"MAŁO LUDZI, BO MAŁO BOGA!" - pogadanka o. Justyna z 28.02.1937 r.

Witam Was zacni Rodacy i miłe Rodaczki słowami: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Od Środy Popielcowej rozpoczęliśmy okres czasu nazwany Wielkim Postem. Ten czas ma być czasem pokuty, żalu, umartwienia i rozmyślania. Pokuty i żalu za nasze przewinienia i upadki; umartwienia, aby okazać chęć panowania nad sobą przez wstrzymywanie się nie tylko od spożywania potraw mięsnych, ale i przez okazywanie posłuszeństwa przepisom Kościoła, wstrzymując się od rozrywek i zabaw godnych, i w innym czasie zezwolonych; rozmyślania nad naszym położeniem życiowem! Kto wie, czy z tego wszystkiego, rozmyślanie nie jest najważniejsze. Czemu? Ponieważ przez roztrząsanie sumienia, przez zaglądanie częste do serca, przez zadawanie sobie pytań skąd jesteśmy, po co żyjemy, jak się prowadzimy i zachowujemy, dokąd zdążamy, jak, gdzie i kiedy skończymy, przez to wszystko, człowiek rozumny i rozsądny, mimowoli uznać musi potrzebę pokuty i żalu oraz niezbędną konieczność umartwienia! Życie ludzkie obecnej doby, to gmach sprzeczności. Dziś życie ludzkie nie jest tym, czym Stwórca zamierza, aby było! Ludzie dziś nie żyją, ponieważ życie jest złudzeniem, mirażem, kłamstwem, oszukaństwem, bo z życia wyrwano i wyrzucono Boga. Na ustach każdego i z ust każdej płyną słowa postępu, oświaty, wolności i dobrobytu, a mimo to pełno zacofaństwa, ciemnoty, niewolnictwa, biedy, niedostatków, nędzy i uciemiężenia. Ponieważ każdy ma tylko wzgląd na siebie, dba o siebie, a zapomina o drugich, że oni też są ludźmi i bliźnimi. W dodatku zapomina, że w każdej ludzkiej istocie mieszka dusza, i ponad stworzeniem rozciąga się panowanie Boże! Czy na to wszystko nie ma rady? nie znajduje się lekarstwo? Chrystus Pan rzucił nam zasadę, według której żyjąc, ludzie mogą siebie uszczęśliwić i zmienić powierzchnię całej kuli ziemskiej. Zbawiciel bowiem mówił: "Szukajcież tedy najprzód królestwa Bożego i sprawiedliwości jego, a to wszystko będzie wam przydane"! Mało kto w czasach obecnych myśli o sprawiedliwości! Gdyby ją zaprowadzono w państwach, gdyby do niej zastosowali swe życia wszyscy i wszędzie. Sprawiedliwość, to wyraz albo całkowicie nieznany i obcy, albo przynajmniej niezrozumiany. Czy można jednak rozprawiać o sprawiedliwości, jeśli nie ma miejsca dla Boga? Zanikają więc pojęcia szczęścia prawdziwego; wysuwają się zasady sztuczne, rady fałszywe, lekarstwa bezskuteczne. Ludzie rozumni
prowadzą życie bezrozumne. W czwartym wieku przed Chrystusem żył słynny filozof grecki. Byt to cynik pogański, zwolennik życia pierwotnego. Wyrzekł się najpotrzebniejszych rzeczy życiowych, i mieszkał w beczce! O nim krąży powieść, iż jednego dnia, w samo południe, kiedy słonko jasno przyświecało, stary filozof chodził po publicznym rynku, w stołecznym mieście Atenach, trzymając w ręku wielką latarnię i przy jej świetle szukał czegoś. Jakiś przechodzień przyglądał mu się przez dłuższy czas, potem zapytał się, za czym by tak szukał? "Szukam człowieka!" odparł mędrzec! "Czy nie widzisz ile ludzi przechodzi się po rynku?" nalegał przechodzień. "To nie są ludzie, bo ludzie mają rozum, a ci zamiast żyć według rozumu jako ludzie, dają się kierowaĆ i rządzić nierozumnym skłonnościom i zachciankom!" No, czy i dziś nie można powiedzieć tego samego? Stąd tytuł dzisiejszego rozmyślania:

"MAŁO LUDZI, BO MAŁO BOGA!"

Legenda ludowa twierdzi, że dnia jednego po wojnie światowej, zstąpił Pan Jezus wraz z św. Piotrem na ziemię. Szedł pieszo, aby przyjrzeć się nieco światu. Zdążali wolno, ale w ciągu doby nie spotkali ani jednego człowieka; widzieli tylko miasta leżące w gruzach, zniszczone wioski, bielejące kości i rozrzucone belki; żadnych innych prócz kruków nie zoczyli ptaków. Pod wieczór znaleźli się w pobliżu jakiegoś miasta. Gdy byli już w pobliżu Pan Jezus przystanął i odezwał się w te słowa do św. Piotra: "Idź mój synu do tego miasta przed nami i dowiedz się, kto by mnie przyjął na jedną noc? Na twój powrót czekać będę, siedząc tu na drodze pod lasem." Św. Piotr podążył w kierunku miasta. Przyszedłszy do miejskiej rogatki, zwrócił się do strażników celnych z zapytaniem: "Czy przyjęlibyście Jezusa Chrystusa na jedną noc?" Strażnicy celni poczęli się śmiać, a jeden z nich, ospowaty, odpowiedział w imieniu innych: "Pewno pan jesteś wariatem, skoro szukasz noclegu w domu strażników celnych? Czyż nie wiesz, że to gmach urzędowy, a w takim budynku Jezus Chrystus nie ma czego szukać!" Św. Piotr podążył dalej. Niedaleko rogatki, wśród ogrodów, napotkał wieśniaka, który z próżnym wozem powracał z targu do domu. Św. Piotr zapytał go: "Bracie, czy jesteście tutejsi?" — "Tak, niedaleko stąd mam ziemię i dom." — "A czy przyjęlibyście Pana Jezusa a jedna noc?" — "Za dobrą zapłatę — dlaczego nie" — odpowiedział chłop. Za dobre pieniądze przenocuję i samego szatana!" sw. Piotr żachnął się na niego: "Aż tak bezbożnym człowiekiem jesteście?" - Niech pan mi tu nie dokucza! - huknął. Przecież nawet Chrystusowej trumny nie strzeżono. Dlaczegoż bym ja miał dawać nocleg bezpłatnie? - "A więc tak? To wzorujecie się na poganach?" — Ale wieśniak nie słuchał dalszych jego słów, zaciął konia i odjechał z hałasem. A św. Piotr podążył dalej. Na skraju miasta widniała ładna willa zdobna wieżyczkami i otoczona dużym ogrodem; tam więc zaszedł. Służący jednak chciał go wypędzić, a gdy zwabiony krzykami, nadszedł właściciel domu, Św. Piotr wreszcie mógł zapytać, czy przyjąłby Pana Jezusa na jedna noc? — Moja willa, to nie dom zajezdny! —odparł gospodarz i z gniewem odwrócił się od św. Piotra, ale natychmiast oprzytomniał, zdając sobie sprawę, że tak ostre obejście się z Panem Jezusem może mu, jako świeżo wzbogaconemu, niekoniecznie wyjść na dobre, zawrócił więc od drzwi i rzekł: Znam prezesów wielu stowarzyszeń dobroczynnych. Na życzenie więc dam list polecający do któregoś z nich. Św. Piotr nie czekał na żadne polecenie, ale poszedł dalej. Na przedmieściu odezwał się do spotkanego tam robotnika: "Czy przyjęlibyście Pana Jezusa na jedna noc!?" — Robotnik odpowiedział: — Gdyby to zależało tylko ode mnie — naturalnie, żebym Go przyjął — bo widzę, że Jego nauka jest prawdziwa, a miłość rzeczywiście jest zasadniczym nakazem i największą potęgą! Ale sam nie mam odwagi tego zrobić, gdyż ci, którzy są apostołami nienawiści, powiedzieliby, że jestem zdrajcą! — Św. Piotr pospieszył dalej. Na jednej z głównych ulic zagadnął jakiegoś obywatela: "Czy przyjąłbyś pan Pana Jezusa na jedną noc?" Obywatel —zaskoczony, odpowiedział lękliwie: — Ach, prosze tego nie żądać ode mnie. Dziś świat jest tak zbałamucony, że najlepiej, gdy człowiek do niczego się nie przyznaje. I szedł Św. Piotr dalej. I znalazł się na jednej z wielkich ulic zupełnie niespodzianie przed świetnym pałacem i gdy się właśnie namyślał, czy próbować tam szczęścia, otwarła się brama pałacowa i bogacz - właściciei wyszedł na ulicę. Św. Piotr stanął przed nim i znów zapytał: "Panie, czy przyjąłbyś Pana Jezusa na jedną noc?" — Niski, gruby człowieczek, mrugając przez chwilę oczyma, odpowiedział: — "Naturalnie żebym przyjął! tylko niestety nie mam odwagi tego uczynić, jestem bowiem Żydem. Gdybym więc przyjął, to Żydzi kpiliby ze mnie, a chrześcijanie wyśmialiby mnie!" I poszedł Św. Piotr dalej. W jakimś parku zwrócił się z swoim zapytaniem do modnie ubranej damy, która przechadzała się z córeczką. Dama, uroczo uśmiechając się odmówiła Św. Piotrowi: — Nie, dziękuje za takiego gościa, który uczy o liliach polnych. Na pewno wygłosiłby jakąś mowę przeciw modzie! Św. Piotr zapytał się córeczki damy, czy ona może by przenocowała Pana Jezusa w pokoju dziecinnym. Oczy małej dziewczynki zabłyszczały: — O, bardzo chętnie. Przecież Jezus przyniesie podarek! — A gdyby nic nie przyniósł? — zapytał się św. Piotr. — No, wtedy nawet bym Go nie wpuściła! — zawołało dziecko. — Przecież dobry Jezus zawsze chodzi z podarunkami, a jeżeli przychodzi z próżnymi rękoma, to nie jest dobry! Św. Piotr poszedł znów dalej i trafił do najbardziej wytwornego hotelu w mieście, pytając portiera: "Czy przyjęliby Pana Jezusa na jedną noc?" - Za nic w świecie!—odpowiedział portier. Przecież przedstawiciele państw, kierujący polityką świata, prowadzą tu właśnie swoje obrady, a ci umknęliby sprzed oblicza Chrystusa! Szedł więc Św. Piotr dalej, stawiając swoje pytanie ludziom spotykanym, ale każdy go zbywał i potrafił wyszukać jakąś przyczynę, dla której Panu Jezusowi nawet na jedną noc nie mógł użyczyć noclegu. Jeden posiadał za ciasne mieszkanie, drugiemu brakowało pościeli, trzeci miał innego gościa, jednem słowem: Św. Piotr daremnie zwracał się do ludzi. Tymczasem noc mijała powoli i już dnieć poczęło i nie trzeba było szukać noclegu. Św. Piotr zasmucony powrócił na drogę pod las, gdzie Jezus wieczorem usiadł, ale już Go tam nie zastał. Św. Piotr szukał śladów Jego na drodze, ale nie znalazł znaku stóp Chrystusowych. — Pewno powrócił do nieba — pomyślał św. Piotr — i sam się tam skierował. Strażnicy celni, którzy z okien swego urzędowego gmachu widzieli drogę i las, zauważyli tylko, że rano z lasu przy drodze podniosła się mgła jakoś inaczej, niż się zwykle podnosiła!

— Czy myślicie że rzeczywistość przedstawia weselszy i jaśniejszy obrazek, od tej legendy? Popełniacie błąd! Mimo, że świat chce uchodzić za coś chrześcijańskiego, to miano kradnie i niesłusznie przyswaja sobie, aby ludzi łatwiej zbałamucić, oszukać, wyzyskać, fizycznie i duchowo złamać. Mówimy o starożytnym poganiźmie, powtarzamy o średnich ciemnych wiekach, a czasy nasze są tak brutalne i tak podłe, że jak czarne chmury, zasłaniają ohydę i wstręt i brzydotę, czasów przedchrystusowych! Właśnie ponieważ zasady pogańskie, okryły się krańcami, albo skrawkami szaty chrzęścijanizmu, tyle mamy niesprawiedliwości, występków i błędów! Stąd tłumaczą się te dziwne poglądy, nawet niektórych naszych, tak zwanych katolików, na Chrystusa, krzyż, Kościół i na naukę Chrystusową, podawaną i tłumaczoną przez usta Kościoła! Na zasadach zepsutych tak zwanego neopoganizmu, który jest tylko nowym w nazwie, w rzeczywistości ciągnie się od starożytności, świat bowiem wywlókł tylko stary szkielet z już dawno cuchnącego zgnilizną i robactwem grobu, ubrał go w nowe szaty, upiekszył go pociągającymi i chwytającymi nazwami oświaty, wiedzy, nauki, postępu i cywilizacji, postawił go na ołtarzu i naiwnym oraz łatwowiernym kazał bić głębokie i upokarzające pokłony.
Ludzie czołgają sie na kolanach przed Baalem, nie przed Bogiem!
Ktoś słusznie powiedział, że świat dziesiejszy dzieli się na dwa obozy. W jednym armia czcicieli złota, brzucha i niższych skłonności ludzkich. W drugim półchrześcijanie, którzy by chcieli pogodzić krzyż z zasadami świata. Świat ich zaślepia, światowcy im imponują do tego stopnia, że tracą mowę i stają się kalekami. Tylko znikoma część trzyma się usilnie Chrystusa i krzyża, wierząc głoboko i mocno, że w Chrystusie i Krzyżu jedynie znaleźć można dokładne i kompletne lekarstwo na ludzkie dolegliwości i cierpienia! Na dowód przytaczam osiem błogosławieństw Chrystusowych. Zbawicieł wołał:
Błogosławieni ubodzy duchem, albowiem ich jest królestwo niebieskie! Zwolennicy półchrześcijanizmu uczą, że błogosławieni tylko i jedynie bogaci w zasoby materialne, bo przez nie mogą nie tylko używać wszystkiego w tym życiu, a potem kupić szczęście wieczne.

2. Błogosławieni cisi, albowiem oni posiądą ziemię! Mimo to, dziś słyszy się jeden okrzyk: siła i moc nad prawem, dlatego tak przełożeni jak poddani uciekają się do gwałtowności, pieści i broni!

3. Chrystus pociesza, że błogosławieni którzy płaczą, albowiem będą pocieszeni. Dziś ludzie twierdza, że tylko ten jest szczęśliwy, który się śmieje, zapominając, że chytrzy, sprytni, złośliwi i niesprawiedliwi na uśmiech grzeczności i współczucia chwytają najliczniejsze ofiary.

4. Błogosławieni, którzy łakną i pragną spawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni. Ta nauka Chrystusowa wywołuje uśmiech pogardy, politowania. Sprawiedliwość, już dawno wywieziono na cmentarz. Tam i tam jedynie znajdziecie sprawiedliwość, nie pośród ludzi żyjących! Dziś mówią trzeba szukać wzbogacenia, majątku, sławy i pochwały. Sprawiedliwość uważana jest za znak słabości, niemocy i bezrady. Niesprawiedliwość jest uprawiana w domu rodzicielskim, w biurach, po fabrykach; wdarła się do urzędów i wśród urzędników. Tu okryła się nazwą polityki, albo raczej politykierstwa. Znajduje się na arenach międzynarodowych umów i ugód, chociaż tu znana jest jako dyplomacja! Niesprawiedliwość pomiędzy chlebodawca i pracownikiem, pomiędzy panią a służącą, pomiędzy wierzycielem i dłużnikem. Łańcuch niesprawiedliwości opasał życie ludzkie, i ten jest szczęśliwszy, który najwięcej oszukaństw i innych niesprawiedliwości się dopuszcza!

5. Błogosławieni miłosierni, głosi Chrystus. Świat jednak pyta się: co to jest miłosierdzie? Niech biedni idą do roboty, niech sobie zarobią! Lecz gdzie i jak, jeśli nie ma roboty? I tak wyrzuca się miliony, jako przykład, dajmy na to na utrzymanie przestępców osiemnaście milionów dolarów rocznie, na szpitale dla psów, kotów, kanarków, itp., też idą olbrzymie sumy; litujemy się więc nad zbrodniarzami; współczujemy też z bezrozumnymi zwierzętami, kiedy jednak rozchodzi się o uczynki miłosierdzia tak co do duszy jak co do ciała, wtenczas okazujemy się skąpcami bez serca i bez sumienia!

6. Błogosławieni czystego serca, to wołanie Chrystusowe! Dzisiaj czyste serce, jest miane na językach ludzkich, nie na to, aby być uznane i wychwalane, tylko aby być wyszydzone, wyśmiane jako staromodne, przeżyte, z dniem dzisiejszym się nie zgadzające.

7. Błogosławieni pokój czyniący. Kto dziś idzie siejąc pokój i zgodę? Kto? Języki ludzkie sieją na wszystkie strony świata: niezgodę, niezadowolenie, podejrzenia. Sieką, tną, rąbią, biją i zabijają.

8. Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, to głosił Chrystus. I to nie zgadza się z duchem czasu. Dziś praktykowana jest zasada oko za oko, ząb za ząb! Ludzie więc żyją w bezustannych troskach, niepokojach, obawach, pragnieniach, gonitwach za złudzeniami, swarząc się i kłócąc pomiędzy sobą. Jedni umierają z głodu, inni z przesytu. W tej chwili przesuwam przed wyobraźnią waszą postać naszego Św. Ojca Franciszka z Assyżu. Syn bogatego kupca włoskiego. W uniesieniu, zrzcił ze siebie w obecności Biskupa Asyskiego, bogatą szatę ojcowską, wołając: "Teraz naprawdę mogę mówić: Ojcze mój, któryś jest w niebiesiech!" Przez życie szedł, nic nie mając, a jednak wszystko posiadając. Bogatszy od milionerów całego świata, weselszy i więcej zadowolony od opływających w dostatkach Dlaczego? Bo miał Boga! Z Księgi Mądrości wybieram opis znajdujący się w rozdziale drugim: "Mówili bowiem rozmyślając nie dobrze u siebie: "krótki i przykry jest czas żywota naszego i nie masz ochłody przy końca człowieka, i nie wiadomo o nikim, by się z piekła wrócił. Bo z niczegośny się narodzili i potem będziemy, jakoby nas nie było; bo dymem jest dech w nozdrzach naszych, a mowa iskrą na poruszenie serca naszego. Gdy ona zgaśnie, popiołem będzie ciało nasze, a duch rozwieje się, jak delikatne powietrze, i przeminie żywot nasz jak ślad obłoku, i rozejdzie się jako mgła, która rozpędzona jest od promieni słońca od gorącości jego obciążona, a imię nasze będzie z czasem zapomniane i żaden nie będzie miał w pamięci uczynków naszych. Bo przemijaniem cienia jest czas nasz i nie masz powrotu końca naszego, gdyż jest zapieczętowane i żaden się nie wraca. -— Pójdzież tedy, a używajmy dóbr niniejszych i zażywajmy rzeczy stworzonych prędko jak w młodości! Winem drogim i olejkami się napełniajmy, a niech nas nie mija kwiat czasu! Chodźmy w wieńcach różanych, póki nie uwiedną; żadnej łąki niech nie będzie, po której by nie miała przejść rozpusta nasza. Żaden z nas niech nie będzie wyjęty, wszędzie zostawiajmy znaki rozkoszy, gdyż ta jest cząstka nasza i ten jest dział. Uciśnijmy ubogiego sprawiedliwego i nie przepuszczajmy wdowie, ani nie uszanujmy starca siwizmy wiekowej. A siłą naszą niech będzie za prawo sprawiedliwości, co bowiem siły nie ma, za niepożyteczne się uważa. Zasadźmy się tedy na sprawiedliwego, gdyż nam jest niepożyteczny i przeciwny jest sprawom naszym i wypomina nam grzechy przeciw prawu, i rozgłasza przeciw nam grzechy życia naszego. Chwali się, że ma znajomość Boga i nazywa się Synem Bożym. Stał się nam oskarżeniem myśli naszych. Ciężko nawet nam patrzeć na niego, gdyż różny jest żywot jego od innych i odmienne są drogi jego. Za lichotę poczytani jesteśmy od niego i strzeże się dróg naszych jako plugastwa, i chlubi się, że Boga ma za ojca. Zobaczmy tedy, czy mowy jego są prawdziwe i doświadczmy, co nań potem przyjdzie, a dowiemy się, jaki będzie koniec jego." Tak myśleli, lecz pobłądzili, zaślepiła ich bowiem złość ich. I nie poznali tajemnic Bożych, ani się nie spodziewali zapłaty sprawiedliwości, ani nie sądzili, że dusze święte otrzymają chwałę, gdyż Bóg stworzył człowieka nieśmiertelnym i uczynił go na wyobrażenie podobieństwa swego." Tyle czytamy w Księdze Mądrości.

Czy w ten sposób dziś nie argumentuje, nie wywodzi świat? Czy tego nie zastosowują do życia codziennego niektórzy chrześcijanie? Mimo że "wszelkie ciało jako trawa i jako kwiat polny, matka jego jest zgnilizna, a siostrą — robactwo", co za pycha? co za zarozumiałość? co za próżność? — Albo co do bogactw. Jak je ludzie składają, chowają, z powodu ich straty od rozumu odchodzą. Zbawiciel woła: "skarbcie sobie skarby w niebie"! Jeśli masz dobra tego świata, dziękuj Bogu, bądź biedny w duchu, i pamiętaj żeś tylko włodarzem, a z włodarstwa zdać musisz rachunek do ostatniego szelążka, a jeśli nie zdasz zadawalająco, wiesz co cię czeka? Sprawiedliwy wyrok Stwórcy i Pana wszystkich dóbr, nie tylko doczesnych, ale wiecznych! Gonisz za zaszczytami, albo szukasz sławy? Pamiętaj słowa Chrystusa, upominającego Apostołów: "Kto by między wami hciał pierwszym być, będzie sługą waszym." Przypomnij sobie los Heroda Agrypy. Zasiadł na tronie pozłacanym, ubrany w purpurę, oczekując hołdów poddanych. Przed pyszałkiem, poddani czołgali się na kolanach, wołając: "to nie człowiek, tylko Bóg mówi do nas". No, i co się stało? W tej chwili ręka niewidzialnego Anioła, uderzyła w tego, który chlubił się z nazwy Boga, i padł jak zwykły śmiertelnik, i robactwo roztoczyło jego ciało! Albo co do innych fałszywych pociech świata. Serca ludzkie nigdy się nimi nie nasycą, lecz prawdopodobnie w nich zginą. To wszystko czcze, próżne, chwilowe, usypiające, nic więcej! Gdyby i dziś Chrystus przyszedł na świat, z pewnością nie znalazłby przyjęcia. Przecież na bramach szkół, akademii i uniwersytetów, widnieje napis wyryty ogromnymi literami: Wstęp Bogu wzbroniony! Wolno rozprawiać o ewolucji, nie wolno jednak o Bogu, aby nie obrazić uczucia studentów i studentek! Henryk VIII, Kalwin, Luter, Huss to dobroczyńcy i geniusze. Chrystus i Krzyż nie ma żadnego znaczenia! W zakładach naukowych nie ma miejsca dla Boga! Nawet w pewnych tak zwanych kościołach już nie ma miejsca dla Boga. Chrystus nigdy nie istniał, jako Syn Boży. Był on uczony, wielki, przezorny, lecz nie Chrystus, Syn Boży zesłany na odkupienie i zbawienie dusz ludzkich. Bóg też nic innego, jak tylko urojenie wyobrażeń schorzałych i przesądnych! Czy by może tu znalazł Chrystus przyjęcie i schronienie? Może w domach prywatnych? W tych, gdzie tak zwana żona jest rozwódką - brak porozumienia, miłości, szacunku i wierności? W tych, w których ojciec jest pijakiem bez względu na żonę i dzieci, lub gemblerem, albo marnotrawnikiem? W tych, w których matka i żona daje zgorszenie swoim i obcym? W tych, w których nie ma zgody, prozumienia, miłości, szacunku i wierności? W tych, w których dzieci nie znają posłuszeństwa, chodzą luzem, złorzeczą rodzicom? Chyba przyznacie, że w takich domach nie byłoby miejsca dla Chrystusa. Gdyby Go Świat chciał wpuścić do szkół, kościołów i domów, Chrystus ten, obrzuciłby tych wszystkich nieobliczalnemi błogosławieństwami i łaskami. I dziś Zbawiciel leczyłby chorych, wskrzeszał umarłych, pocieszał powątpiewających, uzdrawiał; godziłby powaśnionych, karciłby niesprawiedliwych, litowałby się nad wdowami, sierotami, biednymi. Zabrałby naczelne miejsce na posiedzeniach pomiędzy pracodawcami i robotnikami, nakreśliłby granice sprawiedliwości, w stosunkach pierwszych z drugimi! Chrystus przemówiłby mniej więcej tak: Fabryka czy biuro powinny być prawdziwą świątynią, gdzie robotnicy i robotnice, mogą w ludzkich warunkach, pracować uczwie i szczęśliwie na potrzebny kawałek chleba codziennego! Robotnicy to ludzie, nie maszyny, ani zwierzęta, tylko ludzie obdarzeni duszą nieśmiertelną, zasługujący na względy i szacunek z powodu swych wysiłków. Pamiętajcie, abyście nie krzywdzili tych maluczkich moich w czymkolwiek im słusznie się należy. Inaczej ich głosy, oraz ich żon i dzieci, wołać będą do mnie o pomstę! Do robotników mówiłby: "Z waszej strony, włóżcie serca w waszą robotę. Bądźcie sumienni. Sprzedawajcie rzetelną robotę, za sprawiedliwą zapłatę. Tak jak każdemu człowiekowi są potrzebne dwie nogi i dwie ręce, tak w obecnym ustroju potrzebny jest ludziom kapitał i praca. Inaczej społeczeństwo jest kaleką. Co by się stało, gdyby jedna noga chciała się posuwać, a druga cofać? Co się też stanie jeśli kapitał zechce się cofać, a praca postępować, albo też odwrotnie? Czy człowiek nie używa obu rąk, aby całe ciało obmyć, uporządkować? Sprawdza się to samo co do kapitału i pracy względem społeczeństwa? Wszystkim więc zostawiam moje błogosławieństwo i mój pokój. Współpracujcie zgodnie, wszyscy znajdziecie szczęście, na które byliście stworzeni." Zanim zakończę, powtarzam, tak mało dziś ludzi, bo tak mało Boga. Czy nie byłoby nam wszystkim lepiej i weselej, gdybyśmy wpuścili Boga do naszych kościołów, szkół, domów, fabryk, dusz i serc? Zastanówmy się nad tym czasie świętym Wielkiego Postu!

SKARGI ZBOLAŁYCH SERC! - pogadanka o. Justyna z 21.02.1937 r.

Witam Was zacni Rodacy i miłe Rodaczki Słowami: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Od niedzieli, w której mówiłem na temat: "Grób dziecka obok serca Matki", zasypano mnie listami. Udowadniają one jeszcze dobitniej, że szlachetność i uczciwość małżeńska jest znikoma, że szacunek wzajemny męża dla żony i odwrotnie, nieomal że sięga zera, że wiara małżeńska, kiedyś istniała, dziś jednak trzeba jej z latarnią wśród białego dnia szukać; że świętość, stałość, jedność i nierozerwalność sakramentalna małżeństwa, jest nie tylko wyśmiewana i wyszydzana, ale szarpana i targana, odstępowana i sprzedawana za misę soczewicy; że życie rodzinne, obraca się na osi, wykrzywionej i spaczonej zasadami materialistycznej wygody i dogadzania zachciankom ciała, zarazem zarażonej skażoną i zepsutą nauką pogańską, dotychczas nam obcą i nieznaną, i bodajże przewyższającą brutalność starożytnego i rozpasanego Rzymu oraz wyrafinowaną, wyszukaną i subtelną zgniliznę francuską! Życie ludzkie zawsze było walką. Dotychczas jednak było walką, w której zwartym szeregiem szli mężowie, a obok nich postępowały żony. Mężowie stawali w obronie swych żon, a żony dodawały otuchy i zachęty swym mężom, w paraniu się z trudnościami i przeszkodami życia codziennego. Mężowie byli rycerzami, jaśniejącymi cnotami szlachetności rycerskiej; żony były rycerkami godnymi miłości, szacunku i poważania! Dom rodzinny był uważany nie tylko za pałac, w którym panowali mąż i żona, ojciec i matka, ale uważany był za prawdziwą i rzeczywistą świątynię, w której ojciec był kapłanem, a matka kapłanką, kształtującą umysły, serca i dusze swych dzieci na zasadach miłości Boga i bliźniego, torując im drogę do lepszego, jaśniejszego i weselszego bytowania na ziemi! Dziś też jak dawniej życie jest walką. Jest walką zaciętszą, zażartszą od dawniejszej. W dodatku okrutniejszą i okropniejszą, bo w tej walce już żona nie kroczy przy boku męża, i mąż obok żony. Nie, idą sobie naprzeciw i walczą jedni z drugimi! Mąż szuka swego szczęścia osobistego i staje się brutalnym egoistą w swych wymaganiach. Żona nowoczesna nie ma pojęcia o ofiarności, o zaparciu siebie, a więc zamienia się w samoluba, w moderną tygrysicę, w nowoczesną bryłę bez serca i bez uczucia. Zapomina o swoich obowiązkach i zatapia się w gonitwie za tym czymś, co nie zgadza się z powołaniem nakreślonym jej przez Boga i naturę. Pomiędzy mężem i żoną, dzisiejszy postęp, postawił nie tylko płot, ale wysoki i gruby mur. Mąż walczy o jakieś prawa, które mu się nie należą, żona też domaga się jakichś praw urojonych, nieznanych nawet samemu Bogu! A dom? Zniknął starożytny zamek i pałac, upadła świątynia. Rodzina i życie rodzinne? Gdzie jest? Tam gdzie kiedyś stała i dziś stać powinna kolebka, dziś stoi psia buda, w której mruczy rasowa psina lub kociaki ubrane w kaftaniki i wstążeczki. Te opanowały serca i umysły nowoczesnych mężów i żon, którzy swą miłość wylewają na bezrozumne zwierzęta, zamiast na własne kości i krew! Po tym wstępie, poniekąd żałosnym i przepełnionym usprawiedliwionymi żalami i wyrzutami, rozpoczynam dzisiejszą mowę:

SKARGI ZBOLAŁYCH SERC!

Rzeczywistość i twardość życia ludzkiego, poznajemy najlepiej z ust tych, którzy na własnej skórze i w własnym życiu doznali cięgów bicza i bata przejść codziennych! Oto pewien rodak, zdaje mi się, patrzy za czarno na obraz naszego życia, kiedy pisze tak: "Zjeździłem dużo świata, byłem w rozmaitych krajach, jednak w żadnym kraju nie widziałem, ażeby kobieta miała tyle praw nad mężczyzną co tutaj w Ameryce, dlaczego tak jest? — Czytając historię tego kraju, nigdy nie napotkałem, ażeby kobieta odznaczyła się w jakiej wojnie lub rewolucji amerykańskiej, albo w dziedzinie maszynerii lub techniki, a wszystko co widzimy gołem okiem wynalazła i zbudowała twarda ręka mężczyzny. Pomimo tego kobieta wciąż uważana jest w tym kraju za coś wyższego od mężczyzny, który przy pomocy Boga wszystko w tym kraju zbudował!"

Najpierw, pozwalam sobie przytoczyć pewną uwagę zrobioną w roku 1879 przez Ludwika Windhorsta, polityka, przywódcę centrum katolickiego, i wielkiego przeciwnika Bismarcka. Na jednym z licznych zjazdów katolickich, Windhorst mówił tak: "Wpływ kobiety na wszystkie stosunki życiowe jest niezmiernie wielki, studiując historię, musimy my mężczyźni, wejrzawszy głębiej, przyznać, że kobieta poczynając od Ewy, kończąc na naszych czasach, nieraz wywarła większy wpływ na dzieje, niż my dumni synowie Adama." — Świat ma dwa poglądy na niewiastę, pogląd pogański i pogląd chrześcijański. Czym była kobieta i czym jeszcze jest po dziś dzień u pogan, lub w narodach żyjących na zasadach nowoczesnego poganizmu, wystarczy zajrzeć do historii. Poganie uważali kobietę, jako istotę bez duszy, przyrównywali ją do zwierzęcia bezrozumnego, sprzedawali ją jak towar, wynajmowali ją lub więzili. Dwadzieścia pięć lat temu byłem w Afryce. Nasz okręt przystanął w Tunisie. Poszedłem zwiedzać miasto. Na przedmieściu odbywał się targ. Obok siebie stały dwie platformy. Na jednej stało z pięćdziesiąt niewiast rozmaitego wieku. Na drugiej owce, barany i kozy.
Kupiec upatrzył sobie kobietę i rozpoczął się targować z jej panem i właścicielem. Widziałem jak za dwie lub trzy owieczki, za kozę lub dwie, niewiasta zmieniała właściciela! Przechodziła w nowe ręce, pod nowe panowanie. Szła z głową smutnie ku ziemi spuszczoną, wystraszona i potulna. Szła z niewoli w niewolę, niepewna jutra, ale pewna nowych okrucieństw, nowych katuszy, nowych cierpień. Pewna żyjącego piekła na ziemi.

Chrześcijaństwo zmieniło zapatrywanie świata na kobietę. Nauka Kościoła zerwała pęta tej długoletniej niewoli niewieściej. Podniosła kobietę z rynsztoku, w którym tarzała się pod stopami pogaństwa, i wyniosła ją na ołtarze świata. Z niewolnicy zrobiła ją pomocniczką i współtowarzyszką mężczyzny. Wpajała w umysły ludzkie, że nie ma różnicy pomiędzy mężczyzną i niewiastą. Przez pomnażanie czci dla Matki Bożej powiększała i pomnażała cześć dla rodzaju niewieściego. Cały pogląd Kościoła na niewiastę, był wyrażony ustami pewnego dominikanina który mówił: "My chrześcijanie, poważamy wysoko niewiasty, ponieważ jednej niewieście, mianowicie Matce Bożej, zawdzięczamy Zbawiciela"!

W Ojczyźnie praojców naszych, w starej Polsce, kiedyś, rycerskość względem niewiasty kwitła w setnim stopniu, ponieważ każdy mężczyzna widział w kobiecie — siostrę Matki Chrystusa i zarazem Matki Bolesnej. Średniowieczny poeta, niejaki Słota, tak pisał: "Kobiety od Matki Boskiej to mają, iż im się nawet książęta kłaniają i wielką chwałę im dają." Przeznaczenie Boże i powołanie naturalne kobiety, zostało poniekąd spaczone przez rozmaite czynniki w tym dwudziestym wieku. Wojna światowa otwarła kobietom drogę do stanowisk i zajęć, które nie zgadzają się ani ze zdolnościami, ani też z ich powołaniem. Skutkiem tego, dziś niewiasty pełnią pracę mężczyzn.

Rzućcie okiem na taką bolszewię. Tam "towarzyszki" operują maszyny na równi z "towarzyszami". Tam ubrane w uniformy żołnierskie, ćwiczą się w sztuce wojennej. Co za tragedia życia niewieściego? Młoda kobieta celuje karabinem; kieruje lufą armatnią, z uśmiechem zadowolenia słucha trajkotu karabinu maszynowego; ujeżdża na czołgach; lata w samolotach, rzucając bomby i granaty; jest sternikiem okrętu wojennego. Do czego to wszystko prowadzi? Czy te i podobne zajęcia nie mają wpływów na moralność nie tylko poszczególnych jednostek, ale całego rodu kobiecego? Wstrętnych szczegółów strony moralnej nie tykam. Wystarczy powiedzieć, że cuchnie zgnilizną ludzką przewyższającą stokrotnie zepsucie starożytnych i nowoczesnych państw pogańskich. Ten obrzydły zaduch sowieckiej rozwiązłości unosi się jak gazy trujące i rozpływa się duszącymi chmurkami nad rodem kobiecym na całej kuli ziemskiej! Kobiety przez to ponoszą ogromną stratę na godności, czci i szacunku! Cała jednak wina nie spoczywa wyłącznie na barkach świata. Odpowiedzialność, i wielką cząstkę odpowiedzialności ponoszą same kobiety! Bezustannie wygrywają na strunach jakiegoś dziwacznego, powiedziałbym dzikiego postępu i źle zrozumianego, zarozumiałego i wygórowanego równouprawienia. Nigdy nie będzie i nigdy być nie może zupełnego, absolutnego i całkowitego równouprawnienia, czyli zrównania kobety z mężczyzną. Stwórca wszechmocny nie miał tego na myśli, i natura nie ma tego na celu. Bóg stworzył kobietę na towarzyszkę i pomocnicę mężczyzny. Natura wyposażyła kobiety i obdarzyła ją cnotami i cechami na wskroś niewieścimi. Różnic chyba mi nie potrzeba tłumaczyć. Tylko same kobiety nie chcą widzieć i przyznać tego. Poniżają się same, wyzuwając się z cnót i zalet niewieścich. Czy to znak równouprawienia, kiedy dziś balwiernie, tawerny, ogrody piwne i jadalnie przepełnione są podlotkami, dziewczynami, żonami i matkami, ubranymi w ubiory męskie, popijającymi napitki nie tylko sodowe i owocowe, ale alkoholowe, silne, mocne i czyste! Czy palenie papierosów, zaciąganie się dymem fajek i cygar, jest znakiem równouprawienia? Czy wykonywanie tak zwanych modernych małpich skoków i niedźwiedzich podrygów, przy dźwiękach wyjącej i skowyczącej muzyki, w objęciach i uściskach na wpół spitego partnera, czy to może uszlachetnia kobietę i wynosi jej godność? Czy zresztą wszystkie poglądy dzisiejszych modernych chłopczyc, topiących się w potopie różu, pudru i innej mieszaniny kosmetyków, wpływają dodatnio na powiększenie czci i szacunku dla tej tak dziś z cynicznym uśmiechem nazwanej słabszej płci? Dzisiaj uczciwe siebie szanujące dziewczę, w oczach rozhulanych współsióstr, to już 'old-fashioned". Jedynie dlatego, że się nie rozbija, nie zapija, nie pali, nie flirtuje i nie sprzedaje się!

Oto wyjątek z listu: Cóż mam pisać o sobie? Pracuję i pracuję! Od 9-ej rano do 9-ej wieczór i nie mam czasu na nic. Nie znam ludzi nawet w naszym sąsiedztwie! Tylko tych, u których i z którymi pracuję. Czasem też czuję się okropnie, bo słyszę takie mowy: "Cóż w tym złego, że żonaty wyjdzie na trochę "good time" z innymi dziewczynami? Na cóż jest niewiasta na tym świecie, jeśli nie dla mężczyzny, aby miał "good time"? A moja żona nie potrzebuje o tym nic wiedzieć! A chociażby i wiedziała, ona ma szerokie poglądy, szeroko na to patrzy. Ona wszystko zrozumie." Co dzień muszę to samo słuchać! Nieraz się rozbeczę. Nie mogą zrozumieć, że ja taka "old-fashioned" i "flat tire"! Proszę zmówić za mnie Zdrowaśkę!"

— Jeśli jest gdzie na kuli ziemskiej, drugi kraj ucywilizowany do tego stopnia co nasza Ameryka, a jednocześnie, gdzie kobieta jest mniej szanowana, czczona i uwielbiana, a więcej oszukiwana, ja wątpię, bardzo wątpię! Pozornie może się to wydawać sprzecznością, może nawet nieprawdą. Pozory jednak są mylne. Pokażcie mi drugi kraj, w którym zasada dwojakiej moralności, jest nie tylko tak ogólnie głoszona i uznana, lecz nawet jawnie uprawiana i praktykowana! Niewierność męża uważana jest za znak męskości. Niewierność żony bywa napiętnowana z obrzydzeniem! Procesy, separacje, rozwody, zabójstwa, napady, wskazują tylko na jedno, kobietę ściągają z ołtarza czci, rzacunku i uwielbienia. Kobiety, miast się bronić, rozpaczliwie bronić, same i dobrowolnie zagmatwały się w sieć postępowego równouprawnienia. Okazywać zewnętrzną greczność kobietom, mówić o nich ślicznie, a do nich słodko, to jeszcze nie tylko mało, ale nic nie znaczy! W tym są dwa cele, pierwszy, aby się z nimi bawić, drugi, aby je wyzyskać! Mało dbam, czy mi uwierzycie, lub nie! Dla kobiet wszystkich, pozostaje jedno lekarstwo: wiara i Kościół! Przed latami jeden z dzienników paryskich, urządził konkurs, zadawając jedno pytanie: "Czemu w więzieniach jest więcej mężczyzn jak kobiet?" Nagrodę przyznano tej, która odpowiedziała tak: "W więzieniach jest więcej mężczyzn niż kobiet, ponieważ w kościołach jest więcej kobiet, niż mężczyzn"! Niech będzie więcej kobiet w kościołach, a będzie ich mniej w miejscach, gdzie być nie powinny, w ten sposób zasłużą sobie na cześć i szacunek, który słusznie im się należy. Szanujcie siebie, świat padnie na kolana przed wami!

Proszę jeszcze posłuchać następującego listu. Pisany był oryginalnie w języku angielskim. Podaje go wam w tłumaczeniu:
"Z pilnością i uwagą słuchałem programu radiowego w niedzielę 7-go lutego. Ja myślę, że Ojciec był za ostry w swoich zarzutach przeciw niewiastom, twierdząc, że one tylko i wyłącznie są winne w sprowadzaniu poronień sztucznych. Najpierw, jak sam się wyraził, kobiety najwięcej cierpią i płaczą przez resztę życia. Czemu nie zrzucić nieco winy na barki mężczyzn! Bo są tacy, którzy nie chcą dzieci pod żadnym warunkiem! Słyszy się to bardzo niedobrze, lecz proszę Ojca, zapytać się tych kobiet, które już są matkami kilkoro dzieci, jak dziś trudno znaleźć nawet mieszkanie. Mogłabym przytoczyć setki wypadków, w których właściciele domów podnieśli opłatę mieszkania, ponieważ dzieci używały za wiele wody do mycia, albo za to, że dzieci bawiły się na frontowej werandzie, albo że dzieci kulały się na trawie przed domem, albo że dzieci poplamiły świeżo odmalowany dom. Na ile zelżywych docinków są narażone kobiety które chcą mieć dzieci, a nie chcą mordować swych dzieci, albo nie mają pieniędzy, aby opłacić doktora na przeprowadzenie poronienia. Jeśli małżonkowie mają więcej dzieci, aniżeli mogą im dać odpowiednie utrzymanie, czemu nie pouczyć matki odpowiednio, aby nie potrzebowały uciekać się do medycyny lub operacji! Jeśli zaś biedne matki proszą o kilka centów więcej zapomogi, zarzucają jej, że jest komunistką. Ojcze Justyn, ty znasz życie ludzkie, czy zdajesz sobie sprawę, co to znaczy kiedy matka widzi, że dzieciom brak obuwia i odzieży, a ona im tego dać nie może? Czy możesz zrozumieć albo sobie wyobrazić młodą żonę w stanie błogosławionym, oczekująca pierwszego dziecka, a nie mającą najpotrzebniejszych rzeczy na wyprawę? Większa cześć żon, które pozbywają się swych dzieci, nie mają współczucia i sympatii swych mężów. Czy żona chce mieć dzieci, jeśli z tego powodu wywołuje pogardę i wystawia się na drwiny i szyderstwa męża? Ojcze Justynie, ludzie twierdzą, że obecna depresja spowodowana jest przez za wielkie zaludnienie, dlaczego więc zmuszać małżonków, aby mieli dziec? Czy takie dziecko, które nie jest pożądane i chciane, będzie szczęśliwe? Matki umierają, zostawiając wiele dzieci sierotkami, skutkiem sztucznego poronienia, lecz moja matka, chociaż była głęboko religijna kochała dzieci, umarła dwa tygodnie po przyjściu na świat dziesiątego dziecka. Zostawiła pięcioro żyjących dzieci. Zostawiła je na losie macochy. W krótkim czasie zostało nas tylko troje. Czemu rodzice nie mogli mieć tylko troje dzieci, wszystkie zdrowe, aby być w stanie dać in lepszą opiekę? Moi rodzice nie byliby potrzebowali tak ciężko robić, a my byśmy mieli lepsze wykształcenie, ponieważ matka byłaby lepiej nas dopilnowała. Zabijanie dziecka nieurodzonego jest zbrodnią, ale wprowadzenie w świat dziecka niepożądanego jest też złem nie małym! Kiedym wyszła zamąż, zamierzałam zostać matką licznej rodziny, lecz w bardzo krótkim czasie przyszłam do przekonania, że czasy i poglądy ludzkie na wielką rodzinę się zmieniły. Mężowie nie szanują swych żon, ponieważ są matkami ich dzieci, nie dziś! Jeśli żona ma kilkoro dzieci zamiast szacunku, obdarzają ją wyzwiskami i porównują ją do bezrozumnych zwierząt! Ojcze Justynie, ty masz więcej wpływu na ludzi, aniżeli sobie wyobrażasz! Ludzie cię nie tylko słuchają, ale wierzą ci, mają do ciebie zaufanie i idą za twoją radą. Przepowiedz mężom, aby obchodzili się ze żonami po ludzku; aby okazywali im współczucie i nieco miłości i poszanowania. Przepowiedz właścicielom domów, aby mieli więcej względów na matki dzieci i na same dzieci. Do politykierów przemów w sprawie potrzeby parków i ogródków rekreacyjnych, gdzie dzieci mogłyby się bawić w spokoju i w bezpieczeństwie! Każda kobieta, bez wyjątku, kocha dzieci i dla dzieci ma wielkie serdeczne serce! Przewrotni ludzie i świat zepsuty, wszyscy pilnują ją hańbą i wyśmiewaniem. My żony i matki nie mamy ucieczki, nie mamy sposobów usprawiedliwienia siebie samych. Dla nas nie ma uznania, nie ma słów serdecznej pociechy. Piszę to, co czuje, i w imieniu wielu matek z któ-rymi rozmawiałam o tej sprawie. Będziemy Ojcu Justynowi wdzięczne za omówienie tej sprawy."

W odpowiedzi koniecznie krótkiej kładę zasadnicze prawo: Nie zabijaj! Pod żadnym warunkiem nie wolno tobie, ojcze i matko, podnieść rąk na własne bezradne, bezbronne i niewinne dziecko. Jeśli się zaś odważycie na taką zbrodnię, sami piętnujecie dusze wasze znakiem i znamionem morderców. Piętno to pozostanie na wieki. Brutalnym, bez serca mężom Herodom, przypominam ślub małżeński: "Ja biorę sobie ciebie za małżonkę i ślubuję ci miłość, wiarę i uczciwość małżeńską". Kiedy zaś każdy mąż powinien okazywać miłość, względy i uszanowanie swej żonie, jeśli nie wtenczas kiedy ona nosi obok serca, nową maleńką i nie tylko ludzką, ale zarazem istotę Boską? Tak, powtarzam raz jeszcze, istotę Boską, bo na obraz i podobieństwo Boskie stworzoną i cząstką Bożą, bo duszą nieśmiertelną obdarzoną? Mężowie, dla żon waszych, okazujcie dobrotliwość, cierpliwość i troskę! Miejcie dla nich serce! Wy zaś właściciele domów nie bądźcie samolubami, mszczącymi się tak na rodzicach, jak na dzieciach. Czym byłby świat bez dzieci? Czym byłoby życie ludzkie bez dzieci? Puste, jałowe, głuche, smutne i gorzkie. Szczebiot dziecka przewyższa muzykę najsławniejszych kompozytorów; uśmiech dziecka, to promień, jaśniejszy od promieni słonecznych; pocałunek dziecka, to dar niebios, kojący bóle serc upadających i rozpaczających; dziecko, to posłaniec Boży przynoszący na świat pokój Boży. Kończę na dziś. Kiedyś powrócę do omówienia reszty zarzutów w liście. Powtarzam tylko raz jeszcze: Nie zabijaj dziecka, które jak najcudowniejszy kwiat na polach letnich, lub w cieplarniach zimowych, kiełkuje w łonie matki!

SERCA NOWOCZESNE - pogadanka o. Justyna z 14.02.1937 r.

Witam Was Zacni Rodacy i Miłe Rodaczki Słowami: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Mowa wygłoszcna w zeszłoniedzielnym programie wywołała silny, bardzo pożądany oddźwięk czyli reakcję. Cieszy mnie to! Pokazuje to, że słowa trafiły do rozumów, serc i sumień, tak słuchaczy, jako też słuchaczek. Ja nie myślę że kiedykolwiek w historii świata, panował taki chaos, zamęt i zaburzenie umysłowe, moralne i społeczne jak w czasach naszych. Zdrowo i trzeźwo patrzącym na życie ludzkie, to ani nowina, ani żaden dziw! Ludzkość wyrzekła się miłości Boga i miłości bliźniego. Zawaliły się więc podwaliny szczęścia ludzkiego! Człowiek, z natury, kochać powinien swego Stwórcę, jak sługa swego pana, albo jak dziecko swego rodzica. Bez tej miłości, człowiek jest zgubiony, życie jego nie ma celu! Człowiek też powinien kochać swego bliźniego, nie ponad siebie, ale i nie mniej od siebie, ponieważ Bóg przebija przez każde stworzenie, ale szczególnie przez bliźniego, bo jest on stworzony na obraz i podobieństwo Boskie! Zresztą człowiek to istota towarzyska, przeznaczona do życia społecznego. Brak miłości bliźniego powoduje otwarte lekceważenie obowiązków społecznych. Pomiędzy rozmaitymi i licznymi skutkami mamy biednych wśród bogatych, i mamy biedę skrajną i niedostatek wśród mas. Rozumiem aż nadto, że jedni mają więcej, drudzy mniej. Prawo jednak naturalne przyznaje każdemu człowiekowi nie tylko prawo do życia głodowego, niepewnego, ale do życia pełnego i szczęśliwego, do życia odpowiadającego szlachetności i godności rozumnej istoty, jak pisze Ojciec Św. Leon XIII. Rozumiem, że biedy całkowicie, żaden porządek i ustrój społeczny nie usunie. Pewna ilość biednych zawsze będzie na świecie: biednych albo z własnej winy, albo z winy pewnych niesumiennych i chciwych jednostek, albo też z winy systemu wyciskającego nie tylko pot i łzy, ale nawet ssącego krew upośledzonych i pokrzywdzonych! Mimo tej prawdy, obowiązkiem społeczeństwa jest czuwać aby prawdziwie biednych było jak najmniej. Bóg Stwórca i natura, służebniczka Boża, świat upiększyli i obdarzyli niezmiernymi bogactwami. Ukryte są one w powietrzu, na ziemi, w ziemi i pod wodami. Obowiązkiem rządzących jest dopilnować, aby zysk i podział był równiejszy i sprawiedliwszy aniżeli dotychczas! Wtenczas życie ludzkie nie tylko się wypogodzi, ale zajaśnieje w całej pełni i piękności i będzie tym, czym Bóg chce aby było! Bez dalszego rozwodzenia przystępuje do mowy:

SERCA NOWOCZESNE

Przy końcu ubiegłego roku, kilka dni przed Bożym Narodzeniem dostałem list następującej treści. Dał mi tytuł dzisiejszej mowy. Posłuchajcie: "Zdaje się, że ty jeszcze wierzysz w szatanów i aniołów, i pragniesz wmówić w nas, abyśmy prowadzili życie purytańskie, tak jak nasze matki. Wiadomo ci przecie, że małżeństwo, to instytucja wynaleziona przez mężczyzn, na to tylko, aby gnębić i w niewoli trzymać nas kobiety. Obecne pokolenie to nie gromada niemych kwok. Kościół, dzieci i kuchnia, dla nas to słowa nic nie znaczące. My nowoczesne jesteśmy tu, aby wypić do dna kielich życia." — Do tego wynurzenia się umysłu płytkiego i serca lodowatego dodam, i zdziwiona na dnie tego kielicha ujrzysz co? Gorzkość. A potem? Rozczarowanie i pustki! A potem? Otworzysz szeroko oczy i ujrzysz jakby przez mgłę, kościstą rękę śmierci. Co wtenczas zrobisz? Rzucisz za siebie okiem na te lata zmarnowane, stracone poza Kościołem, bez życia rodzinnego, poza domem. Gdybyś serce twoje Bogu oddała, dzieciom poświęciła, z mężem się nim podzieliła, byś była arystokratką, milionerką, aniołem stróżem szczęścia domowego, a tak jesteś tylko zimną egoistką, samolubną, nowoczesną!

Najlepiej aby w tej sprawie, zajęły głos matki. Przecież macierzyństwo to ich powołanie. Słuchajcie więc: "Jestem zamężna od czterech lat. Pierwsze dziecko umarło nam przy urodzeniu. Mąż namówił mnie do pozbycia się drugiego. Ja nie chciałam się zgodzić na zabójstwo. Mąż zagroził mi, że jeśli nie zrobię tego co robią w takich wypadkach inne kobiety, to zostawi mnie i pójdzie w świat. Wystraszona poddałam się operacji. Zostałam też kaleką na całe życie. Chodzę teraz po lekarzach, tracę pieniądze, jestem niezdrowa. Męża nienawidzę. W domu mamy niezgodę. Ja nie wiem czy jest więcej takich brutali na świecie jak mój mąż. Gdybym ja wiedziała co mnie czeka. Proszę kiedy przemówić do mężów, aby mieli więcej serca i względu dla swych żon, aby nie dbali tylko o swoją wygodę i aby żonami nie poniewierali."

Inna znów tak pisze: "Co Księdzu do tego co my robimy i jak żyjemy? Ani ja, ani mój mąż nie chcemy dzieci i ich nie będzie. Nie mamy czasu, aby nam dzieci zawadzały w naszym życiu. Mój mąż zarabia tylko trzy tysiące dolarów rocznie. Nam trzeba się odpowiednio okryć i odżywiać. I tak musimy ciągnąc, aby jakoś żyć z małymi wygodami. Gdyby były dzieci, musielibyśmy sobie nawet tego odmówić. Wtenczas, po co by żyć? Żeby się prędzej marnować i przed czasem umrzeć?

Albo tak: "Mąż i ja pracujemy. On w biurze, a ja w sklepie. Mamy własny dom bez długu i automobil. Życie towarzyskie wymaga od nas, abyśmy czas spędzali, tak jak nasz stan wymaga. Dzieci więc nie mamy i nie możemy mieć! Zresztą na co? Abym ja się marnowała dniami i nocami nad kolebką? Czy moje zdrowie nic nie znaczy? Wychowam córkę, na co? Aby potem była poniewieraną, albo aby się tułała po świecie w biedzie? Czy już nie dosyć ludzi na świecie, którzy nie mają chleba i z głodu umierają? Wychowam syna. Po co? Czy na to, aby rząd brał go w uniform, dał mu karabin do ręki i kazał mu iść w transze, aby drugich mordował, albo aby padł poszarpany kulą armatnią? Wiem, ile moja matka się napłakała, kiedy mój brat pojechał do Francji, i powrócił w trumnie! Bez dzieci jestem wolna i wiem że żyje!"

Albo takie wynurzenie: "Ja nie mogę i nie chce mieć dzieci, bo dziś małżeństwo to nie stały stan. Mężowie dziś nic sobie nie robią z żon. Ja mówię z doświadczenia. Dopóki nie byłam w stanie błogosławionym, żyliśmy nieźle. Potem maż spochmurniał, przestał do mnie mówić: zaczął wychodzić z domu; powracał o drugiej lub trzeciej z rana. Wałęsał się po tawernach i "dance halls" z rozwódką. Pewnego rana powrócił więcej spity jak zazwyczaj. Było to dwa dni przed Bożym Narodzeniem. Kiedym mu przepowiadała na dobry sposób, rzucił się na mnie, zbił mnie i skopał. W Boże Narodzenie zgubiłam moje dziecko, no i mój pijany mąż jest mordercą. W dodatku wciąż się odgraża że mnie zostawi. Zresztą już nie dbam, bo jestem sama. Co bym zrobiła, gdyby były dzieci, a mąż by nas zostawił i poszedł w świat?"

No tu mamy coś nowego: "Ja wyszłam za mąż, bo rodzice mi powiedzieli, że starej panny nie chcą w domu. Miałam wtenczas dwadzieścia dwa lata! Narzucili mi kawalera, który miał i ma pieniądze, ale jest pijakiem, gemblerem i lata za innymi kobietami. Czy ja mam być matką dzieci, które mogą odziedziczyć po takim ojcu skłonności pijackie i gemblarskie? Wolałabym się otruć. On dla mnie nie jest zły. Mam dosyć wszystkiego. On idzie w swoja stronę, a ja w moją. Mało co kiedy wychodzimy razem. Przynajmniej nie jestem obłudną. Jestem szeroko znana, mam specjalne grono przyjaciół i przyjaciółek. Ja rozumiem, że prędzej czy później będę musiała wziąść rozwód od niego. Nie dbam o to. Mi i tak nie pasuje ślubny pierścionek. Pomaga mi jednak do prowadzenia życia wesołego i zadowolonego. Jestem szczęśliwa bez dziecka. W moim życiu nie ma miejsca na kolebkę i dla dziecka!"

Jeszcze nie koniec. Jeszcze takie wywody: "Ja wyszłam za mąż dla własnej wygody. Biedy miałam dosyć w domu, gdzie nas było ośmioro dzieci. To za wiele. Kobieta zostając matką, staje się niewolnicą i dom zamienia się w więzienie. Dziecko to kula u nogi i matka traci wszelką wolność!"

Proszę posłuchać jeszcze jednej nowoczesnej żony, która wywodzi tak: "Ja wyszłam za mąż nie aby być matką, tylko aby mieć lepiej jako żona, aniżeli miałam w domu, gdzie ojciec pił, klął i awantury wyprawiał. Pracujemy oboje; mało jesteśmy w domu. Nawet nie często jadamy w domu. Tak byśmy nie mogli żyć, gdybyśmy mieli dzieci. Zresztą, dziś nawet nie można dostać rentu u ludzi, jeśli są dzieci w rodzinie. Właściciele narzekają, że dzieci hałasują i psotę wyrządzają. Zresztą ja w domu wykolebałam dosyć bejbików i to mi wystarczy na całe życie. Nie jesteśmy rozrzutni, ale sobie też nie skąpimy. Dobrze nam w dwójkę. Nie ma miejsca u nas na trzecią osobę."

Albo takiej: "Przed ślubem zawarłam umowę z moim przyszłym mężem, że przez pięć lat nie będzie mowy o dziecku. Zobaczymy później. Kobieta dziś już nie jest tym, czym była dawniej. Dziś pokazuje się, że ma te same zdolności co i mężczyzna. Zajmuje rozmaite posady i wybija się na stanowiska, do których dotychczas nie miała dostępu. Kobiety muszą więc myśleć o czymś innym jak o dzieciach. Nas było sześć dzieci. Matka postarzała się przed czasem, bo nasz ojciec nie tylko się upijał, ale nas bił. Matka umarła jak miała 65 lat. Cóż z tego, że tak długo żyła? Nigdy się nie mogła porządnie ubrać: nie miała czasu z domu wyjść w odwiedziny; nie miała pieniędzy na dentystę, bo było tyle dzieci! Zresztą dziś wszędzie wszystko niepewne. Nikt nie wie, co jutro przyniesie. Dziś każdy tylko myśli o sobie i dla siebie. Dlaczego więc kobietom odmówić tego prawa?"

Podobnych listów, jak te wam przeczytane, mam dziesiątki. Źle, jeśli mężczyźni żyją tylko na to, aby sobie wygodzić i dogodzić we wszystkim, cóż jednak powiedzieć o kobietach, o żonach, o matkach, które żyją tylko w sobie i dla siebie? Jeśli kobieta i żona nie chce poznać swego naturalnego powołania, jeśli nie chce poznać godności tego powołania, jeśli nie chce poznać obowiązków tego powołania, naprawdę, że przyszłym pokoleniom grozi przekleństwo Boskie! W imię wolności, w imię wygody, w imię dogody, bez dalszego zastanowienia się, brutalnie łamie się przykazania Boże i gwałci się prawa natury! Tu w naszym kraju ludzie rzucają nie miliony, ale biliony dolarów na teatry, zabawy, napitki, cukierki, tytoń i gumę do żucia! Na to mają. Na dzieci — nie ma! Dziewczęta, kobiety i żony rzucają miliony na puder, róż, ondulacje razowe i wieczne, pragnąc zachować tę piękność przejściową, którą lata powloką zmarszczkami, wymażą, zniszczą i w końcu robak stoczy, i padają ofiarami chorób umysłowych i nerwowych! Małżonkowie mają pieniądze na kupno pysznych samochodów, drogich aparatów radiowych, na uczty po hotelach, na przyjęcia towarzyskie, na dalekie podróże wakacyjne, na futra i tak bez końca, ale na dzieci —- nie ma. Niedawno temu słyszałem z ust pewnego urzędnika federalnego, że w czasie depresji ludzie woleli utracić domki, aniżeli automobile! To wskazuje na jedno, że zapatrywania, zasady i poglądy ludzkie, nie są ani podług myśli Bożych, ani rozumne, ani też zdrowe. W rozumach ludzkich nieporządek i zamęt! Jest czas i pieniądz na wszystko, z jednym tylko zawsze wyjątkiem, nie ma — na dzieci! Jedną i tę samą wymówkę, usłyszycie z ust przepysznie i bogato ubranej i głęboko wydekoltowanej pani, siedzącej przy szklance wytwornego szampana, zaciągającej się głęboko dymem egipskiego papierosa, i z ust przeciętnej robotnicy, szukającej rozrywki nocnej w dzisiejszych tawernach. To samo co do joty wypowiada elegant w smokingu, zachwycając się kieliszkiem "cock-tailu", prowadząc jałowe i płytkie dyskusje o poziomie moralności mieszkańców Indii. O czym innym nie rozprawia chłop, opierając się o barek w tawernie i wlewając kieliszek po kieliszku do pustyni gardłowej, lub przegrywając całą wypłatę w pokerka lub w kostki! Na to wszystko są pieniądze: na dzieci — nie ma!

Przytaczam tu prawdziwe zdarzenie, o którym wspomniałem na jednym z poprzednich programów! Spotkała ona tylko jedną kobietę, która na wzmiankę o pieniądzach, uśmiechnęła się z politowaniem: "Co tam pieniądze! Głupstwo, przecież ich z sobą do trumny nie wezmę, choćby były!" Miała ona chatę, pół morgi ziemi, i ośmioro dzieci. Sześcioro własnych i dwie sierotki, które wzięła za swoje". — Ciężko musi wam być bardzo — E, co tam pieniądze! głupstwo! — śmiała się. czerstwa kobiecina - choćby były, to bym ich i tak do trumny nie wziena. Dziękować Bogu niezgorzej się i tak dzieciska chowają. — Żeby wam choć gmina coś za sieroty płaciła! - A juści! daliby co!
Matka dziewuszki była nie tutejsza. Skądsik ze świata przyszła, to jak zmarła nikt to to nie chciał chować. A to drugie, to jednej, co ją rodzice z chaty wygnali, że im taki wstyd zrobiła, a ona sobie go podrzuciła w stodole u sąsiadów. Ja tam z południa idę, a cosik płacze. Pytam Ignacowej, to mi raz powiedziała co i jak. Taka szaruga była wtedy, mówię co by prędko do chaty wzieni, a ona powiada: Abo ja głupia! jak wezmę to mi każą chować, niech kto inny bierze — No! jak taka bogaczka nie może, myślę sobie, co ma 5 morgów, a "jej" to jeszcze koniem w mieście robi, te gdzie mnie! Ale jakem przyszła do izby, a na dworze śnieg prószy, i taki ziąb, jakosi mi markotno, co sobie wspomnę to niebożątko! Ale nic! Człek to tylko do złego skory, a jak ma co dobrego zrobić, to nad tym sumuje i tak i tak. Jakem wieczór do pacierza klękła to co zacznę mówić: "Ojcze Nasz", to jak by mi kto nożem w serce dżgał. A juści, to po to ja wam Ojciec, żeby wy jeden drugiego, jak te dzikie psy od misy gnali. Myślę sobie tak: albo ty chrześcijanka, albo nie. A jak ty chrześcijanka, no to nie ma rady. Wzięłam chustkę i zbieram się. Karolcia pyta, a gdzie to Mama pójdzie? i tak ni ma co do gęby włożyć. Skrzyczałam ją jak się patrzy. A jak na sądzie ostatecznym Pan Jezus zapyta: "a coście wy zrobili z tym dzieckiem, co to w stodole zamarzło?" to co? lekko wam będzie? Jakem przyszła, to ledwie zipiało! Owinęłam w chustkę i niosę do domu, jak samego Pana Jezusika! No bo nie? No i jakosik się uchowało. Nie piękne dziecko, co? już na nóżki stawać zaczyno. "Jakosik się uchowało." Oj, wiem ja już teraz jak. — Nieraz matka cały dzień w ustach nic nie miała, bo ledwo na obdzielenie dzieci po kawałku placka jęczmiennego starczyło. I nazajutrz szła do roboty: "jakby nie!" Ale co tam pieniądze? głupstwo! i tak ich do trumny nie weźmie z sobą." ale weźmie wielkie i takie proste w swym heroizmie: serce Matki, co się mamoną tego świata kupić nie dało! Zastanówcie się nad tymi słowami wy wszystkie, w których piersiach bije serce moderne, nowoczesne. Co wy po latach wygód i używania, otoczone wszystkim, co wy uważacie za niezbędnie potrzebne do szczęścia życiowego, co wy weźmiecie ze sobą przed tron Stwórcy i Sędziego? Na to możecie dać odpowiedź wy same i tylko wy!

GRÓB DZIECKA OBOK SERCA MATKI - pogadanka o. Justyna z 7.02.1937 r.

Witam Was zacni Rodacy i miłe Rodaczki słowami: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Przed dwoma latami, za radą lekarza, odbyłem podróż do Południowej Ameryki. Pomiędzy innymi miastami portowemi, nasz okręt zatrzymał się w Kingston. Jest to miasto stołeczne wyspy Jamajki, która jest własnością Wielkiej Brytanii. W Kingston zwiedziłem ogrody botaniczne, nad którymi opiekę roztoczył sam rząd. Co za cud natury! Ogromne obszary, pokryte drzewami, kwiatami krzewami i roślinami sprowadzonemi z najdalszego zakątka świata! Chodząc po szerokich alejach, w cieniu olbrzymich i majestatycznych palm królewskich, rozglądałem się ciekawie po okolicy. Niedaleko zauważyłem dwóch małych czarnuszków. Starszy miał w ręku kij, którego koniec był zaopatrzony w mały, ale bardzo ostry nóż. Czarnuch wywijał kijem nad klombem kwiatów, które padały na ziemie pod cieciami noża. Młodszy czarnuszek też miał w ręku nóż i nim wycinał korzenie kwiatków. Jeden ścinał główki, makówki kwiatów, drugi wykopywał nawet korzonki. Kiedy czarnuszki zobaczyli naszego przewodnika, który był w uniformie, zaczęli uciekać. Zapytałem się przewodnika o powód, dlaczego murzyni niszczyli tak śliczne kwiatki, ścinając i nawet wykopując je. Tak słodko pachnące i pociągające oko przechodniów swoją wysmukłością i pięknością. Przewodnik oznajmił mi, że robią to tylko z przewrotności i złośliwości. Nie mają innych powodów!

Od tego zdarzenia na dalekiej wyspie, w ogrodach botanicznych, przechodzę do smutniejszych wypadków, zdarzających się wśród nas, do wypadków, które upodlają istoty rozumne i ściągają je poniżej poziomu zwierząt bezrozumnych i dzikich. Mam na myśli te kwiatki ludzkie w łonach macierzyńskich ukryte, które nigdy nie ujrzą światła, bo przewrotność i złość ludzka potajemnie i umiejętnie wyrwie spod serca macierzyńskiego za pomocą trującej pigułki i wytnie je z korzonkami za pomocą srebrnego nożyka, trzymanego przez ręce fachowego znachora lub znachorki bez serca, bez sumienia, bez uczucia! Rozumiem aż za doskonale, że dzisiejsza mowa wystawi mnie na ostrza krytyki wszechstronnej. Jedni się zgorszą, drudzy się pogniewają, szczególnie pewna klasa postępowych kobiet i nowoczesnych dziewcząt oburzy się na mnie, rzucą we mnie grzmotami i piorunami. O to mało, bardzo mało dbam. Nie idzie mi o względy ludzkie, nie dbam o uznanie i pochwały wasze, ponieważ tu rozchodzi się o życie i o dusze ludzkie. Wolno wam mnie ukamienować, ubiczować i ukrzyżować, jeśli przez to wstrzymam mordercze ręce jednej matki lub jednego ojca, będę całkowicie zadowolony.

GRÓB DZIECKA OBOK SERCA MATKI

Czy słuchaczom i słuchaczkom nie wydaje się dziwne, że dzisiejszemu przemówieniu nadałem taki tytuł? Uczyniłem to a rozmysłem i po głębokim zastanowieniu się! Cóż za sprzeczność; ale sprzeczność tylko pozorna, że tuż obok serca matki, organu który powinien być środowiskiem, albo raczej źródłem miłości macierzyńskiej, że tu właśnie, istota poczęta, nieśmiertelną duszą obdarzona, niewinna i bezbronna, bywa bezlitośnie i niemiłosiernie uśmiercona i znajduje grób, grób, z którego potem płynie jedna bezustanna i niczym nieprzerwana żałosna skarga do tronu Stwórcy: "Boże, Tyś nas niemiłosiernie stworzył, nielitościwi i niesumienni ludzie to życie zniszczyli i żyć nam me pozwolili!" Drodzy zacni słuchacze, dziś otwarcie i publicznie i bez żadnych ogródek, stawam w obronie dzieci w łonie macierzyńskiem, i na zasadach Bożych i naturalnych, wołam w imieniu Stwórcy samego, wołam, proszę i błagam: "Nie zabijajcie, bo zabijać nie wolno!"
Pogańskie matrony starożytnego, zbutwiałego i zepsutego Rzymu rachowały swój wiek nie podług lat, lecz według ilości rozwodów. Tego nas uczy historia. Dziś żony nie liczą wieku według lat, lecz według planowanych i dokonanych poronień. Nowoczesne kobiety śmiało posunęły się o wiele dalej. W pewnych tak zwanych kołach postępowych i towarzyskich nawet panny zuchwale i cynicznie i otwarcie rachują swych kochanków, według liczby zbrodni dokonanych na nieurodzonych istotach. Tu nie może znaleźć żadnego usprawiedliwienia żaden mężczyzna i żadna kobieta! Żadne prawo ludzkie, nawet państwowe, nie może prawnie, pod żadnym pretekstem, uniewinniać i usprawiedliwiać dzieciobójstwa w łonach macierzyńskich! Zamiast jednak dysputować i moralizować biorę do ręki książkę życia, słuchajcie jeno, mimo że serce moje bije bojaźliwie i dusza drga zatrwożona, słuchajcie co czytam w tej księdze życia:
"Od kilku miesięcy młodzi małżonkowie prowadzili życie podniecone i wzruszone. Miało się stać w tej rodzinie coś nowego, oczekiwanego, radosnego! Bóg miał ich obdarzyć potomstwem. Młoda żona szyła, haftowała i obszywała wyprawę dla maleństwa. Mąż kupił śliczną kolebkę i wózik. Rodzice nie mogli doczekać się chwili, kiedy Opatrzność pozwoli im powitać tę żywą laleczkę. Młoda matka płakała z radości, kiedy przy niej położono zawiniątko z noworodkiem. Z oczu ojcowskich płynęły łzy radości i uwielbienia, miłości i szacunku; bo miał przed sobą żonę ukochaną, a przy niej spoczywał synek pierworodny. Dziesięć miesięcy później młoda żona stata się matką córeczki. Już mniej było wrażenia, mniej czasu poświęcono, aby przygotować wyprawę drugiemu przybyszowi. Młode małżeństwo jednak było zadowolone i cieszyło się. Tak mąż, jak żona, kochali dzieci - nie dziw, że regularnie co rok był nowy piorok: Helena, Wilhelm, Barbara i Tadeusz. Pensja męża już prawie nie wystarczała, aby nabyć wymagane mleko i sok pomarańczowy, przepisane przez doktora dla licznej latorośli. No, kiedy więc żona znalazła się w stanie błogosławionym po raz siódmy, licząc zaledwie trzydzieści jeden lat, powiedziała sobie krótko lecz stanowczo: "To wystarczy. Nie mogę pozwolić sobie na więcej dzieci!" Sąsiadka wysłuchała całego opowiadania. Okazała się bardzo sympatyczną i chętną do pomocy. Pod sekretem oznajmiła młodej matce nazwę pewnych pigułek, które można zakupić w pobliskiej aplece. Chętnie - zapłaciła całego dolara za cudowne pigułki. Mimo, że trzymała się przepisu, pigułki okazały się bezskuteczne. Druga sąsiadka doradziła, aby młoda matka udała się do jednej z dobrze znanych akuszerek, która za piętnaście dolarów dokona dzieciobójstwa. Operacja prosta, nie ważniejsza od wyrwania zęba. Mąż wraz z żoną zadecydowali spróbować. Operacja, trwająca pół godziny, odbyła się w kuchni, w mieszkaniu akuszerki. Po upływie dwudziestu czterech godzin, rozpaczliwa niedoszła matka pacjentki dostała febry, gorączki połogowej, i nieco gorszej. Mąż płacząc i rozpaczając, zawołał doktora; ten zawezwał ambulans, chorą odstawiono do szpitala. Mimo wysiłków specjalistów i licznych transfuzji krwi, matka umarła w przeciągu tygodnia i zostawiła sześcioro dzieci na łasce losu." — Tyle co do zdarzenia codziennego.

Codziennie powtarzam, w trzysta sześćdziesięciu dniach każdego roku, co dwadzieścia cztery godziny, dwadzieścia dwie kobiety tu w Ameryce umierają z powodu poronienia, czyli z powodu niedosztego płodu. Nie - z powodów naturalnych lub nieprzewidzianych, lecz z powodów osobistych, spowodowanych przez nielegalne i sztuczne środki, mniej więcej naukowe i zgadzające się z obecną cywilizacją! Pisarze, uczeni, lekarze i postępowe, a przesiąknięte zasadami neopoganizmu kobiety, zajęte są odczytami, w których tłumaczą mężatkom i panienkom w towarzystwach, klubach i stowarzyszeniach, że śmiertelność matek przy połogach, tu w Stanach Zjednoczonych, jest stosunkokowo najwyższa na świecie, że około siedem matek z każdego tysiąca umiera przy porodach. Prawda i bolesna to prawda, ale ci apostołowie i adwokaci pogańskiej propagandy nie wyjawią słuchaczkom, że jedna czwarta część z tych nieszczęśliwych matek umiera z powodu zakażenia, krwawienia lub uszkodzenia organicznego, spowodowanego przez sztuczne poronienia, szczególnie w pierwszych trzech miesiącach ciąży. Poronienie jest zabronione prawem Bożem: "Nie zabijaj!". Jest zabronione prawem naturalnym: "Nie wolno z rozmysłem zabijać życia niewinnego!" — Zabronione jest prawem federalnym i stanowym. Nad głowami doktorów, akuszerek, aptekarzy i pacjentek wiszą kary więzienne i pieniężne za spowodowanie sztucznych poronień. Przed Bogiem i wobec prawa, kto bierze udział w podobnych niecnych czynach w jakikolwiek sposób jest kryminalistą i mordercą. Statystyki szpitalne wskazują nam ohydną i brutalną prawdę, przed którą ludzkość ucieka i wysłuchać nie chce. Zawstydzeni brutalnością nie tylko prostaków, ale uczonych siepaczy, katów i morderców, nie tylko niewiniątek, istot, którym złośliwa przebiegłość życie wykrada, ale i kobiet nowoczesnych, modernych i modernistycznych, które wolą do serca tulić psa, aniżeli własną dziecinę, odgrywamy role strusiów i chowamy głowy w piasku. Władze lekarskie przyznają, że tu w Stanach Zjednoczonych:

1. Rokrocznie dokonanych jest siedemset tysięcy nielegalnych operacji, a więc rokrocznie dokonanych jest siedemset tysięcy poronień. Siedemset tysiącom istot jest wypisywany wyrok śmierci. Po ulicach naszych miast i miasteczek przesuwa się siedemset tysięcy morderczyń-kobiet, których dzieci znajdują grób pod sercami kobiet, które wolą zostać zabójczyniami, aniżeli matkami! Co te nieszczęśliwe, niedoszłe matki powiedzą kiedyś Najwyższemu Sędziemu, kiedy ich pomordowane dzieci otworzą swe usteczka i rzucą to krótkie, ale straszne oskarżenie: "Ta mnie zamordowała"

2. Władze dalej przyznają, że na każde pięć ciąży przypada jedno sztuczne poronienie.

3. Pomiędzy 8 a 10 tysięcy matek umiera rocznie z nielegalnych operacji, czyli co godzinę jedna!

4. Na trzy połogi przypada jedna nielegalna operacja! To są fakty stwierdzone przez doktorów, to nie czcze i puste słowa! No, mimo to, i wobec tego, nam głoszą bzdury o ciemnych wiekach, a pieją hymny pochwalne na cześć oświeconych, postępowych i ucywilizowanych mózgów ludzkich dwudziestego wieku!

Ani brak odpowiedniej opieki, ani brak zdolności doktorów, ale niechęć kobiet, aby mieć dziecko, to jest główny i najważniejszy czynnik śmiertelności wśród matek! Statystyka podana przez Children's Bureau of the U. S. Department of Labor wykazuje, że 90 procent matek umierających skutkiem poronień sztucznych to — mężatki, które już na świat wprowadziły od
czterech do sześciu dzieci. Weźmy jednak inny wypadek. Dziewczyna po zamażpójściu chciała nadal zatrzygmać posadę sekretarki. Nie chciała wziąć na siebie odpowiedzialności macierzyństwa, aż mąż miał dostać podwyżkę pensji, aby dziecko mogło mieć co najlepsze. Kiedy dowiedziała się, że jest w stanie błogosławionym, poradziła się swoich zamężnych towarzyszek. Dostarczono jej adresu znanego i "fashionable" chirurga. Zgodził się na przeprowadzenie operacji kosztem stu pięćdziesięciu dolarów. Naiwna mężatka wyciągnęła z banku uszporowany grosz i oddała doktorowi. Operacja pozornie udała się. Pacjentkę odstawiono do domu. Po dwóch dniach chciała powrócić do roboty. Niestety febra powróciła z powodu zakażenia. Rozchorowała się na śmierć. Oddano ją do szpitala. Przeleżała dwa miesiące. Powróciła kaleką niezdolną, aby być matką!

Bezpłodność jest ogólnym skutkiem pozornie szczęśliwych i skutecznych operacyj nielegalnych. Od 9 do 18 procent takich kobiet traci zdolność zostania matkami. I tu jeszcze nie koniec. Dr. A. J. Rongy z Nowego Yorku twierdzi, że "za każdą operację kryminalną, kończącą się śmiertelnie, dziewięć innych powoduje fizyczne komplikacje prowadzące do kalectwa. Wardy ginekologiczne przepełnione są kobietami, które stały się fizycznemi rozbitkami skutkiem sztucznych poronień!" Rokrocznie ta armia kobiet-rozbitków powiększa się o okrągłe dziewięćdziesiąt tysięcy! Bolesne wrzody miednicy, zapalenie błony otrzewnej, przedziurawienie macicy, gangrena, krwotoki, to fizyczne zła kryminalnych operacji. Nawet władze szpitalne nie są w stanie wybadać i dowiedzieć się wszystkich skutków podobnych operacyji, ponieważ pacjentki nie chcą powiedzieć prawdy. Wiemy, że w Rosji, gdzie w pierwszych latach bolszewimu uprawniono przeprowadzenie sztucznych poronień, połowa pacjentek pozostała inwalidami. Tam dokonywano tych operacji w szpitalach. Tu, w Ameryce, bywają przeprowadzane przez niesumienne akuszerki i przez doktorów-kryminalistów!

Dr. F. J. Taussing stwierdza, że chociażby pacjentka na razie uniknęła niebezpieczeństwa, musi spłacić dług przy następnym połogu. Dodaje też przestrogę taką: "W praktyce, każdy neurolog i psychiatra, po sumiennym badaniu wypadków umysłowych, dojdzie do sedna rzeczy, kiedy przyjdzie do przerażających przejść pacjentki, która zezwoliła na kryminalną operację! Kobieta nie może tak zuchwale i obojętnie łamać praw Bożych i naturalnych, bez reakcji moralnej. Na drodze stoi sumienie. Ten stróż Boży i naturalny. Można się mocować z głodem sumienia przez jakiś czas: można je zalać, można je uciszyć i udusić, lecz na krótko tylko. Odezwie się jednak w końcu. I
bije, bije bez ustanku i bez miłosierdzia. Skutkiem tego jednostajnego niczym nie przerywanego bicia sumienia następuje rozstrój nerwów, a ewentualnie obłęd. Zapłata za mord dokonany pod sercem matki.

Jakie są te kobiety, które płacą za mordowanie własnych dzieci? Większość to mężatki, matki kilkorga dzieci- Zwyczajnie mieszczanki, ponieważ przeszło 66 procent pochodzi z miast. 50 procent liczy poniżej 30 lat; 50 procent powyżej 30 lat. Najwięcej ich umiera w wieku pomiędzy 35 a 39 lat! Są to kobiety, które twierdzą, że "nie mogą pozwolić sobie na dziecko, lub na więcej dzieci"! Jedne jako powód, podają ekonomiczne warunki; drugie, zamierzają utrzymać posady; trzecie, że dziecko to strata, a nie korzyść; czwarte, że dziecko przeszkadza im wyrobić sobie karierę; piąte, że dziecko przeszkadza im w życiu towarzyskiem, itp. Brytyjskie Stowarzyszenie Medyczne po długiej inwestygacji podaje inne powody. Od czasów wojny światowej, kobiety zajęły stanowiska i pewne prace, które nie pozwalają im na myślenie o dzieciach. Z powodu bezrobocia, małżeństwa, to jest zawieranie małżeństw jest opóźniane, i kobiety niesłusznie obawiają się połogu. Kobiety trzymają się nierozumnej mody i chcą każdym kosztem zachować wysmukłą postać. Sporo młodych małżonków też zasłania się opinią dziwaczną, że żadne dziecko nie ma prawa do życia, aż rodzice mogą mu dać wszystko co najlepsze i najwybredniejsze! — Kiedyś powrócę, aby zbić takie argumentowanie, dziś powiem tylko, że żaden z nich nie usprawiedliwia morderstwa dziecka w łonie i pod sercem matki!

Od czasów prohibicji, i to jest wyłączna zasługa prohibicji, społeczeństwo amerykańskie nauczyło się swawoli i bezkarności. Łamanie różnych praw zaszło w modę i praktykę. Ogół lekceważył wszelką władzę i wszystkie prawa, nawet władzę Boską i prawa naturalne, i na tej zasadzie dziś nic sobie nie robi z głosu Bożego, który wola: "Nie zabijaj!" — Statystyka stwierdza, że połowa kryminalnych operacji jest dokonywana przez chirurgów, którzy biorą od pięćdziesięciu do osiemset dolarów za każdą. - Jedna piąta jest przeprowadzona przez akuszerki, reszta przez same kobiety na własnej osobie! Sam Dr. Roongy pisze, że tym butlegerskim doktorom kobiety płacą miliony dolarów rocznego czynszu. Dosłownie: "the sums paid to them run into many millions a year"! Każdy cywilizowany kraj na świecie rozumie ohydę i zbrodniczość kryminalnych operacyj i nawet taka sowiecka Rosja od lipca ubiegłego roku, więzieniem karze przestępców! Każda religia chrześcijańska zakazuje morderstwa niewinnych istot ludzkich. W Stanach Zjednoczonych federalne prawo grozi pięcioletniem więzieniem za kryminalne operacje. W sześciu stanach prawo zakazuje jakiejkolwiek operacji mającej na celu sztuczne poronienie; w trzydziestu ośmiu stanach prawo zezwala na taką operacje, jeśli rozchodzi się o uratowanie życia matce; w trzech stanach i w dystrykcie Kolumbii podobne operacje są zezwolone, jeśli idzie nie tylko o życie, lecz i o zdrowie matki. W jednym stanie, mianowicie Mississippi, lekarz może operować według własnego rozumu i roztropności, ale tylko w celach naukowych! Lekarze stwierdzają, że kobieta poddająca się operacji kryminalnej naraża się na krytyczne doświadczenie. Może mieć fatalny koniec! I często ma! Może zakończyć się niepłodnością, bo z doświadczenia wiemy, że to sprawdza się w dziesięciu wypadkach na sto! Może zrujnować jej zdrowie, zerwać nerwy i wpłynąć na rozum. Mamy dowody tych skutków po szpitalach, sanatoriach i domach obłąkanych. Zresztą takie kobiety dostają się w szpony niesumiennych i nieskrupulatnych rakieterów i medycznych butlegerów, którzy ścigają swe ofiary i wykorzystują dzieciobójstwo. W każdym wypadku poronienie jest niebezpieczniejsze od zwyczajnego połogu. Niech każda kobieta zapyta się: Czy mogę zaryzykować i zostawić moje dzieci bez matki? Gdzie jest jedna rodzina, w której jedno dziecko więcej, będzie wiekszym i gorszym złem i nieszczęściem, aniżeli jedna matka mniej? Największe głowy lekarskie zastanawiały się nad tą kwestją, wyłącznie z punktu medycyny, i wydały swój wyrok: Żony, miejcie swoje dzieci!

Zanim zakończę, powtarzam, że w niedalekiej przyszłości powrócę do tego tematu. Rozchodzi się tu bowiem o prawo Boże i o prawo naturalne. Idzie o obronę istot bezradnych i słabiuteńkich, które nie mają ani sił ani mocy do samoobrony. Stwórca mówi im: "Żyjcie!" Ludzie bez sumienia krzyżują plany Boże i wołają: "Wy nie macie prawa do życia!" Jeśli dzisiejsza mowa wstrzyma rękę jednej dzieciobójczyni, i przez to samo uratuje może życie tej właśnie, która zamierzała dobić własne dziecko obok serca spoczywające, dzisiejsza mowa zrobi swoje! Jestem przekonany, że wstrząśnie sumieniem niejednego słuchacza, oraz niejednej słuchaczki i odstraszy ich od popełnienia zbrodni o pomstę do nieba wołającej. Życiu ludzkie jest twarde, trudne, często bezlitosne. Szczególnie w czasach obecnych, kiedy światłość zowią ciemnością, a ciemności mianują światłościami; kiedy zło uchodzi za cnotę, a cnota uważana jest za występek; kiedy zbrodnia jest wychwalana, a zbrodniarze uchodzą za bohaterów. Mimo bezbożnych zasad, pogańskiej nauki i spaczonego zapatrywania na to życie ludzkie, zawsze ono było, jest i pozostanie świętością w poczęciu, w narodzeniu, w dzieciństwie, w młodości, w dojizałości i w starości. We wszystkich tych okresach, od kiełkowania w łonie macierzyńskim do zgrzybiałej starości, życie ludzkie jest własnością Stwórcy, który woła: "Nie zabijaj!"

SZTUKA ŻYCIA! - podaganka o. Justyna z 31.1.1937 r.

Witam Was Zacni Rodacy i Miłe Rodaczki słowami: Niech Będzie Pochwalony Jezus Chrystus.

Dzisiejszy program Godziny Różańcowej nadawany jest w poniekąd w obcym mi położeniu. Zwyczajnie stoję przed mikrofonem w małym studio, w obecności tylko naszej małej gromadki, która bierze udział w nadawaniu regularnych programów niedzielnych. W tej chwili stoję na specjalnie zbudowanej platformie w olbrzymiej Convention Hali w Detroit, Mich. Przy mnie zwyczajny głośnik radiowy, obok mnie gromada śpiewaków i śpiewaczek wraz z dyrygentem i kilku zaproszonymi gośćmi. Ku mnie zwróconych kilkanaście tysięcy widzów, ciekawie we mnie się wpatrujących i chciwie śledzących każdy mój ruch! Sporo starszych i w podeszłym już wieku. Olbrzymia większość jednak to nasza młodzież. I naprawdę, że patrząc na nich, nie tylko radość, ale wprost uczucie dumy mną opanowuje! Bo to twarze uczciwe i zacne, od których bije radość życia, z oczu zaś tryska zadowolenie i dobroć. Mówię to nie dla pozyskania sobie pochwały lub dobrej woli obecnych, tylko stwierdzam fakt rzeczywisty i życiowy. Patrząc na ten obrazek w tej chwili tak miły i radosny, rozpostarty przed oczyma moimi, mimowoli nasuwają mi się pytania. Rzucają mi się natarczywie i domagają się odpowiedzi. Pytania te są następujące: Co tej naszej młodzieży przyszłość przyniesie? Szczęście czy nieszczęście? Radość czy smutek? Zadowolenie czy niepokój? Co będzie za rok, za pięć, za dziesięć? Prawda, przyszłość nasza zasłoniona jest ciężką kotarą tajemniczości! Prawda, wyroki Opatrzności Bożej są nam nieznane! Prawda, w zgadywaniu możemy się pomylić, jednak wolno nam wyobraźnią nasza rozedrzeć, albo raczej odsunąć firany przyszłości, i z przebytych doświadczeń, mniej więcej, z przeciętną dokładnością stwierdzić, że przyszłość przyniesie nam rozmaite niespodzianki. I będą to niespodzianki smutne, bolesne, krwawiące. Niejednego i niejedną zwalą z nóg. Powtarzam dosłownie, zwalą z nóg. Z oczu niejednych wycisną łzy gorzkie; z serc drugich wytoczą krew, do ostatniej kropelki; u jednych nia tylko przytłumią, ale kompletnie stłumią głos sumienia; z drugich dusz wyrwią wiarę, i te twarze, które dziś pokryte są uśmiechem i zadowoleniem, powloką się chmurami goryczy, zniechęcenia i niesmaku; te oczy, z których dziś tryskają skry chęci i zapału do życia, powloką się chmurkami przesytu i zobojętnienia. I otworzą się usta niejednych rzucając tę skargę pełną gorzkiej boleści: "Życie jest bez wartości, życie jest próżne i puste. Nie warto więc żyć!" — Nieprawda i raz jeszcze nieprawda. Życie jest skarbem niedocenionym i nieocenionym. Życie jest bogate. Życie jest obfite. Warto więc żyć. Trzeba jednak umieć żyć. I oto przychodzę do dzisiejszego przemówienia, pod tytułem:

SZTUKA ŻYCIA!

Sławny Ks. Toth opisuje nam taką interesującą historyjkę, opowiedzianą mu przez pewną urzędniczkę: Pracowałam w biurze z pewną dziewczyną. Całymi latami naszej wspólnej pracy nie słyszałam nigdy, ażeby mówiła o czymś innem jak tylko o ubiorach i zabawach. Żyła skromnie, często nawet głodowała. Odmawiała sobie wszystkiego, żeby można wydawać na ubieranie się i na strojenie. Wskutek wadliwego odżywiania doszła do tego, że popadła w suchoty. Dowiedziałam się, że jest już bliska śmierci. Odwiedziłam ją. Łagodnie przypomniałam jej o życiu wiecznem i prosiłam, żeby się przygotowała do tej wielkiej drogi. Uśmiechnęła się i mówiła, żebym się o to nie troszczyła. Miała tylko jeden kłopot, w którym - według niej — mogłabym jej dopomóc. Zapytałam się jej, co jest przedmiotem tej wielkiej troski. Aż przeraziłam się, kiedy mi odpowiedziała:— Żebym była i w trumnie piękną! Dlatego, jeśli chcesz mi zrobić wielką przysługę, otwórz tę szufladę. Tam jest żelazko i maszynka spirytusowa. Zrób mi ondulację włosów. Jedynie, ostatnie pragnienie umierającej: zrób mi ondulację włosów! — Oto obraz istoty, która nie zrozumiała celu życia ludzkiego. Skupiła całą swoją działalność i to długoletnią, dążyć tylko do osiągnięcia i zachowania piękności ciała. Pracę, zarobek, myśli poświęciła tylko ku temu. Aby zachować piękność, oszczędzała nawet na jedzeniu, i w nagrodę popadła w chorobę — suchoty, które wysuszyły nie tylko ciało, ale nawet krew w żyłach. Goniła za pięknością, o piękność się starała, o piękności myślała, na piękność pracowała, o piękność się martwiła i za życia, powoli zbijała sobie własną trumnę, stopniowo i mimowoli kopała dla siebie grób, i bez zastanowienia w gonitwie za pięknością, szukała uwieńczenia swych starań na cmentarzu. I tam też wreszcie odpoczynek i spokój znalazła, przedwcześnie, bo żyć nie umiała!

Jestem przekonany, że czasy prohibicyjne jeszcze wszyscy pamiętacie! Te czasy, które spowodowały więcej zboczeń moralnych, aniżeli jaki którykolwiek inny czynnik, nie wykluczając żadnego. Wybieram dwa zdarzenia. Przychodzi do mnie stroskana i rozpaczająca matka. Płacze tak rzewliwie, jakby jej serce miało z bólu pęknąć. I cóż się stało? Siedmnastoletnia córka, nieposłuszna, harda i twarda, zaprzedała się duszą i ciałem, tym ludzkim upiorom, którzy żerują na naiwności łatwowiernych. Słowem, wieczór w wieczór, udawała się do jednej z nor murzyńskich. Co tam robiła i jak się zachowała można sobie wyobrazić, opisywać jednak nie można i nie wolno! Matka się użalała i płakała. "Ojcze, nigdy nie spodziewałam się, że własne moje dziecko, taki wstyd nam przyniesie, i nasze nazwisko taką hańbą okryje. Co ja Bogu powiem, jak ja się uniewinnię." W ten sam wieczór udałem się do owej rodziny, aby pomówić z tym dziewczęciem. Był co typ nielada. Nie trafia się często taki okaz. Wysoka, wysmukła jak dzika topola. Głowę trzymała wysoko, i patrzała dumnie! Usta bezkrwiste, szczelnie przymknięte. Przygryzione, jakby kleszczami. Na tych ustach igrał uśmieszek lodowatego cynizmu. Czoło pokryte chmurką niecierpliwości i niezadowolenia. Przywitała mnie tak: "No to znów moja stara i głupia matka była skarżyć na mnie? To i tak na nic! Ja tak żyję, bo tak chcę, "and I would like to see somebody stop me! I want to live my own life in my own way!". Kiedy zwróciłem jej uwagę, że ona jeszcze za młoda, że niedoświadczona, że nie zna ani życia, ani ludzi, ani świata, że przecież każdy człowiek musi pewne prawa zachować, że nie trzeba siebie marnować, wiecie co ona mi powiedziała? Tak szorstko i zapalczywie: "Raise your own kids, and bring them up your way. I only live once. I want to enjoy life and take everything it gives me!" Kilka miesięcy potem znów przyszła do mnie matka, opowiadając, że córka poszła z domu. Zapomniałem o niej całkowicie. Przed dwoma tygodniami dostaję list, pisany ze szpitala położonego w miasteczku, niedaleko od Buffalo.
Mimo, że nazwisko było angielskie, list pisany był w języku polskim. Pacjentka prosiła mnie i błagała, abym ja odwiedził jak najprędzej. Wybrałem się. Chora, dowiaduję się od pielęgniarki, jest pod obserwacją i cierpi na pewną straszną chorobę społeczną, która toczy ciało i umysł. Kończy się bez wyjątku zgniciem fizycznym, moralnym i umysłowym. Wchodzę do celi szpitalnej. Patrzę na łóżko. Leży kobieta, albo raczej coś co przedstawia postać kobiecą. Kości i skóra. Kobieta nie spuszcza ze mnie oczu. Wbiła we mnie swój wzrok, z którego bije strach i przerażenie. Kiedy stanąłem przy łóżku, słyszę jakiś dziwny szept, jakoby wydobywał się z jakiej głębokiej i pustej jamy. Chora ciągnie boleśnie, płaczliwie: "Ojciec widocznie ani mnie nie pamięta, ani mnie nie rozpoznaje. Ja jestem ta, która przed laty tak hardo się postawiłam i mówiłam, że wolno mi żyć jak mi się podoba! Że chciałam żyć moim własnem życiem. I tak też zrobiłam. Najpierw brałam udział w zabawach murzyńskich. Gotowa byłam na wszystko; w niczym nie przebierałam. Całe noce spędzałam na tańcach, poufałościach i używałam co tylko mi się podobało. Nigdy nie byłam nasycona, zawsze goniłam za czymś. W końcu posłuchałam jakiegoś zamożnego murzyna i poszłam z nim mieszkać. Trzy razy przeszłam prywatne operacje. Skończyłam bez przyjaciół; wyrzucił mnie z domu; poszłam na policję, która mnie tu przysłała. Ja czuję, że umieram. Czuję, że śmierć wyciąga po mnie swoją rękę. Gdybym przynajmniej mogła ucałować ręce i nogi moich rodziców i przeprosić ich, żem im tyle zmartwienia zrobiła. Żyłam i za to umieram. Płacę za to, drogo płacę. Może Pan Bóg mi za to przebaczy, żem się upokorzyła." Spowiedź święta trwała długo. Skrucha i żal tej biednej, łatwowiernej Magdalenki, przemówiła do mnie wymowniej, aniżeli jakakolwiek nauka najwymowniejszego kaznodziei usłyszana w życiu moim. Ja nie wiem, jakiś dziwny żal targnął moim sercem, bo w tej biednej ofierze łatwowierności i lekkomyślności, widziałem te inne liczne ofiary, te nieszczęśliwe istoty, które mimo próśb, błagań i upomnień, puszczają się na fale życiowe i dają unieść się do śmierci i grobu. Ach, naprawdę żal, ogromny żal, serdeczny żal tych biednych istot, które żyć nie umiały!

Około siedem czy osiem lat temu, dzienniki z Polski, podały nam charakterystyczny wypadek. Niejaki Jan Leszczyński, po kilkuletnim pobycie w Ameryce, powrócił do Polski. W czasie swego pobytu w Ameryce, skąpił sobie najpotrzebniejszych rzeczy. Mimo, że ciężko pracował, ani się odpowiednio odziewał, ani odżywiał. Chodził nieomal w łachmanach, żywił się na prawie odpadkach. Zaoszczędzał zawsze i wszędzie i we wszystkim. Zaoszczędzał sobie kilka tysięcy dolarów. W końcu udało mu się powrócić do Polski. Niedowierzając nikomu, obawiając się każdego, zakopał uskładane pieniądze w ziemię. Po kilku miesiącach niepokoju i zdenerwowania, chcąc się przekonać czy skarb, tyloletnich starań i wysiłków, nie zaginął, odważył się go odkopać. Banknoty naturalnie były wszystkie zbutwiałe, przegnite! Nieszczęśliwy i zawiedziony właściciel utraconej fortuny, z rozpaczy powiesił się na drzewie! Czemu? Jest tylko jedno i jedyne wytłumaczenie, ponieważ nie umiał żyć. Nie umiał? Może nie chciał zrozumieć, serce swe obmurował pieniędzmi. Pieniądz był jedynym celem jego życia. Znikły pieniądze, przepadł i cel. Została rozpacz, która podała mu sznur. I na sznurze zakończył, bo nie umiał żyć!

W dwudziestu siedmiu latach mojej służby kapłańskiej, byłem naocznym świadkiem zdarzeń, które wskazywały mi na słabość ludzką, na ułomność i bezradność natury człowieczej. Widziałem wypadki groźne, smutne, bolesne, upokarzające; wypadki które jaskrawo i dobitnie stwierdzają, że nie można
łamać prawa Bożego i lekceważyć prawa natury. Wszystko trwa tylko do czasu, wreszcie mija, a co człowiek zasieje to i w końcu zbiera. Człowiek może starać się wmówić w siebie, albo w drugich, że może żyć bezprawnie i swawolnie, to jednak ostatecznego wyroku nie wstrzyma! Młyny Boże mielą powoli, to prawda, ale mielą bez przerwy, bez ustanku, aż wymielą sprawiedliwość zasłużoną. Koła Boże, i koła natury, które Bóg stworzył, nigdy się nie wykoleją, lecz dążą zawsze w jednym i tym samym kierunku, aż zajadą do celu, do stacji, nad którą widnieje ogromny szyld, z napisem: Sprawiedliwość! Sprawiedliwość Boża i Sprawiedliwość naturalna! Jeden z takich wypadków określę wam. Nie pytajcie się mnie ani o nazwiska, ani o miejscowość, ani o daty. To niepotrzebne. Wystarczy sam goły fakt.

Oto syn pewnej zamożnej polskiej rodziny. Będąc jedynakiem w rodzinie, której ojciec, mimo bezwzględnej surowości i niesprawiedliwości dla innych, zawsze dla jedynaka miał tylko słodkie słówka uznania i pochwały, nie miał zaś o tyle stanowczości, aby przyganić wybryki synalka, mimo skarg i użaleń pokrzywdzonych! Synalek opływał w dostatkach i pełnymi garściami zasiewał kąkol, zielska. Ile żyć i serc złamał, ile przekleństw i złorzeczeń ściągnął na siebie, nie można obrachować. Bogu to tylko wiadomo. Nierozumny ojciec płacił na prawo i na lewo, aby zatuszyć niemiłe sprawki swego potomka! W końcu, po długoletnich wybrykach młodzieniec wybrał sobie dziewczynę ubogą, ale pracowitą i dobrą. To też jest jedna z ironii życia ludzkiego. Latawica, chłopczyca, ladaco i sekutnica, upoluje sobie młodzieńca spokojnego, pantoflarza, panna zaś oszczędna, spokojna i wzorowa dostaje gemblera, pijaka, sporta w najgorszem znaczeniu tego słowa, obleciświata, który jadł z każdega talerza i pił z każdej szklanki i kieliszka! Sprawdziło się i w tym wypadku. W dwa miesiące po ślubie, biedną zabrano do prywatnej instytucji. Dowiedziawszy się strasznej i okropnej prawdy, załamała się fizycznie i umysłowo! A ten morderca, kpił i drwił sobie z Boga i ludzi. Nierozumny, ślepy i głuchy! Nierozumny, bo zatopił się w używaniu wszystkiego co za pieniądz można zdobyć! Ślepy, bo nie widział chmur, które gromadziły się nad jego głową! Głuchy, bo nie zważał na głos sumienia, które po prostu krzyczało i wrzeszczało o opamiętanie w tej szalonej i zapamiętałej gonitwie za błyskotkami tego życia. No, w końcu, po tylu latach w których ręka Bożej sprawiedliwości zbliżała się do tego osobnika, Bóg dotknął się tej istoty. Kiedy stanąłem przy tym, który tak śmiało i otwarcie i czelnie twierdził, że bez Boga sobie da radę, że rozum mu dać może wszystko, że życie ludzkie streszcza się w dolarach, i w tym co za te dolary można kupić, powtarzam, kiedy stanąłem przy nim, leżał na podłodze. Padł nagle i niespodziewanie. Jakby piorun trząsnął w niego. Jakby kto kosą podciął mu nogi. Ten mniemany siłacz, olbrzym, bohater, śmiałek, pyszałek, zarozumialec, leży tak jak pierwszy lepszy zwyczajny śmiertelnik, leży nieprzytomny, w kałuży własnej krwi. Krew bucha z szeroko otwartych ust, które już zsiniały; krew płynie dwoma strugami z nozdrzy, kreśląc dwie ścieżki czerwone, jak dwie jedwabne tasiemki; krew sączy się z uszu, z każdym najsłabszym oddechem! Kiedy stoimy bezradnie nad nieszczęśliwcem, wchodzi lekarz, rzuca okiem, chwyta za słuchawkę telefoniczną i zamawia ambulans szpitalny. Ofiarę, nieszczęśliwca odstawiono do szpitala. Po tygodniu odzyskał przytomność. Nigdy, by nikt na świecie nie pomyślał, że dziś to złamane i zmiażdżone ciało, to to samo które tak zuchwale przesuwało się po ulicach miasta! Nie myślcie, że tu już kończy się ta smutna historia. Lekarze stwierdzili, że to początek jednej z najzaraźliwszych chorób, które mogą się przyczepić do człowieka, która w przebiegu ofiarę oślepia, potem rozum niszczy, i ewentualnie śmiercią się kończy. W takich wypadkach, na nic sztuka medycyny i bezradne i bezskuteczne są zabiegi najzdolniejszych doktorów! Proszono mnie, abym nieszczęśliwcowi ogłosił skutek egzaminacji i konsulty lekarskiej. Uczyniłem to jak umiałem. Chory obrzucił mnie wzrokiem obłąkanego skazańca. Łzy stanęły w jego oczach, wypełniły oczy po brzegi i w dwóch wielkich, jak groch, łzach skulnęły się po twarzy i padły na pościel. Jakiś spazm strachu podrzucił kilkakrotnie ciałem. Popadł w omdlenie. Kiedy go trzeźwiono, odsunąłem się na bok. Zaledwie odzyskał przytomność, rzucał niespokojnie oczami po obecnych doktorach i pielęgniarkach. Wreszcie wzrokiem spoczął na mnie. Podszedłem do łóżka. "Proszę przyjść jutro rano, chce się dobrze wyspowiadać!" Tyle, i nic więcej. Następnego dnia odprawił Spowiedź św. Była ona długa, bardzo długa. Była też szczera, płynąca z serca skruszonego. Około sześć tygodni potem, zaczął tracić nie tylko wzrok, ale i pamięć i rozum. Wkrótce musiano go oblec w kaftanik bezpieczeństwa, w tak zwany "straight-jacket"! Mimo to, nawet i wtenczas rzucał się jak dziki zwierz; nie uwierzycie kiedy wam powiem, że z rozpaczy wpijał palce w ścianę obok łóżka i zdołał wydłubać dziury na cal głębokości! Z boleści i rozpaczy gryzł własne palce. I tak żył jeszcze przeszło pięć miesięcy. Wreszcie śmierć litościwie przymknęła mu powieki i skończyło się jeszcze jedno życie młodego człowieka, który nie umiał żyć!

Czyście kiedy zastanowili się nad sposobem jak ludzie żyją? Jeśli nie, niech wam przedstawię w pewnem porównaniu. Mówimy, że dzieci są naiwne, marnują czas, że są łatwowierne, i tak dalej. Czy dorastający i już dorośli nie tworzą gromady starych dzieci? Pójdę dalej, i powiem, bez obawy przesady lub nieprawdy, że bezrozumniej się zachowują! Weźmy pijaka. Żyje tylko, aby pić. Na nic prośby żony, na nic płacze obdartych i niedożywionych dzieci! Życie pijaka, szczęście pijaka, butelka, szklanka i kieliszek! Nałogowy pijak przepije żonę, dzieci i siebie. Marnie kończy, bo pada ofiarą swego nałogu, marnując szczęście najbliższych i dobijając siebie samego. Czemu? Nie umie żyć!

Albo weźmy tych, którzy są pod wrażeniem, że życie to jeden nieprzerwany ciąg uciech i zabaw. Za jedną chwilę pozornego zadowolenia lub rozrywki, poświęcają szczęście i spokój, kióre raz stracone, już nigdy nie powróci! Tacy nie żyją. Bytują jak istoty bezrozumne, lub po prostu wegetują jak drzewa lub rośliny. I z mniejszym od tych pożytkiem. Życie takie jest bez celu, bez rady, bez siły! I znów kończy się przesytem, gorzkością, niezadowoleniem, które prowadzą do mizernego zakończenia wędrówki życiowej, powróz, kula, trucizna! Bezustannie morze życiowe wyrzuca na brzegi świata rozbitków, którzy nie umieli żyć!

Życie człowieka, to taki okręt, na morzu świata! Jeśli okręt ma doświadczonego sternika, mimo burz, wiatrów, huraganów, szczęśliwie dobije do przystani. Sternikiem życia jest sam człowiek. Ten sternik obdarzony jest nie tylko rozumem, ale i wolna wolą. Powinien się tymi darami kierować. Powtarzam powinien żyć rozumnie i wolnie. Nie zaś bezrozumnie i swawolnie. Każdy sternik ma do pomocy instrument zwany kompasem. Jest to przyrząd używany do pokazywania prawdziwego kierunku podróży. W życiu naszym takim kompasem to wiara nasza, która wskazuje nam i poucza nas, gdzie jest szczęściu, co nam wypada robić i jak żyć, czegośmy powinni się wystrzegać i czego unikać, aby żyć szczęśliwie. Zasady życia prawdziwego mamy w maleńkiej książeczce, w katechizmie. Te zasady poznać powinniśmy, te zasady w użytek codzienny wprowadzić powinniśmy! Wtenczas naprawdę poznamy sztukę życia!

Wszystkim tu dziś obecnym, i wszystkim, których het, tam daleko, sięga głos mój, przypominam, aby nie szli za nauką, która dziś zatruwa dusze szczególnie młodzieży, która bezczelnie głosi, że celem życia, to nieograniczona wolność używania, ponieważ to nic innego jak bezkarna swawola i nadużywanie darów Bożych; że Bóg to tylko wymysł mitologiczny, dawno przeżyty, i niepotrzebny, że prawo moralności, to sprzeciw wolności ludzkiej, że przykazania Boże, to wynalazki ludzkich umysłów krępujących szczęście ludzkie i że tylko ten zazna szczęścia, który odważnie zerwie pęta i okowy wiary. Posłuchaj jak oni uczą, słuchaj i spamiętaj: "When you come here, kiss Faith good-bye and tell her that what was right is wrong, what was wrong is right, the old laws arę abolished, they cannot be crossed or broken, they're dead. The sanction is dead. There is nothing wicked, nothing strange in the world. What the heart desires, or any part of the body, that is the law"! — Nie wierz, bo żyjąc według tych i podobnych zasad, nigdy nie nauczysz się sztuki życia, ale złamiesz się moralnie, umysłowo i fizycznie, a fale życiowe, na brzegi świata, wyrzucą jeszcze jedną ofiarę która żyć nie umiała!

Tydzień temu, zaraz po ukończeniu regularnego programu, przemówiłem przez buffalowską rozgłośnię WBNY, apelując o pomoc dla nieszczęśliwców, dotkniętych powodzią. I wiecie, że muszę naszych Polaczków buffaloskich pochwalić. W kilku godzinach, wszystkie stacje policyjne, a szczególnie te w polskich dzielnicach w Buffalo, Lackawanna, Black Rock i innych, przepełniono ubraniami, kołdrami itd. Sam widziałem jak dzieci i młodzież zanosiła paki ubrań do pociągu, który stał na dworcu New York Central. Podziwiać trzeba wielkość i szlachetność tych polskich serc. Sami co dopiero rozpoczęli pracować, niektórzy są na robotach rządowych, inni żyją z dobroczynności, a jednak zawsze coś u tych biednych, którzy sami więdza co to głód, zimno, bieda i nędza, znalazło się dla jeszcze biedniejszych od nich. To naprawdę są uczynki miłosierdzia, które Pan Bóg wynagrodzi nie stokrotnie, lecz tysiąckrotnie! Dziś ośmielam się apelować do rozumów i serc wszysktich słuchaczy i słuchaczek: Niech każdy i każda, o ile ich stać na to, w tych dniach złoży swą ofiarę dla biednych powodzian. Ofiary wysłać wprost na ręce lokalnych oddziałów Czerwonego Krzyża. Miejcie dobre serce i okażcie miłosierdzie biedakom, którym woda zabrała wszystko. Nie mają dachu nad głową, brak im odzieży, brak im żywności. Sporo z nich już choruje, innym grozi choroba, z powodu braku wody, opieki lekarskiej itd. Obecna powódź, największa w historii Stanów Zjednoczonych, jest katastrofą narodową. A więc jest obowiązkiem całego narodu dopomóc tym biedakom, którym wody zabrały wszystko co mieli. Otwórzmy im, nie tylko nasze serca, ale i nasze kieszenie. W imieniu biedaków: Bóg wam zapłać!

Tu w Detroit dnia 2-go lutego, odbędzie się uroczystość nie lada. W ten dzień bowiem, zacny profesor Romuald Piątkowski z Orchard Lake, obchodzi pięćdziesięciolecie, czyli złoty jubileusz, pracy nauczycielskiej. Można powiedzieć że wychował trzy pokolenia profesjonalistów polsko-amerykańskich. Profesor Piątkowski urodził się w sławnym Zbarażu, dnia l2-go lutego 1857. Uczęszczał do szkół w Tarnopolu, Lwowie i Wiedniu. Uczył po domach staroszlacheckkh. W roku 1892 przyjechał do Ameryki. Założyciel i pierwszy rektor Ks. Józef Dąbrowski, ofiarował mu krzesło profesorskie w Polskim Seminarium. Od 1909 do 1912, Prof. Piątkowski pracował w Chicago przy Związku Polsko-Narodowym, jako szef biura prasowego. W roku 1912 mianowano go rektorem kolegium związkowego. Urząd ten zajmował do 1916, kiedy to powrócił do Orchard Lake, gdzie po dziś dzień wykłada astronomię, literaturę polską, fizykę, grekę, łacinę i historię filozofii! W międzyczasie, przez 17 lat redagował tygodniówkę "Niedziela"; opracował kilka pamiętników i przetłumaczył kilka dzieł pisarzy obconarodowych. Bez wątpienie, że nazwisko Prof. Piątkowskiego powinno być wypisane złotemi zgłoskami w historii wychodzstwa polskiego. Jego nazwisko jest wymawiane ze czcią i szacunkiem przez tysiące alumnów polskiego seminarium, i będzie wspominane przez następne pokolenia. Do życzeń składanych przez rozmaitych i ze wszech stron, dorzucam i moje, oraz naszych Ojców Franciszkanów, skromne, ale z głębi serca płynące: Niech ci Bóg tysiąckroć wynagrodzi zdrowiem, powodzeniem, uznaniem, czcią i szacunkiem, twoje prace i zabiegi, w wyrobieniu nam tych i takich przewodników, którymi możemy się poszczycić w każdej profesji. Bóg ci zapłać za co już żeś nam dał i Bóg ci zapłać za to co nam jeszcze dasz, profesorze Piątkowski.

NA CO SPOWIEDŹ? - pogadanka o. Justyna z 5.1.1936 r.

Witam Was, zacni Rodacy i miłe Rodaczki, słowami: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Pierwsza niedziela Nowego Roku 1936! Stoimy w progu dwunastu miesięcy, nowych i tajemniczych. Ciężka i gruba zasłona zakrywa przyszłość przed naszymi oczami. Co będzie, co przyjdzie, co nam czas przyniesie, co na nas Opatrzność dopuści, nie wiemy. Tydzień temu, robiliśmy rachunek sumienia. Jaki był nasz bilans? Dodatni czy ujemny? Odpowiedź zależy od każdego i każdej z osobna. Spomiędzy setek listów odebranych w ostatnich dniach, wyszczególniam jeden, z maleńkiej wioski pensylwańskiej, ponieważ nadaje się do dzisiejszego programu. "O. Justyn nie wie jak mnie zmieniły te dwie mowy przed Bożem Narodzeniem i Nowym Rokiem. Słuchając, popłakałem się po raz pierwszy od wielu lat. Złym nigdy nie byłem, ale dobrym też nie. Włóczyłem się po całej Ameryce i przebywałem z rozmaitymi ludźmi. Zapomniałem o Bogu; pacierze czasami zmówiłem, do kościoła też zajrzałem na Święta, ale u Spowiedzi byłem 28 lat temu. Tu jestem kilkanaście lat i nieźle mi się powodzi. Przez ostatnie dwie niedziele, siedząc z żoną i dziećmi przy radio i słuchają mów radiowych, przypomniały mi się dawne czasy świąteczne w Polsce, kiedy jeszcze żyli moi rodzice. Nigdy tak wyraźnie nie stała przede mną kolacja wigilijna, łamanie się opłatkiem i pasterka. Nasza chata na wsi, wigilia i rodzice, to tak do mnie przemówiło, że zanim się spostrzegłem, rozpłakałem się na dobre. To mi pomogło. Myślałem sobie dalej, co żem przeżył, gdzie żem podróżował, i co dziś mam. Uczułem się taki mały jak moje dziecko. Bóg mi dawał wszystko, zdrowie, prace, żonę i dzieci. Ja zaś Bogu tak mało oddawałem. W ten sam wieczór pierwszy raz klęczałem ze żoną i dziećmi i wspólny pacierz mówiłem. I tak będę robił co dzień. W sobotę, 28-go grudnia, poszedłem się wyspowiadać. Znów po spowiedzi popłakałem się. Jestem teraz spokojny i zadowolony, jak nigdy. Zdaje mi się, że teraz mam coś więcej, jak dotychczas. Święta też były weselsze w domu. Był opłatek i co wieczór przy choince śpiewamy polskie kolędy." Z powodu tego listu, zdawało mi się, iż następna mowa, w pierwszą niedzielę Nowego Roku, będzie odpowiednia i korzystna.

NA CO SPOWIEDŹ?

Na Nowy Rok, nieomal wszyscy bez wyjątku, tak starsi jak młodsi, ubierają się w nowe szaty od stóp do głowy. Rzeczy przenoszone, wytarte i zdarte, bywają wyrzucane do beczki, palone w piecach, lub sprzedane handlarzom starzyzny. Każdy myśli i chce, aby na zewnątrz, przed okiem ludzkim, wyglądał jak najlepiej i najschludniej! I to zasługuje na pochwalę. Lecz człowiek oprócz ciała ma drugi składnik, duszę nieśmiertelną. Każda istota ludzka ma w sobie pierwiastek Boży, tchnienie Stwórcy, iskierkę, której żadna siła nie wygasi, bo wygasić nie może, ponieważ będąc cząstką samego Boga, musi być i jest wiecznie żyjącą i nieśmiertelną. Czemu jednak tak mało ludzi dba, aby przy rozpoczęciu roku dusze obmyć z brudów i naleciałości, i ubrać ją w szaty świeże i suknie nowe? Łatwiej jest nam i taniej ubrać duszę, aniżeli stroić ciało. Cóż nam pomoże zewnętrzny strój, jeśli w sumieniu robak, w sercu trucizna, w umyśle upiór utrapienia? Cóż za korzyść przyozdabiać się oku ludzkiemu, a zaniedbywać się przed okiem Stwórcy! Prawda, obowiązkiem naszym jest nie opuszczać się co do ciała, lecz to nie znaczy, aby zapominać o duszy. Ciało to tylko domek albo lepianka, krucha, słaba i nietrwała, dusza zaś — wieczna. Norwegowie mają śliczną przepowieść, w której określają życie ludzkie. Pewnego dnia, kiedy różnobarwne ptaszki leśne naśpiewały się aż do znużenia, usiadły cicho na gałązkach. Milczenie przerwała uczona zięba i zapytała podniesionym głosem: — Powiedzcie mi co to jest właściwie życie? — Nie namyślając się ani chwili, odpowiedział skowronek: — Życie to śpiew. — Nie, zauważył kret aksamitny, który co dopiero czarny nos wysunął z ziemi. — Życie to walka w ciemności. — Ja sądzę, że życie to rozwój — szepnęła rozkwitająca róża — do motylka, który właśnie krążył nad nią. Motylek ucałował różę i rzekł: — Życie nie jest niczym innym, tylko radością. Wtem dał się słyszeć głos kruka: — Życie jest tylko smutkiem. — Jakaś melancholijna muszka zabrzęczała: — Życie to tylko krótkie lato. — Ach, ono jest pracą i trudem — westchnęła mrówka, wlokąc źdźbło słomy. Ale pliszka, zatrzepotawszy skrzydłami zawołała: — Życie to żart! — Wtem zaczął padać deszcz, a kropelki jego mówiły: — Życie to dolina łez. Zaczął mrok zapadać i mały wróbelek odezwał się: — Wszyscy razem nic nie wiecie. Idźmy lepiej spać! Ale wietrzyk wieczorny zaszumiał wśród drzew szepcząc: — Życie to tylko sen. Potem wszystko ucichło i wszystko śniło. A kiedy poranek zaświtał, wietrzyk dziwnie zaczął świstać, wołając: — Ach! życie jest właściwą wieczną tajemnicą. Coraz jaśniej robiło się na ziemi, słońce wstało i ozłociło wszystko promieniami swymi. Cała zaś przyroda zdawała się mówić: — Życie, to dopiero początek. Tak czytamy w baśniach norweskich. Myśmy zaś powinni mówić: "Życie jest to jedna bezustanna praca, za którą otrzymamy zapłatę w wieczności. Życie tu, to wstęp do życia tam. — Życie zaś tamtejsze zależy od życia tutejszego. Czemu więc nie wyrzucić z duszy wszelkiego brudu, i nie wyplewić wszystkiego chwastu, nie wyrwać wszelkiego kąkolu, i nie wytoczyć wszystkiej trucizny? Jak? Przez szczerą, pełną i skruszoną Spowiedź świętą! Po co? Korzyści spowiadania się są liczne i rozmaite. Spowiadający się poznaje lepiej, co prowadzi do upokorzenia siebie, a przez to do okazywania zrozumiałości i wyrozumiałości naszych bliźnich. Nieraz zmusi nas do zawstydzenia, że sami jesteśmy tak słabi i chwiejni, a od drugich wymagamy wszelkich cnót, a nawet doskonałości. Spowiadający się wyrabia w sobie siłę charakteru i woli, bo zwycięża siebie samego i walczy ze swymi skłonościami, upodobaniami, i zachciankami. Św. Augustyn pisał: "Początkiem dobrych czynów jest wyznanie złych czynów." — Ponad wszystko, każdemu dodaje nowej otuchy, wlewa świeżą ufność, wzmacnia wiarę i zwraca zadowolenie pełne i pokój bezgraniczny i nadprzyrodzony. —

Posłuchajcie zdarzenia z życia naszego chłopa. Od lat nie chodził do Spowiedzi św. Chodził zamknięty w sobie, ponury, mało co do kogo się odzywający. Unikał ludzi, a jeśli który z krewnych przyszedł do niego, milczał, lub półsłówkami zbywał. Kiedyś był to człowiek przystępny, rozmowny i uczynny. Teraz zaciął się. Dziwili się krewni. Wreszcie pewnego wieczora przed świętami, przyszedł do niego stary przyjaciel, i tak z nim rozumował: — Wiesz co? Jak ci sumienie dolega, to idź do księżoszka naszego, do spowiedzi. Powiedz mu wszystko, a jak. Pięknie mu powiedz. To jest człowiek stary, wyrozumiały i mądry. On ci to samo rzeknie, co jo ci padoł! Idź ty jeno do niego do spowiedzi, a uwidzisz wszystko będzie dobrze! Pochwolić, to on cię tam nie pochwoli, bo od tego jest księdzem, żeby ludziom prawić o przeboczeniu wszelijakich krzywd. Na to już nima rady! Ale dyćki ci pięknie wszystko to z głowy wybije, i to samo ci powie, że inakszy nie było można robić. Toż idź jeno do ksieżoszka, polutuj się pięknie, a uwidzisz, że ci ulży. Do ci jaką pokutę, koże ci rzekać! No to będziesz rzekać aż ci wargi spuchną. A koże ci iść na pąć, no to i pójdziesz! Pójdziesz do naszej Częstochowskiej Panienki Marii, tam się jej ze wszystkiego polutujesz pięknie i uwidzisz, że ci ulży. Bo to jest dobro Panienka. A nasza. — Polsko. — A tyś też jest Polok! — Widzisz! Przeboczy ci wszystko, wstawi się do Ponbóczka za tobą i fertik. No idź przody do ksieżoszka, a wyspowiadej się." Chłop usłuchał prostych słów starego przyjaciela. Poszedł do księdza proboszcza jeszcze w ten sam wieczór. Długo tam był, bo wrócił przed północą. Co z sobą mówili, miły Bóg raczy wiedzieć. Po ciemku siedzieli, w cichym pokoju i szeptali w mroki swoje słowa. Proboszcz umyślnie nie rożnął światła. Wiedział, że biedakowi łacniej będzie po ciemku wyspowiadać się ze swoich bóli i krzywd, i wszystkiego co złe. Są słowa, których człowiek wstydzi się w świetle powiedzieć. Bo i one wstydzą się światła. Są bowiem albo takie zbiedniałe, żebracze lub nieśmiałe, albo też takie umorusana i troską zgryzione, wlokące ze sobą ciężar grzechu, jak biedak w łachmanach, przesyconych duszącym czadem z gorejących hałd, niosący z wysiłkiem brzemię uzbieranej opuki, że nie sposób ich po widoku wyjawić. Człowiek wstydzi się za nie! Długo więc szeptali słowa w ciche mroki, co raz przegradzali je westchnieniem, a nawet zduszonym łkaniem, jedne z nich wlokły się jak ptaki ozłamanych skrzydłach, zdrożone, z wszelkiej radości wyzute, a drugie zasię podchodziły jak spojrzenie miłującej matki, wspierały je, brały do siebie i całowały. — Po izbie siały się mrące blaski dalekich łun znad huty, a nad głowami dwóch nachylonych postaci jaśniał z lekka duży Chrystus na krzyżu. Ze ściany patrzał, taki sam cichy i słodki, jak ciche i słodkie proboszczowe słowa były. A kiedy już chłop wstał i starą dłoń proboszczową uścisnął, a proboszcz znowu wziął jego schyloną głowę i ucałował w czoło, i przeżegnał, wtedy tam ten duży Chrystus na krzyżu uśmiechnął się. Jak dziecko we śnie. Tak się rozpłakanemu chłopu wydawało! Wyszedł, z głową podniesioną i z czołem rozweselonym i spokojnym. Ksiądz jednak jeszcze klęczał przed Chrystusem, z twarzą ukrytą w dłoniach, i rozmawiał z Nim. Skarżył się i prosił pocieszenia. Przerażało go owe morze nienawiści, jakie z dniem każdym rosło i wznosiło się i zalewało serca jego ludu. Toć on tutaj znajduje się, jak opuszczona sierota, bezsilnie patrzący, jak przeklęty posiew złości ludzkiej znieprawia je, w ugór nieurodzajny zamienia, na którym jakoby więdną i schną kwiaty, które on od tylu lat sieje i sieje, niezmordowany, niestrudzony, a wyrastają kąkole i osty plugawe, zielska trujące rozpleniają się coraz mocniej, że aż żal przeogromny kąsa! Nienawiść a miłość! Jak daleko, daleko między tymi dwoma światami, jaka głęboka przepaść między nimi! Słuchając chłopskiej skargi, przejrzał wszystko, co się znajduje w jego sercu i w sercach tysięcy, tysięcy innych, jemu podobnych, broniących się resztkami sił. Nie masz w nich miejsca na miłość, na zdolność przebaczenia, na zapomnienie krzywdy! Nie masz! Strute są ich serca do dna, strute nienawiścią, za którą ponoszą winę, tamci, wrogowie!! — Boże, przebacz im! — łkało w cichości proboszczowe serce zafrasowane — przebacz tym biednym, nieszczęsnym, że tacy! Oni niewinni! — Wejrzyj w Swej łaskawości na ich udrękę, wspomóż ich, daj im tę siłę, żeby wytrwali mimo tyle zła, co im nie dozwala dzisiaj wrogom swym przebaczyć! Oni się tylko bronią! Każde zwierzątko najdrobniejsze, każdy robaczek najlichszy broni się, bo Ty tak chciałeś! Oni to samo czynią! I długo jeszcze błąkały się w mroku proboszczowe słowa, szeptane, ciche, na palcach stąpające, do Panajezusowych nóżek przenajświętszych podchodzące i żebrzące Jego politowania!
— Chłop od owego wieczora zmienił się. Poweselał jakoby. Raczej oczy jego poweselały. Widać, kamień przewielki spadł mu z serca. Sąsiedzi przeczuwali bezwiednie, że stało się z nim coś wielkiego. Ale co, tego nikt nie umiał owiedzieć! — Z tego zdarzenia poznajemy, na co się spowiadać!

Przytaczam tu wyjątki z listu pisanego przez poetę Juliusza Słowackiego dnia 14-go czerwca 1837 r. Powracał właśnie ze Ziemi św., gdzie na 45 dni zamknął się w górach libańskich na odludnem miejscu, w klasztorze zwanym Spoczynek Umarłych! "Przepędzałem — pisze Słowacki — dnie całe na dumaniu; wyjeżdżając z klasztoru uczułem dziwną tęsknotę. Dziwnie zazdrościłem zakonnikom jednostajności życia. Obejrzałem się, byłem na dole, klasztor rysował się na niebie, a na dachu klasztornym płaskim, stały małe czarne figurki. Byli to księża, którzy mnie oczyma przeprowadzali. Dzień Wielkiej Nocy przepędziłem w klasztorze. Wyspowiadałem się ze wszystkich grzechów mego życia. Ale kiedy w szarej godzinie poranku uklęknąłem przed nim (spowiednikiem), chcąc wymówić pierwsze słowo, rozpłakałem się jak dziecię, tak mi to przypomniało dawne lata, dawną niewinność — wszystko, od czego mnie potem długie lata oddzieliły. Po skończonej spowiedzi, ksiądz wstał, uderzył mię po ramieniu i rzekł: "Idź w pokoju! wiara twoja zbawiła cię!" — Tu mamy odpowiedź na pytanie po co się spowiadać!

Co dopiero przed chwilą przyniesiono mi list nadesłany z Chicago. Pochodzi on od człowieka wykształconego, który pisze tak: "Jestem weteranem polskiego wojska. Wojna napełniła moje serce zawziętością i nienawiścią przeciw wszystkim. Wiarę w Boga zgubiłem doszczętnie. Ja nie mogłem zrozumieć, że Bóg mógł pozwolić, aby ludzie mogli się nawzajem mordować, a w dodatku modlić się o zwycięstwo. Powróciłem do domu, po wojnie, już bez wiary. Powodziło mi się nieźle. Z niedowiarstwa mego się nigdy nie chwaliłem, bo jestem o tyle tolerancyjnym, że umiem uszanować przekonania religijne drugich. Nie byłem jednak zadowolony sam ze siebie. Brakowało mi czegoś. Szczególnie jak nadchodziły jakie święta. Tego roku, w niedzielę przed Bożem Narodzeniem, wraz z żoną siedziałem przy radio, i słuchając przemówienia, zgubiłem się w myślach. Słowa przeniosły mnie do rodzinnej wioski Mielca. Siedziałem przy stole obok rodziców, z braćmi i siostrami. Obraz był jak żywy. Łamaliśmy się opłatkiem, składaliśmy sobie życzenia. Słyszałem jak mój biedny, a poczciwy ojciec, ze łzami w oczach mówił do nas: "Dzieci dorastacie, nie wiem jak długo będziemy razem. Gdziekolwiek jednak was los zapędzi, pamiętajcie, aby zawsze zachować wiarę i polskość, bo to są dwa dary niebios, które szanować powinniście." Kiedy ojciec nas tak upominał, miał oczy zwrócone na mnie. A te oczy błyszczały jakimś blaskiem dziwnym. Jeszcze go widzę w tej chwili, kiedy piszę ten list. Potem przypomniał mi się wyjazd i pożegnanie z rodzicami i rodzeństwem. Później gwiazdki w okopach, kiedy z braku opłatka dzieliliśmy się zwyczajnym chlebuszkiem. To mnie tak rozrzewniło, że już nie mogłem się wstrzymać od płaczu. W wigilię rano poszedłem wyspowiadać się z tych wszystkich lat. Po Komunii świętej znów coś mnie chwyciło za gardło, nie wiem czy to przypomnienie przeszłości, czy też zadowolenie i pokój żem odzyskał wiarę i powrócił do modlitwy i Boga, dosyć że klęcząc w kościele, rozbeczałem się jak dzieciak. Powiem prawdę i przyznam się, żem od długiego czasu nie miał tak spokojnych i zadowolonych Świąt, jak tegoroczne! O. Justyn ma moje pozwolenie, aby użyć mój list, w całości lub części, może to pomoże nawrócić z drogi niedbalstwa i niewiary niejednego, któremu się zdaje się, że lepiej mu bez modlitwy i bez Boga, aniżeli modlić się i wierzyć, jak to czynili przed laty." — I tu mamy praktyczną odpowiedź na pytanie: po co się spowiadać?

Każdy człowiek szuka szczęścia. To już jest prawo naturalne. Gdzie jednak jest ono? Gdzie? I odpowiadam słowami Kraszewskiego:

Szukałem oczyma, szukałem po świecie,
Nigdzie szczęścia nie ma, — gdzież ono jest przecie?
Drży i płacze brzoza, dąb się silny żali;
Zetną nas, powiozą, człek zrąbie i spali.
Trawka mi mówiła, że ją zdepce zwierzę.
Woda się skarżyła, że ją ziemia bierze.
Ptaszek mi powiada, że go jastrząb goni,
Ryczą wołów stada, rżą tabuny koni.
Pytałem obłoku, czy mu dobrze w niebie?
Ale łzy miał w oku, piorun zrzucał z siebie.
Pytałem i ludzi, nikt nie widział doli:
Każdy z nas się trudzi, każdego coś boli!

Taka jest dola każdego człowieka na świecie. W trudach i cierpieniach są stopnie. Jeden ma mniej przykrości, drugi trafia na nie w każdym miejscu i na każdym kroku. Jeden niesie mały krzyżyk, drugi upada pod olbrzymim krzyżem. Każdy jednak z nas może swoje trudności ułatwić i swoje krzyże zmniejszyć. Jak? Przez pokorne i skruszone wyspowiadanie się! Jeden jest warunek, aby uczynić to zaraz i natychmiast!

W roku 1859 sławny i uczony protestant Naville, w ciągu dysputy na uniwersytecie genewskim, mówił z zapałem: "Któż z nas protestantów przynajmniej raz nie zwrócił oczu do trybunału pokuty, i nie poczuł w swym sercu tęsknoty, albo nawet zazdrości? Któż z nas trapiony wyrzutami sumienia wobec niepewności, czy otrzymał przebaczenie — nie czułby się szczęśliwym, gdyby mógł usłyszeć mocą Chrystusową brzemienne słowa: "Idź w pokoju! Grzechy twoje są ci odpuszczone." — Co do mnie, gdybym wierzył, że jest na ziemi człowiek, którego słowo taką moc posiada, nieraz bym się do niego udawał z największą radością, z największą ochotą zrzekając się swobody badania, które dla mego ducha jest częściej ciężarem, niż przywilejem." Tak publicznie wyraził się uczony i zacny protestant, i dlatego też, a nie z innej przyczyny, my chodzimy do Spowiedzi św., która wlewa w serca nasze ufność, otuchę i siłę!

Lata temu, będąc wikarym przy Bazylice Św. Józafata, w Milwaukee, chodziłem spowiadać więźniów w domu poprawy. Zacni Kaszubi znali to miejsce jako "koreczny" od "correction house". — Ta wyższa uczelnia obywatelstwa amerykańskiego stała wtenczas zaraz obok Kościuszko parku. W ostatnich latach ten pomnik postępu amerykańskiego przeniesiony był na inną miejscowość. Co sobotę wieczór regularnie byłem w kaplicy domu karnego. Pomiędzy innymi, zawsze przychodziła Indianka. Przyznała się, że chociaż niekatoliczka, chciała wypowiedzieć się ze swoich kłopotów i utrapień, ponieważ nie mogła się przed innymi użalić i że zawsze lepiej się czuła potem, aniżeli przedtem. Zresztą wstydziłaby się przed kim innym powiedzieć to, co księdzu katolickiemu chętnie wyznaje. — Na co więc my się spowiadamy?

Franciszek Coppee był nie tylko sławnym poetą i dramaturgiem francuskim, lecz zarazem na świat cały głośnym niedowiarkiem. Pewnego dnia, nagle bez żadnej przepowiedzi, świat literacki usłyszał o nawróceniu swego ulubieńca na wiarę katolicką. Mała wzmianka przyjaciela, że idzie do spowiedzi, była okazją debat, skutkiem których ateusz-poeta zamienił się w adwokata-pisarza, sprawnie i dzielnie broniącego nauki Kościoła przed napaściami najzapalczywszych nieprzyjaciół. Z ust tego konwertyty płynęły takie słowa: "Jeśli chcesz się pozbyć ciężaru, który twe sumienie przygniata, przystąp śmiało do konfesjonału, ale pamiętaj że idąc tam, masz przede wszystkiem podeptać bożyszcze tego świata, któremu na imię "wzgląd ludzki". Tu nie ma dlań miejsca. Ten, przed którym masz odkryć najgłębsze tajniki twego sumienia, ciebie nie zna, on słuchał zeznań straszniejszych niż twoje. On ciebie ani się przestraszy, ani ze wstrętem od ciebie odwróci. - On nawet twej twarzy nie ujrzy, która rumieńcem wstydu zapłonie. Serce zaś jego, pełne miłości i miłosierdzia, to, co mu powierzysz, zostawi pod strażą tajemnicy sakramentalnej, jakiej mu nigdy, pod żadnym warunkiem pod żadną grozą zdradzić nikomu nie będzie wolno. Więc zdobądź się na odwagę! Wyznaj przed nim twą nędzę. CZemu się boisz? CZemu się wstydzisz? On cię przyjmie jak ojciec ewangeliczny przyjął marnotrawnego syna i będzie cię pocieszał, uspokajał, powróci ci utracony spokój. On ci nałoży pokutę - tak! ale za twoje winy. Czymże jednak ostatecznie jest ona w porównaniu do twoich grzechów? Zazwyczaj poleci ci odmówić jaką miłą i pełną pociechy modlitwę, albo spełnić jaką drobną ofiarę, zdobyć się na drobne umartwienia. A za to, podniósłszy nad tobą swą rękę, wymówi kilka słów potężnych, ukrytą w nich moc Bożą i stanie się w tobie coś dziwnego. Kiedy ci oświadczy, że obdarza cię pokojem, odejdziesz od niego uspokojony, podniesiony na duchu, pokrzepiony - inny... Czy doprawdy zaszedłeś tak daleko, że nie czujesz w sobie już ani jednej kropelki krwi chrześcijańskiej, która od tylu wieków ożywiała całe pokolenia twoich przodków? Biedny! Nie, nie wierz tym, co ci powiadają, że wiara już wymarła i że ludzkość od stu lat się otrząsła z więzów krępujących ją w wiekach poprzednich! Nie wierz im: kłamią, bo, żeby te nowe ich prawa - prawa człowieka z czasów rewolucji francuskiej ogłosić i wprowadzić w życie, trzeba było Francję okryć siecią szubienic, a Europę zalać krwią milionów! Biedny człowieku. Wiem, jak bardzo się dręczysz. Wiem, bo długo, ach, długo byłem takim jak ty grzesznikiem i z pewnością więcej winnym, niż Ty. Instynktem wiedziony szukałem i ja kogoś pełnego łagodności i serca, przed którym mógłbym się wywnętrznyć. I znalazłem. Idź w moje ślady. Idź do Trybunału Pokuty, kędy rządzi i panuje przewyższające miłosierdzie. Spieszmy wtedy, aby odzyskać pokój serca przez zasługi Chrystusa, co łotrowi na krzyżu przebaczył i otworzył bramy raju". - Oto mamy odpowiedź uczonego, na nasze pytanie: "Po co się spowiadać?".