, przebytych poza domem rodzicielskim nie jest choćby ciekawsza wszystkiego, co się tu działo i dzieje. Czuje, że między dzieckiem urodzonem na tych równinach, w tym starym modrzewiowym dworku, a nią, kobietą uszlachetnioną przez naukę, jest przepaść ogromna. Dla niej droga powrotu jest już z pewnością zamknięta na zawsze. Przybyła. Powitali ją, jak skarby odzyskane, podawali sobie i odbierali sobie nawzajem. Jej samej serce uderzyło żywiej. Żal jakiś niezmierny mowę jej tamował. Boże, jacyż oni pochyleni, jacy starzy! Pytają o brata . . . Już się domyślają, że go nigdy nie zobaczą, więc łzy za straconym nazawsze wylewają. .. Jak spali jej rodzice tej pierwszej po jej przybyciu nocy? Ona nie spała wcale. Coś ją gniecie i przytłacza. Nie niechęć to, broń Boże, ani brak przywiązania. Ale jacy oni starzy, jacy nieszczęśliwi! . . . Kiedy myśleć o tym zacznie, zrywa się na łóżku, siada i na twarzy czuje płomień gorący. Sama nie wie, jak nazwać to uczucie, którego doświadcza. Nie uczyła się o tym. O, ty Jutrzenko
biedna, gdybyś nie była zapomniała tych prostych nauk, które ci w serce wpajała matka, wiedziałabyś, jak się to uczucie nazywa. Ale ty nie wiesz, bo ty już nic nie wiesz z tego, co stanowiło bogactwo i szczęście twego dzieciństwa... Jak cień przechodziła cały następny dzień. Rada by matkę staruszkę, z trudnością włóczącą nogi, w czymś wyręczyć, ale ta niczego jej się tknąć nie pozwoli. Pieści ją, całuje, ale często odwraca się i łzy ociera. Jest w tym obejściu się matki jakby skarga jakaś rzewna, jakby mówiła temu dziecku, co wczoraj zawitało pod rodzinną strzechę, że to nie dla niego takie zajęcia powszednie. Jakże to boli i drażni córkę. Gdyby chociaż matka zdrowiej i raźniej wyglądała. Ojciec co chwilę wchodzi do pokoju i wpatruje się w nią, a potem drży mu twarz jakoś dziwnie i wysuwa się cicho. Ona przecież wie, że wyjechać znów musi i oni zapewne rozumieją to równie dobrze, ale jak im to powiedzieć? Gdyby była przewidziała taką mękę, nie miałaby chyba siły siebie i ich na nią narażać. Zmierzchać się zaczyna. Już niedługo, a odpocznie. Może sen ulgę jej przyniesie. Jeszcze tylko cały szereg nużących starych zwyczajów, o których nieraz z bratem, w domu jeszcze, z taką niechęcią rozmawiali. Przypomina sobie teraz, ale to już nie niechęć, to trwoga i lęk jakiś chyba... Wszystko wreszcie skończyć się musi. Skończyło się więc i tradycyjne obchodzenie świętego wieczoru. Gwałt, jaki sobie przez cały czas zadawała, wyczerpał jej siły. Przeprasza rodziców, wymawia się utrudzeniem po podróży i prosi, by jej do pokoiku dla niej przeznaczonego odejść pozwolili. Oni śmieliby się jej sprzeciwić? Toż w całym ich obejściu się z nią tyle tylko widać przymusu, że nie wiedzą jak jej pobyt w domu uprzyjemnić. Oni tak małymi ludźmi wobec niej się czują... A przy tym lękają się o jej zdrowie. .. taka wybladla teraz, taka w niczym niepodobna do promyka światła, jakim dawniej była dla oczu ludzkich.
W swoim pokoiku rzuciła się w ubraniu na łóżko. Może w ten sposób prędzej zaśnie; ta noc wczorajsza taka była okropna, taka pełna mar i widziadeł strasznych. Nawet ją, kobietą światłą i trzeźwą, ścigają widziadła pod tym dachem omszałym. Wszak tam daleko wolną była od nich zupełnie. Tu zstąpił na nią niepokój, lek jakiś szczególny. Usnęła. Ale kresu męce, jak się zdaje, nie będzie. Czy to pożar? Te okna takim światłem płonące, te dziwne głosy jakieś! . . . To z czeladnej izby płynie to światło i ta fala głosów ludzkich tak gromkich, takich niesfornych, a takich znanych, takich znanych. . . Całą przeszłość wywołuje z zakątków pamięci ta pieśń szczególna. Słowa dochodzą do niej wyraźnie: Chrystus zmartwychwstan jest,
Nam na przykład dań jest,
Iż mamy zmartwychpowstać ...
Teraz już nie wie, co się z nią dzieje. Omackiem, z wyciągnietemi rękoma idzie ku tej pieśni i staje nareszcie na progu czeladnej, olśniona blaskiem świateł i widokiem tłumu ludzkiego, kluczącego, pokornego, rozśpiewanego... A tam na przedzie ta siwa głowa staruszki kochanej... Z boku wsparty na lasce ojciec, a łzy ciężkie, gorzkie płyną, mu na wąsy białe. Sama czuje, że łzy te muszą być gorzkie, jak skarga. Ta izba umajona. Toż to ona z bratem stroiła ją niegdyś na ten dzień uroczysty . .. Boże, gdzież te czasy!
— Panienka . .. panienka .. . zachorowała — słychać dokoła i w jednej chwili te dwie, troską i wiekiem pobielone głowy są obok niej i podnoszą ją staruszkowie i prowadzą do jej pokoiku dziecinnego, a wypytują co jej się stało, dlaczego nie powiedziała, że przyjdzie. Byliby blisko niej, nie byliby pozwolili, by padła na progu. . . Ona im nie odpowiada. Własnym tylko myślom odpowiada, jedno tylko powtarza zdanie: ja tu zostanę . .. zosranę .. . zostanę .. . Utulona przez tych biedaków dwoje, spoczywa teraz, jak niegdyś, na białych poduszkach ta główka jasnowłosa i śpi, a oddycha tak spokojnie, jak gdyby snu jej strzegły wszystkie dobre duchy tej omszałej strzechy. — Niedaleko na krześle siedzi na straży tego snu ojciec. Płacze i teraz starzec, ale to nie te same łzy, którymi się tak boleśnie skarży! Bogu przed paru godzinami, a tam, w pokoiku obok klęczy kobieta u stóp Chrystusa, który w dniu Zmartwychwstania swojego pozwolił jej dziecięciu powstać z grobu obojętności i oziębłości do życia wiary — dobrych uczynków — pokoju i zadowolenia!"
Mili radiosłuchacze, zanim zostawię was w rozmyślaniu nad tym obrazkiem, mam jedną prośbę do wszystkich, szczególnie zaś do tych, którzy zaniedbali się, albo opuścili się w swoich obowiązkach duchowych. Przypomnijcie sobie czasy dawniejsze. Sumienie wasze spokojne i serce zadowolone. Czemu dziś inaczej? Czy nie można odzyskać zdrowia umysłu, serca i ducha? Można i to takim tanim kosztem. Upokorzyć się i iść do Spowiedzi św. Ty ojcze, który nieraz jesteś pytany przez własne dziecko: "Tato, czemu nie idziecie z nami do kościoła i do Spowiedzi św.?" Porzuć twój nałóg pijaństwa lub zamiłowanie do gemblerki. Wyrzeknij się towarzyszy, którzy z uczciwości się wyśmiewają, z przykazań drwią i Bogu bluznią! Nie masz wyobrażenia jak Bóg ci to wynagrodzi. Staniesz się wzorowym mężem i przykładnym ojcem, dzieci twe błogosławić cię będą. Ty żono i matko, uprzytomnij sobie czym być powinnaś, a czym jesteś? Może cierpienia, krzyżyki i ciężary powołania zniechęciły cię do życia, stałaś się zgryźliwa i złośliwa? Przypomnij sobie czasy dawniejsze, wesołe i szczęśliwsze. Teraz jest czas odpowiedni, aby sobie zwrócić tę szczęśliwość i wesołość. Idźcie do Spowiedzi św. Synowie i córki, wy którzy jesteście przy rodzicach, na wasze szczęście, i wy, którym progi rodzicielskie się sprzykrzyły, rodziców opuściliście, na nieszczęście wasze, przypomnijcież sobie lata w domu spędzone. Spokój, radość i zadowolenie. I dziś tak być może, dziś tak być powinno. Idźcież do Spowiedzi św., przeproście najpierw waszego Boga i pojednajcie się z Nim. Potem przeproście i pojednajcie się z rodzicami waszymi. Wtenczas uroczystość Zmartwychwstania Pańskiego będzie i zmartwychwstaniem waszym; z pomocą Bożą, odwalicie kamień zniechęcenia i niedbałości, powstaniecie z grobu oziębłości, niepokoju i rozpaczy, do prawdziwego życia światłości, wiary i szczęścia. Wyraz "Alleluja" będzie nie tylko na ustach, lecz w duszy, po wszystkie dni życia waszego.
Jeszcze tylko dwa tygodnie, a wielki post należeć będzie do historii. Ucichną żałosne pieśni: "Ach mój Jezu, jak Ty klęczysz, w Ogrójcu zakrwawiony" i "Jezu Chryste, Panie miły, Baranku bardzo cierpliwy, wzniosłeś na krzyż ręce swoje za niesprawiedliwość moją", oraz inne prześliczne i wzruszające i serca ludzkie kruszące piosnki, a lud wierzący, głosem radosnym da upust swym uczuciom, w pieśniach: "Chrystus Zmartwychwstan Jest" i "Wesoły nam dzień dziś nastał". — Zanim jednak rozważać będziemy Mękę Pańską, smutną i bolesną, w Niedzielę Palmową, zanim w Niedzielę Wielkanocną rozmyślać będziemy zwycięstwo prawdy nad kłamstwem, światłości nad ciemnościami, życia nad śmiercią, dziś, w Niedzielę Pasyjną, zatrzymajmy się na chwilę i zgrupujmy myśli nasze nad sobą. Każdy i każda niech wejrzy nieco głębiej w dusze swoją, w sumienie i w serce swoje, i zapyta się tak szczerze i na serio: czy u mnie wszystko w porządku? Bo tylko ten i ta mogą wesoło i w zadowoleniu obchodzić Wielką Noc, którzy czas Wielkiego Postu spędzili podporządkując siebie Bogu i zastosowując życie swoje nakazom Bożym. — Raz jeszcze mówię, że dziś nie ma na kuli ziemskiej ludu tak zacnego i uczciwego, jak nasz lud polski. Obejmuje to starszych, młodzież i dzieci nasze. Pobożność, spokój, miłosierdzie, pracowitość i zgoda to cnoty chwalebne, któremi nasi zawsze się odznaczali i dziś się odznaczają. Jednak nie wszyscy. Mamy ojców, którzy nie ze złośliwości, tylko z obojętności zaniedbali przystępować do Sakramentów św., albo nie chodzą do kościoła, albo lekceważą sobie posty; inni, ze zwątpienia i rozpaczy, aby polepszyć sobie byt życiowy, zapisali się do stowarzyszeń wolnomyślicieli lub komunistów; inni, poddali się zniechęceniu i oddali się pijaństwu; inni, dręczeni niepewnością jutra, popadli w nienawiść wszystkiego co nasuwa myśli o Bogu i prawdach Bożych: inni opuścili domy i rodziny i poszli w świat, prowadząc życie pełne obłudy i fałszu! Mamy matki i żony, które zapominają o swych zaszczytnych i świętych obowiązkach, porzuciły męża i dzieci i wybrały sobie drogę szeroką i luźną, przy końcu której znajdują niezadowolenie i zgryzoty. Są matki i żony, które mimo ślubów małżeńskich nie uznają żadnych praw Bożych nad sobą, porzucają uczciwość, wierność i nierozerwalność jako coś przeżytego i średniowiecznego. Mamy synów i córki, które zrzucają ze siebie, jak kajdany niewolnicze, wszelkie obowiązki względem Boga Stworzyciela i względem rodziców — żywicieli, radców i najlepszych i najdbalszych opiekunów na świecie. Mamy młodzieńców i panny, rzucających się na oślep w wir życia, bez względu z kim, obiecujących sobie wszystko, twierdzących, że ponieważ człowiek tylko raz żyje, a w dodatku życie ludzkie jest krótkie i niepewne, trzeba to wykorzystać. Wszystko to wyrażają w haśle życiowem; "Step on the gas". — Skutek tego amerykańskiego rozkazu, "step on the gas" — kalectwo umysłowe, niedołęstwo fizyczne, przedwczesne wypalenie sił i zdolności, a potem? No, a potem czasowe odpoczywanie w przytułku — więzieniu! A potem? Niespokojna i rozpaczliwa — śmierć! A potem? Szczególnie do tych i im podobnych zwracam się w mowie dzisiejszej, którą tytułuję:
STAŃ — POPATRZ — POSŁUCHAJ
Przy nieomal każdej krzyżówce kolejowej stoi ostrzeżenie, które zwraca uwagę przechodniów, aby mieli się na baczności, ponieważ nieostrożność i niedbałość mogą przypłacić nie tylko kalectwem i cierpieniami, lecz nawet — śmiercią. Mimo to, ile tysięcy ludzi rokrocznie pada ofiarami osobistego niedbalstwa, nieostrożności, zuchwalstwa i urojonej odwagi, która zamienia się w zarozumiałość i głupotę. To obrazek życia ludzi, którzy nie chcą przystanąć, nie dbają popatrzeć, i nie mają czasu posłuchać. Słowem, nie chcą uczyć się od drugich, bo myślą, że wszystko wiedzą. My pragniemy prowadzić własne życie, chcemy żyć jak się nam podoba. W następującym obrazku, nieznanego autora, może niejedni zobaczą odbitkę własnego życia!
Oto: "Kiedy była dzieckiem, ojciec nazywał ją swoją jutrzenką, a matka pociechą. Ukochaniem była wszystkich, bo wcześnie pozwolił Bóg rozwinąć się jej uczuciom. Od progu domu jej ojców nie odszedł ubogi bez datku i dobrego słowa, a na wsi, iść do panienki, użalić się przed panienką, poprosić panienki, znaczyło tyle, co otrzymać to wszystko, czego się potrzebowało od jej rodziców! Błogosławił każdy te jasnowłosą dziewczynę, a ona wzrastała pod promieniami tego błogosławieństwa, jak rośnie kwiat pod blaskiem słońca, i pełno było pogody w jej duszy, a miłości w sercu dla wszystkich, co żyli blisko niej i dla tego zakątka, w którym światło Boże ujrzała. Kochała stare sługi rodziców i bosą dziatwę wiejską i kaleki niedołężne w łachmanach i tego dziadka z białą brodą i nogą drewnianą, co o każdej porze dnia przy pochylonej kapliczce na rozdrożu szeptał swoje pacierze i pomarszczonemi palcami przesuwał ziarnka różańca. Kochała bardzo matkę i ojca, a najbardziej tego braciszka swego o czarnych włosach i oczach płomienistych. Byli szczęśliwi oboje. Od jutra żądali tylko, aby było podobne do dnia dzisiejszego, i ku odleglejszej przyszłości, którą ich wzrok przeczuwał tam, hen za mgłami i tumanami, wyciągali ręce z ufnością nieświadomych, a szczęśliwych. Czyż wiedzieli cokolwiek o burzach i gromach życia? O Bogu i ludziach, o tym co było przed wiekami i o tym, co niedawne, a nie przebrzmiało jeszcze, dowiadywali się z ust matki najpierw, później od ojca, a że ciekawi byli i niecierpliwi, więc dopełniali sobie tego każdą pochwyconą książką. Tak upływały lata dzieciństwa tym dwojgu. Później, jego odwieźli do miasta dalekiego, a ona rosła dalej pod kierunkiem matki dobrej i ojca, który zasobami swego umysłu dzielił się z dzieckiem ukochanem i nie przestawał je jutrzenką swą nazywać. Bo w samej rzeczy jutrzenka było jemu i ludziom to jasnowłose dziewczę. Brat przyjeżdżał trzy razy do roku. Dziewczyna czekała na niego, jak się czeka na szczęście; po odjeździe każdym płakała, jak po utracie szczęścia. A co oni tam przez te tygodnie i miesiące jego pobytu w domu naroili, wiele zamków na lodzie nabudowali — o tym wiedziało tylko ich dwoje. Nadszedł jednak czas, kiedy wszystko miało się odmienić w starym wioskowym dworku, ale zmiana ta zaszła niespodziewanie starych rodziców. Coś nie coś odgadywali, przeczuwali, ale jako dzieci innego wieku, niewiele zrozumieć mogli i tego, co im zagrażało. A młodzi? O, między młodymi szybko przeobrażało się teraz wszystko. Pora zachwytów młodzieńczych już minęła. Teraz on mówił inaczej, bo jemu ludzie, według słów jego własnych, rozświecili w głowie i zapragnął podzielić się i z siostrą tym, co uważał za zdobycz nieocenioną. Siostra wpatrywała się w niego jak dawniej, wierzyła mu zawsze jednakowo, ale zrazu trudno jej było zrozumieć go, a później czuła, że w miarę jak go rozumieć poczyna, ubywa jej szczęścia i spokoju. Chwytała się jak deski zbawienia tych mar swoich z ubiegłej niedawno przeszłości i chciała siebie i brata w tym raju zatrzymać, płakała i modliła się, ale za słabe były jej siły. Brat pociągał ją jak przeznaczenie, wahała się, oglądała, ale szła za nim. Już to nie słoneczne były te światy, w które on wiódł teraz za sobą to dziewczę jasnowłose, ale jakieś krainy ponure a zimne, gdzie zamiast świątyń spotykali gmachy surowe, a zamiast niebieskiego stropu tumany mgły i opary unosiły się nad niemi. Coraz posępniej było w starym, modrzewiowym dworku. Dusza jego - to dziewczę modrookie niby ptak raniony przestało snuć pieśni szczęścia dokoła siebie. Już jej tu nieswojo było. Ani ona do tych ludzi, ani ci ludzie do niej! Rodzice nieśmiało rzucali sobie nawzajem jakieś kłamliwe słowa pociechy, wmawiali w siebie, że tak zawsze bywa, gdy pisklętom wyrastają skrzydła do lotu, że to oni zapewne tacy zaspani, starzy i zgrzybiali... Ale przed sobą, każde z nich zosobna przyznawało, że szczęście spod ich strzechy uleciało na zawsze. Wkrótce chłopiec wyfrunął w świat daleki. Zostawił rodziców chylących się ku starości i to dziewczę, dojrzewające ze smutkiem w sercu, wielkim rozdźwigkiem myśli i znamienną zmarszczką zadumy i frasunku na pogodnym jeszcze niedawno czole. Jakże jej ciasno i duszno było teraz w tych ścianach ... wszystko, co cieszyło wczoraj, wstrętnym się teraz wydawało. Od niego listy przychodziły pełne jakichś nowych dla niej zleceń i rad, coraz więcej mówił o wielkich celach, coraz częściej powtarzał wyraz "ludzkość", coraz śmielej darzył pogardą stare "przesądy". Bolał przy tym nad siostrą, żałował jej, że taki duch, jak jej, zmarnieje tam, skazany na zagładę, jeżeli nie poczuje i ona w sobie siły potrzebnej do strząśnięcia pleśni przesądów. Dziewczę robiło, co mogło, by mu wierną pozostać. Myślała jak polecał, wczytywała się w to, co wskazywał i dla rodziców zachowywała spokojny uśmiech męczennicy. Tymczasem zaczęła coraz częstsze, coraz bardziej naglące listy odbierać; większej ich części nie pokazywała już teraz rodzicom, bo walka w niej coraz cięższa, coraz mozolniejsza była, pasowanie się z sobą z każdym dniem boleśniejsze. Aż dnia jednego, strasznego dla ojca i matki, wypowiedziała i ona nareszcie to, czego dłużej utaić nie mogła. Ona musi tam, za nim, za bratem, bo tam świat i spełnienie jej przeznaczeń, tam światło i życie czeka na nią, a tu grób, pustka i nicość, tu śmierć... Pytają się jej nieśmiało, jak ich tak samych starych zostawi — odpowiedziała, że ma do spełnienia obowiązek, że człowiek się w niej obudził. Dużo mówiła takich rzeczy, których starzy rodzice zrozumieć wcale nie mogli. . . Czuli tylko biedni, że im ból piersi rozrywa, ale przecież to ukochane ich dziecię powiada, że tu śmierć dla niej, jeśli jej nie puszczą. Puścili. Pojechała. Kilka wyrazów nieznaną ręką skreślonych odebrała po dwóch latach na obczyźnie ta, którą ojciec niegdyś jutrzenka swą nazywał. Jakiś dziwny powiew przyniosło ze sobą to pismo, a na szczególną chwilę przełomu, dokonywającego się w jej duszy, sądzono mu było dotrzeć do niej. Gdy je z chwilowym rumieńcem na wybladłej twarzy odczytuje, wstrząsa nią jakiś dreszcz nerwowy. Ona nie chce jeszcze sama nazwać się ofiarą, a jednak ofiarą jest prawdziwą. Narzucił jej ten brat ukochany swój sposób widzenia, postawił naukę na miejscu dawnych ołtarzów dzieciństwa i nie dopuścił nawet, by udoskonalenie własnego umysłu z pożytkiem dla ludzi połączyć mogła. Sucha wiedza, jakaś mieszanina przyrodoznawstwa i metafizyki dana na pokarm duchowi niewieściemu wzamian za zrezygnowanie ze wszystkich bożyszcz lat dziecięcych. A w dodatku sam brat! Cóż zrobił z siebie? Toż stał się dezerterem spod własnej chorągwi i ją w połowie drogi zostawił — on teraz już nie fanatyk wiedzy, za jakiego go miała, ale marzyciel nałogowy, niepoprawny. A ona? Ona przez poczucie godności, przez upór, miłość, własną, ona stoi przy swojem i powiada, że pójdzie do końca. Do końca . . . List nieznaną pisany ręką, mówił, że rodzice starzy i chorzy. List radził, żeby do nich zajrzeć, żeby ich zobaczyć i pocieszyć. Pojechała, i oto teraz zbliża się do granic posiadłości tych staruszków, których rysy czas niemal całkowicie zatarł w jej pamięci. Zawiadomiła ich o przybyciu swojem, bojąc się przerazić niespodzianką, a teraz żałuje, bo złą wybrała chwile. Toż to pojutrze Wielkanoc. .. Jak ona potrafi teraz przystosować się do dawnych obyczajów ? Jej to wszystko zmalało, zbladło, stało się śmieszne, a oni przecież z pewnością pozostali, jakimi dawniej byli. Nie chciałaby robić im przykrości swoją postawą, wyłączającą się od tradycyjnych obrzędów, wydających się jej przepotopowemi. Jakże sobie poradzi z takim zacofaniem.. . Gdyby przynajmniej ten brat był z nią, ale on tak jakoś poplątał losy swoje, że chyba już nigdy tu nie zajrzy, choćby nawet chciał jak najbardziej. Musiała jechać sama. Jak ich powitać? Co im powiedzieć? Przede wszystkim jak im oznajmić, że rychło znów wyjechać musi? Tyle tam przecież zaczęła pracy, pracy poważnej, która już uwagę powszechną zwracać poczęła... A przecież trzeba podtrzymywać honor kobiety, o której mówią, że w połowie drogi ustawać zwykła.
Stary Jan, który ją wiezie ze stacji, ciągle się ku niej zwraca i po raz setny usiłuje nawiązać rozmowę. Ale nie idzie... nie idzie wcale. Jemu dziwno, że to ta sama panienka, co jego dwie córki do chrztu trzymała i miała dla wszystkich dobre słowo, teraz . .. Teraz ona go słucha, przez grzeczność nawet zapytuje, ale Jan stary, choć prostak, potrafi rozróżnić przymus od skłonności serdecznej. Ona sama dziwi się, dlaczego to wszystko jest jej teraz tak rozpaczliwie obojętne, dlaczego po tych latach, przebytych poza domem rodzicielskim nie jest choćby ciekawsza wszystkiego, co się tu działo i dzieje. Czuje, że między dzieckiem urodzonem na tych równinach, w tym starym modrzewiowym dworku, a nią, kobietą uszlachetnioną przez naukę, jest przepaść ogromna. Dla niej droga powrotu jest już z pewnością zamknięta na zawsze. Przybyła. Powitali ją, jak skarby odzyskane, podawali sobie i odbierali sobie nawzajem. Jej samej serce uderzyło żywiej. Żal jakiś niezmierny mowę jej tamował. Boże, jacyż oni pochyleni, jacy starzy! Pytają o brata . . . Już się domyślają, że go nigdy nie zobaczą, więc łzy za straconym nazawsze wylewają. .. Jak spali jej rodzice tej pierwszej po jej przybyciu nocy? Ona nie spała wcale. Coś ją gniecie i przytłacza. Nie niechęć to, broń Boże, ani brak przywiązania. Ale jacy oni starzy, jacy nieszczęśliwi! . . . Kiedy myśleć o tym zacznie, zrywa się na łóżku, siada i na twarzy czuje płomień gorący. Sama nie wie, jak nazwać to uczucie, którego doświadcza. Nie uczyła się o tym. O, ty Jutrzenko
biedna, gdybyś nie była zapomniała tych prostych nauk, które ci w serce wpajała matka, wiedziałabyś, jak się to uczucie nazywa. Ale ty nie wiesz, bo ty już nic nie wiesz z tego, co stanowiło bogactwo i szczęście twego dzieciństwa... Jak cień przechodziła cały następny dzień. Rada by matkę staruszkę, z trudnością włóczącą nogi, w czymś wyręczyć, ale ta niczego jej się tknąć nie pozwoli. Pieści ją, całuje, ale często odwraca się i łzy ociera. Jest w tym obejściu się matki jakby skarga jakaś rzewna, jakby mówiła temu dziecku, co wczoraj zawitało pod rodzinną strzechę, że to nie dla niego takie zajęcia powszednie. Jakże to boli i drażni córkę. Gdyby chociaż matka zdrowiej i raźniej wyglądała. Ojciec co chwilę wchodzi do pokoju i wpatruje się w nią, a potem drży mu twarz jakoś dziwnie i wysuwa się cicho. Ona przecież wie, że wyjechać znów musi i oni zapewne rozumieją to równie dobrze, ale jak im to powiedzieć? Gdyby była przewidziała taką mękę, nie miałaby chyba siły siebie i ich na nią narażać. Zmierzchać się zaczyna. Już niedługo, a odpocznie. Może sen ulgę jej przyniesie. Jeszcze tylko cały szereg nużących starych zwyczajów, o których nieraz z bratem, w domu jeszcze, z taką niechęcią rozmawiali. Przypomina sobie teraz, ale to już nie niechęć, to trwoga i lęk jakiś chyba... Wszystko wreszcie skończyć się musi. Skończyło się więc i tradycyjne obchodzenie świętego wieczoru. Gwałt, jaki sobie przez cały czas zadawała, wyczerpał jej siły. Przeprasza rodziców, wymawia się utrudzeniem po podróży i prosi, by jej do pokoiku dla niej przeznaczonego odejść pozwolili. Oni śmieliby się jej sprzeciwić? Toż w całym ich obejściu się z nią tyle tylko widać przymusu, że nie wiedzą jak jej pobyt w domu uprzyjemnić. Oni tak małymi ludźmi wobec niej się czują... A przy tym lękają się o jej zdrowie. .. taka wybladla teraz, taka w niczym niepodobna do promyka światła, jakim dawniej była dla oczu ludzkich.
W swoim pokoiku rzuciła się w ubraniu na łóżko. Może w ten sposób prędzej zaśnie; ta noc wczorajsza taka była okropna, taka pełna mar i widziadeł strasznych. Nawet ją, kobietą światłą i trzeźwą, ścigają widziadła pod tym dachem omszałym. Wszak tam daleko wolną była od nich zupełnie. Tu zstąpił na nią niepokój, lek jakiś szczególny. Usnęła. Ale kresu męce, jak się zdaje, nie będzie. Czy to pożar? Te okna takim światłem płonące, te dziwne głosy jakieś! . . . To z czeladnej izby płynie to światło i ta fala głosów ludzkich tak gromkich, takich niesfornych, a takich znanych, takich znanych. . . Całą przeszłość wywołuje z zakątków pamięci ta pieśń szczególna. Słowa dochodzą do niej wyraźnie: Chrystus zmartwychwstan jest,
Nam na przykład dań jest,
Iż mamy zmartwychpowstać ...
Teraz już nie wie, co się z nią dzieje. Omackiem, z wyciągnietemi rękoma idzie ku tej pieśni i staje nareszcie na progu czeladnej, olśniona blaskiem świateł i widokiem tłumu ludzkiego, kluczącego, pokornego, rozśpiewanego... A tam na przedzie ta siwa głowa staruszki kochanej... Z boku wsparty na lasce ojciec, a łzy ciężkie, gorzkie płyną, mu na wąsy białe. Sama czuje, że łzy te muszą być gorzkie, jak skarga. Ta izba umajona. Toż to ona z bratem stroiła ją niegdyś na ten dzień uroczysty . .. Boże, gdzież te czasy!
— Panienka . .. panienka .. . zachorowała — słychać dokoła i w jednej chwili te dwie, troską i wiekiem pobielone głowy są obok niej i podnoszą ją staruszkowie i prowadzą do jej pokoiku dziecinnego, a wypytują co jej się stało, dlaczego nie powiedziała, że przyjdzie. Byliby blisko niej, nie byliby pozwolili, by padła na progu. . . Ona im nie odpowiada. Własnym tylko myślom odpowiada, jedno tylko powtarza zdanie: ja tu zostanę . .. zosranę .. . zostanę .. . Utulona przez tych biedaków dwoje, spoczywa teraz, jak niegdyś, na białych poduszkach ta główka jasnowłosa i śpi, a oddycha tak spokojnie, jak gdyby snu jej strzegły wszystkie dobre duchy tej omszałej strzechy. — Niedaleko na krześle siedzi na straży tego snu ojciec. Płacze i teraz starzec, ale to nie te same łzy, którymi się tak boleśnie skarży! Bogu przed paru godzinami, a tam, w pokoiku obok klęczy kobieta u stóp Chrystusa, który w dniu Zmartwychwstania swojego pozwolił jej dziecięciu powstać z grobu obojętności i oziębłości do życia wiary — dobrych uczynków — pokoju i zadowolenia!"
Mili radiosłuchacze, zanim zostawię was w rozmyślaniu nad tym obrazkiem, mam jedną prośbę do wszystkich, szczególnie zaś do tych, którzy zaniedbali się, albo opuścili się w swoich obowiązkach duchowych. Przypomnijcie sobie czasy dawniejsze. Sumienie wasze spokojne i serce zadowolone. Czemu dziś inaczej? Czy nie można odzyskać zdrowia umysłu, serca i ducha? Można i to takim tanim kosztem. Upokorzyć się i iść do Spowiedzi św. Ty ojcze, który nieraz jesteś pytany przez własne dziecko: "Tato, czemu nie idziecie z nami do kościoła i do Spowiedzi św.?" Porzuć twój nałóg pijaństwa lub zamiłowanie do gemblerki. Wyrzeknij się towarzyszy, którzy z uczciwości się wyśmiewają, z przykazań drwią i Bogu bluznią! Nie masz wyobrażenia jak Bóg ci to wynagrodzi. Staniesz się wzorowym mężem i przykładnym ojcem, dzieci twe błogosławić cię będą. Ty żono i matko, uprzytomnij sobie czym być powinnaś, a czym jesteś? Może cierpienia, krzyżyki i ciężary powołania zniechęciły cię do życia, stałaś się zgryźliwa i złośliwa? Przypomnij sobie czasy dawniejsze, wesołe i szczęśliwsze. Teraz jest czas odpowiedni, aby sobie zwrócić tę szczęśliwość i wesołość. Idźcie do Spowiedzi św. Synowie i córki, wy którzy jesteście przy rodzicach, na wasze szczęście, i wy, którym progi rodzicielskie się sprzykrzyły, rodziców opuściliście, na nieszczęście wasze, przypomnijcież sobie lata w domu spędzone. Spokój, radość i zadowolenie. I dziś tak być może, dziś tak być powinno. Idźcież do Spowiedzi św., przeproście najpierw waszego Boga i pojednajcie się z Nim. Potem przeproście i pojednajcie się z rodzicami waszymi. Wtenczas uroczystość Zmartwychwstania Pańskiego będzie i zmartwychwstaniem waszym; z pomocą Bożą, odwalicie kamień zniechęcenia i niedbałości, powstaniecie z grobu oziębłości, niepokoju i rozpaczy, do prawdziwego życia światłości, wiary i szczęścia. Wyraz "Alleluja" będzie nie tylko na ustach, lecz w duszy, po wszystkie dni życia waszego.
ROBOTNIK - PRACA - PŁACA - pogadanka o. Justyna z 31.03.1935 r.
Witam Was Zacni Rodacy i Miłe Rodaczki słowami: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Często, a szczególnie w ostatnich kilku tygodniach, bardzo często jestem pytany czemu, na programach obecnego sezonu, mało co czasu poświęcałem sprawie klasy roboczej, czemu nie omawiałem rozmaitych projektów podawanych na zreformowanie obecnego systemu, i dlaczego nie występowałem z krytyką planu prezydenta Roosevelta. Miałem i mam powody ku temu, chociaż nieraz w odpowiedziach poruszałem i piętnowałem niesprawiedliwość, przewrotność i głupotę pewnych środków, nielogicznych i sprzecznych, nieraz gwałcących prawa Boże i naturalne, których rząd się czepił, aby farmerom dopomóc, lub aby pozornie robotnikom ulżyć. Kiedy na przykład, zarżnięto miliony świń, cieląt, owiec i krów, mięsiwo których często nie było odpowiednie do konserwowania w puszkach, lub gniło po rzezalniach, a za co rząd musiał płacić, i słono zapłacić. Komu to pomogło? Lub kiedy na rozkaz rządu, farmerzy musieli zaorać pola pszenicy, owsa, a nawet bawełny, koniczyny i siana? Komu to pomogło? Albo kiedy, za rządowe wynagrodzenie, uczono i zachęcano farmerów do ograniczania zasiewów. Komu to pomogło? — Z pewnością, że te środki nie uważałem za pomocne ani korzystne, i wypowiadałem się otwarcie. Wiedziałem doskonale, że w niejednym wypadku program Nowego Ładu nakładał na barki mniejszych fabrykantów, groserników. rzeźników i innych przedsiębiorców, ciężary, pod którymi uginać się będą, lecz myślałem, że to skończy się na ich korzyść, ponieważ zamiast iść nadal luzem i w pojedynkę, pójdą po rozum do głowy, i dla własnej samoobrony złączą swe siły, zdolności i kieszenie, stwarzając hurtownie i kooperatywy, i wypłyną na wierzch, silniejsi i potężniejsi, aniżeli byli kiedykolwiek. Milczałem jednak na ogólny program Nowego Ładu, ponieważ cel ogólny — jest dobro obywateli, a szczególnie jest dobrobyt robotników i ich rodzin. W programie Nowego Ładu, który spoczywa na zasadach chrześcijaństwa, prezydent Roosevelt okazuje stokroć większą wyrozumiałość i zrozumienie upośledzenia i poniżenia robotnika, aniżeli którykolwiek z jego poprzedników, z wyjątkiem może ojca kraju Waszyngtona i ojca niewolników Lincolna! Mimo jednak sprawiedliwych zasad Nowego Ładu i szlachetnych zamiarów i najlepszych chęci prezydenta Roosevelta, powrót z depresji do normalności nie jest tak szybki, jakby się kto spodziewał. Czyja w tym wina? Nowy Ład, to jak nowy automobil, na drodze farmerskiej, pełnej wybojów, kamieni i innych przeszkód. Nowy Ład ma z jednej strony nieprzyjaciół socjałów, komunistów i starą gwardię, a z drugiej strony kapitalistów, bankierów i milionerów. Dorzućmy do tych jeszcze sporą liczbę reprezentantów i senatorów, dodajmy politykierów w komitetach i komisjach, i przestańmy się dziwować, że mimo dzielnego szofera, Nowy Ład przystanął i dotychczas sapie i dyszy. Zresztą, łatwo jest nam krytykować i burzyć: trudno jest jednak naprawiać i budować. Ja jeszcze dziś śmiem twierdzić, że winy szukać trzeba w zasadach antychrześcijańskich i bezbożnych, na których obecny system społeczny powstał, był budowany, istniał i istnieje. Że żadne dawki czy zastrzyki nie tylko nie uleczą, lecz nawet nie dopomoga do polepszenia bytu i do szczęścia klasy roboczej, chyba że ustąpi samolubstwo, a nastąpi miłość bliźniego, i że wszyscy podadzą sobie dłoń braterską a Boga uznają za Ojca. Wtenczas i tylko wtenczas osobistości, społeczeństwa i narody, a więc świat cały wybrnie z bagna, a pod stopami znajdzie grunt stały i pewny.
ROBOTNIK — PRACA — PŁACA
Mimo bezustannych bredni jakichś agitatorów i krzykaczy, fakt pozostanie faktem, że Kościół katolicki, idąc śladami swego Boskiego Nauczyciela i trzymając się Jego nauki, zawsze stał przy robotniku, głosząc mu nie tylko obowiązki jego, lecz zarazem i prawa. Mam tu namyśli, szczególnie robotnika, który ręczną pracą uczciwie zarabia sobie i rodzinie na chleb codzienny. Historia uczy nas tego! Mędrcy szkoły greckiej oraz filozofowie i pisarze starożytnego Rzymu uczyli, że robotnik to już nie istota ludzka, lecz rzecz albo przynajmniej niewolnik, nie zasługujący na żadne względy w społeczeństwie. Prawa państwowe uznawały robotnika na równi z koniem, wołem i osłem. Kiedy zawierano kontrakty, pisano o robotniku, że wykona pracę "niewolnik lub inne bydlę". Sławny filozof grecki Arystoteles uczył, że robotnik to inny gatunek człowieka od nauczyciela, dyplomaty, żołnierza lub nawet próżniaka! Robotnik nie jest godzien być obywatelem, bo w nim nie ma miejsca na żadne wyższe myśli i szlachetne uczucia! U Rzymian zaś ogólną zasadą było, że robotnik nie może, nigdy, być uczciwym człowiekiem! — Nauka Kościoła różni się od poglądów pogańskich tak, jak różni się światło od ciemności! Każda istota żyjąca musi pracować. Nawet najmniejsze nasienie musi swym staraniem i wysiłkami podnieść stwardniałą pokrywkę ziemi, aby zobaczyć światło i stać się korzystnym dla ludzi. Ostryga, przyczepiona do swego pnia, otwiera i zamyka skorupę, aby żywić się płynem otaczającym; pająk snuje swą pajęczynę, pszczółka wyrabia miód, wiewiórka zbiera orzechy, mrówka szuka pożywienia, nawet wilk chodzi na polowanie. Takie i podobne Starania nazywamy pracą. Człowiek rozumny, stworzony jest do pracy, jak ptak do latania. Każdy człowiek ma nie tylko prawo, lecz i obowiązek do pracy. Powód jest jasny. Każdy człowiek ma prawo i obowiązek aby żyć i to żyć po ludzku, żyć jako stworzenie Boga. Pan Bóg jest Bogiem żywych. Powinnością naszą jest prosić Boga "Przyjdź Królestwo Twoje", lecz też "Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj". Praca, w szerszym znaczeniu, znaczy zatrudnienie fizyczne lub umysłowe, czy jest ono pożyteczne lub nie. Ścisłe znaczenie pracy jest zatrudnienie fizyczne lub umysłowe, które tworzy coś pożytecznego. Praca zawiera w sobie trzy pierwiastki:
1. Pierwiastek społeczny, ponieważ praca jest źródłem dobrobytu, podnosi kulturę i postęp, podnosi poziom życia codziennego.
2. Pierwiastek moralny, ponieważ praca zapobiega lenistwu i próżniactwu, oraz zmniejsza okazję do występku, a daje okazje do cierpliwości, wytrwałości, pokory i poświęcenia.
3. Pierwiastek nadprzyrodzony, ponieważ robotnika wywyższa, przypominając mu, że chociaż Chrystus Pan mógł żyć bez pracy, jednak blisko trzydzieści lat spędził w bluzie robotnika przy warsztacie stolarskim. Warsztat przybranego Ojca był Mu świątynią, a hebel, dłuto, piła i młot, to błogosławione narzędzia zarobkowania na chleb codzienny. Historia opowiada nam, że filozofowie pogańscy, chcąc poiżyć chrześcijaństwo głosili, iż Jezus sam będąc rzemieślnikiem, którego Matka była szwaczką, a Ojciec cieślą, nie mógł być ani Bogiem, ani nawet uczciwym człowiekiem. Pisał ktoś, że "Chrystus sam robił pługi i wozy". Od tej chwili robotnik może ze szlachetną dumą powiedzieć do bogatych tego świata: "Oto bardziej do nas jak do was, Chrystus chciał być podobnym. Z nami, i jak my, był robotnikiem. Ten, który świat odkupił na krzyżu, to robotnik Boży." —
Powtarzam, że każdy człowiek ma prawo i obowiązek do pracy. Taki to rozkaz Boży. Mimo że Bóg stworzył pierwszych rodziców, aby żyli szczęśliwie i w raju ich osadził, jednak do pracy ich obowiązał. Tak, a nie inaczej, czytamy w księdza Rodzaju: "wziął Pan Bóg człowieka i posadził go w raju rozkoszy, aby sprawował i strzegł go", to znaczy, nie dla przygotowania sobie pożywienia przez pracę ciężką i nużącą, lecz tylko dla przyjemnej rozrywki, z przyzwoitego zatrudnienia. Później jednak kiedy rodzice nasi Bogu się sprzeniewierzyli, ta praca łatwa i miła stała się trudną i nieznośną! "w pracach jeść bodziesz" i "w pocie czoła twego będziesz pożywał chleba". Prawo więc Boże wyraźnie nakazuje, że człowiek musi zdobywać sobie środki do życia pracą żmudną i znojną. Do pracy, każdego człowieka obowiązuje prawo naturalne. Bez pracy, człowiek nie może utrzymać się przy życiu. Źle jest jeśli człowiek z własnej winy żyje kosztem drugich. Rodzice muszą starać się o dzieci. Bliscy krewni muszą starać się o utrzymanie sobie pokrewnych, a więc maja prawo i obowiązek do pracy. Człowiek też jest moralnie obowiązany do unikania lenistwa. Niedaremne ani puste jest przysłowie: "Głowa leniucha i próżniaka, to kuźnia diabelska." A więc i z tego punktu wynika obowiązek do pracy. Wreszcie, ponieważ każdy człowiek ma pewne zobowiązania względem społeczeństwa, w którym żyje. Za opiekę, wolność, prawa, swobodę, musi się państwu odpłacić. Jak może to zaś uczynić jeśli nie ma pracy, jeśli pracy znaleźć nie może, mimo nie tylko dobrych, lecz najlepszych chęci? Od prawa i obowiązku do pracy żaden człowiek uwolnić się nie może! Praca, jak już mówiłem, to nasz obowiązek, praca to źródło zdrowia, praca to fundament dobrobytu, praca to rękojmia szczęścia, praca to zwiastun pokoju i zadowolenia, praca to droga do uszczęśliwienia człowieka docześnie i wiecznie! Św. Paweł Apostoł upominał: "bogatym tego świata rozkazuj dobrze czynić, w uczynki dobre wzbogacić się" i znów: "tośmy wam opowiadali, że jeśli kto nie chce robić, niech też i nie je. Bo słyszeliśmy, iż niektórzy niespokojnie chodzą między wami, nic nie robiąc. — A tym, którzy są takowi, opowiadamy i prosimy przez Pana Jezusa Chrystusa, aby z milczeniem, robiąc, swój chleb jedli."
Mówiąc o robotniku, mam na myśli nie tylko człowieka, który pracuje fizycznie, czyli muskułowo, lecz i tego, który zarabia na życie umysłowo: księdza, adwokata, doktora, inżyniera, aptekarza, nauczycielkę, stenografistke itp. Bez wysiłków, starań i zabiegów umysłu ludzkiego, nie byłoby żadnej prawdziwej oświaty, ani kultury, ani cywilizacji. Nikt też nie może mówić, że praca umysłowa nie jest trudna i mozolna; dobry przykład mamy w porównaniu. Aby być dobrym popielarzem, trzeba mieć silne plecy i ręce. Popielarz nie potrzebuje chodzić do szkoły, aby wyuczyć się fachu popielarza. Przerobi swoje osiem godzin i sprawa skończona. Z drugiej strony, aby być dobrym doktorem, ile wymaga to nauki i ślęczenia? Niższa szkoła, wyższa szkoła, kolegium, uniwersytet, kurs postgraduacyjny, internat szpitalny, bezustanne śledzenie postępu medycyny, godziny ofisowe, wizyty po domach, nieomal o każdej godzinie we dnie i w nocy. Pytam się, czy praca takiego lekarza nie jest cięższa i trudniejsza, aniżeli praca popielarza? — Idźmy jednak dalej. Jakie stanowisko zajmuje Kościół katolicki względem spraw robotnika? Społeczeństwo, albo raczej ustrój i system społeczny dwudziestego wieku, utrzymuje, że sprawa robotnicza, to sprawa materialna, maszynowa i żołądkowa. Kościół katolicki zawsze uczył i uczy, że to sprawa moralna ponieważ obejmuje całego robotnika, a robotnik to człowiek, a nie maszyna, ani niewolnik, ani bydlę. Robotnik nie tylko ma życie od Boga, ale ma obowiązek to życie utrzymać i zachować na poziomie ludzkim, a wiec i ma prawo do środków życiowych. Tych środków zaś dostarczyć mu może praca, za którą dostać powinien odpowiednią płacę, nie tylko w formie ochłapów lub kromek, lecz taką płacę, która by wystarczyła robotnikowi pracowitemu, porządnemu i trzeźwemu do utrzymania siebie i rodziny, i nie tylko do utrzymania z dnia na dzień, z ręki do gęby, lecz aby mu zapewniła byt szczęśliwy, spokojny i stały, na starsza lata. Powiedzą tu jedni, że nikt robotnika nie zmusza do pracy, chyba że robotnik zgodzi się na zapłatę. Zawsze, lecz dziś szczególnie, robotnik uczciwy chwyta się roboty za jakąkolwiek płacę, bo żebrać się wstydzi, a nie chce widzieć, aby rodzina z głodu mu wymarła. Bo niejeden pracodawca z góry mu zapowiada: "Jeśli ci się nie podoba, to idź do diabła, i zdychaj z głodu." Robotnik więc musi się zgodzić na płacę niesprawiedliwą. Ponad wolą jednak zwolenników niesumiennego systemu istnieje wola Pana i Stwórcy, i Boga, i Ojca bezbronnego robotnika, który nakazuje zwrot niesłusznie zatrzymanej wypłaty za pot, łzy i krew robotnika. Powiedzą drudzy, że jeśli ,czyli płaca, nie wystarczy robotnikowi i rodzinie, są jeszcze ludzie dobrzy i stowarzyszenia dobroczynne, które mu dopomogą. Ja mówię, że robotnik nie jest, nie chce być, i nigdy nie powinien być — żebrakiem! Bóg, dając mu życie, nie zawiesił mu na plecach torby żebraczej, a do ręki nie dał mu laski dziadowskiej, tylko obdarzył go zdrowiem i innymi łaskami, i wysyłając go w świat, nakazał mu pożywać chleba w pocie czoła. Bogu też dzięki robotnik to rozumie, nie chce więc żyć, ani z żebraniny, ani z miłosierdzia, tylko z tego do czego ma prawo, — z pracy!
Co mówi Kościół przez usta Papieży o godzinach pracy? Naturalnie, że nalega aby w pewne dni, jak w niedziele i święta narodowe i kościelne robotnicy zwolnieni byli od zajęcia, aby mogli spełnić swoje obowiązki względem Boga, Kościoła, duszy i rodziny. "Jak długie zaś być powinny w pracy codziennej, o tym wyrokować należy z uwzględnieniem rozmaitego rodzaju zajęć, okoliczności, czasów i miejsc, i samego zdrowia robotników. Górnicy i robotnicy, zatrudnieni w kopalniach, mają zajęcie uciążliwsze i szkodliwsze zdrowiu od innych, a więc praca ich dzienna krócej trwać powinna. A zważać też trzeba na pory roku, bo ten sam rodzaj pracy łatwo wykonać w jednej porze roku, podczas gdy w innej porze całkowicie wykonać go nie można, albo też tylko z największą trudnością. Zresztą tego żądałoby się niesłusznie od kobiety lub dziecka, co z wytężeniem sił może wykonać mężczyzna zdrów w wieku dojrzałym.
Owszem, bardzo tego pilnować należy, iżby dzieci nie wstępowały do fabryk przed tym wiekiem, w którym już ciało wraz z duchem dostatecznie zmężniało. Siły bowiem, kiełkujące w latach chłopięcych skutkiem przedwczesnego wysilenia wiednieją, jak wiotkie rośliny, a gdy to nastąpi, wówczas przepadł cały następny rozwój dziecka. Podobnie niestosowne są niektóre zatrudnienia dla kobiet, urodzonych do zajęć domowych. Te zajęcia z natury swej służą ku obronie godności niewieściej, ułatwiają wychowanie dzieci i przyczyniają się do pomyślności rodzin. W ogóle tyle robotnikom przyznać należy wytchnienia, ile potrzeba do odzyskania sił strawionych pracą, boć celem wypoczynku jest odświeżenie zużytych sił." — Tak pisał już około 50 lat temu nieśmiertelny Leon XIII. Nie tylko pisał to, lecz upominał nie tylko kapitalistów, lecz nawet i rządy, aby zajęły się dolą albo raczej niedolą robotników. Żąda Ojciec św. Leon XIII skrócenia dnia roboczego, odpoczynku w niedziele i święta, ustaw, które by brały w obronę robotnika, takiego urządzenia fabryk i rozkładu w nich pracy, by robotnik miał zabezpieczoną ochronę życia i zdrowia, dalej zapłaty takiej, by wystarczała robotnikowi na przyzwoite utrzymanie siebie i rodziny, owszem, by mógł nawet coś z tej zapłaty oszczędzić, wreszcie państwo powinno zabezpieczyć robotnika na wypadek choroby i starości, oraz ułatwić mu nabycie własności. Papież Leon XIII oskarża ustrój społeczny o:
1. Zmonopolizowanie bogactw w rękach niewielu przy równoczesnem zubożeniu mas.
2. Rozdarcie społeczeństwa na dwa wrogie sobie obozy.
3. Zniesienie kół zawodowych, a niewytworzenie nowych form organizacji pracy.
4. Obdarzenie mas robotniczych teoretyczną wolnością, a faktyczną niewolą. 5. Zdemoralizowanie społeczeństwa!
Przytaczam niektóre paragrafy z encykliki papieskiej: "Dwie te klasy (pracodawcy i robotnicy) przez naturę skazane są na to, by się z sobą łączyły w zgodzie i by sobie odpowiadały w równowadze. Jedna drugiej bezwzględnie potrzebuje i ani kapitał bez pracy, ani bez kapitału praca istnieć nie może!" Nie zawsze też sprawiedliwe są umowy pomiędzy kapitałem i pracą: "ponad ich wola zawsze pozostanie do spełnienia prawo sprawiedliwości naturalnej, ważniejsze i dawniejsze od wolnej woli układających się stron." — Obowiązki robotnika: "w całości i wiernie wykonać pracę, do której się zobowiązał umową wolną i odpowiadającą słuszności, nie szkodzić pracodawcy na majątku, i nie znieważać jego osoby w dochodzeniu swych praw, wstrzymać się od gwałtu i nie wywoływać rozruchów, nie łączyć się z ludźmi przewrotu, wzniecającymi nieumiarkowane nadzieje i rzucającymi wielkie obietnice, których następstwem jest rozczarowanie bezpożyteczne i ruina życia gospodarczego."
"A oto znów obowiązki bogatych i pracodawców: nie uważać robotnika za niewolnika, kierować się zasadą, że należy w nim uszanować godność osobistą. Nie nakładać pracy przewyższającej siły robotnika, ani takiej, która nie odpowiada jego wiekowi lub płci. Spomiędzy wszystkich jednak obowiązków pracodawcy jest ten, żeby każdemu oddać to, co mu się słusznie należy. Wreszcie w sumieniu obowiązani są bogaci wystrzegać się, by nie robili uszczerbku w mieniu proletariuszy, zarówno gwałtem, jak podstępem i lichwą, a to tym więcej, że robotnicy mniej są zdolni do samoobrony, a ich mienie im szczuplejsze, tym świętszym być powinno." — Jeśli zaś pracodawcy krzywdzą robotników, wtenczas już władze państwowe mają obowiązek zająć się obroną i wymierzyć sprawiedliwość robotnikom. Z encyklik, odezw i przemówień papieskich wynika, jak pisze Ks. Cardyn: "robotnicy nie mają być ani maszynami, ani niewolnikami, ani bydłem roboczem, ale mają być ludźmi, na obraz i podobieństwo Boże stworzonymi, dobrowolnie, sumiennie i rozumnie pracującymi. Robotnicy nie mają być bez roboty, bez fachu, bez ojczyzny, bez domu, bez prawa, bez religii i bez Boga, ale mają mieć zajęcie, mieć fach, mieć ojczyznę, mieć dom, mieć swoje prawa, mieć religię i mieć Boga. Praca tych ludzi nie powinna być ich wyzyskiem, ich przekleństwem, ich pohańbieniem i ich towarem, ale powinna być ich powołaniem, ich błogosławieństwem, ich szlachetnością i ich modlitwą. W końcu płaca, za robotników pracę, nie powinna być ani jałmużną, ani niesprawiedliwością, ani też łaską, ale powinna być słusznym zarobkiem, długiem świętym, i dla ich potrzeb wystarczającem zaopatrzeniem. Środowisko, w którym robotnicy żyją i pracują, nie ma być ani bagnem, ani więzieniem, ani domem rozpusty, ani śmietniskiem, lecz ma być czystą świetlicą Bożą, ma być kościołem i polem cnoty i apostolstwa religijnego."
Oto w streszczeniu zapatrywanie Kościoła na kapitał i pracę, na kapitalistę i robotnika. Jeśli Pan Bóg pozwoli, w przyszłym sezonie powrócę do rozpatrywania szczegółowego rozmaitych punktów poruszonych w dzisiejszej przemowie. W międzyczasie nie wierzcie tym, którzy twierdzą, że Kościół katolicki nigdy nie dbał i dziś nie troszczy się o klasę robotniczą. Tak nauka Chrystusowa, jak i nauka Kościoła, zadaje kłam twierdzeniom samozwańczych adwokatów i pseudoobrońców robotnika i spraw jego!
Często, a szczególnie w ostatnich kilku tygodniach, bardzo często jestem pytany czemu, na programach obecnego sezonu, mało co czasu poświęcałem sprawie klasy roboczej, czemu nie omawiałem rozmaitych projektów podawanych na zreformowanie obecnego systemu, i dlaczego nie występowałem z krytyką planu prezydenta Roosevelta. Miałem i mam powody ku temu, chociaż nieraz w odpowiedziach poruszałem i piętnowałem niesprawiedliwość, przewrotność i głupotę pewnych środków, nielogicznych i sprzecznych, nieraz gwałcących prawa Boże i naturalne, których rząd się czepił, aby farmerom dopomóc, lub aby pozornie robotnikom ulżyć. Kiedy na przykład, zarżnięto miliony świń, cieląt, owiec i krów, mięsiwo których często nie było odpowiednie do konserwowania w puszkach, lub gniło po rzezalniach, a za co rząd musiał płacić, i słono zapłacić. Komu to pomogło? Lub kiedy na rozkaz rządu, farmerzy musieli zaorać pola pszenicy, owsa, a nawet bawełny, koniczyny i siana? Komu to pomogło? Albo kiedy, za rządowe wynagrodzenie, uczono i zachęcano farmerów do ograniczania zasiewów. Komu to pomogło? — Z pewnością, że te środki nie uważałem za pomocne ani korzystne, i wypowiadałem się otwarcie. Wiedziałem doskonale, że w niejednym wypadku program Nowego Ładu nakładał na barki mniejszych fabrykantów, groserników. rzeźników i innych przedsiębiorców, ciężary, pod którymi uginać się będą, lecz myślałem, że to skończy się na ich korzyść, ponieważ zamiast iść nadal luzem i w pojedynkę, pójdą po rozum do głowy, i dla własnej samoobrony złączą swe siły, zdolności i kieszenie, stwarzając hurtownie i kooperatywy, i wypłyną na wierzch, silniejsi i potężniejsi, aniżeli byli kiedykolwiek. Milczałem jednak na ogólny program Nowego Ładu, ponieważ cel ogólny — jest dobro obywateli, a szczególnie jest dobrobyt robotników i ich rodzin. W programie Nowego Ładu, który spoczywa na zasadach chrześcijaństwa, prezydent Roosevelt okazuje stokroć większą wyrozumiałość i zrozumienie upośledzenia i poniżenia robotnika, aniżeli którykolwiek z jego poprzedników, z wyjątkiem może ojca kraju Waszyngtona i ojca niewolników Lincolna! Mimo jednak sprawiedliwych zasad Nowego Ładu i szlachetnych zamiarów i najlepszych chęci prezydenta Roosevelta, powrót z depresji do normalności nie jest tak szybki, jakby się kto spodziewał. Czyja w tym wina? Nowy Ład, to jak nowy automobil, na drodze farmerskiej, pełnej wybojów, kamieni i innych przeszkód. Nowy Ład ma z jednej strony nieprzyjaciół socjałów, komunistów i starą gwardię, a z drugiej strony kapitalistów, bankierów i milionerów. Dorzućmy do tych jeszcze sporą liczbę reprezentantów i senatorów, dodajmy politykierów w komitetach i komisjach, i przestańmy się dziwować, że mimo dzielnego szofera, Nowy Ład przystanął i dotychczas sapie i dyszy. Zresztą, łatwo jest nam krytykować i burzyć: trudno jest jednak naprawiać i budować. Ja jeszcze dziś śmiem twierdzić, że winy szukać trzeba w zasadach antychrześcijańskich i bezbożnych, na których obecny system społeczny powstał, był budowany, istniał i istnieje. Że żadne dawki czy zastrzyki nie tylko nie uleczą, lecz nawet nie dopomoga do polepszenia bytu i do szczęścia klasy roboczej, chyba że ustąpi samolubstwo, a nastąpi miłość bliźniego, i że wszyscy podadzą sobie dłoń braterską a Boga uznają za Ojca. Wtenczas i tylko wtenczas osobistości, społeczeństwa i narody, a więc świat cały wybrnie z bagna, a pod stopami znajdzie grunt stały i pewny.
ROBOTNIK — PRACA — PŁACA
Mimo bezustannych bredni jakichś agitatorów i krzykaczy, fakt pozostanie faktem, że Kościół katolicki, idąc śladami swego Boskiego Nauczyciela i trzymając się Jego nauki, zawsze stał przy robotniku, głosząc mu nie tylko obowiązki jego, lecz zarazem i prawa. Mam tu namyśli, szczególnie robotnika, który ręczną pracą uczciwie zarabia sobie i rodzinie na chleb codzienny. Historia uczy nas tego! Mędrcy szkoły greckiej oraz filozofowie i pisarze starożytnego Rzymu uczyli, że robotnik to już nie istota ludzka, lecz rzecz albo przynajmniej niewolnik, nie zasługujący na żadne względy w społeczeństwie. Prawa państwowe uznawały robotnika na równi z koniem, wołem i osłem. Kiedy zawierano kontrakty, pisano o robotniku, że wykona pracę "niewolnik lub inne bydlę". Sławny filozof grecki Arystoteles uczył, że robotnik to inny gatunek człowieka od nauczyciela, dyplomaty, żołnierza lub nawet próżniaka! Robotnik nie jest godzien być obywatelem, bo w nim nie ma miejsca na żadne wyższe myśli i szlachetne uczucia! U Rzymian zaś ogólną zasadą było, że robotnik nie może, nigdy, być uczciwym człowiekiem! — Nauka Kościoła różni się od poglądów pogańskich tak, jak różni się światło od ciemności! Każda istota żyjąca musi pracować. Nawet najmniejsze nasienie musi swym staraniem i wysiłkami podnieść stwardniałą pokrywkę ziemi, aby zobaczyć światło i stać się korzystnym dla ludzi. Ostryga, przyczepiona do swego pnia, otwiera i zamyka skorupę, aby żywić się płynem otaczającym; pająk snuje swą pajęczynę, pszczółka wyrabia miód, wiewiórka zbiera orzechy, mrówka szuka pożywienia, nawet wilk chodzi na polowanie. Takie i podobne Starania nazywamy pracą. Człowiek rozumny, stworzony jest do pracy, jak ptak do latania. Każdy człowiek ma nie tylko prawo, lecz i obowiązek do pracy. Powód jest jasny. Każdy człowiek ma prawo i obowiązek aby żyć i to żyć po ludzku, żyć jako stworzenie Boga. Pan Bóg jest Bogiem żywych. Powinnością naszą jest prosić Boga "Przyjdź Królestwo Twoje", lecz też "Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj". Praca, w szerszym znaczeniu, znaczy zatrudnienie fizyczne lub umysłowe, czy jest ono pożyteczne lub nie. Ścisłe znaczenie pracy jest zatrudnienie fizyczne lub umysłowe, które tworzy coś pożytecznego. Praca zawiera w sobie trzy pierwiastki:
1. Pierwiastek społeczny, ponieważ praca jest źródłem dobrobytu, podnosi kulturę i postęp, podnosi poziom życia codziennego.
2. Pierwiastek moralny, ponieważ praca zapobiega lenistwu i próżniactwu, oraz zmniejsza okazję do występku, a daje okazje do cierpliwości, wytrwałości, pokory i poświęcenia.
3. Pierwiastek nadprzyrodzony, ponieważ robotnika wywyższa, przypominając mu, że chociaż Chrystus Pan mógł żyć bez pracy, jednak blisko trzydzieści lat spędził w bluzie robotnika przy warsztacie stolarskim. Warsztat przybranego Ojca był Mu świątynią, a hebel, dłuto, piła i młot, to błogosławione narzędzia zarobkowania na chleb codzienny. Historia opowiada nam, że filozofowie pogańscy, chcąc poiżyć chrześcijaństwo głosili, iż Jezus sam będąc rzemieślnikiem, którego Matka była szwaczką, a Ojciec cieślą, nie mógł być ani Bogiem, ani nawet uczciwym człowiekiem. Pisał ktoś, że "Chrystus sam robił pługi i wozy". Od tej chwili robotnik może ze szlachetną dumą powiedzieć do bogatych tego świata: "Oto bardziej do nas jak do was, Chrystus chciał być podobnym. Z nami, i jak my, był robotnikiem. Ten, który świat odkupił na krzyżu, to robotnik Boży." —
Powtarzam, że każdy człowiek ma prawo i obowiązek do pracy. Taki to rozkaz Boży. Mimo że Bóg stworzył pierwszych rodziców, aby żyli szczęśliwie i w raju ich osadził, jednak do pracy ich obowiązał. Tak, a nie inaczej, czytamy w księdza Rodzaju: "wziął Pan Bóg człowieka i posadził go w raju rozkoszy, aby sprawował i strzegł go", to znaczy, nie dla przygotowania sobie pożywienia przez pracę ciężką i nużącą, lecz tylko dla przyjemnej rozrywki, z przyzwoitego zatrudnienia. Później jednak kiedy rodzice nasi Bogu się sprzeniewierzyli, ta praca łatwa i miła stała się trudną i nieznośną! "w pracach jeść bodziesz" i "w pocie czoła twego będziesz pożywał chleba". Prawo więc Boże wyraźnie nakazuje, że człowiek musi zdobywać sobie środki do życia pracą żmudną i znojną. Do pracy, każdego człowieka obowiązuje prawo naturalne. Bez pracy, człowiek nie może utrzymać się przy życiu. Źle jest jeśli człowiek z własnej winy żyje kosztem drugich. Rodzice muszą starać się o dzieci. Bliscy krewni muszą starać się o utrzymanie sobie pokrewnych, a więc maja prawo i obowiązek do pracy. Człowiek też jest moralnie obowiązany do unikania lenistwa. Niedaremne ani puste jest przysłowie: "Głowa leniucha i próżniaka, to kuźnia diabelska." A więc i z tego punktu wynika obowiązek do pracy. Wreszcie, ponieważ każdy człowiek ma pewne zobowiązania względem społeczeństwa, w którym żyje. Za opiekę, wolność, prawa, swobodę, musi się państwu odpłacić. Jak może to zaś uczynić jeśli nie ma pracy, jeśli pracy znaleźć nie może, mimo nie tylko dobrych, lecz najlepszych chęci? Od prawa i obowiązku do pracy żaden człowiek uwolnić się nie może! Praca, jak już mówiłem, to nasz obowiązek, praca to źródło zdrowia, praca to fundament dobrobytu, praca to rękojmia szczęścia, praca to zwiastun pokoju i zadowolenia, praca to droga do uszczęśliwienia człowieka docześnie i wiecznie! Św. Paweł Apostoł upominał: "bogatym tego świata rozkazuj dobrze czynić, w uczynki dobre wzbogacić się" i znów: "tośmy wam opowiadali, że jeśli kto nie chce robić, niech też i nie je. Bo słyszeliśmy, iż niektórzy niespokojnie chodzą między wami, nic nie robiąc. — A tym, którzy są takowi, opowiadamy i prosimy przez Pana Jezusa Chrystusa, aby z milczeniem, robiąc, swój chleb jedli."
Mówiąc o robotniku, mam na myśli nie tylko człowieka, który pracuje fizycznie, czyli muskułowo, lecz i tego, który zarabia na życie umysłowo: księdza, adwokata, doktora, inżyniera, aptekarza, nauczycielkę, stenografistke itp. Bez wysiłków, starań i zabiegów umysłu ludzkiego, nie byłoby żadnej prawdziwej oświaty, ani kultury, ani cywilizacji. Nikt też nie może mówić, że praca umysłowa nie jest trudna i mozolna; dobry przykład mamy w porównaniu. Aby być dobrym popielarzem, trzeba mieć silne plecy i ręce. Popielarz nie potrzebuje chodzić do szkoły, aby wyuczyć się fachu popielarza. Przerobi swoje osiem godzin i sprawa skończona. Z drugiej strony, aby być dobrym doktorem, ile wymaga to nauki i ślęczenia? Niższa szkoła, wyższa szkoła, kolegium, uniwersytet, kurs postgraduacyjny, internat szpitalny, bezustanne śledzenie postępu medycyny, godziny ofisowe, wizyty po domach, nieomal o każdej godzinie we dnie i w nocy. Pytam się, czy praca takiego lekarza nie jest cięższa i trudniejsza, aniżeli praca popielarza? — Idźmy jednak dalej. Jakie stanowisko zajmuje Kościół katolicki względem spraw robotnika? Społeczeństwo, albo raczej ustrój i system społeczny dwudziestego wieku, utrzymuje, że sprawa robotnicza, to sprawa materialna, maszynowa i żołądkowa. Kościół katolicki zawsze uczył i uczy, że to sprawa moralna ponieważ obejmuje całego robotnika, a robotnik to człowiek, a nie maszyna, ani niewolnik, ani bydlę. Robotnik nie tylko ma życie od Boga, ale ma obowiązek to życie utrzymać i zachować na poziomie ludzkim, a wiec i ma prawo do środków życiowych. Tych środków zaś dostarczyć mu może praca, za którą dostać powinien odpowiednią płacę, nie tylko w formie ochłapów lub kromek, lecz taką płacę, która by wystarczyła robotnikowi pracowitemu, porządnemu i trzeźwemu do utrzymania siebie i rodziny, i nie tylko do utrzymania z dnia na dzień, z ręki do gęby, lecz aby mu zapewniła byt szczęśliwy, spokojny i stały, na starsza lata. Powiedzą tu jedni, że nikt robotnika nie zmusza do pracy, chyba że robotnik zgodzi się na zapłatę. Zawsze, lecz dziś szczególnie, robotnik uczciwy chwyta się roboty za jakąkolwiek płacę, bo żebrać się wstydzi, a nie chce widzieć, aby rodzina z głodu mu wymarła. Bo niejeden pracodawca z góry mu zapowiada: "Jeśli ci się nie podoba, to idź do diabła, i zdychaj z głodu." Robotnik więc musi się zgodzić na płacę niesprawiedliwą. Ponad wolą jednak zwolenników niesumiennego systemu istnieje wola Pana i Stwórcy, i Boga, i Ojca bezbronnego robotnika, który nakazuje zwrot niesłusznie zatrzymanej wypłaty za pot, łzy i krew robotnika. Powiedzą drudzy, że jeśli ,czyli płaca, nie wystarczy robotnikowi i rodzinie, są jeszcze ludzie dobrzy i stowarzyszenia dobroczynne, które mu dopomogą. Ja mówię, że robotnik nie jest, nie chce być, i nigdy nie powinien być — żebrakiem! Bóg, dając mu życie, nie zawiesił mu na plecach torby żebraczej, a do ręki nie dał mu laski dziadowskiej, tylko obdarzył go zdrowiem i innymi łaskami, i wysyłając go w świat, nakazał mu pożywać chleba w pocie czoła. Bogu też dzięki robotnik to rozumie, nie chce więc żyć, ani z żebraniny, ani z miłosierdzia, tylko z tego do czego ma prawo, — z pracy!
Co mówi Kościół przez usta Papieży o godzinach pracy? Naturalnie, że nalega aby w pewne dni, jak w niedziele i święta narodowe i kościelne robotnicy zwolnieni byli od zajęcia, aby mogli spełnić swoje obowiązki względem Boga, Kościoła, duszy i rodziny. "Jak długie zaś być powinny w pracy codziennej, o tym wyrokować należy z uwzględnieniem rozmaitego rodzaju zajęć, okoliczności, czasów i miejsc, i samego zdrowia robotników. Górnicy i robotnicy, zatrudnieni w kopalniach, mają zajęcie uciążliwsze i szkodliwsze zdrowiu od innych, a więc praca ich dzienna krócej trwać powinna. A zważać też trzeba na pory roku, bo ten sam rodzaj pracy łatwo wykonać w jednej porze roku, podczas gdy w innej porze całkowicie wykonać go nie można, albo też tylko z największą trudnością. Zresztą tego żądałoby się niesłusznie od kobiety lub dziecka, co z wytężeniem sił może wykonać mężczyzna zdrów w wieku dojrzałym.
Owszem, bardzo tego pilnować należy, iżby dzieci nie wstępowały do fabryk przed tym wiekiem, w którym już ciało wraz z duchem dostatecznie zmężniało. Siły bowiem, kiełkujące w latach chłopięcych skutkiem przedwczesnego wysilenia wiednieją, jak wiotkie rośliny, a gdy to nastąpi, wówczas przepadł cały następny rozwój dziecka. Podobnie niestosowne są niektóre zatrudnienia dla kobiet, urodzonych do zajęć domowych. Te zajęcia z natury swej służą ku obronie godności niewieściej, ułatwiają wychowanie dzieci i przyczyniają się do pomyślności rodzin. W ogóle tyle robotnikom przyznać należy wytchnienia, ile potrzeba do odzyskania sił strawionych pracą, boć celem wypoczynku jest odświeżenie zużytych sił." — Tak pisał już około 50 lat temu nieśmiertelny Leon XIII. Nie tylko pisał to, lecz upominał nie tylko kapitalistów, lecz nawet i rządy, aby zajęły się dolą albo raczej niedolą robotników. Żąda Ojciec św. Leon XIII skrócenia dnia roboczego, odpoczynku w niedziele i święta, ustaw, które by brały w obronę robotnika, takiego urządzenia fabryk i rozkładu w nich pracy, by robotnik miał zabezpieczoną ochronę życia i zdrowia, dalej zapłaty takiej, by wystarczała robotnikowi na przyzwoite utrzymanie siebie i rodziny, owszem, by mógł nawet coś z tej zapłaty oszczędzić, wreszcie państwo powinno zabezpieczyć robotnika na wypadek choroby i starości, oraz ułatwić mu nabycie własności. Papież Leon XIII oskarża ustrój społeczny o:
1. Zmonopolizowanie bogactw w rękach niewielu przy równoczesnem zubożeniu mas.
2. Rozdarcie społeczeństwa na dwa wrogie sobie obozy.
3. Zniesienie kół zawodowych, a niewytworzenie nowych form organizacji pracy.
4. Obdarzenie mas robotniczych teoretyczną wolnością, a faktyczną niewolą. 5. Zdemoralizowanie społeczeństwa!
Przytaczam niektóre paragrafy z encykliki papieskiej: "Dwie te klasy (pracodawcy i robotnicy) przez naturę skazane są na to, by się z sobą łączyły w zgodzie i by sobie odpowiadały w równowadze. Jedna drugiej bezwzględnie potrzebuje i ani kapitał bez pracy, ani bez kapitału praca istnieć nie może!" Nie zawsze też sprawiedliwe są umowy pomiędzy kapitałem i pracą: "ponad ich wola zawsze pozostanie do spełnienia prawo sprawiedliwości naturalnej, ważniejsze i dawniejsze od wolnej woli układających się stron." — Obowiązki robotnika: "w całości i wiernie wykonać pracę, do której się zobowiązał umową wolną i odpowiadającą słuszności, nie szkodzić pracodawcy na majątku, i nie znieważać jego osoby w dochodzeniu swych praw, wstrzymać się od gwałtu i nie wywoływać rozruchów, nie łączyć się z ludźmi przewrotu, wzniecającymi nieumiarkowane nadzieje i rzucającymi wielkie obietnice, których następstwem jest rozczarowanie bezpożyteczne i ruina życia gospodarczego."
"A oto znów obowiązki bogatych i pracodawców: nie uważać robotnika za niewolnika, kierować się zasadą, że należy w nim uszanować godność osobistą. Nie nakładać pracy przewyższającej siły robotnika, ani takiej, która nie odpowiada jego wiekowi lub płci. Spomiędzy wszystkich jednak obowiązków pracodawcy jest ten, żeby każdemu oddać to, co mu się słusznie należy. Wreszcie w sumieniu obowiązani są bogaci wystrzegać się, by nie robili uszczerbku w mieniu proletariuszy, zarówno gwałtem, jak podstępem i lichwą, a to tym więcej, że robotnicy mniej są zdolni do samoobrony, a ich mienie im szczuplejsze, tym świętszym być powinno." — Jeśli zaś pracodawcy krzywdzą robotników, wtenczas już władze państwowe mają obowiązek zająć się obroną i wymierzyć sprawiedliwość robotnikom. Z encyklik, odezw i przemówień papieskich wynika, jak pisze Ks. Cardyn: "robotnicy nie mają być ani maszynami, ani niewolnikami, ani bydłem roboczem, ale mają być ludźmi, na obraz i podobieństwo Boże stworzonymi, dobrowolnie, sumiennie i rozumnie pracującymi. Robotnicy nie mają być bez roboty, bez fachu, bez ojczyzny, bez domu, bez prawa, bez religii i bez Boga, ale mają mieć zajęcie, mieć fach, mieć ojczyznę, mieć dom, mieć swoje prawa, mieć religię i mieć Boga. Praca tych ludzi nie powinna być ich wyzyskiem, ich przekleństwem, ich pohańbieniem i ich towarem, ale powinna być ich powołaniem, ich błogosławieństwem, ich szlachetnością i ich modlitwą. W końcu płaca, za robotników pracę, nie powinna być ani jałmużną, ani niesprawiedliwością, ani też łaską, ale powinna być słusznym zarobkiem, długiem świętym, i dla ich potrzeb wystarczającem zaopatrzeniem. Środowisko, w którym robotnicy żyją i pracują, nie ma być ani bagnem, ani więzieniem, ani domem rozpusty, ani śmietniskiem, lecz ma być czystą świetlicą Bożą, ma być kościołem i polem cnoty i apostolstwa religijnego."
Oto w streszczeniu zapatrywanie Kościoła na kapitał i pracę, na kapitalistę i robotnika. Jeśli Pan Bóg pozwoli, w przyszłym sezonie powrócę do rozpatrywania szczegółowego rozmaitych punktów poruszonych w dzisiejszej przemowie. W międzyczasie nie wierzcie tym, którzy twierdzą, że Kościół katolicki nigdy nie dbał i dziś nie troszczy się o klasę robotniczą. Tak nauka Chrystusowa, jak i nauka Kościoła, zadaje kłam twierdzeniom samozwańczych adwokatów i pseudoobrońców robotnika i spraw jego!
GRABARZE SZCZĘŚCIA ROBOTNIKA - pogadanka o. Justyna z 24.03.1935 r.
Witam Was Zacni Rodacy i Mile Rodaczki słowami: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.
Skutkiem przemówienia z ostatniej niedzieli zasypano mnie listami. Niektóre z nich z rozmaitemi zarzutami, jednostronności i trzymania strony z kapitalistami. Naznaczam i to z naciskiem, że żaden apostoł czerwonej i krwawej propagandy nie przeszedł takiej biedy i nie najadł się takiej nędzy, jak ja sam. Niech poświadcza ci, co ze mną się chowali w McClure i Everson, Pa., a którzy dziś zamieszkują w Buffalo, Detroit, Chicago i Milwaukee. Mieszkaliśmy w domach kompanicznych, pomalowanych na czerwono, może na pośmiechowisko i hańbę. Rodzice musieli wszystko kupować ze sztorów kompanicznych, naturalnie za wygórowane ceny. Nadeszły czasy clevelandzkie. Bezustanne strajki i zaburzenia. Kompania Pana Fricka wyrzuciła nas z domków i przez jedną całą zimę mieszkaliśmy pod namiotami, a żywili nas negrzy, sprowadzeni na złamanie strajku! Widziałem jak policja strzelała do tłumu strajkierów; widziałem jak pałkami rozbijano głowy bezbronnych, patrzyłem jak policja konna tratowała poległych strajkierów i sam jako chłopiec kilkakrotnie zaledwiem uniknął kopyt końskich. Mając zaledwie lat dziesięć, chodziłem z tatusiem do roboty. Wstawaliśmy o północy, pracowaliśmy do trzeciej lub czwartej po południu za $1.50 lub $1.75! Byłem świadkiem potu, krwi, kalectwa i śmierci koksiarzy i majnerów. Widziałem jak dziewczęta, żony i matki, pomagały ojcom i mężom ciągnąc lub pchać taczki czyli wilbary. Słyszałem jak bossowie innonarodowi, nie tylko wyśmiewali się z tych biedaków, lecz ich przeklinali i wyzywali, pędząć ich do roboty, jak bydło nierozumne. — Nieraz patrząc na to, mimowoli nie tylko łzy zakręciły się w oku, lecz spłynęły po policzkach, i pytałem się: czemu to tak? przecież to nie tylko niesprawiedliwie, lecz nawet nie po ludzku! — I dlatego też dobro robotnika leży mi na sercu. Moje rady są serdeczne i szczere, skierowane na obronę klasy roboczej, nie tylko przed niesprawiedliwym systemem kapitalistycznym i przed chciwą zachłannością okrutnych bogaczów, w jakimkolwiek przemyśle, lecz zarazem przeciw fałszywym nauczycielom zasad i nauki gwałtownego przewrotu, który zakończy się spodleniem i niewolnictwem robotnika, jego żony i dzieci. Już od czterech lat uczę, że obecny system jest niesprawiedliwym i przeżytym. Że to zły duch, który sieje nędze, nieufność, niezgodę i podejrzliwość. Że musi ulec przemianie czyli ewolucji dla zabezpieczenia klasy roboczej. Lecz nalegam zarazem, że ta zmiana ma wziąć obrót spokojny, legalny i bezkrwawy. Że powoli to się dzieje, mimo szalonej opozycji zwolenników Starego Ładu. Zawsze też uważałem nie tylko za mój obowiązek, lecz za obowiązek sumienny i święty, piętnować apostołów nauki gwałtu, przewrotu i rozlewu krwi. Bo to kruki i sępy w ciele ludzkim, które za zapłatę państwa zagranicznego i wrogiego zaprzedają szczęście, dobrobyt i życie robotnika za zasady pogańskie i niewolnicze. Mówiłem, mówię i mówić będę bez ogródek, i bez względu na pogróżki i denuncjacje, bo tu się nie rozchodzi o mnie, lecz o kilka milionów rodaków i rodaczek. "Jeśli wam jest pożyteczne, żeby jeden człowiek umarł za lud, a nie wszystek naród zginął", nawet na to się zgódzę jak najchętniej. Po tym, nieco długim wstępie, do mowy:
GRABARZE SZCZĘŚCIA ROBOTNIKA
"Ilustrowany Kurier Codzienny" zamieścił wywiad z Józefem Engel. Zeznanie Engla jest ważne, ponieważ on sam był polskim komunistą na Śląsku. Trzy lata temu uciekł wraz z żoną do Sowietów, ponieważ groziło mu więzienie za robotę wywrotowa w Polsce. Po trzech latach pobytu w "sowieckim raju", wolał jednak powrócić do Polski. Dodaje, że Józef Engel był swego czasu górnikiem w kopalniach śląskich. Posłuchajcie co mówi ten komunista polski: "Nigdzie nie widziałem tylu ludzi mdlejących i umierających z głodu, co w Sowietach. Dzieci porzucane są jak zwierzęta i jak szczenięta biją się i gryzą o każdą kość, każdy odpadek wyrzucony na ulice. Przytułki i ochrony istnieją dotychczas tylko na pokaz dla cudzoziemców. Praca w kopalni, czy w fabryce rozpoczyna się o godzinie 6-ej. Ale przyjść trzeba o 3-ej w nocy, by stanąć w kolejce i otrzymać wreszcie kartkę na obiad, składający się z ryby śmierdzącej i chleba ciężkiego jak glina. Po robocie należy jeszcze pozostać z parę godzin, bo są konferencje, wykłady itp., tak że człowiek jest skazany na 16 godzin pracy. Choroby panoszą się tam straszliwie. Widziałem po raz pierwszy w życiu dżumę płucną oraz tyfus plamisty. Od robactwa roi się wszędzie, mydła nie ma, kąpieli nie ma. W Moskwie, co prawda, istnieją łaźnie, ale bardzo drogie, nie na kieszeń robotnika. Trudno się nawet dziwić, że robotnik rosyjski, zmuszony pracować 16 godzin, głodny, chory — woli nie pracować. Jedzie z miejsca na miejsce w poszukiwaniu lepszych warunków bytu. Stąd pochodzą tłumy, obozujące całymi tygodniami na stacjach kolejowych, gdzie mają przynajmniej dach nad głową i czasem ciepły piec. Gdy raz koło nas padł koń, w przeciągu kilku minut dosłownie rozszarpano go i zjedzono z kośćmi. Głód, straszny głód! Ale bezrobotnych nikt tam nie zapisuje i dlatego ich urzędowo w Rosji sowieckiej nie ma! Chłop nie chce uprawiać roli, bo wie, że zbiory mu i tak zabiorą, nie pozostawiając nawet na wyżywienie jego i rodziny. A jeżeli nie odda dobrowolnie wszystkiego, oskarżą go o kułactwo, zabiorą ziemię, a jego poślą na ciężkie roboty. Więc zjada ostatnią krowę, czy konia i idzie w świat. Chociaż w tym czasie dostałem odznaczenie: medal i zostałem "udarnikiem" - mimo tych zaszczytów byłem wciąż głodny. — Postanowiłem wracać, do czego namawiała mnie jeszcze żona, przywykła do kulturalnego życia robotników na Śląsku i chorująca wprost z głodu, brudnego otoczenia i smrodu. W Rosji nic nie wolno. A raczej: wolno pracować 16 godzin na dobę, i umrzeć — z głodu! Ale o tym mówić nie wolno, bo za krytykę ustroju grozi G. P. U. i zesłanie na wieloletnie ciężkie roboty. Przecie wszystkie wielkie fabryki są budowane pracą tych nieszczęśliwych więźniów, poganianych do pracy nad siły o głodzie i chłodzie przez nieludzkich dozorców. Ale gdy przyjeżdżają cudzoziemcy i zwiedzają, robotnicy muszą pod groźbą G. P. U. mówić, jak im się dobrze powodzi! Zgłosiłem się do konsulatu polskiego. Konsul lojalnie uprzedził mnie, że w Polsce bedę aresztowany. Ale ja wolałem więzienie w Polsce, niż wolność w Sowietach! Obecnie wszystkim niezadowolonym w Polsce mówię: Jedźcie do Rosji! Jedźcie! Przekonacie się sami, jak tam jest naprawdę! Co warte hasła komunistyczne. A jak będziecie w Rosji, dopiero nauczycie się cenić chleb, jaki macie w Polsce!" — Oto jak wygląda "raj bolszewicki" w opisie polskiego komunisty, który trzy lata w nim spędził! — A tu naszym Polaczkom prawią smalone duby o nadludzkich wysiłkach, poświęceniu, samozaparciu i zapale robotnika sowieckiego, budującego nowy świat, jako wzór klasie robotniczej całego świata, pracującego nie tylko dla chleba, lecz i dla społeczeństwa, dla potomstwa, na dobre "dzisiaj" i jeszcze lepsze "jutro". Z mej strony dodaje na dobry czyściec "dzisiaj", i na śmierć głodową "jutro"!
"Detroit News" niedawno temu zamieściła artykuł Ryszarda Halliburtona. Autor spędził dłuższy czas w Sowietach i jak sam przyznaje "odetchnął z niebywałą rozkoszą i ulgą, gdy przekroczył granicę rosyjską, udając się do Polski, do kraju, gdzie obywatele mają zagwarantowaną wolność osobistą, do kraju wysokiej kultury i cywilizacji". Pisze on dalej: "Nigdy w historii swego istnienia Rosja nie była tak zubożałą, tak łachmaniarską i tak głodną. Tłumy ludzi na ulicach, wystające godzinami, zmęczone i zrezygnowane, czekające na kupienie czarnego chleba, lub kawałka mięsa, są najbardziej nędzne, najbardziej beznadziejne stworzenia ludzkie, jakie kiedykolwiek widziałem, w którymkolwiek kraju, zaludnionym białą rasą. Każdy wygląda tak jakby kupił swe ubrania na wyprzedaży i spal w nich przez cały rok. Ale innego rodzaju ubrań nie ma.
Można rozpoznać cudzoziemca zdaleka, wszystko jedno jakiej jest narodowości, przez bez porównania lepsze i kompletniejsze ubrania. W carskich czasach Rosja była krainą wszelkiego dobra. Chłopi, choć maltretowani politycznie, byli dostatecznie nakarmieni. Teraz, pod komunizmem, nikt nie ma dosyć do jedzenia, prócz tych, którzy są żywieni w fabrycznych kuchniach. Ubóstwo jest udziałem każdego obywatela, prócz nowej klasy rządzącej, komisarzy i urzędników, którzy mieszkają we wspaniałych apartamentach i jeżdżą drogiemi automobilami. Polska i Rosja przedstawiają jeszcze bardziej silny kontrast. Na granicy polskiej przeszedłem z brudnego, wstrętnego, obrzydliwego, śmierdzącego pociągu zapchanego obdartymi ludźmi — do polskiego pociągu, do czystości, szybkości, komfortu, przyzwoitości. Polaków jedyny wieczny teror jest, że zaraza komunizmu roznoszona przez olbrzymią czerwoną armię spadnie na nich i poniży ich do tego samego stanu ubóstwa, uwięzień i intelektualnego niewolnictwa, które obserwują przez granicę. Coś musi być zasadniczo źle z rosyjskim systemem, coś, co cofa ich w tył, coś marnego, gdy koło nich mniej faworyzowane kraje szybko idą naprzód po drodze wolności i dobrobytu. Komuniści w Ameryce, którzy mają nadzieję zmusić nas do połknięcia rosyjskiego systemu, z linką, haczykiem i wędką, mogą z równem powodzeniem oddech swój tracić na uczenie się śpiewu. My musimy przeprowadzić szerokie reformy, wrzody socjalne muszą być uleczone, lecz dyktatura proletariatu, z wszelką pewnością i najwidoczniej, nie jest odpowiedniem lekarstwem ani dla nas ani dla każdego innego inteligentnego i wolność kochającego narodu. Lecz w rzeczywistości ani trochę nie jestem zaalarmowany. Do czasu aż zobaczę Statuę Wolności koziołkującą ze swego piedestału do zatoki nowojorskiej, nie spodziewam się zobaczyć czerwonej flagi, a nawet różowej powiewającej na Białym Domu i na Kapitolu." — Tak pisał Richard Halliburton w "The Detroit News".
Ostatnio w "La Vie Intellectuelle" autor Rosjanin, który dlatego, że przez dłuższy czas był urzędnikiem w Sowietach, nie może wyjawić swego nazwiska, opisuje stosunki wśród młodzieży bolszewickiej należącej do Komsomołu. Skutkiem antyreligijnego i bezbożnego wychowania, zauważono zastraszającą epidemje samobójstw. Z początku pisma sowieckie wyrażały się pogardliwie o tych "dezerterach życia", i ostrzegały przed naśladowaniem tych tchórzów! Na nic to, liczba samobójstw wzrastała. Dziś nie wolno gazetom opisywać pojedynczych gwałtownych śmierci młodzieży sowieckiej, chyba że są wypadki "samobójstw kolektywnych". Młodzież targnąca się na własne życie pozostawia za sobą listy, w których ujawnia się zniechęcenie do życia i bezdenną rozpacz co do panujących stosunków. Listy te powinny być zachowane w archiwum bolszewickiem na wieczną pamiątkę i przestrogę przyszłym pokoleniom. Oto wyjątki listów: "Życie jest tak smutne, nie mogę już dłużej wytrzymać." — "Wszystko jest okropne. Rzucam się do wody, by mnie ryby pożarły i by nic po mnie nie pozostało." — "Moglibyśmy żyć gdybyśmy dostali obłąkania, ale możemy myśleć i to jest przerażające." — Sześć młodych dziewcząt powiesiło się na jednym i tem samym drzewie. Zostawiły one list pożegnalny, w którym piszą: "Nie możemy już dłużej wytrzymać. Wszystko jest szare. Dusimy się." Znawcy zwracają uwagę na fakt, że owa plaga samobójstw oszczędza młodzież tatarską i innych szczepów mongolskich, którym Sowiety zostawiły pewną swobodę wyznania. Jeśli wam to nie wystarcza posłuchajcie, co pisze pewna gazeta bolszewicka: "We wsi Wandyszewo uspołeczniono (t. z. po polsku, zrabowano) całą cebulę i czosnek, włączając i ten, który znajduje się w kuchni u chłopa. Biedaków i średniaków, którzy nie chcieli się na to zgodzić, aresztowano i przeznaczono do wysyłki na Syberię. We wsi Krasnowo zabrano dla kolektywu cały drób." W kolektywach rej wodzą urzędnicy komuniści, a przede wszystkiem młodzież komunistyczna, zajmują oni różne dobre stanowiska, mieszkają w dworach i kradną na wszystkie sposoby. Chłopi traktowani są jak najgorsi niewolnicy. Raz jeszcze czytamy w gazecie "Komunist" o gospodarce w kolektywie "Zinowjejka" pod Odessą. Pracownicy rolni mieszkali w chlewach razem z trzodą. Nie otrzymywali oni pieniędzy za pracę. Kierownicy komuny traktowali ich brutalnie, częste wypadki bicia aż na śmierć. Całą gospodarkę ujawniła śmierć chłopa, zbitego nahajkami. Najlepiej spisał się prezes kolektywu koło Tyraspolu, towarzysz Lewicki, który okradł kolektywę i zwiał. Podobno obecnie grasuje po Ameryce! — Historia stwierdza, że już w roku 1917, w czasie tej klęski głodowej w Sowietach, kiedy 40 milionów ludzi cierpiało najstraszniejsze męki, zjadano zgniłą słomę, padlinę, zdarzały się często wypadki ludożerstwa, a 24 miliony ludzi umarło z głodu! W roku ubiegłym 1934, nieco mniej, bo tylko sześć milionów. A od roku 1917 do 1934, ile zginęło śmiercią głodową?... Jaki więc jest cel komunistów? Czy dobro chłopa, jak twierdzą agitatorowie? Czy szczęście klasy roboczej? A gdzież tam! Podbój całego świata, to jedyny i wyłączny ich cel. Gdy przed latami towarzyszowi Leninowi przedstawiono straszne skutki bolszewizmu, ten apostoł rozlewu krwi i nienawiści odpowiedział: "Dziewięć dziesiątych ludu rosyjskiego może sobie wymrzeć, byle choć jedna dziesiąta przetrwała do "światowej rewolucji". Bolszewicy rozumieją, że bez pozyskania chłopa nie zdobędą władzy nad światem, i dlatego założyli Czerwoną Międzynarodówkę Chłopska. Na jej czele przez kilka lat, nie wiem czy i dziś, stał zdrajca Polak, nazwiskiem Dąbal. Ta międzynarodówka zakłada związki prostego robotnika. Na to są ruble sowieckie. Sypią się miliony. W międzyczasie, sowieckie pisma "Prawda" i "Izwiestja" opisują jak w przytułkach rządowych tysiące dzieci głoduje, i musi żebrać, albo — kraść! Inne tysiące, wskutek braku ubrania, nie mogą uczęszczać do szkół i chodzą półnagie. Ile z nich choruje na obrzydłe choroby zakaźne? Samych kalek wśród nich jest tylko — jeden milion! Oto, tylko w przybladłym świetle - obraz sowieckiej uczciwości, sprawiedliwości i dbałości!
Nie warto mówić o stosunku bolszewików do religii. Przypominam tylko scenę z procesu śp. męczennika Arcybiskupa Cieplaka, kiedy zdrajca i bezbożnik, prokurator Krylenko, rozwścieklony, krzyczał, wył i ryczał: "Pluję na wiarę katolicką, pluję na wiarę prawosławną, pluję na wiarę mahometańska, pluję na każdą wiarę i wyznanie." — Tak myśli każdy agitator bolszewicki, który staje przed robotnikami i pod pozorem dbałości o los robotnika, w rzeczywistości zaprzedaje go w niewolę doczesną, oddając go w szpony niedźwiedzia rosyjskiego, oraz w niewole wieczną, posyłając go na samo dno piekła. Bolszewickie bluźnierstwa, które wołają o pomstę do nieba, i tę pomstę sprowadzą tak jak ten Bóg jest na niebie, posłuchajcie: wiara w Boga, to opium i narkotyk, to środek uciemiężenia i trzymania mas w niewoli; to bezczelne oszustwo mas pracujących, to trup! "Załatwiliśmy się z caratem ziemskim, teraz zabierzemy się do carów niebieskich." "Cara łatwo było z tronu zrzucić, ale dopiero kiedy nam się uda strącić z tronu tego starego cara (Boga) — wtedy dopiero będziemy panami świata." — "Nie Jezus Chrystus, lecz Judasz miał słuszność." — Ideałem świata cywilizowanego i chrześcijańskiego jest Chrystus i krzyż; ideałem bolszewików jest Judasz zdrajca, z workiem judaszowskim i pętlicą, na to, aby lud zaprzedać, a potem powiesić. Temu Judaszowi bolszewicy pomniki stawiają. Pomijam mordowanie biskupów i kapłanów, którzy przechodzili katusze, równające się z wymysłami cezarów rzymskich. Nie mogę jednak pominąć statystyki z roku 1924, kiedy to bolszewicy trzymali w obozach koncentracyjnych lub posłali na wygnanie osiem milionów swych poddanych, ponieważ ci nie chcieli zgodzić sig na program rządu sowieckiego. Nie mogę też pominąć faktu, że w roku 1921 bolszewicy wymordowali: 6.775 nauczycieli, 8,800 lekarzy, 54,650 oficerów, 10,500 policjantów, 260,200 sierżantów, 12.950 właścicieli dóbr,
355.250 inteligentów, 192.650 robotników, 815.100 włościan.
Co powiedzieć o moralności pod chorągwią komunizmu? Rumieniec wstydu pokrywa lica ludzi uczciwych. Kobieta, matka, żona i siostra, odarte ze czci i szacunku. Zwalone z ołtarza chrześcijanizmu do rynsztoku bolszewizmu. Małżeństwo, to dziś sprzedaż i kupno na rynku społecznym. Dzieci od 4go do-16go roku chowane po barakach rządowych! Tysiące małoletnich ofiar gnije po ochronkach i szpitalach. Tak zasady bolszewizmu człowieka zamieniły w bydlę, w zwierza, bez wiary i bez obyczajów! Na pośmiewisko, bolszewicy obrali sobie za patrona — Judasza, wystawiając mu pomniki i naśladując jego uczynki, idą w świat, zaprzedając ludy, docześnie i wiecznie, w piekło nędzy, rozpaczy, krwi i śmierci głodowej. Rodacy i robotnicy, nie słuchajcie ich kłamliwych i oszukańczych podszeptów i namów! Obiecują wam oni wolność a dadzą niewolę; obiecują dostatki, a dadzą nędzę; obiecują życie, a dadzą śmierć głodową. Powiedzcież im raz na zawsze: "precz i jak najdalej precz od nas!" I zawsze dziękujmy Bogu, żeśmy w kraju, przy brzegach którego stoi statua Wolności, a nie mauzoleum Lenina; że jesteśmy obywatelami tej naszej przybranej Ojczyzny, i że nad nami dumnie powiewa sztandar orła i gwiazd, a nie żadna płachta międzynarodowa, zbrukana bratnią krwią, wołającą o pomstę do nieba!
Skutkiem przemówienia z ostatniej niedzieli zasypano mnie listami. Niektóre z nich z rozmaitemi zarzutami, jednostronności i trzymania strony z kapitalistami. Naznaczam i to z naciskiem, że żaden apostoł czerwonej i krwawej propagandy nie przeszedł takiej biedy i nie najadł się takiej nędzy, jak ja sam. Niech poświadcza ci, co ze mną się chowali w McClure i Everson, Pa., a którzy dziś zamieszkują w Buffalo, Detroit, Chicago i Milwaukee. Mieszkaliśmy w domach kompanicznych, pomalowanych na czerwono, może na pośmiechowisko i hańbę. Rodzice musieli wszystko kupować ze sztorów kompanicznych, naturalnie za wygórowane ceny. Nadeszły czasy clevelandzkie. Bezustanne strajki i zaburzenia. Kompania Pana Fricka wyrzuciła nas z domków i przez jedną całą zimę mieszkaliśmy pod namiotami, a żywili nas negrzy, sprowadzeni na złamanie strajku! Widziałem jak policja strzelała do tłumu strajkierów; widziałem jak pałkami rozbijano głowy bezbronnych, patrzyłem jak policja konna tratowała poległych strajkierów i sam jako chłopiec kilkakrotnie zaledwiem uniknął kopyt końskich. Mając zaledwie lat dziesięć, chodziłem z tatusiem do roboty. Wstawaliśmy o północy, pracowaliśmy do trzeciej lub czwartej po południu za $1.50 lub $1.75! Byłem świadkiem potu, krwi, kalectwa i śmierci koksiarzy i majnerów. Widziałem jak dziewczęta, żony i matki, pomagały ojcom i mężom ciągnąc lub pchać taczki czyli wilbary. Słyszałem jak bossowie innonarodowi, nie tylko wyśmiewali się z tych biedaków, lecz ich przeklinali i wyzywali, pędząć ich do roboty, jak bydło nierozumne. — Nieraz patrząc na to, mimowoli nie tylko łzy zakręciły się w oku, lecz spłynęły po policzkach, i pytałem się: czemu to tak? przecież to nie tylko niesprawiedliwie, lecz nawet nie po ludzku! — I dlatego też dobro robotnika leży mi na sercu. Moje rady są serdeczne i szczere, skierowane na obronę klasy roboczej, nie tylko przed niesprawiedliwym systemem kapitalistycznym i przed chciwą zachłannością okrutnych bogaczów, w jakimkolwiek przemyśle, lecz zarazem przeciw fałszywym nauczycielom zasad i nauki gwałtownego przewrotu, który zakończy się spodleniem i niewolnictwem robotnika, jego żony i dzieci. Już od czterech lat uczę, że obecny system jest niesprawiedliwym i przeżytym. Że to zły duch, który sieje nędze, nieufność, niezgodę i podejrzliwość. Że musi ulec przemianie czyli ewolucji dla zabezpieczenia klasy roboczej. Lecz nalegam zarazem, że ta zmiana ma wziąć obrót spokojny, legalny i bezkrwawy. Że powoli to się dzieje, mimo szalonej opozycji zwolenników Starego Ładu. Zawsze też uważałem nie tylko za mój obowiązek, lecz za obowiązek sumienny i święty, piętnować apostołów nauki gwałtu, przewrotu i rozlewu krwi. Bo to kruki i sępy w ciele ludzkim, które za zapłatę państwa zagranicznego i wrogiego zaprzedają szczęście, dobrobyt i życie robotnika za zasady pogańskie i niewolnicze. Mówiłem, mówię i mówić będę bez ogródek, i bez względu na pogróżki i denuncjacje, bo tu się nie rozchodzi o mnie, lecz o kilka milionów rodaków i rodaczek. "Jeśli wam jest pożyteczne, żeby jeden człowiek umarł za lud, a nie wszystek naród zginął", nawet na to się zgódzę jak najchętniej. Po tym, nieco długim wstępie, do mowy:
GRABARZE SZCZĘŚCIA ROBOTNIKA
"Ilustrowany Kurier Codzienny" zamieścił wywiad z Józefem Engel. Zeznanie Engla jest ważne, ponieważ on sam był polskim komunistą na Śląsku. Trzy lata temu uciekł wraz z żoną do Sowietów, ponieważ groziło mu więzienie za robotę wywrotowa w Polsce. Po trzech latach pobytu w "sowieckim raju", wolał jednak powrócić do Polski. Dodaje, że Józef Engel był swego czasu górnikiem w kopalniach śląskich. Posłuchajcie co mówi ten komunista polski: "Nigdzie nie widziałem tylu ludzi mdlejących i umierających z głodu, co w Sowietach. Dzieci porzucane są jak zwierzęta i jak szczenięta biją się i gryzą o każdą kość, każdy odpadek wyrzucony na ulice. Przytułki i ochrony istnieją dotychczas tylko na pokaz dla cudzoziemców. Praca w kopalni, czy w fabryce rozpoczyna się o godzinie 6-ej. Ale przyjść trzeba o 3-ej w nocy, by stanąć w kolejce i otrzymać wreszcie kartkę na obiad, składający się z ryby śmierdzącej i chleba ciężkiego jak glina. Po robocie należy jeszcze pozostać z parę godzin, bo są konferencje, wykłady itp., tak że człowiek jest skazany na 16 godzin pracy. Choroby panoszą się tam straszliwie. Widziałem po raz pierwszy w życiu dżumę płucną oraz tyfus plamisty. Od robactwa roi się wszędzie, mydła nie ma, kąpieli nie ma. W Moskwie, co prawda, istnieją łaźnie, ale bardzo drogie, nie na kieszeń robotnika. Trudno się nawet dziwić, że robotnik rosyjski, zmuszony pracować 16 godzin, głodny, chory — woli nie pracować. Jedzie z miejsca na miejsce w poszukiwaniu lepszych warunków bytu. Stąd pochodzą tłumy, obozujące całymi tygodniami na stacjach kolejowych, gdzie mają przynajmniej dach nad głową i czasem ciepły piec. Gdy raz koło nas padł koń, w przeciągu kilku minut dosłownie rozszarpano go i zjedzono z kośćmi. Głód, straszny głód! Ale bezrobotnych nikt tam nie zapisuje i dlatego ich urzędowo w Rosji sowieckiej nie ma! Chłop nie chce uprawiać roli, bo wie, że zbiory mu i tak zabiorą, nie pozostawiając nawet na wyżywienie jego i rodziny. A jeżeli nie odda dobrowolnie wszystkiego, oskarżą go o kułactwo, zabiorą ziemię, a jego poślą na ciężkie roboty. Więc zjada ostatnią krowę, czy konia i idzie w świat. Chociaż w tym czasie dostałem odznaczenie: medal i zostałem "udarnikiem" - mimo tych zaszczytów byłem wciąż głodny. — Postanowiłem wracać, do czego namawiała mnie jeszcze żona, przywykła do kulturalnego życia robotników na Śląsku i chorująca wprost z głodu, brudnego otoczenia i smrodu. W Rosji nic nie wolno. A raczej: wolno pracować 16 godzin na dobę, i umrzeć — z głodu! Ale o tym mówić nie wolno, bo za krytykę ustroju grozi G. P. U. i zesłanie na wieloletnie ciężkie roboty. Przecie wszystkie wielkie fabryki są budowane pracą tych nieszczęśliwych więźniów, poganianych do pracy nad siły o głodzie i chłodzie przez nieludzkich dozorców. Ale gdy przyjeżdżają cudzoziemcy i zwiedzają, robotnicy muszą pod groźbą G. P. U. mówić, jak im się dobrze powodzi! Zgłosiłem się do konsulatu polskiego. Konsul lojalnie uprzedził mnie, że w Polsce bedę aresztowany. Ale ja wolałem więzienie w Polsce, niż wolność w Sowietach! Obecnie wszystkim niezadowolonym w Polsce mówię: Jedźcie do Rosji! Jedźcie! Przekonacie się sami, jak tam jest naprawdę! Co warte hasła komunistyczne. A jak będziecie w Rosji, dopiero nauczycie się cenić chleb, jaki macie w Polsce!" — Oto jak wygląda "raj bolszewicki" w opisie polskiego komunisty, który trzy lata w nim spędził! — A tu naszym Polaczkom prawią smalone duby o nadludzkich wysiłkach, poświęceniu, samozaparciu i zapale robotnika sowieckiego, budującego nowy świat, jako wzór klasie robotniczej całego świata, pracującego nie tylko dla chleba, lecz i dla społeczeństwa, dla potomstwa, na dobre "dzisiaj" i jeszcze lepsze "jutro". Z mej strony dodaje na dobry czyściec "dzisiaj", i na śmierć głodową "jutro"!
"Detroit News" niedawno temu zamieściła artykuł Ryszarda Halliburtona. Autor spędził dłuższy czas w Sowietach i jak sam przyznaje "odetchnął z niebywałą rozkoszą i ulgą, gdy przekroczył granicę rosyjską, udając się do Polski, do kraju, gdzie obywatele mają zagwarantowaną wolność osobistą, do kraju wysokiej kultury i cywilizacji". Pisze on dalej: "Nigdy w historii swego istnienia Rosja nie była tak zubożałą, tak łachmaniarską i tak głodną. Tłumy ludzi na ulicach, wystające godzinami, zmęczone i zrezygnowane, czekające na kupienie czarnego chleba, lub kawałka mięsa, są najbardziej nędzne, najbardziej beznadziejne stworzenia ludzkie, jakie kiedykolwiek widziałem, w którymkolwiek kraju, zaludnionym białą rasą. Każdy wygląda tak jakby kupił swe ubrania na wyprzedaży i spal w nich przez cały rok. Ale innego rodzaju ubrań nie ma.
Można rozpoznać cudzoziemca zdaleka, wszystko jedno jakiej jest narodowości, przez bez porównania lepsze i kompletniejsze ubrania. W carskich czasach Rosja była krainą wszelkiego dobra. Chłopi, choć maltretowani politycznie, byli dostatecznie nakarmieni. Teraz, pod komunizmem, nikt nie ma dosyć do jedzenia, prócz tych, którzy są żywieni w fabrycznych kuchniach. Ubóstwo jest udziałem każdego obywatela, prócz nowej klasy rządzącej, komisarzy i urzędników, którzy mieszkają we wspaniałych apartamentach i jeżdżą drogiemi automobilami. Polska i Rosja przedstawiają jeszcze bardziej silny kontrast. Na granicy polskiej przeszedłem z brudnego, wstrętnego, obrzydliwego, śmierdzącego pociągu zapchanego obdartymi ludźmi — do polskiego pociągu, do czystości, szybkości, komfortu, przyzwoitości. Polaków jedyny wieczny teror jest, że zaraza komunizmu roznoszona przez olbrzymią czerwoną armię spadnie na nich i poniży ich do tego samego stanu ubóstwa, uwięzień i intelektualnego niewolnictwa, które obserwują przez granicę. Coś musi być zasadniczo źle z rosyjskim systemem, coś, co cofa ich w tył, coś marnego, gdy koło nich mniej faworyzowane kraje szybko idą naprzód po drodze wolności i dobrobytu. Komuniści w Ameryce, którzy mają nadzieję zmusić nas do połknięcia rosyjskiego systemu, z linką, haczykiem i wędką, mogą z równem powodzeniem oddech swój tracić na uczenie się śpiewu. My musimy przeprowadzić szerokie reformy, wrzody socjalne muszą być uleczone, lecz dyktatura proletariatu, z wszelką pewnością i najwidoczniej, nie jest odpowiedniem lekarstwem ani dla nas ani dla każdego innego inteligentnego i wolność kochającego narodu. Lecz w rzeczywistości ani trochę nie jestem zaalarmowany. Do czasu aż zobaczę Statuę Wolności koziołkującą ze swego piedestału do zatoki nowojorskiej, nie spodziewam się zobaczyć czerwonej flagi, a nawet różowej powiewającej na Białym Domu i na Kapitolu." — Tak pisał Richard Halliburton w "The Detroit News".
Ostatnio w "La Vie Intellectuelle" autor Rosjanin, który dlatego, że przez dłuższy czas był urzędnikiem w Sowietach, nie może wyjawić swego nazwiska, opisuje stosunki wśród młodzieży bolszewickiej należącej do Komsomołu. Skutkiem antyreligijnego i bezbożnego wychowania, zauważono zastraszającą epidemje samobójstw. Z początku pisma sowieckie wyrażały się pogardliwie o tych "dezerterach życia", i ostrzegały przed naśladowaniem tych tchórzów! Na nic to, liczba samobójstw wzrastała. Dziś nie wolno gazetom opisywać pojedynczych gwałtownych śmierci młodzieży sowieckiej, chyba że są wypadki "samobójstw kolektywnych". Młodzież targnąca się na własne życie pozostawia za sobą listy, w których ujawnia się zniechęcenie do życia i bezdenną rozpacz co do panujących stosunków. Listy te powinny być zachowane w archiwum bolszewickiem na wieczną pamiątkę i przestrogę przyszłym pokoleniom. Oto wyjątki listów: "Życie jest tak smutne, nie mogę już dłużej wytrzymać." — "Wszystko jest okropne. Rzucam się do wody, by mnie ryby pożarły i by nic po mnie nie pozostało." — "Moglibyśmy żyć gdybyśmy dostali obłąkania, ale możemy myśleć i to jest przerażające." — Sześć młodych dziewcząt powiesiło się na jednym i tem samym drzewie. Zostawiły one list pożegnalny, w którym piszą: "Nie możemy już dłużej wytrzymać. Wszystko jest szare. Dusimy się." Znawcy zwracają uwagę na fakt, że owa plaga samobójstw oszczędza młodzież tatarską i innych szczepów mongolskich, którym Sowiety zostawiły pewną swobodę wyznania. Jeśli wam to nie wystarcza posłuchajcie, co pisze pewna gazeta bolszewicka: "We wsi Wandyszewo uspołeczniono (t. z. po polsku, zrabowano) całą cebulę i czosnek, włączając i ten, który znajduje się w kuchni u chłopa. Biedaków i średniaków, którzy nie chcieli się na to zgodzić, aresztowano i przeznaczono do wysyłki na Syberię. We wsi Krasnowo zabrano dla kolektywu cały drób." W kolektywach rej wodzą urzędnicy komuniści, a przede wszystkiem młodzież komunistyczna, zajmują oni różne dobre stanowiska, mieszkają w dworach i kradną na wszystkie sposoby. Chłopi traktowani są jak najgorsi niewolnicy. Raz jeszcze czytamy w gazecie "Komunist" o gospodarce w kolektywie "Zinowjejka" pod Odessą. Pracownicy rolni mieszkali w chlewach razem z trzodą. Nie otrzymywali oni pieniędzy za pracę. Kierownicy komuny traktowali ich brutalnie, częste wypadki bicia aż na śmierć. Całą gospodarkę ujawniła śmierć chłopa, zbitego nahajkami. Najlepiej spisał się prezes kolektywu koło Tyraspolu, towarzysz Lewicki, który okradł kolektywę i zwiał. Podobno obecnie grasuje po Ameryce! — Historia stwierdza, że już w roku 1917, w czasie tej klęski głodowej w Sowietach, kiedy 40 milionów ludzi cierpiało najstraszniejsze męki, zjadano zgniłą słomę, padlinę, zdarzały się często wypadki ludożerstwa, a 24 miliony ludzi umarło z głodu! W roku ubiegłym 1934, nieco mniej, bo tylko sześć milionów. A od roku 1917 do 1934, ile zginęło śmiercią głodową?... Jaki więc jest cel komunistów? Czy dobro chłopa, jak twierdzą agitatorowie? Czy szczęście klasy roboczej? A gdzież tam! Podbój całego świata, to jedyny i wyłączny ich cel. Gdy przed latami towarzyszowi Leninowi przedstawiono straszne skutki bolszewizmu, ten apostoł rozlewu krwi i nienawiści odpowiedział: "Dziewięć dziesiątych ludu rosyjskiego może sobie wymrzeć, byle choć jedna dziesiąta przetrwała do "światowej rewolucji". Bolszewicy rozumieją, że bez pozyskania chłopa nie zdobędą władzy nad światem, i dlatego założyli Czerwoną Międzynarodówkę Chłopska. Na jej czele przez kilka lat, nie wiem czy i dziś, stał zdrajca Polak, nazwiskiem Dąbal. Ta międzynarodówka zakłada związki prostego robotnika. Na to są ruble sowieckie. Sypią się miliony. W międzyczasie, sowieckie pisma "Prawda" i "Izwiestja" opisują jak w przytułkach rządowych tysiące dzieci głoduje, i musi żebrać, albo — kraść! Inne tysiące, wskutek braku ubrania, nie mogą uczęszczać do szkół i chodzą półnagie. Ile z nich choruje na obrzydłe choroby zakaźne? Samych kalek wśród nich jest tylko — jeden milion! Oto, tylko w przybladłym świetle - obraz sowieckiej uczciwości, sprawiedliwości i dbałości!
Nie warto mówić o stosunku bolszewików do religii. Przypominam tylko scenę z procesu śp. męczennika Arcybiskupa Cieplaka, kiedy zdrajca i bezbożnik, prokurator Krylenko, rozwścieklony, krzyczał, wył i ryczał: "Pluję na wiarę katolicką, pluję na wiarę prawosławną, pluję na wiarę mahometańska, pluję na każdą wiarę i wyznanie." — Tak myśli każdy agitator bolszewicki, który staje przed robotnikami i pod pozorem dbałości o los robotnika, w rzeczywistości zaprzedaje go w niewolę doczesną, oddając go w szpony niedźwiedzia rosyjskiego, oraz w niewole wieczną, posyłając go na samo dno piekła. Bolszewickie bluźnierstwa, które wołają o pomstę do nieba, i tę pomstę sprowadzą tak jak ten Bóg jest na niebie, posłuchajcie: wiara w Boga, to opium i narkotyk, to środek uciemiężenia i trzymania mas w niewoli; to bezczelne oszustwo mas pracujących, to trup! "Załatwiliśmy się z caratem ziemskim, teraz zabierzemy się do carów niebieskich." "Cara łatwo było z tronu zrzucić, ale dopiero kiedy nam się uda strącić z tronu tego starego cara (Boga) — wtedy dopiero będziemy panami świata." — "Nie Jezus Chrystus, lecz Judasz miał słuszność." — Ideałem świata cywilizowanego i chrześcijańskiego jest Chrystus i krzyż; ideałem bolszewików jest Judasz zdrajca, z workiem judaszowskim i pętlicą, na to, aby lud zaprzedać, a potem powiesić. Temu Judaszowi bolszewicy pomniki stawiają. Pomijam mordowanie biskupów i kapłanów, którzy przechodzili katusze, równające się z wymysłami cezarów rzymskich. Nie mogę jednak pominąć statystyki z roku 1924, kiedy to bolszewicy trzymali w obozach koncentracyjnych lub posłali na wygnanie osiem milionów swych poddanych, ponieważ ci nie chcieli zgodzić sig na program rządu sowieckiego. Nie mogę też pominąć faktu, że w roku 1921 bolszewicy wymordowali: 6.775 nauczycieli, 8,800 lekarzy, 54,650 oficerów, 10,500 policjantów, 260,200 sierżantów, 12.950 właścicieli dóbr,
355.250 inteligentów, 192.650 robotników, 815.100 włościan.
Co powiedzieć o moralności pod chorągwią komunizmu? Rumieniec wstydu pokrywa lica ludzi uczciwych. Kobieta, matka, żona i siostra, odarte ze czci i szacunku. Zwalone z ołtarza chrześcijanizmu do rynsztoku bolszewizmu. Małżeństwo, to dziś sprzedaż i kupno na rynku społecznym. Dzieci od 4go do-16go roku chowane po barakach rządowych! Tysiące małoletnich ofiar gnije po ochronkach i szpitalach. Tak zasady bolszewizmu człowieka zamieniły w bydlę, w zwierza, bez wiary i bez obyczajów! Na pośmiewisko, bolszewicy obrali sobie za patrona — Judasza, wystawiając mu pomniki i naśladując jego uczynki, idą w świat, zaprzedając ludy, docześnie i wiecznie, w piekło nędzy, rozpaczy, krwi i śmierci głodowej. Rodacy i robotnicy, nie słuchajcie ich kłamliwych i oszukańczych podszeptów i namów! Obiecują wam oni wolność a dadzą niewolę; obiecują dostatki, a dadzą nędzę; obiecują życie, a dadzą śmierć głodową. Powiedzcież im raz na zawsze: "precz i jak najdalej precz od nas!" I zawsze dziękujmy Bogu, żeśmy w kraju, przy brzegach którego stoi statua Wolności, a nie mauzoleum Lenina; że jesteśmy obywatelami tej naszej przybranej Ojczyzny, i że nad nami dumnie powiewa sztandar orła i gwiazd, a nie żadna płachta międzynarodowa, zbrukana bratnią krwią, wołającą o pomstę do nieba!
Subskrybuj:
Posty (Atom)