CZY TO SIĘ OPŁACI? - pogadanka o. Justyna z 10.04.38 r.

Witam Was zacni Rodacy i miłe Rodaczki słowami: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Dziś przypada Niedziela Palmowa Mniej więcej dwa tysiące lat temu miasto Jeruzalem i jego mieszkańcy, byli świadkami zdarzenia, którego pamiątkę obchodzi dziś cały świat cywilizowany. Jeruzalem było teatrem. Jerozolimczycy byli aktorami. Pierwsza scena była radosna i tryumfalna. Była zarazem krótka, króciuteńka. Raczej, był to tylko wstęp do tragedii, tak brutalnej i krwawej, że na samo jej wspomnienie, nawet po upływie dwóch tysięcy lat, lęk i strach napełnia dusze ludzkie. Tragedia rozpoczęła się tryumfalnym pochodem poza mury: rozpoczęła się pochwalnymi i radosnymi okrzykami: "Hosanna", zakończyła się bluźnierstwami i zemstliwym hasłem: "Ukrzyżuj Go i na krzyż z Nim". Rozpoczęła się palmami, zakończyła się ciężkim i szorstkim krzyżem z drzewa! Rozpoczęła się śpiewem: "Błogosławiony który idzie w imię Pańskie": zakończyła się wołaniem nienawiści i wzgardy: "Wybaw samego siebie z krzyża!" — Co za krótki czas od palm do krzyża, bo tylko trzy dni! Co za przerażający ogrom zdarzeń w międzyczasie? Zdarzeń, wiekopomnych, historycznych! Zanurzmy, na chwilę wyobraźnie nasze w tej studni tajemnic Bożych! Pocałunek zdradziecki Judasza! Pojmanie przez zgraję najmitów uzbrojonych w kije i pały! Więzienie. Świadkowie pełni kłamstwa i fałszu! Biczowanie, ciernistym wianem ukoronowanie. Sąd. Sędziowie. Piłat i Herod! Porównanie Chrystusa z Barabaszem! Wyrok śmierci. Obłuda sędziów! Zaparcie się Piotra! Nawrócenie zaprzańca. Śmierć rozpaczającego, chytrego i chciwego Judasza! Droga krzyżowa! Pochód bolesny z tysiącem krwawych przygód! Kalwaria. Okrutne do krzyża przybijanie. Trzy krzyże rzucające, na tłum bluźniący, cienie ogromne, przepowiadające gniew Boga i natury. U stóp krzyża w pośrodku, kilka osób rzewliwie płaczących i serdecznie ubolewających nad konającą ofiarą złośliwości, niewdzięcznych i obłudnych i fałszywych serc ludzkich! Od tych tragicznych zdarzeń Chrystusa, upłynęło wiele czasu, bo około dwa tysiące lat! Natura ludzka, nic się nie zmieniła. Świat dziś jest tym, czym był za czasów Chrystusowych: przebiegły, sprytny, fałszywy i zdradliwy! Światu i jego czcicielom, oraz poplecznikom, nie można zaufać i uwierzyć! Dziś was uwieńczą palmami, a jutro zacisną waszą głowę w czapeczkę cierniową! Dziś was wychwalają, jutro potępią! Dziś "Hosanna", a jutro; "na krzyż z wami"! Ludzie są przyjaciółmi póki uważają, że jesteście im potrzebni, albo przynajmniej pożyteczni albo korzystni. Po tym was wypoliczkuja, zbiczują i zdepczą, jak robaka bezużytecznego i szkodliwego! Starsi już o tym wiedzą z doświadczenia; młodzi jednak nie wierzą, aż jest za późno. Dlatego na dziś skreśliłem mowę, pt.:

CZY  TO SIĘ OPŁACI?

Czyście kiedy wydzieli rozbitki okrętowe? Nie macie wyobrażenia co to za smutny i zatrważający widok! Taka scena, raz i to krótko widziana, nie da wytrzeć się z wyobraźni. Pozostaje w pamięci aż do śmierci! Często sunie się przed oczyma, a za każdym razem wzbudza uczucia strachu, przerażenia i ohydy. Czym dłużej zaś rozbitek bywa bity przez bałwany wodne, tym widok jest więcej zatrważający! Okręt bywa szarpany, rzucany, przewalany z boku na bok. Ludzie patrzą bezradni, kiwają głowami, robią rozmaite uwagi i idą dalej! Bezustanne i niemiłosierne bałwany prowadzą dalej i bezustannie swoją niszczycielską robotę! Chociażby okręt należał do klasy pływających goliatów, pałaców i hoteli, w końcu pozostaną z niego tylko deski, belki i sztaby stalowe, które prędzej czy później, rozgniewane bałwany wyrzucą na brzeg lądu! — W oczach obecnych, nie ma większego rozbitka na świecie jak właśnie cała ludzkość! Świat to okręt, który płynie bez sternika, bez steru, bez kotwicy, bez latarni, bez łodzi ratunkowych! Ludzkość nie wie skąd odbiła, po co i dla czego podróżuje, gdzie i do jakiego portu zdąża. Dawniejsze normy i ideały życia zdeptane i złamane; dawniejsze wierzenia podmyte i chwiejące się; dawniejsze i wiekowe zapatrywania na początek, cel i koniec życia ludzkiego zrujnowane; dawniejsze poglądy na świętość, jedność i nierozerwalność pożycia małżeńskiego zdruzgotane; chwalebne i wzniosłe powołanie niewiasty wyszydzane; morderstwo, nie tylko kalek i rozmaitych innych tak fizycznych jak umysłowych nieszczęśliwców, lecz nawet istot jeszcze nie urodzonych, morderstwo wychwalane i zalecane! To wszystko to tylko kropla w tym morzu, które tak nielitościwie, stale i uporczywie bije od lat w ludzkość; nie tylko bije, lecz rozbija, a szczątki rozbite wyrzuca na brzegi śmierci doczesnej i wiecznej! Bodaj w całej historii świata nie było tyle i takiego zamętu i bezładu jak w tym wieku dwudziestym, a szczególnie w ostatnich dwudziestu latach! Jakaś gorączka opanowała umysły ludzkie; jakaś febra wtargnęła do dusz ludzkich; jakiś pasożyt wgryzł się w serca ludzkie. Ta trójka sformowała jakieś dziwaczne zasady; stworzyła jakąś nową naukę i rozbiła to, co było od wieków stawiane, budowane, ulepszane i udoskonalane! Boga zastąpił rozum, honor i pieniądz; miejsce wiary, wziął patriotyzm, lepiej — arcypatriotyzm; znikło prawdziwe pojecie małżeństwa, rodziny i domu! Dziś ludzie żyją, wyraźniej, istnieją i bytują, aby jedynie używać i zadowolić najmniejszą zachciankę swoją! Kto tam ma czas, zresztą, kto chce stanąć i pomyśleć sobie o Bogu, o duszy, o celu życia, o końcu i o wieczności! Przecież to wszystko należy do starych, średniowiecznych przesądów na które nie ma miejsca wśród oświaty, postępu i cywilizacji dwudziestego wieku! A nad światem coraz to większe i groźniejsze chmury; a w umysłach, coraz to ciemniej; a w sercach, coraz to więcej niepewności; a w duszach coraz to więcej rozpaczy! Ludzie żyją w gorzkości i cierpkości. Wiodą żywot przykry, niespokojny, niezadowolony. Sam ciekaw jestem, czy to się opłaci! Posłuchajcie urywków z rozmaitych listów.

Z Buffalo: "Jestem nieślubną matką. Mam osiemnaście lat! Nie pracowałam. Rodzice mi dokuczali w domu. Dostałam zatrudnienie w klubie nocnym i padłam ofiarą naciągacza. Teraz rodzice mnie wyrzucają z domu! Ojcze, ja nie jestem tyle winna! Chciałam być uczciwą, ale miejsce i robota były powodem żem się poślizgnęła. Rodzice nie dbali jak żem wypłatę regularnie przynosiła. Teraz mają nade mną mniej litości, jak nad własnym psem. Ja się nie tylko wstydzę, ale jestem zrozpaczona! Gdzie pójdę? Postanowiłam już raz zakończyć wszystko. "I've made up my mind to end everything by taking poison, which I have already prepared!" Ja się pytam: Czy to się opłaci?

Z listu z Pittsburgha: "Świat się na mnie zawalił i ziemia pode mną się rozpadła. Nie mam czego się trzymać, i nie widzę żadnej przyszłości! Obawiam sig czekać na jutro. Rozpacz mnie bierze kiedy w domu patrzę na moich starych rodziców. Przez pięćdziesiąt lat żyli skromnie i oszczędzali co mogli. Odmawiali sobie nawet pewnych drobnych przyjemności, aby się zabezpieczyć na czarną godzinę. I co się stało? Dziś w starości, nic im nie pozostało. Stoją na progu przytułku dla starców! A ja? ja chyba pójdę w świat, bo tu nie zostanie mi nic!" Czy tak się opłaci?

List z Detroit: "Czuję obrzydzenie do życia. Mam 22 lata. Chodzę z dziewczyną, której rodzice nie chcą dać jej dobrego słowa. Codziennie chodzę za robotą. Zbywają mnie wszędzie. Co mi pozostaje? Chyba iść i kraść! Jeśli czegoś nie dostane w bardzo krótkim czasie, lepiej będzie umrzeć!" Czy to się opłaci?

List z Cicero: "Żadne pokolenie nie miało takich zadań jak obecne. Żadne też nie miało tak dziwnego zapatrywania na życie! Wszystko jest niewyraźne i w nieładzie! Życie zdaje się być bezsilne i ludzie bezradni. Szukamy czegoś co przed nami ucieka! Wyciągamy ręce po coś, lecz sami nie wiemy co to jest! Spieszymy się, pędzimy i wysilamy się! Chcemy zrozumieć, o co idzie, chcemy wydostać się z błota, na stalszy i pewniejszy grunt. Wokoło nas ciemności, z których żadną miarą, nie możemy się wydostać! Co nam pozostaje! Opuścić ręce, stanąć i czekać?" Czy to i tak się opłaci?

Tu znów z Bostonu: "W krótkich latach mieliśmy wojnę. Przechodziliśmy przez kilka lat nadmiernego dobrobytu wraz z nieokiełzanemi obyczajami prohibicji, potem wpadliśmy w bezrobocie! Wszyscy upajali się nauką dogadzania sobie. Żyli, używali i nadużywali! Młodzież przyzwyczajona do wygód, stała się miękką, niewytrzymałą, niezdolną do powiedzenia sobie: nie! Dziś mamy odpływ, który zabrał ze sobą ludzi i rzuca nimi bez litości i bez pardonu! "People fold up and pity themselves and shed tears over their bad lat!" — Czy to się opłaci?

Teraz tym obrazkom, skreślonym piórem ludzi dzisiejszych, raz jeszcze przeciwstawiam przejścia Chrystusa od krwawego pocenia się w Ogrójcu, aż do niemiłosiernego przybicia do drzewa krzyża i do tej chwili, kiedy rzeczywiście znienawidzony od nigdy nienasyconego tłumu, a pozornie opuszczony przez Boga, z wysiłkiem otwierał spieczone i zbolałe usta, wołając rzewliwie: "Ojcze, w ręce twe, polecam ducha mego!" — Prawda, żyjemy w czasach przepełnionych trudnościami i przeszkodami materialnymi i duchowymi: wewnątrz i zewnątrz kłopoty! Nie chcemy jednak zrozumieć, że i dawniej nasi poprzednicy i praojcowie, też mieli swoją cząstkę trudności i kłopotów. Mimo to rąk nie opuszczali, nie ustawali, nie poddawali się! Z pewnością żeście nieraz słyszeli opowiadania waszych ojców i matek! Właśnie, dzięki im, ich odwadze, pracy, poświęceniu i zaparciu się, że ten świat stał się lepszym i wygodniejszym dla nas! Może nie wierzycie? Dobrze, porównajcie pomiędzy tym co wtenczas było a co dziś jest; pomiędzy tym co mieli oni, a co mamy my! Nie trzeba się zrażać! Nie trzeba się zniechęcać, bo czy to się opłaci?
Trzeba myśleć, trzeba się kłopotać, trzeba się starać. Niech będzie co chce, trzeba mówić tak po amerykańsku: "Even though I'm down, I'm not out! I can still push on! How? God only knows. I don't!" I to się na pewno opłaci!

— Aby jednak tak myśleć, mówić i żyć, trzeba nam do ufności w siebie, dodać wiarę w Tego, o którego przejściach, cierpieniach i śmierci wspomniałem na wstępie! Ponieważ tylko i jedynie ta wiara jest rozumnym sternikiem, silnym sterem, odpowiednią kotwicą, jasną latarnią, pewną łodzią ratunkową, na wzburzonych falach zdziczałego życia dzisiejszego! Kilka lat temu, umierało dziewczę. Wypiła dozę trucizny. Kilka minut przed skonaniem, z trudnością wykrztusiła taki zarzut: "On wyrwał Chrystusa z mego serca! Dlatego życie nie ma żadnej wartości!" Kto był tym złodziejem i zbrodniarzem? Jakiś profesor biologii, który prawdziwym sprytem szatańskim w imię prawdy, wiedzy i postępu zdołał biedaczkę przekonać, wydrzeć z serca niewinnego wszelką wiarę w Boga i w przyszłość. Zmiażdżył jej ideały życia i szczęścia. Wmówił w nią że była tylko, dzięki ewolucji, najdoskonalszym typem małpy, przeznaczona, aby zakończyć sposobem zwierza bezrozumnego. Kiedy przekonał ją, że w jej żyłach płynie krew brutalnego zwierzęcia, a nie ma śladu tchu Bożego, czyli duszy nieśmiertelnej; kiedy przekonał ją, że człowiek i życie ludzkie nie ma nad sobą Boga, wtenczas przekonał ją też, że nie opłaci się żyć dla drugich, że jedyny cel życia to zadowolenie zachcianek wyrafinowanego umysłu ludzkiego! Jeśli nie ma Boga, jeśli nie ma Chrystusa, jeśli nie ma wieczności, jeśli nie ma nieba, dlaczego nie zakończyć tej komedii, tej farsy, jaką jest życie ludzkie, bez Boga, bez Chrystusa, bez nieba, bez duszy? Takiego bytowania zwierzęcego, przyobleczonego w ciało ludzkie, nie opłaci się przeciągać! Chwyciła rozpaczliwie za butelkę trucizny i zaczęła — konać!
Tak jak konała owa studentka, w tej chwili konają cale miliony! Miliony starszych, młodszych i dzieci! Cóż spowodowało i sprowadziło na nich taki straszny koniec? Niedbałość rodziców — złe towarzystwo z obecnymi rozrywkami i piciem — bezbożne zasady zasiewane przez modernistycznych nauczycieli i profesorów — nieuczciwa i niemoralna prasa, która pod płaszczykiem nauki i oświaty, ryje jak kret, i podkopuje fundamenty czystości i wstydliwości każdego powołania i stanu. Nie małą winę ponosi kino i radio! Posłuchajcie jak woła do młodzieży, jeden z uczonych: "Spojrzyj na nieprzejrzane szeregi młodzieńców, których serce przedwcześnie zestarzałe, skostniałe, próżne, bez odrobiny pociechy, ponieważ zgasło w nim ciepłe, miłe, światło wiary; policz młodocianych zbrodniarzy, którzy z wściekłym gniewem daremnie usiłują potargać sprawiedliwie zasłużone kajdany więzienne, albo nawet na szubienicę muszą wstąpić; zajrzyj do szpitali i do domów obłąkanych, przepełnionych młodymi ludźmi, którzy pijąc z kielicha rozkoszy, bez miary, zatruli ducha swego na zawsze i zapytaj tych wszystkich: jakiż początek waszego okropnego losu? Cóż was tak daleko przywiodło?"

Raz jeszcze i to z niemałym naciskiem odzywam się do rodziców! Zechciej, tak ojcze jak matko, zrozumieć, że przykazania Boże i kościelne, oraz prawa naturalne obowiązują nie tylko dzieci, lecz obowiązują i ciebie! Nie czyńcie sami tego, czego zabraniacie dzieciom! Czyńcie zaś to, co im nakazujecie, czego od nich wymagacie! Spamiętajcie sobie hasło św. Ignacego: "Gdy słowem budujesz, a czynem walisz, to nic nie postawisz!" Rozumnie zapatrywał się na sprawg pewien urzędnik probacyjny kiedy mówił: "Z prawdziwym żalem muszę wyznać, że przestępstwo coraz to więcej szerzy się wśród młodzieży. Powody: zaniedbanie domu — niedbali i samolubni rodzice — luźność w zachowaniu władzy i w wymaganiu posłuszeństwa, wyrabia lekceważenie każdego prawa!" Jak to się popłaca, widzimy z kronik sądowych!
Życie ludzkie od kolebki do trumny jest krótkie. Czas od rodzenia do śmierci śmiało porównać możemy od niedzieli palmowej do Wielkiego Piątku. Świat nas wita radośnie. Żegna nas pogardliwie. W międzyczasie wtłacza na barki nie jeden krzyż, ale wiele krzyży! Smaga nas językami, które ranią aż do kości! Koronuje nas pośmiewiskami i urąganiami, rzuca na barki nasze płaszcz podszyty posądzeniami niesprawiedliwymi, podejrzywaniami bez powodu; pluje nam w twarz, zasłania wzrok, wtłacza się do serca, wkrada się do duszy. Dziwić się nie trzeba, że upadamy. Sam Chrystus padł trzykrotnie. Padł ale podniósł się i szedł dalej! Naszą powinnością jest iść Jego śladami. Doszedł On do końca, dojdziemy i my! Przecierpiał On, przecierpimy i my! Zwyciężył On, zwyciężymy i my! To się nam opłaci!

"Wielki Piątek... Jakiś smętek powiał, wszystko naraz zmartwiało! Ot, daleko poza wsią, pod czarnym borem na rozstajnych drogach, stoi czarny krzyż. Wiatr pokruszył już przed laty wszystkie godła Męki Pańskiej. Ino Chrystus niezmieniony wisi na krzyżu, jak gdyby Go nie niszczył czas, ni deszcz ... A kiedy w siołach ludzie zasną w noc po Wielkim Piątku i w mrokach znikną drogowskazy na rozstajnych drogach. Pan Jezus z krzyża wyciąga ramiona i schodzi na niwy ludzkim znojem przeorane. I przez pola idąc, o północy, z wyciagniętymi rękoma, błogosławi pracy rolnika na chleb powszedni! Potem przez wieś kroczy cicho i pod strzechy zagląda; w śnie spokojnym zjawi się rodzinom postać Zbawiciela i uśmiecha się łagodnie. Gdzie smutnych zastanie w rozpaczy, tam pocieszy! Płaczących ukoi przy swej piersi, ulży w niedoli ciężkiej najuboższym! Aż sioła ciche obszedłszy — ku miastu zdąża z miłością, krzepiąc wiarę i nadzieję słabnącą! Tam przez okno wsuwa się przez nocne cienie jasność wielka do izby mrocznej. I wyciąga Chrystus ramiona do nędzarza i tuli go do piersi swojej i pocałunek bratni kładzie mu na czole. — Wytrwaj — szepcze — cierp dla mnie!" Do tej rzewliwej prośby Chrystusa dodam upomnienie, bo to i to tylko ci się opłaci!

Dziwna to rzecz, że na uroczystość Zmartwychwstania każdy człowiek, wierzący lub niedowiarek, wystraja się w nowe i modne ubranie. Chce wyglądać świątecznie, chce być zauważony, widziany i pochwalony! Sprawdza się to zewnętrznie, materialnie i co do stroju ciała! Jak tam jednak z duszą? Czy wszyscy dbają, aby ich dusza była przystrojona w cnoty i łaski? Czy też nie zostawiają jej na śmietnisku, w sukni starganej w strzępy i zaszarganej brudami długoletnimi? Jak więc stoi sprawa twej duszy? Posłuchaj, niech ci przypomnę lata dawniejsze, kiedyś i ty, postem i umartwieniem ciała przygotował się do oczyszczenia i wykąpania duszy twej i przyodziania jej w suknie świąteczną radosnej Wielkiejnocy! Pamiętasz i ty te czasy, błogie, radosne, szczęśliwe! Pożądasz tych chwil. Niestety nie powrócą! Przepadły. Jest jednak w twej mocy przeżywać podobne. Prawda, może się zaniedbałeś, może nawet uparłeś się, i o Bogu zapomniałeś, wiarę porzuciłeś, praktyk religijnych zaniedbałeś. Otóż teraz czas i pora do Boga zawrócić, wiarę odnowić albo wskrzesić i dusze twoją w nową suknię cudownych łask Bożych ubrać! Postanów sobie w tej chwili iść do spowiedzi św. w następnych dniach. Nie bój się! Idź z sercem skruszonym, żalem i chęcią poprawy wypełnionym, ręczę ci że będziesz miał prawdziwe święta. Obchodzić będziesz nie tylko chwalebne Zmartwychwstanie Pańskie, ale zarówno wesołe zmartwychwstanie twej duszy. Niech ci Bóg dopomoże! Ja nie myślę, że jest potrzebną rzeczą zachęcać słuchaczy i słuchaczki do brania udziału w nabożeństwach Wielkiego Tygodnia! Są one śliczne i wzruszające! W Wielki Czwartek odwiedzajcie kościoły. Pomódlcie się przed Chrystusem więźniem w piwnicy! W Wielki Piątek idźcie najpierw do Krzyża ucałować rany Chrystusa; potem do Jego grobu! Przynajmniej w Wielki Piątek odprawcie drogę krzyżową! Niech każdy idzie na rezurekcję, i niech wszyscy zaśpiewają jak nigdy dotychczas, całym sercem i pełnym głosem: "Wesoły nam dzień dziś nastał" i "Chrystus Zmartwychwstań Jest!" — Pokażcie światu, że jesteście katolikami i wyznawcami nauki Chrystusowej!

My Polacy mamy dwa zwyczaje narodowe, uświęcone wiekowymi tradycjami. Nimi są: Opłatek i Święconka! Opłatek to znak braterstwa. Święconka to znak naszej gościnności! Czysto polskie zwyczaje, dzielenie się opłatkiem i świeconem jajkiem. Wielkanoc Polacy spędzają w domu. To uroczystość domowa i familijna. W drugie święto, czyli w tak zwany dyngus, ojcowie nasi chodzili w odwiedziny czyli w gościnę! — Niech w każdym polskim domu będzie święconka! Czy dotychczas była lub nie, niech będzie tego roku. Niech nasze dobre matki, zacne żony dopilnują tego. Szczególnie wy młodsze zachowujcie ten śliczny zwyczaj. Jeśli macie w rodzinie małe dzieci, każdemu dziecku uszykujcie koszyczek. Zobaczycie ile one będą miały uciechy, a wy radości i zadowolenia! Cały ten tydzień spędźcie z dała od wszystkiego co trąci duchem świata! Przygotujcie się zewnętrznie i wewnętrznie do wesołego i radosnego święta Zmartwychwstanie Pańskiego i waszego!

Teraz słówko lub dwa tak na ucho! Nie wszyscy są dziś tak szczęśliwi jak wy! Macie zdrowie, robotę i rodzinę. Czy za to nie należy się podziękować Bogu? Nie tylko modlitwą, lecz uczynkiem miłosierdzia! Z pewnością, że znacie jaką biedną rodzinę. Może tam ojciec nie robi; może tam ojciec pijak, niedbały o rodzinę; może znów w innej rodzinie matka choruje, dzieci są zaniedbane, tu znów umarł dobry ojciec, tam ukochana matka; w rodzinie pusto i smutno! Chcecie przyczynić się do rozweselenia i uszczęśliwienia tych istot przynajmniej w tym dniu, w którym każdy człowiek rozpoczyna patrzeć w przyszłość z nową wiarą i świeżą ufnością. Zakupcie kosz żywności — albo sukienkę biednej dziewuszce, albo surducik chłopcu sierotce! Albo rzućcie jaką znaczniejszą ofiarę na jaki dobry cel! — W nagrodę spłynie na was obficie pokój Chrystusowy i Allelujowa radość i wesele!

Szperając pomiędzy wycinkami starych gazet, znalazłem opowiadanie jakiegoś A. Piotrowskiego p. t. "Pocałunek Judasza." Tak mi się spodobało, że dziś dzielę się nim ze słuchaczami. Proszę wysłuchać: "Chrystus sam podszedł nieco wyżej do sterczącego zrębu skały i padł na kolana! I oto otoczyła Go wizja strasznej męki na Golgocie! — Wisi rozpięty jak struna, na drzewie krzyża, pomiędzy niebem a ziemią — i patrzy oczyma krwią i łzami zalanymi na rozedrganą tłuszczę. Wokoło kaci, nie nasyceni żądzą krwi. Dzika horda motłochu w konwulsyjnym tańcu, biega i klaszcze i krzyczy i bluźni, śmieje się, wyje z uciechy i radości iście szatańskiej! Są wszyscy, i ci których nauczał jeszcze niedawno, którym wskazywał drogę Prawdy, których braćmi swoimi mienił; są i ci, których uzdrawiał, którym do członków, na wpół zgnitych, nowe życie wlewał, z których szatana wypędzał, a ci jakoby ich na nowo szatan opętał! O niewdzięczności ludzka! Jezus opuścił powieki! Głowę, z której krwawe krople sączyć poczynały, oparł na dłoniach. I zobaczył Chrystus ludzkość, którą tak gorącą kochał, i dla której życie poświecił, dla której chciał być kluczem do nieba. A ludzkość ta? Oto prowadzi wojny mordercze miedzy sobą. Stają narody naprzeciw siebie i w dłoniach zaciśniętych trzymają karabiny, na których błyszczy stal bagnetu! A wrzaski i jęki wzbijają się pod niebo! Oto miłość bliźniego! — I widzi Chrystus ludzkość, uginającą się pod ciężarem złota, które chwyta chciwymi dłońmi i liczy pobladłemi wargami, szepce — tak — to modlitwa do szatana, który odbiera hołd!
"Chciwość, duma fałszywa, pycha, pochlebstwa, rozpusta, kłamstwo, bluźnierstwo, niewiara, coraz szerszą falą obejmujące świat pogaństwo — oto obraz jaki przedstawił się oczom cierpiącego na górze Oliwnej Chrystusa! Wycieńczone bólem ciało Chrystusowe oblewa się krwawym potem. — Wie, że posiew zła, którego ziarno za chwile rzuci jeden z Jego uczniów, obejmie świat: że uczeń ten będzie przedstawicielem i dowódcą tej rzeszy, która dążyć będzie ku złu, która w złem zobaczy swój jedyny cel życia — a mimo to Jezus postanowił cierpieć dla tej ludzkości! Wiedział Chrystus, że pocałunek Judasza, który dotknie Jego twarzy, będzie symbolem zdrady i obłudy, która będzie cechowała odtąd nieskończone szeregi ludzi aż do skończenia wie¬ków! Wiedział Chrystus, że trzos z 30-tu srebrnikami, przygarnięty do wyschłych piersi, będzie milszy ludzkości, niż Chleb Żywota, wlewający w dusze ludzkie nieskończoną skarbnice łask! I modlił się Chrystus gorąco do Ojca, by nie zechciał zsyłać kar na tę ludzkość, za którą oddaje dobrowolnie swoje życie i za którą idzie oto na stracenie, jak baranek cichy i łagodny!
"I zesłał Ojciec Anioła, by wychylił kielich goryczy do dna! A w tej chwili rozległy się głosy i rozbłysły strumienie światła wśród drzew ... I szedł ten, który Go miał wydać! A gdy zbliżył się Judasz do Chrystusa, Mistrza swego i Nauczyciela, złożył na policzku Jego pocałunek zdrady! — Bądź pozdrowion,
Mistrzu! Szyderczo wykrzywiły się usta, nabiegłe pianą! I wzdrygnął się Chrystus od tego pierwszego pocałunku w Ogrójcu, a który odtąd będą składali na Jego policzku wszyscy, idący śladem Judasza Iskarioty!"
Ten i taki obrazek zostawiam wam, abyście rozmyślali nad jego szczegółami od dziś do wieczora Wielkiego Piątku! Spodziewam się, że będzie to z korzyścią dla waszego zbawienia!

KULT I ORĘDOWNICTWO MARYI ORAZ ŚWIĘTYCH - pogadanka z 11.12.1983 r. - O. Kornelian Dende

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Kościół katolicki uważa, że święci nie zaciemniają obrazu Bogu, przeciwnie – ukazują Go jak nikt inny. Każdy święty jest odblaskiem i odbiciem Chrystusa; w każdym jak gdyby Bóg na nowo staje się człowiekiem, ponieważ osiągaon to, czym powinien być każdy człowiek, mianowicie „drugim Chrystusem” (por. Listy św. Pawła). Świętość istnieje tylko poprzez Chrystusa. Tytuł pogadanki brzmi: „Kult i orędownictwo Maryi oraz Świętych”.

Tytuł i prawo do orędowania

Tytuł i prawo do orędowania za nami dał Maryi sam Bóg, gdy uczynił Ją Matką swego Syna Jezusa Chrystusa. On Ją od wieczności wybrał spośród wszystkich kobiet i wywyższył przez obdarowanie Ją pełnią łaski. Stąd błogosławioną jest między wszystkimi niewiastami. Powiązanie Maryi z Bożym planem zbawienia występuje bardzo wyraźnie podczas Zwiastowania. Bóg nie chciał narzucać Maryi swej woli i przeprowadzić planu zbawienia bez Jej zgody. Dopiero po otrzymaniu odpowiedzi: «Oto ja służebnica Pańska, niech mi się stanie według twego słowa». Bóg rozpoczyna swą zbawczą akcję.
Tu leży tytuł Maryi do orędowania za nami. Z tego tytułu skorzystała wstawiając się za weselnikami w Kanie Galilejskiej, kiedy im zabrakło wina. Towarzyszyła Jezusowi w całym Jego dziele zbawienia aż do Kalwarii. Z krzyża Jezus dał Ją za matkę swojemu umiłowanemu uczniowi Janowi, od której to chwili Kościół przyjął na siebie jego rolę i uważa Ją za Matkę wszystkich wierzących. Dlatego widzimy Maryję obecną przy wielkich wydarzeniach, jakie miały miejsce w Kościele, przede wszystkim podczas Zesłania Ducha Świętego. Po Wniebowstąpieniu Jezusa Chrystusa apostołowie wrócili z Góry Oliwnej do Jerozolimy i udali się do Wieczernika, gdzie – jak mówi Pismo święte – «wszyscy trwali jednomyślnie na modlitwie razem z Maryją, Matką Jezusa» (Dz 1,13).
W V wieku po Chrystusie niejaki Nestoriusz zaprzeczył boskości Chrystusa twierdząc, że On był jedynie człowiekiem. Biskupi, następcy Apostołów, zebrali się wtedy w Efezie, w Azji Mniejszej i potępili jego naukę (431 r.).
Przy tej okazji uznali również tytuł Maryi, Matki Jezusa, nazywając Ją Matką Bożą (Theotokos), co stanowi dowód, jak ściśle w świadomości ówczesnego Kościoła była Ona związana z Chrystusem i czczona jako dziewicza Boża Rodzicielka.
Kościół Wschodni, prawosławny, który już prawie tysiąc lat temu oddzielił się od Kościoła rzymskokatolickiego, zawsze utrzymywał i utrzymuje cześć Maryi aż do dnia dzisiejszego, może nawet w intensywniejszej formie niż my, katolicy.

Cześć Maryi nie jest bałwochwalstwem

Jest rzeczą naturalną, że Matkę Jezusa obdarzamy szczególną miłością, skoro sam Bóg Ją wywyższył i napełnił wszelkimi dobrami. Musimy oczywiście dobrze odróżniać cześć oddawaną Bogu i Chrystusowi od czci okazywanej Maryi. Tylko Bogu należy się uwielbienie; uwielbienie bowiem czegoś stworzonego byłoby bałwochwalstwem, grzechem przeciwko pierwszemu przykazaniu Bożemu. Tak więc katolik wie, że nigdy nie wolno mu ubóstwiać Maryi; wie, że Ona nie może zająć miejsca Chrystusa. Maryję czcimy jedynie z powodu wyjątkowego wyróżnienia, jakiego doznała od samego Boga. Tak więc wszelki hołd składany Maryi, sprowadza się w konsekwencji do Boga. Odnosi się on ostatecznie do Niego samego, gdyż Bóg okazał się wspaniały wobec Maryi i wobec ludzi. Cześć oddawana Matce Bożej jest w istocie wielbieniem łaski Boga, bez której Maryja nie byłaby bardziej święta niż ktokolwiek z nas. Oczywiście, że Maryja zasługuje na naszą cześć i z tego względu, że najwierniej współpracowała z łaską Bożą. O tym, że Maryja została wybrana, nie decydowały Jej cechy ludzkie, ponieważ jeszcze przed urodzeniem Bóg wyznaczył Ją na Matkę Jezusa i ze względu na to zadanie uwolnił Ją od grzechu pierworodnego, czyli uczynił Niepokalanie Poczętą.
Kult maryjny istnieje również poza Kościołem katolickim. We wielu Kościołach ewangelickich znajdują się obrazy Matki Bożej, przed którymi – jak u nas – Jej czciciele zapalają świece. Luter czcił Maryję aż do swojej śmierci. Oto co napisał już po zerwaniu z Kościołem katolickim: «Nigdy dość wielbienia Maryi»... «Jak trzeba mówić do Niej? Gdy przypatrzysz się słowom, to nauczą cię one mówić tak: O Dziewico błogosławiona, Matko Boża, jakże byłaś nic nie znaczącą, lekceważoną, pogardzaną, a mimo to Bóg wejrzał na Ciebie tak nadzwyczaj łaskawie, hojnie i zapoczątkował w Tobie wielkie rzeczy. Nie byłaś przecież tego godna, zaś wysoko i daleko ponad wszelką Twoją zasługę wykracza bogata, nazbyt hojna łaska Boża w Tobie. O, bądź pozdrowiona: od chwili, gdy znalazłaś takiego Boga, błogosławiona jesteś po wszelkie czasy».

Kult świętych

Nieraz łatwiej nam zwrócić się w modlitwie do Maryi niż do Chrystusa. Jest to rzecz naturalna, bo Maryja jest nam bliższa przez to, że jest zwykłym człowiekiem, stworzonym tak jak my. Słusznie więc oczekujemy od niej pomocy i obrony. Przez to, że jest Matką Bożą, jest wszechmocą proszącą. Podobnie oczekujemy pomocy od świętych. W szczególnych sytuacjach, gdy ktoś z naszych bliskich udaje się do szpitala na operację, gdy niesamowicie cierpi z powodu nieuleczalnego raka, albo gdy czyjś syn uwikłał się w nałóg narkotyczny, czyż wtedy znajomi nie proszą nas o modlitwę?
W podobny sposób odwołujemy się do Maryi i do świętych jako do orędowników Boga. Święci są nam bliscy, bo są związani z historią naszego narodu i historią Kościoła. Są niejako naszymi przedstawicielami u Boga.
Kult Maryi i świętych istniał od samego początku Kościoła. Dowodem tego są obrazy i rzeźby, jakimi pierwsi chrześcijanie zdobili grobowce w katakumbach. W tych wiekach rozwinął się szczególnie kult świętych męczenników, których relikwie przechowywano z największą pieczołowitością. W roku 156 chrześcijanie ze Smyrny, w Małej Azji, oznajmiali w liście o męczeńskiej śmierci swego biskupa – świętego Polikarpa: «Modlimy się do Chrystusa ponieważ jest On Synem Bożym. Męczenników kochamy zaś jako uczniów i naśladowców Pana». Na grobach męczenników chrześcijanie odprawiali Mszę świętą i na tym starym zwyczaju opiera się istniejący do dziś przepis kościelny dotyczący wmurowywania relikwii świętych w ołtarze, na których odprawia się Najświętsza Ofiara. Chrześcijanie ze Smyrny tak mówili o doczesnych szczątkach swego biskupa-męczennika: «Są one dla nas one droższe od kamieni szlachetnych i ukochańsze od złota. Przechowujemy je we właściwym miejscu i będziemy się tam zbierać na radosne uroczystości i
święcić rocznicę jego męczeństwa».

Kult obrazów

Nie mają też powodu Świadkowie Jehowy do gorszenia się z tego, że posiadamy obrazy i figury Maryi i świętych.
Stary Testament, który zabrania przedstawień obrazowych dawno się skończył. Jesteśmy teraz w czasach Nowego Testamentu i stare przepisy kultu nas nie obowiązują. Szabas zastąpiła niedziela, a plemienny znak obrzezania został zastąpiony Sakramentem Chrztu świętego. Starotestamentowy zakaz tworzenia obrazów był konieczny ze względu na specyficzne warunki i poziom kultury starożytnych ludów. Naród żydowski był oblany morzem pogaństwa. Poza Izraelem wszystkie narody czciły bożków. Żydzi nieraz ulegali pokusie bałwochwalstwa. Na przykład po wyjściu z Egiptu, pod górą Synaj, podczas długiej nieobecności Mojżesza, ulali sobie złotego cielca na wzór egipski i oddawali mu pokłon. W pewnych wypadkach Stary Testament dopuszczał obrazowe przedstawienia. Na przykład, na przebłagalni, to jest na złotej płycie, która spoczywa na Arce Przymierza, stały dwa cheruby z rozpostartymi skrzydłami, wykute ze złota (Wj 25,18).
Podobne postacie aniołów znajdowały się również na murach świątyni.
Kiedy jednak Bóg ukazał na tym świecie «Swój obraz» w samym Chrystusie i przez niego oznajmił, że należy Go czcić «w duchu i prawdzie», niebezpieczeństwo bałwochwalstwa zanikło. Dlatego od pierwszych wieków chrześcijanie malowali i rzeźbili obrazy Jezusa, Maryi i świętych.
Czy kto się gorszy dziś tym, że przechowujemy fotografie i portrety najdroższych i najukochańszych osób, zwłaszcza zmarłej matki, ojca, dzieci, przyjaciół i bohaterów? To cecha głęboko ludzka. Chcemy bowiem, żeby wizerunki kochanych postaci były zawsze przed naszymi oczyma. Chcemy o nich pamiętać. Z tej samej pobudki wypływa zwyczaj kultu obrazów Najświętszej Maryi Panny i świętych. Wizerunki te pobudzają nas do pamięci o nich i do modlitwy. Każdy katolik wie, że nie czci w obrazie drzewa, płótna, farby, lecz osobę, którą dany obraz czy rzeźba przedstawia.
Święty Maksymilian Kolbe zaraz po zesłaniu go do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu poprosił współwięźnia Mieczysława Kościelniaka, aby mu namalował dwa obrazki – Chrystusa i Matkę Bożą. Artysta wzbraniał się, tłumaczył, że go bolą ręce popękane od pobicia i ciężkiej fizycznej pracy; że mu brak papieru i farb, ale właściwie bał się kary śmierci, bo tego rodzaju czyn był zaliczany do przestępstw naruszający regulamin obozowy. W końcu jednak dał się namówić, namalował je i wręczył Ojcu Kolbemu, który schował je natychmiast do specjalnej kieszonki wszytej w szeroki pas i nie rozstawał się z nimi aż do swej męczeńskiej śmierci.
Maryja i święci nie zaciemniają nam obrazu Boga, nie stoją na przeszkodzie w drodze do Boga. Przeciwnie, pomagają nam do Niego dojść. Maryja jest dla nas pierwszą chrześcijanką, wzorem, jak powinniśmy odpowiedzieć Bogu na to, co nam ofiaruje. Dlatego nazywamy Ją «Matką Wiernych» i «Wzorem Kościoła». Nie ma więc najmniejszej obawy, że cześć im składana osłabi nabożeństwo do Jezusa Chrystusa, a ich orędownictwo wyprze pośrednictwo naszego Zbawiciela.
Maryja i święci są odblaskiem i odbiciem Chrystusa. W każdym z nich jakby na nowo Bóg staje się człowiekiem, ponieważ osiąga On to, czym powinien być każdy katolik, mianowicie «drugim Chrystusem». Świętość Maryi i świętych
istnieje poprzez Chrystusa. Każdy święty może powtórzyć za Maryją: «Wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny».

Czcijmy więc Maryję i świętych przez modlitwę naśladowanie ich cnót.”
„Pomnij, o Najświętsza Panno Maryjo, że nigdy nie słyszano, abyś opuściła tego, kto się do Ciebie ucieka, Twej pomocy wzywa, Ciebie o przyczynę prosi. Tą ufnością ożywiony, do Ciebie, o Panno nad pannami i Matko, biegnę, do Ciebie przychodzę, przed Tobą jako grzesznik płaczący staję. O Matko Słowa, racz nie gardzić słowami moimi, ale usłysz je łaskawie i wysłuchaj. Amen”.

WIELKOŚĆ ŚWIĘTEGO JANA CHRZCICIELA - pogadanka z 30.11.1986 r. - O. Kornelian Dende

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

W latach trzydziestych laureat nagrody Nobla (Aleksy Carell) nazwał wygodnictwo, zamiłowanie do luksusu i życie konsumpcyjne „Środkiem odurzającym” naszych czasów. Druga wojna światowa spowodowała głód, brak mieszkań, przemieszczanie ludności i w brutalny sposób powstrzymała wzrastające tendencje naszych czasów do wygodnictwa, do miękkości, do użycia. Całe nastawienie naszej technicznej cywilizacji zmierza w tym kierunku, by nam umożliwić jak najwygodniejsze życie. W tym duchu urabia się już dzieci szkolne, którym chciałoby się za wszelką cenę oszczędzić jakiegokolwiek wysiłku, cierpień i braków starszego pokolenia. Kiedy się pomyśli, że ludzie, którzy dokonali wielkich dzieł, mieli albo ciężką młodość, albo byli surowo wychowywani, to naprawdę trzeba się obawiać o przyszłość świata zachodniego.
Miękkość czyni człowieka niezdolnym zarówno do życia doczesnego, jak przede wszystkim do życia duchowego,nadprzyrodzonego, które nam przyniósł Chrystus. Stając w obronie wartości duchowych, Kościół każdego roku obchodzi Adwent, okres, w którym chce stworzyć odpowiedni klimat, abyśmy sobie pełniej uświadomili potrzebę surowości i prostoty w życiu. Nie „ludzie w miękkie szaty odziani” (Mt 11, 8) przygotują dla Pana Boga drogę do swoich serc i do serc bliźnich, lecz ludzie na miarę świętego Jana Chrzciciela, który prowadził surowy tryb życia. Toteż w przeżywanym obecnie Adwencie ukażę jego świetlaną postać, abyśmy przejęli się prostotą jego życia oraz słowami, które kieruje do wszystkich pokoleń, tym razem w oczekiwaniu na drugie przyjście Jezusa Chrystusa na ziemię przy końcu czasów. Tytuł pogadanki brzmi: „Wielkość Świętego Jana Chrzciciela”.

Po 400 latach nowy prorok

Czterysta lat lud żydowski oczekiwał z utęsknieniem nowego proroka,wiedząc, że gdy się zjawi, poprzedzi już samego Mesjasza.
Gdy wreszcie wybiła ta godzina, zaledwie garstka ludzi została wtajemniczona i przygotowana na wypełnienie się czasów i tęsknot ludzkości. Sceną była maleńka, ale urocza wiosczyna Ain Karem, ukryta w górskiej kotlinie wśród drzew migdałowy, oliwek i fig, w odległości około czterech mil od Jerozolimy. Wybrańcami Boga byli Elżbieta i Zachariasz, kapłan służący na zmianę w świątyni Jerozolimskiej.
Elżbieta powiła syna, lecz to narodzenie odbyło się w tak niezwykłych i tajemniczych okolicznościach, że nikt by się nie ośmielił tłumaczyć ich w sposób zwyczajny. Oto posłaniec Boski, anioł Gabriel obwieścił Zachariaszowi jego narodzenie i imię: „Nadasz mu imię Jan”. Imię „Jan” znaczy „Bóg się zmiłował”. To zmiłowanie odnosiło się jednak nie tylko do dotychczas bezpłodnej Elżbiety, lecz do całej ludzkości. Zachariasz wyśpiewał potem tę dobroć Bożą w hymnie – „Benedictus” : „Niech będzie uwielbiony Pan, Bóg Izraela, że nawiedził lud swój… i moc zbawczą nam wzbudził … jak zapowiedział nam z dawien dawna przez usta swych świętych proroków: że nas wybawi od nieprzyjaciół i z ręki wszystkich, którzy nas nienawidzą; że miłosierdzie okaże się ojcom naszym i wspomni na swoje święte przymierze, na przysięgę, którą złożył ojcu naszemu, Abrahamowi” (Łk 1, 68-73).
Zachariasz był w takim uniesieniu ducha, że wplótł w swoją pieśń to, co wiedział o obietnicy Mesjasza z ksiąg świętych i to co słyszał od anioła, że syn jego, Jan, będzie wielki w oczach Boga; że już w łonie matki zostanie napełniony Duchem Świętym, że będzie prowadził życie umartwione, a gdy wystąpi przed ludem, to w duchu i mocy proroka Eliasza, by przygotować Mesjaszowi lud doskonały (por. Łk 1, 13-17). Zachariasz zatem dobrze zdawał sobie sprawę z roli, jaką Jan miał odegrać w planach Bożych. Śpiewał bowiem: „A ty, dziecię, prorokiem Najwyższego zwać się będziesz, bo pójdziesz przed Panem torując Mu drogi; Jego ludowi dasz poznać zbawienie, (co się dokona) przez odpuszczenie mu grzechów, dzięki litości serdecznej Boga naszego” (tamże 1, 76-78).
Lecz były to tylko ogólne zarysy jego posłannictwa, ramy jego życia i działalności. Jak teraz te ramy wypełni? Jak synem pokieruje, żeby spełniła się w nim wola Boża? Szczegóły najbliższych lat jego były dla Zachariasza tajemnicą. Liczył na Boga, który ma swoje obliczenia i metody, ale wiedział też, że Bóg liczy na niego.

Na Judzkiej pustyni

Jako dobry ojciec, a zarazem człowiek dopuszczony do tajemnic Bożych, Zachariasz przemyśliwał, gdzie by skierować syna i zapewnić mu jak najlepsze przygotowanie do spełnienia misji. Niektórzy bibliści skłaniają się i przyjmują, że oddał swego syna do pustelni Esseńczyków w Qumran, czyli jakby do klasztoru, leżącego na północno-zachodnim wybrzeżu Morza Martwego. Słynny biblista i pisarz polski, Roman Brandstaetter, w swej powieści pod tytułem „Jezus z Nazaretu” umieszcza Jana Chrzciciela w tymże klasztorze – pustelni. Pustelnicy ci żyli w stanie bezżennym, nie pili wina i nie strzygli włosów, ni posiadali własnego majątku. Troszczyli się jedynie o pogłębienie wiary przez umiłowanie Tory, czyli Prawa i wczytywanie się w księgi proroków.
W 1947 roku w okolicy Qumran, w grotach, odkryto liczne rękopisy hebrajskie, a nawet greckie, zawierające wszystkie księgi biblijne prócz księgi Estery. A w kilka lat później odkopano tam ruiny starej pustelni, która za życia świętego Jana i Pana Jezusa była ożywionym ośrodkiem działalności religijnej. Nie wydaje się jednak, by święty Jan przebywał w tejże pustelni.
Późniejsza działalność świętego Jana wskazuje, że nie odpowiadał mu tryb życia Esseńczyków, mimo, że tak wiele miał z nimi wspólnego. Prowadził na pewno bardziej surowe i samotne życie, na co wskazują słowa Ewangelii, że „rósł i umacniał się w duchu i przebywał na miejscach pustynnych, nosił odzienie z sierści wielbłądziej i pas skórzany około bioder, a żywił się
szarańczą i miodem leśnym”. Żył tak „aż do czasu ukazania się w Izraelu” (por. Mk 1, 6; Mt 1, 80).

Jan toruję drogę Chrystusowi

Święty Jan obrał za miejsce swej działalności mieliznę w rzece Jordanu, niedaleko jej ujścia do Morza Martwego. Tędy bowiem ciągnęły karawany kupców, odbywały się przemarsze wojsk, tu zjeżdżali się zimą wczasowicze – możni tego świata, jak u nas na Florydzie: tu mieli łatwy dostęp kapłani z świątyni jerozolimskiej i mieszkańcy całej Palestyny. Do Qumran, czy do
pustelni świętego Jana było stąd też niedaleko.
Treść nauk świętego Jana była zawarta w kilku zdaniach: „Czas się wypełnił i blisko jest królestwo Boże. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię” (Mk 1, 15). Znakiem nawrócenia miał być chrzest z wody. Na razie z wody: „Ja chrzczę (tylko) wodą” – mówił – „lecz idzie mocniejszy ode mnie, któremu nie jestem godzien rozwiązać rzemyka u sandałów. On chrzcić was będzie
Duchem Świętym i ogniem” (Łk 3, 16). Jan Chrzciciel nazywał się heroldem Mesjasza, Jezusa Chrystusa, Jego głosem: „Jam głos wołającego na pustyni – przygotujcie drogę Panu, prostujcie Jemu ścieżki; każda dolina niech będzie wypełniona, każda góra i pagórek zrównane, drogi kręte niech się staną prostymi, a wyboiste drogami gładkimi” (Łk 3, 4-6).
Jan powtarzał słowa proroka Izajasza, który z górą 700 lat przed Janem zapowiadał przyjście Mesjasza. Analogia była dla słuchaczy przejrzysta. W starożytności drogi na Wschodzie były w opłakanym stanie. Przysłowie mówiło, że trzy nieszczęścia mogą spotkać człowieka: choroba, głód lub podróż. Toteż wybierającemu się w podróż radzono – jeśliby nie miał z niej wrócić – żeby „spłacił wszystkie długi, zabezpieczył byt domowników, rozdał podarki na pożegnanie, dał na przechowanie kosztowności, zabrał na drogę sporo pieniędzy, a przede wszystkim, żeby uzbroił się w humor.”
Historyk żydowski Józef Flawiusz zanotował, że Salomon kazał wybrukować czarnym bazaltem drogi wiodące do Jerozolimy „zarówno dla dogodności wędrowców, jak i po to, by okazać wielkość swego bogactwa i władzy”. W rzeczywistości królowie budowali drogi tylko dla swego użytku, stąd nazywano je „drogami królewskimi.” Naprawiano je wtedy tylko, gdy król miał się wybrać w podróż. Heroldowie zjawiali się przed czasem i ogłaszali władzom miejskim i ludowi o przyjeździe króla i potrzebie naprawy dróg.

Wielkość św. Jana Chrzciciela

Święty Jan kazał wszystkim naprawić kręte ścieżki życia, wszelkie wyboje grzechów i doliny zaniedbań obowiązków.
Mówił prawdę, która działała na przybyłych pielgrzymów jak światło na chore oczy. Dlatego bali się go mali i wielcy i uczeni w Zakonie; bali się go także władcy, choć był tylko wynędzniałym oberwańcem z pustyni. Herodiada, nieprawa żona Heroda, poprzysięgła mu zemstę.
Wielkość Jana polegała na Jego wierności Bogu. Do końca pozostał tylko Głosem Chrystusa – Królem królów. Nie ściągał uwagi słuchaczy na siebie, na swoją mądrość, świętość i na wielką rolę, jaką go Bóg wyróżnił. Wiedział, że jest tylko Jego narzędziem.
Nadszedł jednak czas, że miał zamilknąć. Okazji tej szukała Herodiada, by dokonać swej nienawiści i zemsty. Dla jej kaprysu Herod kazał ściąć głowę proroka. Jan przyjął ten los pogodnie i mężnie. Cieszył się , że Pan Bóg pozwolił mu być Jego głosem. Zrozumiał, że czas teraz ustąpić, czas zamilknąć. Swą rolę głosu Bożego określił słowami: „Człowiek nie może
otrzymać niczego, co by mu nie było dane z nieba... Moja radość doszła do szczytu. Potrzeba, by On – Chrystus – wzrastał, a ja się umniejszał” (J 3, 27-30).
I tak kończy się opowieść o wielkim świętym Janie Chrzcicielu, poprzedniku Chrystusa. Nie był on „trzciną chwiejącą się od wiatru”. Stał się największym spośród ludzi wtedy właśnie, gdy w imię prawdy Bożej, położył swą głowę pod topór kata.
Pan Bóg nie żąda od nas ofiary z życia, jak od Poprzednika Chrystusa, ale i my wzorujmy się w Adwencie na Janie Chrzcicielu w umiłowanie prostego, chrześcijańskiego i oryginalnego stylu życia. Nie szukajmy chrześcijaństwa ułatwionego bez trudu spowiedzi adwentowej i bez surowych, czystych obyczajów, bez czuwania nad zmysłami, bez codziennego przebaczania win naszym winowajcom, bez codziennej modlitwy i wytrwałego naśladowania Jezusa Chrystusa w Jego ubóstwie, wyniszczeniu, i wypełnianiu wiernym woli Ojca. W wiernym naśladowaniu Chrystusa, w naszym Adwencie, poznamy zbawienie przez odpuszczenie grzechów, dzięki serdecznej litości Boga naszego (por. Łk 1. 78).
Z przyjściem Mesjasza nastąpił przełom dziejów historii i serc ludzkich. I dziś obserwujemy dalszą przemianę historii (...) opartej na Ewangelii. Przemiana historii rozpoczyna się od cudu przemiany serc. Zaś serca przemienia i odradza Chrystus. Od każdego z nas zależy, by adwentowa łaska Zbawiciela poruszyła i przemieniła nasze serca i przygotowała je na Boże
Narodzenie.

BÓG OCZEKUJE OD NAS CZCI, MIŁOŚCI I WDZIĘCZNOŚCI - pogadanka z 26.11.1989 r. - O. Kornelian Dende

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

W środkowych Włoszech, na wzgórzu z widokiem na Adriatyk leży miasto Atri, starożytna Hadria, skąd pochodził cesarz Hadrian. W późniejszych czasach miejscowość tę rozsławił dobry król Jan znany ze sprawiedliwych i łagodnych rządów. Żeby żadna krzywda nie uszła złoczyńcom płazem, król zawiesił na wieży dzwon i rozporządził, że ktokolwiek by doznał krzywdy od drugiego, miał pociągnąć za sznur i uderzyć na alarm, a sprawiedliwości stanie się zadość.
Z początku głos dzwonu rozbrzmiewał dość często wołając o naprawienie zła, lecz z biegiem lat odzywał się coraz rzadziej, bo mieszkańcy przekonali się, że zło nie popłaca.
Dzwony kościelne po całym świecie we wioskach i miastach zwołują ludzi do nabożeństwa, aby wspólnie okazywać Boskiemu Majestatowi cześć, uwielbienie, miłość i wdzięczność. Wielu ignoruje głos dzwonów. Jest dla nich co najwyżej wyrzutem sumienia za odmowę Bogu tych obowiązków, za okazanie niesprawiedliwości wobec Niego. W dzisiejszej pogadance zastanowimy się nad powinnościami naszymi wobec Boga. Tytuł pogadanki brzmi: „Bóg oczekuje od nas czci, miłości i wdzięczności”.

Obowiązek czci i chwały

Jednym z pierwszych przejawów naszej religijności powinna być adoracja Boga, która w istocie swojej polega na okazywaniu Mu szczególnej czci i na uwielbieniu Jego majestatu. Skłania nas do niej świadomość, że jako stworzenia, całkowicie zależne w swoim bytowaniu i działaniu od Stwórcy powinniśmy ustawicznie oddawać Mu hołd i trwać przed Nim w postawie wyrażającej miłość, podziw, uwielbienie, wdzięczność i radość z powodu wyświadczanych nam przez Niego dobrodziejstw.
Adorowania Boga domaga się sama natura istot stworzonych. Przypominamy przez Chrystusa starotestamentowy nakaz: „Panu Bogu swemu będziesz oddawał pokłon” (Mt 4, 10), stanowi tylko wzmocnienie powagą Bożą tego wymagania.
Jeden z czołowych wolnomyślicieli Anglii Antoni Collins, zmarły w 1729 roku, zajmował się pisaniem traktatów, w których namiętnie zwalczał religie zorganizowaną i Kościół. Miedzy innymi napisał traktat o wolnomyślicielstwie („A discourse of Freethinking”). Zdarzyło się, że pewnego dnia Collins spotkał robotnika, z którym wszedł w rozmowę.
Wolnomyśliciel zapytał:
– Gdzież to idziesz młody przyjacielu?
– A do kościoła, panie.
– A co tam będziesz robił?
– Oddam Bogu należną cześć.
– A czy ten twój Bóg jest wielkim Bogiem czy małym? – zapytał ironicznie Collins, próbując skonfundować prostego
człowieka.
Robotnik odparł:
– On jest tak wielki, że wszystkie nieba nie potrafią Go pomieścić, a z drugiej strony tak mały, że może przebywać w moim sercu.
Antoni Collins był deistą, to znaczy uznawał istnienie Boga, ale sądził, że Bóg się człowiekiem nie interesuje. Z tego powodu ani Go nie czcił, ani nie kochał. Nie wszyscy jednak uczeni są wobec Boga tak niesprawiedliwi.
Michał Faraday na przykład, żyjący sto lat później, jeden z najwybitniejszych uczonych XIX wieku, fizyk i chemik, płodny wynalazca w zakresie młodej wówczas nauki o elektryczności był samoukiem. Ale im więcej czytał książek naukowych i im bardziej zgłębiał tajemniki przyrody, tym bardziej stawał się religijny, przekonany, że Bóg jest wielkim stwórcą i dobroczyńcą ludzkości. Toteż nikt się nie dziwił, że ostatnią jego wypowiedzią na łożu śmierci były słowa: „Chylę czoło przed Nim, który
jest Panem wszystkiego”.

Adoracja

W adoracji główną uwagę powinniśmy zwracać na to, byśmy byli świadomi naszej całkowitej zależności od Boga i chcieli Go z tego powodu uwielbiać. W podniosłych przeżyciach religijnych często doznajemy uczuciowych uniesień, ale nie powinno nam zależeć na przeżywaniu w czasie adoracji podniosłych uczuć lub jakiegoś rozrzewnienia. Tym bardziej nie powinniśmy się też silić na tkliwe i układne słowa.
Uświadamiać zaś sobie wielkość Boga i naszą pełną zależność od Niego możemy niemalże wszędzie i zawsze. Gdy matka podaje posiłek, możemy sobie przedstawić, że Bóg posłużył się jej rozumem, wyobraźnią, jej sercem i rękami, żeby nam dać zdrowy i smaczny pokarm. Gdy w Supermarkiecie wybieramy i wkładamy do wózka artykuły spożywcze, artykuły do prania bielizny i czyszczenia domu, możemy wyrazić swój podziw Bogu, który dał ludziom mądrość i zamiłowanie do pracy dla naszego pożytku. Podziw nasz dla Boga powinien budzić każdy kwiat, każdy ptak, każda chmurka. Bierzmy przykład z Psalmisty podziwiającego wspaniałość Bożą i Jego dzieło słowami: „Sławcie Boga z radością wszystkie ziemie, opiewajcie chwałę Jego imienia, cześć Mu świętą oddajcie” (Ps 66, 1-2).
Bezpośrednio w sposób szczególny adorujemy Boga podczas przebywania sam na sam przed tabernakulum lub biorąc udział w procesji eucharystycznej. Znamienna jest zachęta zawarta w Księdze Mądrości Syracha (44, 30): „Gdy wychwalać będziecie Pana, wywyższajcie Go, o ile tylko możecie, albowiem i tak będzie jeszcze wyższym, a gdy Go wywyższać będziecie, pomnóżcie siły, nie ustawajcie, bo i tak nie dojdziecie do końca”.

Obowiązek miłości

Drugą naszą powinnością jest miłować Boga. Powinniśmy Go kochać przede wszystkim z tej racji, że jest On tego najgodniejszy. A jest On taki dlatego, że stanowi pełnię dobra, piękna i świętości. Jest najwspanialszy i najpotężniejszy. Nic i nikt w niczym Go nie przewyższa. Istotną przesłankę stanowi tu również fakt, że Pan Bóg jest naszym Stwórcą. Zawdzięczamy Mu więc samo nasze istnienie i to nie tylko co do początku, ale też w zakresie ustawicznego podtrzymywania w nim. W związku z tym mówi się, że życie i działanie każdego człowieka jest nieustannym stwarzaniem go przez Boga.
Stało się jeszcze coś więcej. Bo oto ten wszechdoskonały Bóg i Stwórca „sam pierwszy nas umiłował” (l J 4, 19). Wykazał największą z możliwych bezinteresowności. On, Który jest pełnią bytu, zaofiarował nam, którzy sami z siebie jesteśmy nicością, Swoją przyjaźń i bezgraniczną miłość ojcowską. Toteż Pan Bóg ma prawo żądać od nas miłości. Wyraził ten nasz obowiązek dwukrotnie – w Starym i Nowym Testamencie: „Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całym swoim umysłem i całą swoją mocą” (Pwt 6, 4 n.; Mk 12, 30).
Rozmiłowani w wolności i uczuleni na każdy przymus zapytamy: „Czy wolno narzucać komuś miłość? Czy można ją przykazywać?” Odpowiemy innym pytaniem: „Czy człowiek, który prawdziwie kocha czuje się przymuszony, czuje się niewolnikiem? Kochać to chcieć istnieć przez kogoś innego dla kogoś innego. Kochać to dar z siebie”. Nie można powiedzieć jednocześnie: „miłuję Boga – ale chcę być niezależny!” Jedno wyklucza drugie. Gdy ktoś kocha, pragnie zależności. „Gdzie ty Kajus, tam i ja Kaja” – mówi rzymskie przysłowie. Im większa miłość, tym większa zależność. Bóg dał nam przykazanie miłości po to, byśmy nie minęli się z celem życia. Jesteśmy bowiem stworzeni do miłowania: dajemy miłość i odbieramy miłość. Miłość tworzy szczęście. Nikt nam tak szczęścia nie życzy jak Pan Bóg. Jeśli spełnimy życzenie Boga, miłując Go całym sercem, całą duszą, całym umysłem i całą swoją mocą, to jednocześnie udoskonalamy swoje człowieczeństwo i osiągamy pełnię szczęścia. Przedsmak szczęścia wiecznego mamy już tu na ziemi.
Pana Boga mamy też miłować całym sercem, ponad wszystko jako najwyższe dobro. „Kto miłuje ojca albo matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. I kto miłuje syna lub córkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien” (Mt 10, 37). Nie może mieć udziału w szczęściu Boga ten, kto miłuje Boga połowicznie. Bóg z całej swojej natury jest bowiem Miłością (l J 4, 8).
Przykazanie to nie wymaga jakiegoś gorętszego pod względem uczuciowym miłowania Pana Boga. Uczucia bowiem nie zawsze podlegają naszej kontroli. A poza tym z natury swojej reagują przede wszystkim na dobro, które jest dla nas bardziej dostępne i dostrzegalne zmysłami. Bóg zaś jako byt czysto duchowy, jest dla zmysłów w ogóle niedostępny. Co jest zatem istotnym i przekonywującym sposobem miłowania Boga? Posłuszeństwo Jego woli, głównie miłowanie bliźnich tak jak nas Chrystus umiłował oraz słuchanie Jego słów, Jego nauki i zachowywanie jej (Łk 6, 47; J 14, 3 n.). W Starym Testamencie Bóg mówił przez proroków, że posłuszeństwo i uległość względem przykazań są milsze Bogu niż całopalenia i krwawe ofiary (l Sm 14, 22).

Obowiązek wdzięczności

Umysł pełen podziwu, serce pełne miłości czuje ponadto potrzebę wyrażania Bogu wdzięczności. Chrystus ujrzawszy tylko jednego człowieka uzdrowionego z trądu, składającego Mu hołd dziękczynienia, mówi mu z bolesnym wyrzutem: „Czyż nie dziesięciu było oczyszczonych? Żaden się nie znalazł, który by wrócił i oddał chwałę Bogu, tylko ten cudzoziemiec” (Łk 17, 17
n.)? Bóg domaga się od nas wdzięczności nie po to, żeby ona przysporzyła Jemu więcej szczęścia i radości, ale ze względu na nasze dobro. Wdzięczność bowiem jest znakiem duchowej dojrzałości. Prawdę, iż Bóg chce, byśmy Mu wyrażali wdzięczność za dobrodziejstwa, podkreśla często Kościół święty w liturgii mszalnej. W Prefacji kapłan mówi w imieniu wierzących:
„Zaprawdę godne to i sprawiedliwe, a dla nas zbawienne, abyśmy Tobie składali dziękczynienie i Ciebie wychwalali, Panie, Ojcze niebieski, Wszechmogący i miłosierny Boże”! Jan Kochanowski, poeta polski urzeczony pięknem psalmów w ten sposób mówi w jednym z nich o dziękczynieniu:
„Czego chcesz od nas, Panie, za Twe hojne dary?
Czego za dobrodziejstwa, których nie masz miary?
Kościół Cię nie ogarnie, wszędzie pełno Ciebie,
I w otchłaniach, i w morzu, na ziemi, na niebie.
Złota też wiem, nie pragniesz, bo to wszystko Twoje,
Cokolwiek na tym świecie człowiek mieni swoje.
Wdzięcznym Cię tedy sercem, Panie, wyznawamy,
Bo nad to przystojniejszej ofiary nie mamy”.
Odmówienie Bogu czci, miłości i wdzięczności jest najwyższym stopniem niesprawiedliwości, współmiernym do obowiązku miłowania Boga całym sercem, całą duszą, całym umysłem i całą mocą. Człowiek nie znajdzie żadnej na to
wymówki. Odmowa czci Bogu zazwyczaj pociąga za sobą odrzucenie praw moralnych. Jest to logiczne następstwo niewiary lub deizmu, czyli obojętności wypływającej z pychy i zarozumiałości człowieka. Niedowiarek bowiem lub deista mówi: czy Bóg jest czy Go nie ma, to mnie mało obchodzi. Jeżeli jest i stworzył mnie, to dał mi wolność i władzę stanowienia o sobie samym.
Człowiek zatem może okazać niesprawiedliwym nie tylko wobec ludzi ale i wobec Boga. Niesprawiedliwość wobec Boga przez odmówienie Mu czci, miłości i wdzięczności jest zerwaniem z Bogiem, z tym, Który jest źródłem naszego wiecznego szczęścia.
Człowiek niesprawiedliwy wobec Boga jest niesprawiedliwym najpierw wobec siebie, bo rozwija się nieprawidłowo, nie według woli Stwórcy, Pana i Ojca, nie dojrzewa dla nieba, które jest przede wszystkim Królestwem miłości, czci, uwielbienia i wdzięczności.

NIECH KAŻDY DZIEŃ BĘDZIE DNIEM DZIĘKCZYNIENIA - pogadanka z 19 listopada 1989 - O. Kornelian Dende

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Bywa nieraz, że nawet słowa pełne mądrości, zawarte choćby w ośmiu błogosławieństwach i w Modlitwie Pańskiej, nie robią na nas wielkiego wrażenia. Nie przeżywamy ich głębi jak konwertyta, dla którego są one jakby odkryciem cennych pereł.
Może to nasze lekceważenie pochodzi z okresu dzieciństwa, kiedy rozum był częściowo uśpiony, horyzonty wiedzy ograniczone, toteż rzeczy arcyważne i dobrze znane, spowszedniały nam. Tego lata, podczas zamkniętych rekolekcji, uderzył mnie z nadzwyczajną siłą obowiązek dziękczynienia za wszystko, co Bóg dla nas czyni wprost, lub przez ludzi. Temat wdzięczności, jako kapłanowi, jest mi znany. Rozważałem go, poruszałem w kazaniach, lecz tym razem prawda ta olśniła mnie z jasnością słońca i przeniknęła do głębi. Wszystko, ale to absolutnie wszystko czym jesteśmy, co posiadamy i otrzymywać będziemy do końca życia, jest darem Bożym. Sami z siebie jesteśmy
nędzarzami, nic nie posiadamy, a jeśli ktoś coś sobie przypisuje jest złodziejem i kłamcą. A tak, niestety przeważnie bywa, że swoje osiągnięcia uważamy całkowicie za naszą własną zasługę, siebie chwalimy i od innych oczekujemy pochwal. Święty Paweł oblewa tę naszą zarozumiałość zimną woda ironii: „Cóż masz, czego byś nie otrzymał? A jeśliś już otrzymał, to czemu
się chełpisz tak jakbyś nie otrzymał” (l Kor 4, 7)?
Wychodzę z tego przeżycia, aby Wam dzisiaj przypomnieć zaniedbaną cnotę wdzięczności, w pogadance pod tytułem:
„Niech każdy dzień będzie «Dniem Dziękczynienia»”.

Historyjka o pastuszku

Prawdę, że wszystko, czym człowiek jest i co posiada jest darem Bożym, ilustruje następująca historyjka. Pewien pastuszek owiec lubił sobie umilać długie godziny w polu gwizdaniem. Gdy jedną melodię skończył, zaczynał drugą. Usłyszał te wesołe tony książę będący na polowaniu. Zwabiony nimi podążył w kierunku skąd dolatywały piosenki. Kiedy stanął przed chłopcem, zagadnął go:
– A cóż ci to tak wesoło, chłopcze?
– Nie mam powodu być smutnym. Odpowiedział, nie rozpoznając w przybyszu księcia.
– Jestem bogaty we wszystko jak książę na zamku.
– Jakże to? – zapytał arystokrata.
– Ano, proszę pomyśleć: słońce tak samo jasno mi świeci jak księciu. Wzgórza i doliny są tak samo piękne dla mnie jak i dla niego. Posiadam dwoje oczu, i on też. Poza tym, mam co jeść, w co się ubrać, a choć moje zarobki są niskie, zaspakajają wszystkie moje potrzeby. Czy książę posiada coś więcej niż ja?
Książę uśmiechnął się do rezolutnego chłopca, pogłaskał po główce i rzekł: dziecko, masz rację. Książę zupełnie podziela twoje zdanie. Staraj się zachować źródło twojej radości i szczęścia aż do końca życia.

Wdzięczność próbą charakteru

Wdzięczność jest próbą charakteru, a próbę tę wytrzymuje tylko człowiek pokorny, niezależnie od tego czy jest człowiekiem prostym czy uczonym. Współczesny włoski konwertyta i pisarz Giovanni Papini (+1957) pod koniec życia dotknięty ciężką chorobą, przypomniał postawę biblijnego Hioba. „Dziwię się, – mówił – widząc ludzi zdumionych moim spokojem w czasie choroby. Straciłem władzę w nogach, ramionach, dłoniach: stałem się prawie niemy i ślepy. Nie mogę już chodzić i uścisnąć dłoni przyjaciela. Nie mogę już nawet podpisać się. Nie mogę już czytać i trudno mi rozmawiać, dyktować słowa . . . Lecz trzeba sobie zdać sprawę z tego, co mi jeszcze zostało . . . Mogę jeszcze cieszyć się szczęściem jakie przynosi mi słońce. Dzięki niemu mogę jeszcze trochę widzieć kolory kwiatów, kontury ludzi, rysy ich twarzy . . . Ale to wszystko jest niczym w porównaniu do darów, które Bóg jeszcze zachował dla mnie. Na przekór wszystkim zachowałem w sobie głęboką wiarę, mam jeszcze bystry rozum, czuję pasję do rozważań. Mam jeszcze to światło wewnętrzne, które zwie się intuicją i natchnieniem”.
Oto jak słynny pisarz Papini, upodobniony w cierpieniu do Hioba cierpiącego, również w swoim wielkim cierpieniu znajdował wiele powodów do wdzięczności względem Pana Boga.

Niewdzięczność zmraża serca ludzkie

Shakespeare powiedział, że zima jest mniej sroga niż ludzka niewdzięczność. Lodowaty wiatr zmraża tylko ciało, lecz niewdzięczność – duszę. Człowiek bez uczucia wdzięczności w sercu jest biedny, natomiast człowiek o sercu przepełnionym wdzięcznością jest prawdziwie bogaty.
Klasycznym przykładem niewdzięczności, który mamy w pamięci, jest historia dziesięciu trędowatych z Ewangelii. W tamtych czasach nie było ani lekarstw przeciw trądowi ani szpitali, gdzie mogliby przebywać. By nie zarazić innych, prawo Mojżeszowe kazało im opuścić swą rodzinę, swą wieś, i żyć daleko od ludzi wśród lasów czy na pustyni. Ich rodzice, bracia i siostry wynosili im na te odludne miejsca od czasu do czasu żywność, aby nie pomarli z głodu. Czekała ich długa choroba, bez nadziei wyzdrowienia, i śmierć.
Kiedy się więc owych dziesięciu trędowatych z Ewangelii dowiedziało od opiekujących się nimi członków rodziny, że w Izraelu pojawił się wielki Prorok, że nie ma choroby, z której On by nie uleczył, a nawet wskrzesza zmarłych, nadzieja wstąpiła do ich serc. Czekali tylko na okazję, aby spotkać Pana Jezusa.
Pewnego dnia ktoś im powiedział, że idzie On do Jerozolimy i będzie przechodził w pobliżu nich. Natychmiast wyszli naprzeciw Niego. Zatrzymali się jednak w pewnej odległości, bo tak nakazywało prawo Mojżeszowe. Zawołali głośno:
„Jezusie, Mistrzu, ulituj się nad nami” (Lk 17, 13). Pan Jezus widząc ich nieszczęście i jednocześnie wiarę, postanowił przywrócić im zdrowie. Nie od razu jednak. Najpierw polecił im pójść do kapłanów. W drodze poczuli jakieś dziwne dreszcze przejmujące, pełne ciepła, przywracające im siły. Czując, że jakieś zmiany zachodzą w ich ciałach, spojrzeli na swe ręce i nogi. Z radością stwierdzili, że nie ma już na nich owrzodzeń i zniekształceń spowodowanych przez trąd. Rozradowani, poczęli się szczypać w ręce i nogi, w miejscach dotychczas niewrażliwych na ból. Jednym z objawów trądu jest bowiem niewrażliwość na ból chorych części ciała, a oto oni teraz odczuli lekki ból, ale to był ból, jakiego pragnęli od lat.
Fala radości ogarnęła ich dusze i ciała. Pospiesznie poszli do kapłanów, do których obowiązku należało oficjalnie stwierdzić uzdrowienie. Potem pragnęli jak najszybciej wrócić do swych rodziców, braci, sióstr, przyjaciół. Zapomnieli jednak o sprawie najważniejszej: podziękować Panu Jezusowi. Tylko jeden, i to nie Żyd, ale Samarytanin, wrócił, „upadł na twarz do Jego nóg i dziękował Mu” (Łk 17, 16).

Praktykujmy wdzięczność

Czy nie jest to znamienne zjawisko, że stosunek: jeden wdzięczny, na dziewięciu niewdzięcznych, utrzymuje się wśród ludzi od starożytności aż po dzisiejsze czasy, jak wykazuje sonda opinii publicznej instytutu Gallupa? Ileż to listów otrzymuję od żon, które piszą: „cokolwiek bym dla męża nie zrobiła, on tego nie zauważa i nie okazuje wdzięczności”. Również mężowie
mają podobny zarzut dla niewdzięcznych żon: „cokolwiek bym nie zrobił dla niej, po prostu uważa, że się jej to należy i nie słyszę słowa wdzięczności 'dziękuję'”. Niewdzięczność dzieci, na którą tak często skarżą się rodzice, to sprawa wychowania. Z pustego i Salomon nie naleje, więc rodzice nie dający dobrego przykładu nie nauczą swych dzieci wdzięczności.
Dlatego tyle w nas niewrażliwości? Bo jesteśmy przekonani, że wszystko nam się należy, i od Boga i od ludzi. Nie umiemy rozpoznawać dobroci i liczyć błogosławieństw Bożych tak jak ów pastuszek lub Papini. Nasza uwaga jest raczej skoncentrowana na krzywdach doznanych, choć w rzeczy samej jest ich mało wobec ogromu dobra, które nam Pan Bóg ustawicznie, bezpośrednio czy przez ludzi, świadczy.
Praktykujmy więc wdzięczność, aby stała się potrzebą serca i cnotą. Zacznijmy od pokornego uznania, że wszystko czym jesteśmy i co posiadamy jest w ostatecznym rozrachunku darem. Bóg i ludzie mają upodobanie w osobie wyrażającej często swą wdzięczność. Ktoś może nie mieć naturalnej urody, i nie ma powabu młodości, a mimo to może być miły, uroczy, przyjemny, upragniony. Wdzięczność pobłyskuje w jego oczach, w układzie ust, w uśmiechu szczerym.
Kościół zaprasza nas do dziękczynienia w każdej liturgii mszalnej. W prefacji kapłan mówi w imieniu wierzących:
"Prawdziwie godną i sprawiedliwą, słuszną i zbawienną jest rzeczą, abyśmy Tobie zawsze i wszędzie dzięki czynili, Panie Święty, Ojcze Wszechmogący, Wieczny Boże”! Kościół uczy, by wdzięczności względem Boga nie zacieśniać jedynie w sprawie dóbr materialnych, z pominięciem wartości duchowych. Jesteśmy obywatelami kraju, w którym cieszymy się nie tylko wolności słowa, wolnością wypowiadania naszych przekonań politycznych, ale także wolnością wyznawania wiary i chwalenia Boga w sposób przez nikogo nieskrępowany.
Niech wiec każdy dzień będzie „Dniem Dziękczynienia”. Pewna rodaczka z Toronto, z Kanady, była zesłanka na Sybir, którą los zagnał potem do Afryki nad jezioro Wiktorii w Ugandzie, czując potrzebę wyrażenia wdzięczności serca, przesłała mi wiersz, którym kończę dzisiejszą pogadankę:
„Dzięki Ci, Panie, za pszeniczne łany,
Rosę i słońce, skrzydła motyla,
Za kwiaty polne i za duszę, która
By mówić z Tobą używa dziś pióra.
Dzięki za życie, które z Twojej łaski
Matki mej łono nosiło szczęśliwe,
Za Ojca, który dłonią spracowaną
Gładząc mą główkę zwał córką kochaną.
Dzięki za świergot wróbli na podwórzu,
Ciszę i spokój, i za błękit nieba,
Przestworzy ogrom Twej Nieskończoności,
I za Twe Serce wieczystej Miłości.
Za ludzi również dziękuję Ci, Panie,
To oni są ze mną gdy jestem smutna,
I z nimi do Ciebie prowadzi mnie droga,
I z nimi w Tobie rozpoznaję Boga.
Za rozkosz życia, ciężkie doświadczenia,
I za pokorę, z którą trud przyjmuję,
Za wiarę w Ciebie, za Twe wszystkie dary,
Którymi darzysz cały świat bez miary”.

POWRÓT DO RAJU (Uroczystość Wszystkich Świętych) - pogadanka z 30.10.2011 r. - O. Kornelian Dende

O. Marcel Sokalski: W dniu Wszystkich Świętych Kościół raduje się z faktu, iż bardzo wielu naszych zmarłych dostąpiło już zbawienia i przebywa u Boga w niebie. Radujemy się z wielkiej rzeszy świętych, o których pamięć wśród ludzi nieraz zaginęła. W odróżnieniu od tej uroczystości, następnego dnia – 2-giego listopada, w dniu zadusznym - wspomina się wszystkich wiernych zmarłych. A tematem naszego zbawienia zajmie się dzisiaj Ojciec Kornelian w archiwalnej pogadance pod tytułem: „Powrót do raju”.

O. Kornelian Dende (11/4/1990): Witam Was Zacni Rodacy i Miłe Rodaczki staropolskim: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Angielski poeta Thomas Hood (zm. 1845) w utworze pod tytułem „Raj i czarodziejka”, opartym na mitologii perskiej, napisał, że przed czarodziejką Peri będą zamknięte bramy nieba dopóty, dopóki nie przebłaga Boga za swoje grzechy jakimś cennym darem. Peri przyniosła Bogu najpierw pocałunek dziewicy złożony na ustach umierającego kochanka. To jednak nie
wystarczyło. Ofiarowała więc Bogu ostatnią kroplę krwi żołnierza wylaną w obronie ojczyzny. I to było mało. W dalszych swoich poszukiwaniach cennego skarbu czarodziejka natknęła się na wzruszającą scenę: Oto przy fontannie klęczało dziecko ze złożonymi do modlitwy rączkami. Wtem pojawił się rycerz na koniu, który chciał ugasić swoje pragnienie. Rysy jego twarzy zdradzały burzliwą przeszłość, pełną przewrotności i grubiaństwa. Jeździec, podnosząc kubek z wodą do ust, spostrzegł modlące się dziecko i wzruszył się tym widokiem. W mgnieniu oka zmiękł wyraz jego twarzy, a z oczu potoczyły się rzęsiste łzy na wspomnienie swych niewinnych lat, gdy u kolan matki uczył się składać rączki do modlitwy. Peri podstawiła czarkę pod spadające łzy i zaniosła ją w ofierze Bogu. On przyjął łzy pokutującego grzesznika i pokutującej Peri i pozwolił wpuścić ją do nieba.
Rokrocznie Kościół obchodzi uroczyście święto Wszystkich Świętych. W tym dniu nie wspomina poszczególnych świętych, ale pamięcią ogarnia wszystkich, którzy osiągnęli na ziemi dojrzałość do pełnej i wiecznej wspólnoty z Bogiem. W dzisiejszej pogadance poruszę temat naszego zbawienia. Tę pogadankę tytułuję: „Powrót do raju”.

Raj ziemski

O człowieku, który przeżył życie w prawdzie i miłości, przez co osiągnął dojrzałość do pełnej i wiecznej wspólnoty z Bogiem, mówi się, że pójdzie do nieba. „Pójście do nieba” to oczywiście, wyrażenie nieścisłe. Niebo bowiem nie jest miejsce.
Nie znajduje się ono gdzieś poza chmurami ani poza gwiazdami. Nie jest miejscem, o które można by się zapytać: „Dokąd?”. Niebo jest stanem, o które trzeba się zapytać: „Jak?”
Biblijny ogród szczęśliwości, Eden, nazywany często rajem, nie był jakimś rezerwatem, sielankową oazą, w której rosły drzewa i kwiaty piękniejsze niż gdzieindziej, w której ptaki piękniej śpiewały, w której w bród było najrozmaitszych owoców, a w rześkich strumykach o kryształowej wodzie pluskały rybki, w której klimat był łagodny i często świeciło słońce. Gdyby taka kraina istniała, ekspedycje naukowe dotarłyby do niej i oznaczyłyby jej miejsce na naszym globie.
Obraz użyty przez natchnionego pisarza wyraża raczej szczęście, jakie pierwsi rodzice przeżywali na skutek przebywania w obecności Boga. Każdą chwilę ich życia opromieniała świadomość, że Bóg ich kocha, że stworzył dla nich wspaniały dom wśród gwiazd, że w życiu ich panuje harmonia, spokój, że nawet zwierzęta i ptaki nie boją się ich. I to, że wzajemnie darzyli
Boga miłością i mogli z Nim rozmawiać. Takie życie było dla nich źródłem niewysławionego szczęścia. Jednak to szczęście prysło niczym banka mydlana z chwilą gdy za podszeptem szatana sprzeniewierzyli się Bogu, zgrzeszyli nieposłuszeństwem i pychą, chcąc być na równi z Bogiem.
Ten szczególny poranek dziejów ludzkości minął. Nad ziemią, którą zamieszkiwały następne pokolenia, zaciążył wyrok ogłoszony Adamowi: „Przeklęta niech będzie ziemia z tego powodu; w trudzie będziesz zdobywał od niej pożywienie dla siebie po wszystkie dni twego życia. Cierń i oset będzie ci ona rodziła” (Rdz 3, 17-18). Trzeci rozdział Księgi Rodzaju kończy się następującą informacją: „Wygnawszy zaś człowieka, Bóg postawił przed ogrodem Eden cherubów i połyskujące ostrze miecza,
aby strzec drogi do drzewa życia” (3, 24).

„Wielka nędza i wielkie miłosierdzie”

Adam i Ewa nie wyszli z raju potworami – wyszli jako stworzenia rozumne i wolne. Pan Bóg odebrał im radość z przebywania z Nim na co dzień „twarzą w twarz” – to było darem, łaską ale nie odebrał im człowieczeństwa. Gorzko
przeżywali następstwa swego buntu, ale dowiedzieli się z ust Bożych, że nadal są kochani. Bóg dał im nawet ogólne zarysy swojego zbawczego planu.
Najwybitniejszy po Szekspirze poeta nowożytnej Anglii, John Milton (zm. 1674), porwał się na odtworzenie sceny przekraczania przez Adama i Ewę granicy „ogrodu rozkoszy”, czego już Biblia nam nie podaje. Swój poemat kończy słowami: "Uronili trochę łez, lecz wprędce je otarli. Cały świat stał przed nimi otworem. Mogli w nim wybierać miejsce swego pobytu, a
Opatrzność za przewodnika. Tak więc dłoń w dłoni, powolnym krokiem pielgrzymów, rozpoczęli z raju samotną wędrówkę” (Paradise Lost, Book XII). Jakie uczucia nurtowały ich serca i umysły? Chyba jeszcze lepiej niż Milton odgadł je św. Augustyn w V (piątym) wieku: „I pozostała wielka nędza i wielkie miłosierdzie”.

Próby zbawienia ludzkości

Po buncie pierwszych rodziców przeciwko Bogu w duszach ludzkich pokutuje jeszcze chęć do postawienia na swoim, bez pomocy Boga. Wielu odrzuca plan zbawienia, który w pełni objawił Bóg-Człowiek, Jezus Chrystus: „Tak Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. Albowiem Bóg nie posłał swego syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony” (J 3, 16-17). Nie wszyscy wierzą w Chrystusowi. Odrzucają zbawienie na Jego warunkach – przez wyznanie grzechu i pokutę. I tak na przestrzeni wieków pojawiły się różne systemy religijne, filozoficzne, społeczne i polityczne, które zaproponowały ludzkości wielorakie metody
zbawienia człowieka.
Ostatnia próbą zbawienia ludzkości był system komunistyczny. Uznał on religię za przeszkodę w realizowaniu pełnego szczęścia ludzkiego. Odrzucił więc Boga, zaprzeczył nawet Jego istnieniu. Ulegając obsesji raju ziemskiego, obiecywał stworzyć idealne, rajskie warunki bytowania na ziemi: chleb i pracę dla wszystkich, równość i braterstwo, a przede wszystkim
wolność od Boga, wyzwolenie z alienacji. Wyznawcy komunizmu wierzyli, że odrzucenie Boga przywróci człowiekowi godność pana i władcy tej ziemi. Ideowi komuniści mieli najlepsze intencje, kierowali się nieraz bardzo szlachetnymi pobudkami, osiągali czasem doskonałe wyniki, ale podobno jak przy budowie wieży Babel – siły twórcze rozpraszały się, bo nie budowali według planów i zasad najwyższego Architekta. A „jeżeli Pan domu nie zbuduje, na próżno się trudzą ci, którzy go wznoszą” – mówi Psalmista (Ps 127, 1).
Po siedemdziesięciu latach budowania raju na ziemi ludzie, którym komuniści starali się dogodzić, odwrócili się od ich dokonań i powiedzieli: „Nie samym chlebem żyje człowiek”. W krajach pokomunistycznych religia odżywa z żywiołową siłą.
Ernst Bloch, zbuntowany marksista niemiecki, przytaczając powiedzenie mędrca: „Łatwiej człowieka zbawić aniżeli go nakarmić chlebem”, stwierdził: „Człowieka łatwiej nakarmić chlebem aniżeli go zbawić”. Wszyscy zbawiciele, którzy usiłują bez Boga i poza Bogiem uszczęśliwić ludzkość, karmiąc ją wiedzą, techniką, sztuką i osiągnięciami kulturalnymi, prędzej czy później dochodzą do przekonania, że dusza ludzka nie tęskni do takiego szczęścia, że żadne dzieło człowieka wewnętrznie rozdartego nikogo nie nasyca, że ludzkość po wielu manipulacjach przywódców i błądzeniu po manowcach zatrzyma się przy tej propozycji, która uszanuje godność wolnego i rozumnego stworzenia, jego prawa i prawdę o sprawiedliwym i miłosiernym
Stwórcy.
Włoski kaznodzieja z siedemnastego wieku przyrównał arenę naszego świata do targowiska „wypełnionego krzykiem kupców i zachwalaniem różnych towarów nazywanych jednak zawsze zbawieniem”. Radził więc kupującym, aby dobrze
zbadali każdy towar, zanim zdecydują się go nabyć i „wnieść do domu swoich myśli, uczuć i działania”.
Dziś na tym targowisku pod etykietą „zbawienie” sprzedaje się ludziom pogański humanizm, socjalizm, tu i ówdzie jeszcze komunizm. Prawdą pozostaje zawsze to, co powiedział św. Piotr przed najwyższą Radą żydowską w Jerozolimie: Jezus Chrystus „jest kamieniem, odrzuconym przez was budujących, tym, który stał się głowicą węgla. I nie ma w żadnym innym
zbawienia, gdyż nie dano ludziom pod niebem żadnego innego imienia, w którym moglibyśmy być zbawieni” (Dz 4, 11-12).

Święci naszymi przewodnikami

Kościół katolicki głosi ludzkości dzieło zbawienia, jakiego dokonał Chrystus przez krzyż i zmartwychwstanie swoje. Droga zbawienia jest drogą krzyża, czyli samozaparcia i wyrzeczenia się grzesznych pożądliwości. Wyzwolenie z grzechów nie jest jednak łatwe. Wie o tym rozpustnik, pijak, narkoman, kłamczuch, wie o tym oszust, pyszałek, zazdrośnik, złodziej… Innej drogi nie ma. Jest tylko droga przez krzyż. Wskazuje nam ją Ewangelia, a obierają ją święci, którzy po wyzwoleniu z grzechu swoje
życie wypełniają prawdą, sprawiedliwością i pokojem. W dniu Wszystkich Świętych ogarniamy pamięcią ich wszystkich. Nie tylko tych, których imiona zapisane są w kalendarzu kościelnym. Wspominamy także tych, których imion nie znamy, na których może nikt za życia nie zwrócił uwagi, a także tych,
którzy nigdy nie starali się o rozgłos, a jednak ich imiona zostały zapisane w księdze życia. Są teraz u Boga - królowie i żebracy, ojcowie i matki, bogaci i biedni, młodzi i starzy. Wszyscy zjednoczeni w wiecznej szczęśliwości przebywają w domu Ojca niebieskiego. Wśród nich króluje Chrystus jako korona wszystkich świętych. On był Drogą, którą szli i Prawdą, którą naśladowali, a teraz jest ich Życiem. Zostali przez Boga wyniesieni na wyżyny majestatu. W nich wypełniło się słowo Pana: „W domu Ojca mego jest mieszkań wiele. Gdyby tak nie było, to bym wam powiedział. Idę przecież przygotować wam miejsce, a gdy odejdę i przygotuję wam miejsce przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem” (J 14,2-3).
A teraz zjednoczmy się na modlitwie za zmarłych.
Boże, Ty nam nakazałeś miłować wszystkich ludzi jak braci i siostry, także tych, których śmierć zabrała z tej ziemi. Wszyscy bowiem żyjemy w Tobie, wszyscy zjednoczymy się z Tobą w jednej wierze i miłości. Dopomóż nam, miłosierny Boże, zawsze dążyć ku temu zjednoczeniu, z miłością pomagając naszym żyjącym braciom i siostrom radą i dobrym przykładem, a zmarłym modlitwą i zasługami płynącymi z naszych dobrych uczynków. Racz przyjąć tę modlitwę, a przez nieskończone Miłosierdzie Twoje, przez Mękę i Śmierć Jezusa Chrystusa, Twojego Syna, naszego Zbawiciela i Odkupiciela, zmiłuj się nad duszami zatrzymanymi w czyśćcu, które muszą odpokutować za swoje grzechy, zanim wejdą do Twojej chwały. Ześlij im Ducha Twego, Pocieszyciela, aby je oświecił światłem i Twoją łaską oraz umacniał w nadziei Twego Miłosierdzia. Racz je wprowadzić do Królestwa Twojej chwały za przyczyną Najświętszej Maryi Panny i wszystkich Twoich świętych, jak również przez modlitwy Twego świętego Kościoła i nas wszystkich, niegodnych sług Twoich, którzy błagamy dla nich o Twe zmiłowanie. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

OJCIEC JUSTYN FIGAS (52-ga rocznica śmierci) - pogadanka z 23.10.2011 r.

O. Marcel Sokalski: W swojej historii Polonia północnoamerykańska miała i ma wiele wspaniałych postaci, które mogą być naszą dumą i radością. Wychodząc z rodzin, w których wiarę katolicką i polski patriotyzm łączono z ofiarnością i zaangażowaniem w życie nowego kraju, ci przewodnicy wspólnoty polskiej wyrastali na wielkich obywateli, jak również świetlanych synów Kościoła katolickiego. Wielu ich było i myślę, że w jeszcze niejednym naszym programie usłyszycie o nich. Dziś jednak, z racji 52 rocznicy śmierci Ojca Justyna Figasa pragnę zaprosić Was, którzy słuchacie Godziny
Różańcowej od lat do przypomnienia sobie, a tych, którzy stali się słuchaczami od niedawna do poznania założyciela naszego programu, duchowego Ojca Polonii i jej wielkiego syna, którym jest franciszkanin – Ojciec Justyn Figas.
Od roku 1997, z inicjatywy Rycerzy Kolumba z Rady noszącej jego imię rozpoczęły się starania o uznanie go Sługą Bożym, co jest pierwszym stopniem w ewentualnej beatyfikacji i kanonizacji. Staranie o wyniesienie Ojca Justyna na ołtarze ma doprowadzić nie do oddalenia go od nas, ale jeszcze większego zbliżenia, przypomnienia, że wyrósł spośród nas do Bożej miary świętości.
Dzisiaj zapraszam na pogadankę Księdza Józefa Średzińskiego, który przez dziesięć lat był proboszczem rodzinnej parafii Ojca Justyna w Everson, PA. Przypomni on nam postać Ojca Justyna Figasa.

Ks. Józef Średziński (6/21/98): Uważam sobie za wielki i niezasłużony honor, że mogę wystąpić przed mikrofonem słynnej „Godziny Różańcowej O. Justyna”. Powołano zaś mnie do przemówienia dlatego, że jej założyciel i pierwszy dyrektor Ojciec Justyn Figas pochodził z parafii św. Józefa, Opiekuna Najświętszej Rodziny w Everson, PA, w której Opatrzność Boża powierzyła mi sprawowanie obowiązków proboszcza. […] Ile razy bowiem mówimy o ojcu ziemskim, fizycznym czy duchownym, dobrze wrócić do źródła wszelkiego bytu i oddać hołd Bogu, Ojcu wszystkich ludzi, słowami Apostoła św. Pawła: „Zginam kolana moje przed Ojcem, od którego bierze nazwę wszelki ród na niebie i na ziemi” (Ef 3,14-15) czyli wszelkie ojcostwo.

Wszelkie ojcostwo od Boga pochodzi

Prawdę, że Bóg jest Ojcem, a my Jego dziećmi, wybrany naród żydowski pojmował stopniowo. W cudownym hymnie Tobiasza czytamy: „Wynoście Go pochwałami przed wszystkim, co żyje, [...] On sam Ojcem naszym” (Tb 13,4).
W miarę jak religia stawała się bardziej osobista, Psalmy i Księga Mądrości ujawniały ojcowską czułość, którą Bóg otacza człowieka sprawiedliwego. Dotyczyło to jednak jednego ludu. Chrystus rozszerzył horyzonty i odniósł tę czułość do wszystkich narodów, do ludzi wszystkich czasów. To było celem Jego misji – objawić Ojca. W przeddzień swej ofiarniczej śmierci na krzyżu, we Wieczerniku, powiedział w modlitwie arcykapłańskiej: „Objawiłem Twoje imię” (J 17,26).
Jakie było to imię i w jakich okolicznościach je objawił? Pewnego dnia Apostołowie z głębokim wzruszeniem a może nawet z pewną zazdrością obserwowali jak ich Mistrz się modlił. Trwał w wielkim skupieniu i w wielkiej gorącości ducha.
Czuli, że odsłania się przed nimi nieznany świat, że nagle znaleźli się w obecności żywego Boga. Prosili więc: „Panie, naucz nas się modlić” (Łk 11,1). Chrystus zaspokoił nie tylko ich pragienie, ale pragnienie wszystkich ludzi aż do końca świata. Rzekł do nich: „Kiedy się modlicie, mówcie: «Ojcze nasz, któryś jest w niebie»” (Mt 6,9).

Kiedy mówimy „Ojcze nasz…”

Modlitwę tę nazywamy „Modlitwą Pańską” albo modlitwą „Ojcze nasz”. A nazywamy ją nie tylko dlatego, że zaczyna się tymi słowami, lecz dlatego, że obejmuje ona sprawy Boga i niedole grzesznika. Modlić się umiemy tylko
wtenczas, gdy odważamy się mówić do Boga jak dziecko. Człowiek zarozumiały, pyszny nie potrafi się modlić, bo nie czuje swojej zależności od Boga, sądzi, że wszystko sobie zawdzięcza. Człowiek pokorny prosi Boga o wszystko jak dziecko, świadom, że Bóg jest jego Ojcem, że wszystko, czym jest i co posiada teraz i w przyszłości, od Niego, od Ojca otrzymuje.
Modlitwa Pańska jest streszczeniem całej naszej religii, całej Ewangelii, powiedział Tertulian, jeden z Ojców rodzącego się Kościoła. Z relacji, że Bóg jest naszym Ojcem, a my Jego dziećmi wynika, że my, ludzie wszystkich ras, narodów i języków, jesteśmy dla siebie braćmi. Ale nie stajemy się automatycznie dziećmi Boga, z samej natury, przez urodzenie, lecz przez łaskę. Bóg nie zmusza nikogo do miłowania Go. Przez łaskę stajemy się „uczestnikami Boskiej natury” (2 P 1,4). Nie znaczy to jednak, że nasze dziecięctwo Boże jest tylko nazwą, jest ono rzeczywistością. „Patrzcie,
jaką miłością obdarzył nas Ojciec, że zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi i rzeczywiście nimi jesteśmy” (1 J 3,1) – woła św. Jan Apostoł. Zaś św. Paweł mówi do Rzymian: „Otrzymaliście ducha przybrania za synów w którym możemy wołać: «Abba, Ojcze»” (8,15). Aramejskie słowo „Abba” pełne czułości, tkliwości oznacza zdrobniałe „Tatusiu!” Ojciec ziemski jest odblaskiem mocy i dobroci Bożej. Pan Jezus budząc w nas ufność i wiarę w dobroć Ojca, mówi:
„Proście, a będzie wam dane...Bo każdy, kto prosi, otrzymuje […]. Gdy kogo z was syn prosi o chleb, czy poda mu kamień? Albo, gdy prosi o rybę, czy poda mu węża? Jeśli więc wy, choć źli jesteście, umiecie dobre dary dawać swoim dzieciom, o ileż bardziej Ojciec wasz, który jest w niebie, da dobre rzeczy tym, którzy Go proszą” (Mt 7,7-11).

Justyn Figas – Ojciec Polonii

Obok ojcostwa fizycznego istnieje jeszcze ojcostwo duchowe. Pan Jezus powierzył je Apostołom i ich następcom – biskupom i kapłanom. Jednym z nich jest właśnie O. Justyn Figas zwany za życia „Ojcem Polonii”. Był on rzeczywiście ojcem dla wszystkich, zwłaszcza dla biednych, nieszczęśliwych i sierot.
O. Justyn Figas urodził się dnia 24 czerwca 1886 roku w McClure, PA. Dziś mała ta górnicza osada nosi nazwę Everson. Na chrzcie dano mu imię Michał. Ojciec, emigrant, utrzymywał rodzinę z ciężkiej pracy w kopalni węgla, podobnie jak wielu innych polskich i słowackich emigrantów. W czwartym roku życia Michał został dotknięty paraliżem dziecięcym. Ojciec jego, widząc, że chłopiec nie powraca do zdrowia, ofiarował go Matce Boskiej Częstochowskiej.
Złożył jednocześnie przyrzeczenie, że jak syn wyzdrowieje, uczyni wszystko, aby został kapłanem. Świadomość tego faktu i to, że w siódmym roku życia Michał odzyskał zdrowie, miało niezwykły wpływ na życie późniejszego Ojca
Justyna. Żywił on wielkie nabożeństwo do Matki Bożej, a jej częstochowski obraz był zawsze w jego celi zakonnej.
Podczas podróży do Polski nigdy nie ominął Jasnej Góry, gdzie za każdym razem odprawiał Mszę świętą w kaplicy Cudownego Obrazu.
Od czwartego roku życia Michał chodził cztery mile co niedziela ze swoimi rodzicami do kościoła, a od szóstego roku do szkoły parafialnej prowadzonej najpierw przez nauczycieli świeckich, a od 1898 roku przez siostry Nazaretanki. W 10 roku zmarła jego matka. Odtąd Michał, jako najstarszy z rodzeństwa, zajmował się uprawą małej działki przy domu, a w 11 roku życia rozpoczął prace w kopalni węgla. Nie zaniedbał jednak nauki. Pilnie się kształcił w literaturze polskiejnczytając pisma Adama Mickiewicza, Henryka Sienkiewicza, a później Bolesława Prusa i Władysława Reymonta. Duch jego był na wskroś przeniknięty miłością do narodu polskiego i Polski, kraju swych przodków. Czerpał obficie z bogactwa dwóch kultur – polskiej i amerykańskiej.
Jako młodzieńca niezwykle zdolnego w 14 roku życia wysłano najpierw do Gimnazjum św. Franciszka i na naukę filozofii w Trenton, N.J., a potem, po wstąpieniu do nowicjatu OO. Franciszkanów, na studia teologiczne do Rzymu, gdzie uzyskał doktorat z teologii i został wyświęcony na kapłana. Po powrocie z Rzymu piastował w prowincji różne funkcje, między innymi sekretarza prowincji, u boku ówczesnego prowincjała i zarazem twórcy polskiej prowincji franciszkańskiej, Ojca Jacka Fudzińskiego. Sam też piastował urząd prowincjała przez jakiś czas. Ze wszystkich osiągnięć O. Justyna największym było założenie i zorganizowanie sieci radiowej w Stanach Zjednoczonych i w Kanadzie pod nazwą Godzina Różańcowa. Głos jego docierał również do jego rodzinnego miasteczka Everson, z czego jego rodzina i mieszkańcy byli niezwykle dumni. Po śmierci wielkiego kaznodziei 23 października 1959 r. jego imieniem nazwano Godzinę Różańcową. Z najbliższej rodziny pozostała jeszcze przy życiu najmłodsza siostra O. Justyna, Stella, licząca 93 lata. Ale wszyscy mieszkańcy jego rodzinnej miejscowości dobrze wiedzą kim był O. Justyn i wraz z Ojcami Franciszkanami modlą się o jego beatyfikację.

W okresie Milenium Polski Chrześcijańskiej, gdy dokonywano podsumowania dorobku duchowego Polaków w Kraju i poza jego granicami, Ojciec Justyn Figas wszedł do grona współtwórców tego dorobku. Wtedy padło o nim następujące określenie: „Najpopularniejszy kapłan polsko-amerykański pierwszej połowy 20-go wieku; mądry socjolog, wytrawny psycholog o ojcowskim sercu, przyjaciel cierpiącego człowieka […] pokorny, lecz zdecydowany, wyrozumiały lecz twardy, otwarty, sprawiedliwy, kochający szczerze duszę swego narodu.” Zakończę stwierdzeniem, że do Ojca Justyna
najbardziej pasuje słowo „Ojciec” – Ojciec o sercu otwartym dla każdego, człowiek o duszy dziecięcej, który wszystkimi siłami starał się, by imię Boga było znane i czczone.
Módlmy się dzisiaj do Boga przez wstawiennictwo Ojca Justyna:
Ojcze Justynie – przez swoje wstawiennictwo u Boga wspomagaj wszystkich, którzy starają się ewangelizować współczesny świat, tak aby ludzie na całym świecie coraz doskonalej poznawali Ojca Niebieskiego i Jego wolę, i miłowali
Go coraz goręcej. Ojcze Justynie – prosimy Cię także o wstawiennictwo w tych wszystkich sprawach, które zostały nam polecone podczas tegorocznej nowenny na Dzień Ojców. Szczególnie prosimy o duchowe dary dla wszystkich ojców Polonii, aby naśladowali Twój wzór, a zmarłym aby zaświtał blaskiem zmartwychwstania Chrystus, który żyje na wieki. Amen.

DZIEŃ PAPIESKI - Bł. Jan Paweł II - pogadanka z 16.10.2011 r.

O. Marcel Sokalski: Corocznie od roku 2001, w niedzielę poprzedzającą 16 października, w rocznicę wyboru Kardynała Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową w Polskim Kościele, organizowany jest „Dzień Papieski”.
Jest to szczególna forma wdzięczności Janowi Pawłowi II za katechezę jego życia i nauczania, za chrześcijańską miłość, odwagę, pokorę i mądrość, którymi dzielił się z ludźmi.
Zapraszam Was na homilię bł. Jana Pawła II, wygłoszoną podczas apostolskiej pielgrzymki do Polski w sierpnia 2002 roku na Błoniach krakowskich. Myślą przewodnią homilii jest to, abyśmy byli świadkami miłosierdzia.

Bł. Jan Paweł II: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
«To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem» (J 15, 12).
Drodzy Bracia i Siostry! Te słowa Pana Jezusa, […] wpisują się w szczególny sposób w temat […] «Bóg bogaty w miłosierdzie». To hasło jest niejako streszczeniem całej prawdy o tej miłości Boga do człowieka, która przyniosła ludzkości odkupienie. «Bóg, będąc bogaty w miłosierdzie, przez wielką swą miłość, jaką nas umiłował, i to nas, umarłych na skutek występków, razem z Chrystusem przywrócił do życia» (Ef 2, 4-5). Pełnia tej miłości objawiła się w ofierze Krzyża. Nikt
bowiem «nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich» (J 15, 13). Taka jest miara miłosiernej miłości! Taka jest miara miłosierdzia Bożego!
Kiedy uświadamiamy sobie tę prawdę, zdajemy sobie sprawę, iż Chrystusowe wezwanie do miłości wzajemnej na wzór Jego miłości wyznacza nam wszystkim tę samą miarę. Doznajemy niejako przynaglenia, abyśmy korzystając z daru miłosiernej miłości Boga, sami z dnia na dzień oddawali życie, czyniąc miłosierdzie wobec braci. Uświadamiamy sobie, że Bóg, okazując nam miłosierdzie, oczekuje, że będziemy świadkami miłosierdzia w dzisiejszym świecie.
Wezwanie do dawania świadectwa miłosierdziu brzmi szczególnie wymownie tu, w umiłowanym Krakowie, nad którym góruje sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Łagiewnikach […]. Tu to wezwanie brzmi znajomo, bo odwołuje się do wielowiekowej tradycji tego miasta, której szczególnym znamieniem była zawsze gotowość do niesienia pomocy potrzebującym. Nie można zapomnieć, że z tej tradycji wyrosło wielu świętych, błogosławionych – kapłanów, osób konsekrowanych i wiernych świeckich – którzy poświęcili swe życie posłudze miłosierdzia. Od biskupa Stanisława, Królowej
Jadwigi Wawelskiej, Jana Kantego, Piotra Skargi SJ, aż do Brata Alberta, Anieli Salawy i kardynała Sapiehy kolejne pokolenia wiernych mieszkańców tego miasta podejmowały dziedzictwo miłosierdzia. Dziś to dziedzictwo zostało przekazane w nasze ręce i nie może pójść w zapomnienie […].
Pozdrawiam. W myślach przemierzam ten świetlisty szlak, na którym św. Faustyna Kowalska przygotowywała się do przyjęcia orędzia o miłosierdziu – szlak od Łodzi i Warszawy, przez Płock, Wilno, po Kraków – wspominając również tych, którzy na tym szlaku służyli św. Faustynie pomocą.
[…] Sercem obejmuję wszystkich moich rodaków, szczególnie dotkniętych cierpieniem i chorobą. O mej duchowej bliskości i o stałym towarzyszeniu w modlitwie pragnę zapewnić wszystkich doświadczonych wielorakimi trudnościami, zwłaszcza bezrobotnych, bezdomnych, ludzi w podeszłym wieku, ludzi samotnych, rodziny wielodzietne. Pozdrowieniem obejmuję naszych rodaków rozsianych po całym świecie […].
Kościół od początku swego istnienia, odwołując się do tajemnicy Krzyża i zmartwychwstania, naucza o Bożym miłosierdziu, które jest rękojmią nadziei i źródłem zbawienia człowieka. Wydaje się jednak, że dzisiaj jest szczególnie wezwany, by głosić światu to orędzie. Nie może zaniechać tej misji, skoro wzywa go do tego sam Bóg przez świadectwo św. Faustyny.
A wybrał Bóg do tego nasze czasy. Może dlatego, że wiek XX, mimo niewątpliwych osiągnięć w wielu dziedzinach, naznaczony był w szczególny sposób «misterium nieprawości». Z tym dziedzictwem dobra, ale też i zła weszliśmy w nowe tysiąclecie. Przed ludzkością jawią się nowe perspektywy rozwoju, a równocześnie nowe zagrożenia. Człowiek nierzadko żyje tak, jak gdyby Boga nie było. Uzurpuje sobie prawo Stwórcy do ingerowania w tajemnicę życia ludzkiego. Usiłuje decydować o
jego zaistnieniu, wyznaczać jego kształt przez manipulacje genetyczne i w końcu określać granicę śmierci. Odrzucając Boże prawa i zasady moralne, otwarcie występuje się przeciw rodzinie. Na wiele sposobów usiłuje się zagłuszyć głos Boga w ludzkich sercach, a Jego samego uczynić «wielkim nieobecnym» w kulturze i społecznej świadomości narodów. […]
«Tajemnica nieprawości» wciąż wpisuje się w rzeczywistość świata, w którym żyjemy.
Doświadczając tej tajemnicy, człowiek przeżywa lęk przed przyszłością, przed pustką, przed cierpieniem, przed unicestwieniem. Może właśnie dlatego przez świadectwo skromnej zakonnicy z Łagiewnik Chrystus niejako wchodzi w nasze czasy, ażeby wyraźnie wskazać na to źródło ukojenia i nadziei, jakie jest w odwiecznym miłosierdziu Boga.
Trzeba, ażeby Jego orędzie o miłosiernej miłości zabrzmiało z nową mocą. Świat potrzebuje tej miłości. Nadszedł czas, żeby Chrystusowe przesłanie dotarło do wszystkich, zwłaszcza do tych, których człowieczeństwo i godność zdają się zatracać w mysterium iniquitatis. Nadszedł czas, aby orędzie o Bożym miłosierdziu wlało w ludzkie serca nadzieję i stało się zarzewiem nowej cywilizacji — cywilizacji miłości […].
To orędzie Kościół pragnie niestrudzenie głosić nie tylko żarliwym słowem, ale także gorliwą praktyką miłosierdzia. Dlatego też nieustannie wskazuje na przykłady tych, którzy w imię miłości Boga i człowieka «szli i owoc przynosili». Dziś dołącza do nich czworo nowych błogosławionych. Różne były czasy, w których żyli, różne były ich osobiste dzieje. Jednak jednoczy ich ten szczególny rys świętości, jakim jest oddanie sprawie miłosierdzia.
Bł. Zygmunt Szczęsny Feliński, arcybiskup warszawski w trudnym czasie niewoli narodowej, wytrwale wzywał do ofiarności na rzecz ubogich, do otwierania instytucji wychowawczych i zakładów dobroczynnych. […] Po upadku powstania styczniowego, wiedziony miłosierdziem wobec braci, otwarcie wystąpił w obronie prześladowanych. Ceną za tę wierność miłości było zesłanie w głąb Rosji, które trwało dwadzieścia lat.
Oto przykład duszpasterskiej posługi, który dziś w sposób szczególny pragnę powierzyć moim braciom w biskupstwie. Drodzy bracia, niech arcybiskup Feliński patronuje waszym wysiłkom mającym na celu tworzenie i realizację duszpasterskiego programu miłosierdzia. Ten program niech kształtuje wasze zaangażowanie w życie Kościoła, a także w życie społeczne, polityczne na arenie narodowej, europejskiej i światowej.
[…] Pragnienie niesienia miłosierdzia najbardziej potrzebującym zaprowadziło bł. Jana Beyzyma – jezuitę, wielkiego misjonarza — na daleki Madagaskar, gdzie z miłości do Chrystusa poświęcił swoje życie trędowatym. […]
Cieszę się, że duch solidarności w miłosierdziu wciąż panuje w polskim Kościele, czego dowodem jest wiele dzieł pomocy społecznościom dotkniętym przez klęski żywiołowe w różnych regionach świata […].
W duchu miłosierdzia wspierajcie nieustannie misjonarzy pomocą i modlitwą.
Służbą miłosierdziu było również życie bł. Jana Balickiego. Jako kapłan miał zawsze otwarte serce dla wszystkich potrzebujących. Jego posługa miłosierdzia przejawiała się w niesieniu pomocy chorym i ubogim, ale szczególnie mocno wyraziła się przez posługę w konfesjonale. Zawsze z cierpliwością i pokorą starał się zbliżyć grzesznego człowieka do tronu Bożej łaski.
[…] Wspominając o tym, zwracam się do kapłanów i seminarzystów: proszę was, nie zapominajcie, że na was, szafarzach Bożego miłosierdzia, spoczywa wielka odpowiedzialność,
Dzieło miłosierdzia wyznaczało również drogę powołania zakonnego bł. Sancji Janiny Szymkowiak, serafitki. […] Już z domu rodzinnego wyniosła gorącą miłość do Najświętszego Serca Jezusowego i w tym duchu była pełna dobroci dla wszystkich ludzi, a szczególnie dla najbiedniejszych i najbardziej potrzebujących.
Pozdrawiając Zgromadzenie Córek Matki Bożej Bolesnej – serafitek, zwracam się do wszystkich sióstr zakonnych i osób konsekrowanych: niech bł. Sancja będzie wam przykładem, patronką. Przyjmijcie na swój sposób jej duchowy testament, który zawarła w jednym prostym zdaniu: «Jak się oddać Bogu, to oddać się na przepadłe».
Bracia i siostry! Wpatrując się w postaci tych błogosławionych, pragnę przypomnieć raz jeszcze słowa, które napisałem w encyklice o Bożym miłosierdziu: «Człowiek dociera do miłosiernej miłości Boga, do Jego miłosierdzia o tyle, o ile sam przemienia się wewnętrznie w duchu podobnej miłości w stosunku do bliźnich» (n. 14). Obyśmy na tej drodze odkrywali coraz pełniej tajemnicę miłosierdzia Bożego i żyli nią na co dzień! […].
Trzeba spojrzenia miłości, aby dostrzec obok siebie brata, który wraz z utratą pracy, dachu nad głową, możliwości godnego utrzymania rodziny, wykształcenia dzieci doznaje poczucia opuszczenia, zagubienia i beznadziei. Potrzeba «wyobraźni miłosierdzia», aby przyjść z pomocą dziecku zaniedbanemu duchowo czy materialnie; aby nie odwracać się od chłopca czy dziewczyny, którzy zagubili się w świecie różnorakich uzależnień lub przestępstwa; aby nieść radę, pocieszenie, duchowe i moralne wsparcie tym, którzy podejmują wewnętrzną walkę ze złem. […]. Potrzeba tej wyobraźni miłosierdzia wszędzie tam,
gdzie ludzie w potrzebie wołają do Ojca miłosierdzia: «Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj». Oby dzięki bratniej miłości tego chleba nikomu nie brakowało! […]. «Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią» (Mt 5, 7).
[…].
Podczas mej pierwszej pielgrzymki do Ojczyzny w r. 1979 tu, na tych Błoniach mówiłem, że «gdy jesteśmy mocni Duchem Boga, jesteśmy także mocni wiarą w człowieka — wiarą, nadzieją i miłością: są one nierozerwalne i jesteśmy gotowi świadczyć sprawie człowieka wobec każdego, któremu ta sprawa prawdziwie leży na sercu». […]. Dlatego też prosiłem was wówczas, «abyście nigdy nie wzgardzili tą Miłością, która jest ‘największa’, która się wyraziła przez krzyż, a bez której życie ludzkie nie ma ani korzenia, ani sensu» […].

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! Dziękuję Wam za cierpliwość.
O. Marcel: W sobotę, 22 października przypada pierwsze liturgiczne wspomnienie bł. Jana Pawła II. Jest ono obowiązkowe w diecezji rzymskiej oraz w całej Polsce.
Boże, bogaty w miłosierdzie, z Twojej woli błogosławiony Jan Paweł II, papież, kierował całym Kościołem, spraw, prosimy, abyśmy dzięki jego nauczaniu z ufnością otworzyli nasze serca na działanie zbawczej łaski Chrystusa, jedynego Odkupiciela człowieka. Który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego, Bóg, przez wszystkie wieki wieków.

MOJA SOLIDARNOŚĆ Z CIERPIĄCYM CZŁOWIEKIEM - pogadanka z 9.10.2011 r. - O. Kornelian Dende

O. Marcel Sokalski: Niektóre wydarzenia z życia człowieka domagają się odkrycia poprzez nadanie im głębszego sensu.

Do takich niewątpliwie należy konkretny świat ludzkiego cierpienia. Czym jest cierpienie? Pozbawienie dobra do którego człowiek ma prawo (por. SD 7). Cierpiący jest osobą, która z różnych przyczyn utraciła dobro, które jej się należało. Przeżywanie straty jest typowe dla człowieka. Tylko w przypadku człowieka możemy mówić o cierpieniu. Nie można powiedzieć, że zwierzęta cierpią. One jedynie doświadczają bólu. Przykład: utrata bliskiej osoby jest dla rodziny ciężkim przeżyciem, naznaczonym cierpieniem. Utrata zwierzęcia nie jest przeżyciem dla pozostałych osobników, nawet sami są czasami w stanie pozbawić się życia i żadne z nich nie płacze z tego tytułu (chyba, że w kreskówkach). A więc cierpienie dotyka jedynie człowieka, dotyka wszystkich jego sfer, może mieć bardzo dużo powodów i może bardzo długo trwać.
Jak powinno wyglądać moje spotkanie z osobą, która została pozbawiona jakiegoś dobra i boleśnie to przeżywa?

Współczesne nauki, zwłaszcza psychologia, zachęcają, aby w kontaktach z cierpiącymi, nie uciekać od tego tematu, ale pomagać tym ludziom jakby powtórnie przeżyć ich sytuację, słuchać, pozwolić, żeby się wypowiedzieli, pytać o uczucia. W przypadku cierpienia nie wystarczy być blisko fizycznie, trzeba również być blisko problemu, który dotknął tego człowieka.
Czasami, ośmielę się również powiedzieć zawsze - w kontaktach z cierpiącymi - mamy poczucie kompletnej bezradności, niemocy. Nie wiemy, jak pomóc, interweniować w takich potrzebach. Nie zawsze przy okazywaniu pomocy należy być aktywnym w sensie coś robić, działać. W tym przypadku wszystko, co można zrobić, co jest potrzebą cierpiącej, to zwyczajnie dopuścić ją do głosu i razem przeżywać.

Płakać z płaczącymi, śmiać się ze śmiejącymi. Tu mamy do czynienia z tak zwaną empatią - zdolnością wczucia się w sytuację drugiego. Posługując się językiem wiary, tę predyspozycję określimy mianem miłosierdzia - które w przełożeniu znaczy tyle, co wejść w cudzą skórę.
Łatwe do zrozumienia, ale tak trudne do zrobienia. Przykładem podejścia do cierpiących, chorych był Chrystus. Może w tym momencie mamy przed oczami jakieś Jego spotkanie z osobą cierpiącą. Dla każdej sytuacji, kluczowy był jeden zwrot, który demaskował stan duchowy Jezusa. Na widok cierpienia, był zdjęty litością, przejęty do głębi serca. Uszczęśliwiał, bo zauważał człowieka i jego życiową sytuację.

Być zdjętym litością, przejętym do głębi serca. Dla jednego będzie to talent, a dla drugiego zwyczajne pragnienie bycia nie tylko z człowiekiem, ale także z jego cierpieniem. Chodzi o bycie milczące, cierpliwe, uczuciowe.

Nie dysponujemy mocą uzdrawiającą, jak Chrystus, ale dysponujemy wiarą, która podpowiada nam, jak w danej sytuacji doprowadzić cierpiącego do Chrystusa; może zaproponować modlitwę o uzdrowienie, przeczytać fragment z Pisma św., który wleje nadzieje w serce; niekoniecznie od razu mówić o spełnieniu woli Bożej. Człowiekowi trzeba pozwolić dojrzewać w nowej rzeczywistości. Nie każdy temat nadaje się na pierwsze spotkanie. Potrzeba ogromnego wyczucia, miłosierdzia.
Życzę, sobie i Wam, dojrzałych spotkań z cierpiącymi. Aby rozwinąć ten temat zapraszam Was na archiwalną pogadankę Ojca Korneliana.

O. Kornelian Dende (9/18/83): Witam Was Drodzy Rodacy i Miłe Rodaczki staropolskim: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

„Ludzie są bardzo zróżnicowani. Ludzie mają niepowtarzalne cechy indywidualne. Każdy z nich jest dla siebie swoim światem.
Szukając jednak spraw wspólnych na pierwszym miejscu wymieniamy cierpienie. Wszyscy ludzie w swoim życiu cierpią. Od chwili urodzenia, gdy wychodząc z łona matki reagują na pierwsze zetknięcie ze światem bolesnym krzykiem. Cierpienia zadaje im los, inni ludzie, sami sobie… Cierpienie jest najpowszechniejszym zjawiskiem życia. Co więcej, jest ono koniecznością rozwoju… Dla wielu filozofów życia cierpienie jest podstawowym składnikiem. ‘Ludzie rodzą się, cierpią i umierają’ – tak we wschodniej bajce mędrcy streścili istotę życia ludzkiego dla swojego króla, który na łożu śmierci jeszcze chciał poznać cel i sens swojej egzystencji”. Tymi słowy rozpoczyna swoją książkę o „Sprawach ludzkich” znany polski socjolog, profesor Jan Szczepański, wskazując na najpowszechniejszą, najbardziej podstawową płaszczyznę naszej ogólnoludzkiej solidarności – na cierpienie. (Jan Szczepański: Sprawy ludzkie. Warszawa 1978 s. 9).
Istotnie żyjemy w świecie, gdzie panuje cierpienie i śmierć. Prawdziwiej – gdzie człowiek cierpi i umiera. Każdy człowiek. Dlatego równie dobrze przystaje do człowieka określenie „homo sapiens” – „istota rozumna” jak i „homo patiens” – „istota cierpiąca”.
Można jednak mówić o innej jeszcze solidarności. Bardziej osobistej. Przez to bardziej ludzkiej. Święty Paweł – na podstawie własnego doświadczenia – tak ją formułuje, zalecając pierwszym chrześcijanom: „jedni drugiego brzemiona noście i tak wypełniajcie prawo Chrystusa” (Ga 6, 2).
Z „problemem cierpienia” spotykamy się przy czytaniu niejednej książki. Próbują one wielostronnie analizować cierpienie: od opisu bólu fizjologicznego i jego analiz psychologicznych aż do rozważań problemów moralnych, jakie rodzą się z cierpienia. Bardzo to
pożyteczne książki. W życiu jednak mamy do czynienia z żywym cierpiącym człowiekiem, nie z problemem. I dlatego za temat dzisiejszej pogadanki obrałem: „Moja solidarność z cierpiącym człowiekiem”.
Brak skutecznej recepty na cierpienie. Słowa są bezsilne.
Co krok stajemy wobec paradoksu. Z jednej strony książki na temat cierpienia cieszą się ogromną poczytnością. Panuje niezmiennie ogromny popyt na tego rodzaju literaturę, bo powszechnie jest w nas pragnienie, żeby zabezpieczyć się przed cierpieniem, znaleźć na nie kojący środek, czy choćby odrobinę pociechy i pokrzepienia.
Z drugiej natomiast strony – też co krok – spotyka nas zawód. Gdy trzeba stanąć oko w oko z żywym, szamocącym się z bólu człowiekiem – to niedawno jeszcze podziwiane błyskotliwe słowa, kunsztowne zdania, subtelne rozumowania okazują się zupełnie nieprzydatne. Gdy przez czyjeś życie przetacza się straszliwie walec fizycznego lub duchowego cierpienia, miażdżąc wszystko po drodze, wtedy najwspanialsze teorie tracą moc przekonywania. Nie przynoszą ukojenia. Budzą raczej irytację. Po prostu cierpienia nie da się „zagadać”.
Przy najlepszej woli i najszczerszej chęci niesienia pomocy, słowa ludzkie, nawet najżyczliwsze i najprostsze, bardzo niewiele mogą zdziałać. Jeden z niezlicznych przykładów na potwierdzenie tego opisała przed ośmiu laty polska lekarka, pracująca w Kuwejcie, doktor Maria Prawecka: „Wezwano mnie kiedyś do małego dziecka. Dziecko to poprzedniego dnia rodzice zabrali z kuwejckiego szpitala. Miało umrzeć w domu. Przyjechałam do beduińskiego szałasu, gdzie przy ognisku głośno zawodziło kilkanaście kobiet. Dziecko rzeczywiście umierało, a ja nic nie mogłam pomóc. Powiedziałam o tym matce - była zrozpaczona. Spytałam ją: ‘Ile masz jeszcze dzieci’? Nie umiała odpowiedzieć. Wyciągnęła obie dłonie i na palcach zaczęła wyliczać imiona. Okazało się, że ma jeszcze dwanaścioro dzieci. Próbowałam ja pocieszyć. – ‘Nie rozpaczaj, masz dla kogo żyć’ - powiedziałam. Spojrzała na mnie z wyrzutem. – ‘Pokaz mi twoje ręce, hakima’ – powiedziała. Dotykała kolejno moich palców. ‘Widzisz, to wszystko jest twoje. Gdybym obcięła ci któryś z palców, byłabyś kaleką na całe życie. Nigdy nie mów tak do Matki’” (Ile masz palców, hakima? „Dookoła świata” 1975 nr 32).
Nie tylko do matki. Do każdego! Zwykle życzliwa obecność bez wielkich słów może zdziałać o wiele więcej niż mądre czy uczone rady. Toteż bardziej ludzkie i rozsądniejsze jest to, co pisze C. S. Lewis we wstępie do książki o „Problemie cierpienia”: „Nigdy nie byłem tak szalony, żeby upatrywać w sobie powołanie do uczenia innych męstwa i cierpliwości. Nie potrafię też nic innego ofiarować moim czytelnikom jak tylko przekonanie, że jeśli już przyjdzie znieść cierpienie, szczypta odwagi jest bardziej pomocna niż wielka wiedza; trochę ludzkiej sympatii działa skuteczniej od dużej dozy odwagi, a najmniejszy odblask miłości Boga okazuje się tu ,mocniejszy niż wszystkie pozostałe środki”, (Znak 1961 nr 80 s. 234).

Jakie zatem ma być rozwiązanie? Nie rozwiązanie teoretyczne, a praktyczne, konkretne, na co dzień. Nie rozwiązanie w ogóle, ale rozwiązanie dla mnie!
Tym rozwiązaniem jest solidarność z bliźnim, wspólne „dźwiganie ciężarów” (Ga 6, 2) zgodnie z zaleceniem św. Pawła.

Solidarność pozorna

Hasło solidarności stało się ostatnio bardzo popularne […]. Tym bardziej więc zobowiązuje to nas, by nasza solidarność była prawdziwa. Żeby nie stała się sloganem bez pokrycia ani działaniem pozornym. A o to zupełnie łatwo.
Jak to przekłada się na sytuacje praktyczne, widać w epizodzie „z życia”, jaki opowiada Marie Killilea w przejmującej książce „Z pozdrowieniem od Karen”. Opisuje w niej walkę z kalectwem córki Karen, wynikiem z dziecięcego porażenia mózgu. Ogromnym wysiłkiem całej rodziny dziewczynka nauczyła się mówić, pisać, w pewnej mierze także chodzić. Stoi teraz u progu samodzielnego życia. I oto matka pisze: „Przedwczoraj zobaczyłam, jak jeden z przyjaciół niesie Karen przez trawnik. – ‘Cóż to za nowy genialny pomysł’? – spytałam. Karen uśmiechnęła się i odparła: ‘Ależ Mom, on się czuje dzięki temu taki dobry’ (Z pozdrowieniem od Karen. Warszawa 1980 s. 171)! A przecież w takiej sytuacji życiowej wcale nie chodzi o to, żebym poprawił sobie samopoczucie, dostarczając pożywki zwykłemu samolubstwu. Celem mojego postępowania ma być przyjście bliźniemu z prawdziwą, skuteczną pomocą. Dlatego też tak niezbędna jest z
mojej strony ciągła, rzetelna samokontrola.

Solidarność prawdziwa

Na czym się zasadza solidarność autentyczna? Na wspólnym stawianiu czoła cierpieniu. Na wspólnym wysiłku, zmierzającym do pokonania go. W rzeczach wielkich i w sprawach drobnych. Żeby przynosiła owoce, musi być oparta na prawdziwym szacunku i wielkiej, ofiarnej miłości. To bowiem daje siłę i tytuł do stawiania drugiemu, cierpiącemu człowiekowi i – przede wszystkim! – sobie wymagań, pobudzenia do wysiłku, nierzadko też nawet do ofiary.
A oto dwa przykłady, pokazujące jak to może wyglądać w praktyce. Pierwszy – ze wspomnianej książki „Z pozdrowieniem od Karen”.
Matka jej opowiada:
„Karen, która czytała, podniósłszy głowę odezwała się: Pić się chce Glorio. – Gloria od razu wstała.
- Usiądź powiedziała do niej krótko. A do Karen: - Jeżeli chce ci się pić, to możesz sama sobie przynieść. – Zapięłam aparat, podałam
kule, pomogłam wstać. Możesz iść!
Kiedy Karen była już daleko, żeby to słyszeć, spytałam Glorię:
- Czy nie zdajesz sobie sprawy, że Karen cały czas chce czegoś od ciebie?
- Chętnie jej pomagam – odparła.
- No właśnie. A tym wcale jej nie pomagasz, tylko szkodzisz…
- Naprawdę… - zaczęła Gloria z lekkim rozdrażnieniem.
- Naprawdę. Posłuchaj przez chwilę. Tak jak i my robisz, co możemy, żeby Karen stała się niezależna, a tymczasem twoja łagodność, pewien rodzaj samolubnej miłości, ponieważ nie możesz patrzeć na jej zmagania, pozbawiają ją pragnienia niezależności. Wy wszyscy, moje
dzieci, robicie błąd, ale ty najczęściej” (Tamże s. 177).
I drugi przykład, z życia wielkiego katolickiego pisarza włoskiego Giovanniego Papini (+1956).
„Ostatnie lata swego życia spędził w łóżku, w stanie okropnym: był sparaliżowany i niemy. Chorobę znosił z budującym poddaniem się woli Bożej i prawdziwie po chrześcijańsku, ale nie opuszczała go chęć i potrzeba tworzenia. Było to technicznie niewykonalne. I wtedy przyszła mu z pomocą jego wnuczka - piękna czarnooka Anna Paszkowska. Pisanie wymagało heroizmu, chyba ze stron obu. Oto piękna Anna trzymała przed oczyma starca alfabet i przesuwała po nim palcem. Gdy natrafiła na odpowiadającą pisarzowi literę, ten dawał jej znak bądź głową, bądź mrugnięciem. Z tak szeregowanych liter powstawały artykuły, dalej regularnie drukowane co dwa tygodnie w Corriere Della Sera”, a z tych artykułów powstała książka „Szczęście nieszczęśliwego” (Z. Starowieyska–Morstinowa: Szukam człowieka. Kraków 1973 s. 286-287).
Łatwo zdać sobie sprawę, jak ogromnego trudu wymagało to od obu stron. Trudu nieefektywnego a zarazem tym heroiczniejszego, że rozłożonego na miesiące i lata całe. A stać na to było zupełnie zwykłych ludzi. Takich jak my!

Co wynika stąd dla mnie? Co powinno wynikać?! – Wniosek narzuca się sam: „Iść i czynić podobnie”, jak to niejednokrotnie zalecał swoim słuchaczom Chrystus Pan. Wtedy w ostatecznym obrachunku naszego życia „Ojciec mój – mówił Chrystus – przez to dozna chwały,
że owoc obfity przyniesiecie i staniecie się moimi uczniami” (J 15, 8).