DOM l ŻYCIE! - pogadanka o. Justyna z 26.03.1939 r.

Przed kilku laty powracałem pociągiem z Baltimore do Buffalo. Kto zna nasz Gród Bawoli, wie, że wszystkie tory kolejowe przecinają najbiedniejsze przedmieście na południowo wschodniej stronie. Ponieważ zaś wszystkie pociągi zmuszone są zwolnić biegu, zanim wjadą do głównego dworca, pasażer jeśli chce, może dowolnie przypatrzeć się widokom, migającym się przed oknami wagonu pasażerskiego. Stałem ja przy oknie w ten poranek wiosenny i nie tylko patrzyłem na te maleńkie i biedne domki, które wyglądały jak cacka gwiazdkowe, w promieniach słonka, uśmiechającego się radośnie do starszych i młodszych, ale popadłem w głęboką dumkę. Na pozór i na zewnątrz to niby ubogie i zimne, i zwykłe. Gdyby jednak oko ludzkie mogło przejrzeć przez te ściany, firany i zasłony, z pewnością zobaczyłoby akty poświęcenia, ofiarności, miłości i zaparcia siebie. Ci biedni i zapomniani wyrośliby na bohaterów godnych pochwały, czci i uwielbienia! Tak zgubiony w rozmyślaniu, nie zauważyłem, że tuż przy oknie obok mnie, też stał jakiś jegomość. I on patrzył. I on myślał. Ubrany był według mody! Wyglądał jakby co dopiero wyszedł z okna wystawowego. Powtarzam, i on był zamyślony. Wreszcie oderwał wzrok od okienka, popatrzył się na mnie i wycedził powoli i cynicznie takie pobłażliwe zdania: "Takie przedmieście to tylko wrzód na ciele całego miasta. Pełno tu brudactwa, niedostatków i biedy! Podpalić to wszystko i skończyć z tym!" — Nie zamierzałem mędrcowi odpowiedzieć. Kiedy jednak pomyślałem, że i ja w takim biednym domku na świat przyszedłem — wychowałem się — że właśnie tam poznałem znaczenie tkliwej miłości rodziców oraz rodzeństwa, i że w dodatku olbrzymia większość naszego ludu mieszka i pędzi szczęśliwie ten marny żywot w podobnych domkach przy torach na przedmieściach — po "patchach" majnerskich — po farmach i lasach — toteż serce zaskowyczało we mnie. Spojrzałem ja na wykwintnie ubranego pana. Kto wie czy się nie cofnął przed moim wzrokiem. Rzucałem w niego wyrazami i zdaniami, jak pociskami. Z początku niedowierzał własnym uszom. Przestał jednak patrzeć wyzywająco. Uśmieszek uciekł z przyciśniętych ust. Słuchał z zadziwieniem. Przytakiwał głową. Po dziesięciu minutach moich argumentów, odpowiedział: "Nigdy nie wyobrażałem sobie, aby ksiądz mógł odmalować taki obraz szczęścia, spokoju i zadowolenia, pomiędzy takimi czterema
ścianami, w takich biednych — budkach!" Podał mi rękę na pożegnanie i rozeszliśmy się! Teraz do mowy pt.

DOM I ŻYCIE!

Kiedy objeżdżam rozmaite miasta, czy tu w Ameryce, czy tam w Europie, zawsze mnie obwożą po rozmaitych dzielnicach i pokazują mi najśliczniejsze pałace i najwspanialsze aleje, bulwary i ulice. Nie pomijają kościołów, muzeów, teatrów i parków! Zawsze jednak z największym naciskiem i dumą wskazują na wielkie i wspaniałe domy mieszkalne! Przewodnik po wyczerpaniu opisów, nieraz wybujanych, pyta się: "Czy to nie śliczny dom? Prawdziwe cacko, co?" Patrzę i widzę budowlę mistrzowską; otoczenie rajskie; trawniki miłe; drzewka wspaniałe; krzewy zachwycające; klomby kwiatów sprowadzonych spoza mórz, fontanny rzucające strumienie wody i tak bez końca. Przyznam, to wszystko piękne, pociągające człowieka. To jednak tylko pozór! Czy jednak w rzeczywistości tam wewnątrz ślicznie, ciepło, miło i szczęśliwie? Mieszkać w pałacach i zamkach, stąpać po grubych dywanach; sypiać w królewskich łożach; przechodzić przez pięknie udekorowane komnaty, jeść i pić z pozłacanych naczyń, to jeszcze nie znak życia szczęśliwego. Wszystkie te bogactwa i dostatki, cały ten przepych, mogą zamienić sam pałac w komorę udręki i cierpień, w samo więzienie! Największe sumy i majątki wyrzucone na ozdobienie i upiększenie budowli, nie zamienią jej w — dom. Powtarzam, dlatego takie imponujące budynki nazywamy zamkami lub pałacami, nigdy jednak domem!

Teraz podajcie mi rękę. Zaprowadzę was do jednego z tych domków obok torów kolejowych. Tu mieszka rodzina, od lat dobrze mi znana. Ojciec, matka i czworo dzieci!
Wchodzimy. Niewiasta wita nas z uśmiechem. W chałupce, ubogo, ale czysto, aż do przesady. Opowiada nam taką historyjkę: "Kiedyśmy się sprowadzili do tego domku, kupionego za tanie pieniądze, chałupka się chwiała. Brudna była, odarta i zaniedbana. Musieliśmy myć, szorować i czyścić. Z początku nasze finanse nie pozwoliły na zakup tapet. Nie chcąc zaciągać pożyczki, musieliśmy dorabiać się powoli. Dopiero po dwóch latach, mogliśmy pozwolić sobie na pomalowanie domu i na założenie trawnika. Powoli skupujemy nowe sprzęty i meble. Mąż zarabia niewiele, ale regularnie. Ja opiekuję się kasą i gospodaruję! Nie mamy żadnych dostatków, nie mamy jednak biedy. Jesteśmy zadowoleni, szczęśliwi i zdrowi. Mamy za co Bogu dziękować. I dziękujemy rano i wieczór, przed i po każdem jedzeniu! Ten mały domek jest naszym gniazdkiem!
Zadaniem mojego męża jest pracować na mnie i na dzieci. Moim dążeniem jest znów uszczęśliwić męża i dzieci. Jesteśmy zadowoleni że żyjemy i pracujemy w zgodzie!"

Powiecie wy mi, że to wyjątkowe zdarzenie i nie zwyczajny domek! Zapewniam was, że się mylicie. Jest ich tysiące i tysiące. Więcej takich, aniżeli sobie wyobrażacie! Co może jeden ojciec uczciwy lub matka dbała uczynić, i w jaki sposób mogą się przyczynić do upiększenia i umilenia domu rodzinnego'! Czemu każdy ojciec i dlaczego każda matka nie chce zrozumieć, że od nich zależy domowe szczęście i zadowolenie rodzinne? Zresztą, życie ludzkie pędzone w niezadowoleniu jest próżne, bezcelowe, ciężkie, bez znaczenia, biedne, mizerne i nieszczęśliwe. Jako przykład życiowy, przytaczam list datowany 5-go lutego br., oddaje go w tłumaczeniu ponieważ oryginał pisany jest w języku angielskim! — "Jestem młodą Polką. Liczę dwadzieścia jeden lat o inteligencji przeciętnej amerykanki. Lubię dobre czasy, nigdy jednak nie zapominając o zasadach wiary. Całe moje nieszczęście, to z moimi rodzicami, których kocham serdecznie i szanuję głęboko! Obawiam się, że jeśli obecne stosunki wkrótce się nie zmienią, będę musiała porzucić dom rodzinny, i to nie z mej winy! Moi rodzice regularnie słuchają programu Godziny Różańcowej i ja szczerze wierzę, że tylko przez Ojca Justyna mogę sięgnąć do rozumu i serca moich rodziców, aby zmienili się względem mnie! No, mieszkamy w najpodlejszej dzielnicy ogromnego Chicago! Przyznać jednak muszę, że tak ojciec jak matka, dbali bardzo o nasze wykształcenie, na to nie szczędzili. Wdzięczna im jestem za to! Są jednak pod wrażeniem, że my dziś powinniśmy żyć, tak jak oni żyli czterdzieści lat temu! Mimo, że nasze mieszkanie posiada pewne wygody, matka nie dba aby wyglądało jak prawdziwy i ciepły dom! Wszystko starej daty, według starej mody. Kuchnia, sypialnia, umywalnia, słowem, to chałupka, nie żaden dom. Mój ojciec mimo wielu zalet, ostatnimi czasy, ogromnie się zaniedbuje. Może się zniechęcił, ponieważ matka nasza pije i to od lat! Sama wstydzę się przyznać, lecz może mi się lepiej zrobi po tym, że będąc dzieckiem, niecierpliwie i ze strachem oczekiwałam powrotu ojca z roboty, aby dopomógł mi podnieść z podłogi moją spitą do nieprzytomności matkę i zanieść ja do łóżka! Mój ojciec wtenczas nigdy nie miał ciepłej kolacji po długich godzinach ciężkiej pracy. Kiedy dorastałam, jakoś sobie radziłam, zawsze jednak czułam wstyd i ból, ponieważ języki sąsiadów nie dawały nam spokoju. Nieraz wstydziłam się wyjść na ulicę, bo wszyscy pytali się mnie, czy moja matka znów jest pijana? Co gorsza, to fakt, że matka, po pijanemu wychodziła z domu, rozpoczynała kłótnie i dlatego dostawała się do więzienia! Niech dodam, że nie ma na świecie milszej matki, jak nasza, kiedy jest trzeźwa. To jednak tak rzadko! Kiedy jednak sobie podpije, popada w szał nienawiści, szczególnie względem własnych dzieci! Wtenczas, obsypuje nas najbrudniejszemi wyrazami, miesza nas z błotem i porównuje z najpodlejszymi! Są całe dni i całe noce, kiedy matka jest nietrzeźwa. W ubiegłym roku, przez cały jeden miesiąc, przez długie trzydzieści dni, zawsze od rana do nocy, bezustannie pijana! Kiedy wieczorami powracałam z pracy, w domu nieporządek! Ona sama nie umyta, nie wyczesana i zaniedbana. Kilkakrotnie mnie uderzyła i to tak mocno, że pokazały się czerwone pręgi i potem sińce! Ja się nie dziwię, że mój ojciec, patrząc na to wszystko, też zaczął szukać zapomnienia w pijaństwie. A jednak serce mi pękało, bom ojca zawsze uwielbiała! W tej chwili, widzę przez okno, jak nieogolony i zamousany, jak prawdziwy "tremp" idzie na tory kolejowe, aby kraść butelki od mleka i inne rzeczy. Serce się kraje kiedy patrzę na niego, bo przecież tak dobrze pamiętam, kiedy był inny, trzeźwy, pracowity i wzorowy, z którego każde dziecko szczycić się mogło! Dziś zaniedbany bez żadnych uczuć i względów ani dla siebie, ani dla swych dzieci! Mieszkamy wśród innonarodowców! Zmuszona więc jestem obcować z nimi. Matka się na mnie gniewa za to! Kiedy jej przypominam, że właśnie ona jest temu winna, bo z powodu jej pijaństwa i plugastwa musieliśmy się ulokować z dlła od Polaków, — bo wstydziliśmy się— i straciliśmy kontakt nawet z krewnymi, to znów mnie klnie i wyzywa! Ojcu Justynowi dobrze wiadomo, że grzeczność wymaga, jeśli do mnie przyjdą moje koleżanki, powinnam je ugościć, coś im wystawić, przynajmniej ciastek, kawy i lody! Nawet rodzice na to mi nie pozwolą. Czy jest co złego w tym? Cóż mam zrobić? Nie chciałabym iść z domu. Ja rozumiem, że takiej jak ja, trudno i niebezpiecznie żyć poza domem. Nie mogę jednak dłużej słuchać brudnych i obelżywych przezwisk. Już dwie z moich sióstr poszły sobie z domu. Nie mogły wytrzymać i znieść takiego życia. — Ja nie żądam za wiele. Ja chcę tylko, abym mogła spotykać się z moimi przyjaciółmi i przyjaciółkami otwarcie w naszym domu, a nie ukradkiem na ulicy lub u obcych. Kto by mógł być dumnym z matki pijaczki i szczycić się ojcem, który już o nic nie dba? Naprawdę, że nasz dom to coś tak zimnego i martwego jak kostnica! We dnie cicho i pusto, a wieczorem ciemno! Ojcze Justynie chciałabym prowadzić życie normalne i nieprzeciętnie szczęśliwe! Rozumiem, że zawsze nie może świecić słonko, no czy jednak dla mnie już nigdy nie ma zaświecić? Ja nie żądam ani bogactwa ani pałacu, tylko pragnę czystego i wygodnego domu, gdzie bym mogła spokojnie i szczęśliwie żyć z ojcem i matką! Niech Ojciec Justyn przepowie nie tylko moim rodzicom, lecz wszystkim podobnym, że tacy rodzice zniechęcają swe dzieci i przepełniają nas poczuciem niższości; poniżają nas, że tracimy pojęcie o własnej wartości, chociaż, szczególnie my córki, nie jesteśmy ani złe, ani przewrotne! Przepraszam za biedy i niestosowne wyrażenia, ponieważ jestem zdenerwowana i zniechęcona. Proszę pęmodlić sig za naszą całą rodzinę, ponieważ modlitwy są nam tak potrzebne, abyśmy mogli żyć w zgodzie i spokoju!"

Jak często przypominam, że tylko tam prawdziwy dom, w którym szczęście i zadowolenie, gdzie miłość wiąże całą rodzinę, ojca, matkę i dzieci! Mąż i żona, rodzice i dzieci, muszą się rozumieć. Co to znaczy? Nic innego jak tylko, że jedno dla drugiego musi, powtarzam, musi mieć pewne względy i szacunek. Dom nie należy wyłącznie do jednej osoby, lecz do całej rodziny. Celem domu jest przynieść szczęście wszystkim członkom rodziny. Rozumiem, że często, nie jest tak łatwo żyć w spokoju i zgodzie. Jednak jest to możebnym! Rozumiem, że od czasu do czasu zdarzą się nieporozumienia pomiędzy mężem a żoną, będą pewne tarcia i zgrzyty; nad tymi słabostkami mąż i żona muszą przejść do porządku dziennego. Biada jeśli chować będą do siebie urazę. Wtenczas uraza zamieni się w nienawiść, która stawi nie tylko płot, ale i mur pomiędzy nimi, i nie będzie mowy o zgodzie, spokoju i porozumieniu. Starożytni Chińczycy mieli brutalny sposób torturowania nieprzyjaciół. Związywali ofiarę i puszczali wodę, kropelka po kropelce, na głowę skazańca, przez kilka godzin — bez przerwy. Z początku zdawało sig to igraszką. Z czasem jednak, to bezustanne kapanie kropelki po kropelce na czaszkę ludzką, zamieniało się w szum, ryk i łoskot morza, aż człowiek popadł w szaleństwo i dostawał pomieszania. Takie pozornie z początku drobnostki, rosną, powiększają się i zamieniają dom w komorę tortur, mąk i cierpień!

Jeśli zastanowimy się, że każde nasze słówko i każdy uczynek wpływa na otoczenie domowe, wtenczas wstrzymamy się od wszystkiego, co może jątrzyć lub drażnić uczucia nam drogie! Tych względów trzeba uczyć też dzieci! Te trzeba przyzwyczajać do grzeczności. Byłem ja w domach, gdzie dzieci były widziane, lecz niesłyszane. Zachowały się jak myszki pod miotłą. Te mogłem uściskać i wycałować! Takie dzieciaczki dały się pokochać! Byłem jednak i w domach, gdzie dzieci bez względu na
gości, nie mówiąc o nieposłuchu na prośby i upomnienia rodziców, darły się jakby je do krzyża przybijano, albo pięty im przypalano. Znów czułem się jakby te pociechy wziąść za uszy i nakręcić je jak budzik! Pierwszy gatunek dzieci upiększa dom jak kwiatki upiększają ogrody; drugie znów szpecą domy, jak zielska szpecą śliczne trawniki!

Opat Dimnet pisał, że "naszym pierwszym obowiązkiem względem społeczeństwa jest, być sobą, czyli, 'to be ourselves' — a możemy być sami sobą, tylko wtenczas kiedy dosyć często jesteśmy sami ze sobą, czyli 'with ourselves'! Co to znaczy? Nic innego jak to, że szczególnie starsze dzieci powinne mieć własne izdebki, gdzie by mogły same się schować i mieć nieco skrytości, czyli prywaty! W domu, albo w pewnych zakątkach domu, członkowie rodziny powinni znaleźć nie tylko wywczas, wygodę, swobódę, ale i — odosobnienie i samotność! — Do domu prawdziwi przyjaciele powinni mieć wstęp wolny i czuć się w domu. Nie idzie tu o nic innego jak o serdeczność. Najbiedniejszy domek staje się bogatym i najcieplejszym, jeśli owiany uczuciami serdeczności i gościnności! Zresztą od nas uczyć się powinni inni, nie my od nich, bo czyż nie mamy tego ślicznego przysłowia: "Gość w dom — Bóg w dom" i "Czym chata bogata — tym rada!" — Niech dodam jeszcze dwie uwagi. Niech w domu będzie porządek i skrupulatna czystość. Wtenczas dom będzie miły i przyjemny. I niech ojciec i matka i dzieci siadają razem do stołu. W czasie spożywania darów Bożych, niech prowadzą rozmowy o rzeczach przyjemnych i wesołych. Mowy o śmierci, o wypadkach smutnych, o chorobach, szpitalach, operacjach, zostawić na potem, ponieważ takowe nie wzmagają apetytu i nie pomagają trawieniu! — Jeśli spamiętacie sobie wskazówki
i rady dziś wam dane, bez wątpienia domy wasze zamienią się w pałacyki szczęścia, zgody i spokoju. Życie wasze zaś będzie wam miłe i radosne!

BRZEG CZY STAW? - pogadanka o. Justyna z 19.03.1939 r.

Pewnego ślicznego wieczora, ubiegłego roku, siedziałem sobie w łódce, na stawie przy naszym seminarium, w Granby, Mass., i łowiłem ryby! Poprawniej — miałem łowić ryby. Naprawdę, że wieczór był cudowny! Niebo zasiane gwiazdkami. Księżyc rzucał snopy światła, które wybijały świetlista ścieżkę na powierzchni jeziorka. Księżyc, to taka olbrzymia latarnia morska, dla każdego amatora wędki i sieci! Z lasku nadchodził nas pisk, kwilenie i śpiew ptasząt. Woda przybrzeżna, jak sam brzeg, ukryta była w cieniach drzew. Wytężyłem słuch, bo w bliskości, może najwyżej z trzydzieści stóp od łódki, słyszałem jakiś plusk, czy łopotanie jakby ktoś delikatnie uderzał wiosełkami o wodę! Zacząłem bacznie śledzić okolicę, z której dochodził hałas. Najpierw, dojrzałem tylko szare grzbiety jakichś ptaków wodnych. Po chwili rozpoznałem, że to stado dzikich kaczek. Widocznie pod zasłoną opiekuńczego zmroku, opuściły swą kryjówkę i puściły się na wodę, szukając żeru! Już mogłem teraz rozróżnić całe stado. Na przodzie, płynęła stara kaczka, za nią sześć par kaczuszek! Stara, co chwile, wynurzała się na kilka stóp przed młode, jakby patrolując okolicę. Raz kaczuszki ją doganiały, to znów ona powracała do nich! Zawsze jednak tuż przy brzegu, tak, aby w mgnieniu oka, mogły ukryć się w sitowisku i ujść niebezpieczeństwa! Myślałem sobie wtenczas, ot takie bezradne na oko stworzonko, a jednak jak to czuwa, strzeże i chroni swoje młode przed niebezpieczeństwami. Gdyby nie ta przezorna kaczka, jej młode wypłynęłyby na szeroką wodę, gdzie niechybnie dojrzałyby je oczy ludzkie, no i w końcu padłyby pod strzałami myśliwych! Bez opieki, kierownictwa i czujności tej naturalnej rodzicielki i żywicielki szukając szerokich wód, dających im więcej swobody, znalazłyby — koniec!

Z tego obrazka z życia natury, przerzucam waszą wyobraźnie do obrazka w życiu ludzkim! Czy spotykamy te samą staranność, dbałość i opiekę ojcowską i marierzyńską, w prowadzeniu młodzieży do życia bezpiecznego, normalnego, korzystnego i szlachetnego? Jak już nieraz mówiłem, każdy z nas umie rzucać i chętnie rzuca kamieniami potępienia w młodzież, zapominając, że sami mieszkamy w domkach szklanych! Ta młodzież nie jest winna tyle, co myśmy zawinili. Zresztą posłuchajcie mowy, której tytuł:

BRZEG CZY STAW

Żyde ludzkie możemy przyrównać do stawu lub jeziora. Otoczone jest ze czterech stron brzegami. Te brzegi to: przykazania Boże; prawa natury; przykazania kościelne; tradycje moralności ludzkiej! Biada każdej istocie ludzkiej, która nie trzyma się w pobliżu tych czterech ochronnych i obronnych brzegów, ale bezmyślnie i na ślepo wypływa na pełną wodę. Prądy i wiry chwycą ją i uniosą o wiele dalej, aniżeli sobie wyobraża. Rozbiją i zatopią takich śmiałków. Sprawdza się to nieomylnie co do młodzieży. Raz jeszcze powtarzam, i powtarzać będę jeszcze często, że młodzież nie ponosi całej winy! Przyszła ona bowiem na świat w krytycznej epoce! Urodziła się w czasach, kiedy jakiś dziwaczny odpływ odrywał ludzkość od tych brzegów stałych, trwałych i zapewniających oparcie i rzucał nimi na falach nowych zapatrywań i poglądów! Tak, nie tylko nowych, lecz w dodatku niepewnych i mylnych! Dlaczego? Ponieważ zniszczyły granice pomiędzy dobrem a złem, może zrozumiałej, że zniżyły dobre do złego, a wyniosły złe do dobrego! Zawsze pod pozorami uświadomienia i wolności! Mimo tego uświadomienia i tej dziwnie pojętej wolności, młodzi upadają! Niech wam mówi co kto chce, samo uświadomienie połączone z dzisiejszą wolnością, nie uratuje młodych od nieszczęścia! Zresztą posłuchajcie, co pisze pewne dziewczątko: "Ja też należę do tych, które O. Justyn nazywa "modernymi"! Mam lat osiemnaście. Piję, palę i chodzę na tańce. Wiem co mogę i daję sobie radę! Żyjemy w Ameryce, gdzie młodzi nie potrzebują opieki starszych. My nie chcemy, aby rodzice zawsze byli przy nas. Mamy rozum i chcemy żyć tak jak dziś inni żyją!"

Śmiałe to wyznanie, co? Za śmiałe i za pewne istoty, która odpłynęła za daleko od brzegów. Obawiam się, że w chwili niebezpieczeństwa daremnie wyciągnie ręce do brzegów z okrzykiem: "Ratujcie, bo ginę!" I z tym okrzykiem rozpaczy, pójdzie na dno! Czy może pewien gatunek modernych rodziców, może dokładniej, tak zwanych postępowych rodziców, nie dołożył ręki, aby dzieci oderwać od brzegów i brutalnie wyrzucić na głębie wód? Posłuchajcie argumentów matki, która uniewinnia postępowanie swej córki, wobec nauczycielki: "Córka jest postępową dziewczynką. Przyznaję, że jest może trochę więcej wyrobioną, aniżeli jej rówieśniczki, mimo to jest miłą i dobrą. W domu nikt się na nią nie skarży. Ojciec jej uważa co prawda czasami, że mam zbyt wielkie zaufanie do niej, że robi co zechce. Ale na Boga, nie mogę zamykać dziewczęcia w czterech murach. Ona jest tak rozsądna, że z pewnością nie przekracza dozwolonych granic! Ach, przelotny pocałunek w bramie? To drobnostka. Mały flircik i nic więcej! Pani twierdzi, że to zabawa zbyt niebezpieczna i sidła na moralność? Widzi pani, nie podzielam zdania wielu osób, że kobiety żyć powinny równie swobodnie jak mężczyźni, ale mały, niewinny flircik nie jest niemoralnością, a dzisiejsze dziewczęta są dosyć uświadomione, aby wiedzieć na co mogą sobie pozwolić. Wreszcie my matki mamy zapewne także jeszcze prawo do życia! Niech pani spojrzy na mnie, czy jestem taka stara, aby od rana do wieczora przesiadywać w dziecinnym pokoju, albo towarzyszyć mojej córce na każdym kroku, jak stara piastunka? Młodzież bawi się zupełenie inaczej, jak my dorośli i jeżeli siedzimy im na karku przez cały dzień, psujemy im i sobie rozrywki, a ciągłym dozorowaniem wstrzymujemy rozwój ich indywidualności. Pani twierdzi, że to chorobliwy duch czasu? Niemoralna moda? Wolnomyślicielstwo? To wszystko frazesy! Młodzież nigdy inną nie była. Różnica polega tylko na tym, że zmuszano miodzież do hipokryzji, do obłudy, podczas gdy dziś taką się przedstawia, jaką jest istotnie. Dziś nareszcie doszło społeczeństwo zupełnie słusznie do przekonania, że na próżno przytłumia się naturalny pęd do życia. Wybuchnie on mimo wszystko, jak nie jawnie, to potajemnie! Trzeba więc powrócić do natury!"

Pytam się, jeśli matki postępowe rozumują w ten sposób, czy mamy prawo winić młodzież, że porzuca brzegi ochronne i wypływa na głębokości? Ma ta młodzież na wszystko jedną utartą, pustą wymówkę: Wszyscy tak robią! Uprawiają swobodę w obcowaniu, mowie i zachowaniu! Mimo tego twierdzenia, nasza młodzież, wśród pozornego rozprężenia obyczajów, ponad wszystko ceni czystość obyczajów i skłania głowę z szacunkiem przed istotą, która nie pozwala na poufałości i trzyma się z dala od błota i brudu. Nie wierzycie? Posłuchajcie więc pewnej doświadczonej autorki, która pisze tak: "Zresztą nie przejmujecie się postępowaniem teraźniejszej młodzieży, która pozornie nie zwraca uwagi na przykazania obyczajności. Każdy, w gruncie rzeczy ceni czystość bardzo wysoko, śmiem nawet twierdzić, że tęskni do niej. A w życiu każdego nadchodzi godzina, w której potajemnie, kiedy nikt go nie widzi, opłakuje gorzkimi łzami lekkomyślnie splamioną czystość ciała i duszy!" Ponieważ często zwracałem uwagę młodzieży na niebezpieczeństwa połączone z dzisiejszym tańcem, pozwolę sobie tu przytoczyć zapatrywanie tej samej autorki w tej sprawie. Znów twierdzi to, co następuje: "Byłam przecież także młodą i dlatego wiem doskonale, że w młodości tętni i krąży życie, a najlepszsm odprężeniem na to jest ruch. A jeżeli w tym ruchu jest rytm przystosowany do dźwięków muzyki, to staje się tym ładniejszy, tym więcej harmonijny. Taniec jest najpiękniejszym wyrazem młodzieńczej radości życia. Ale jedynie tylko, o ile jest sztuka dla sztuki, taniec dla tańca. Muszę przyznać, że tego niestety nie widzę w dzisiejszych tańcach. Dziś chodzi o to, żeby dwoje ludzi przytulając się mocno do siebie, uwydatniali kształty ciała w namiętnych, wężowych ruchach. Musicie mi wybaczyć, kochana młodzieży, ale to nie jest ani młodzieńczą radością z powodu miłego walca, ani wybuchem wesołości wśród ożywionego tańca. To jest raczej jakieś nudne, bezbarwne — i dodajmy — wstrętne, a często nawet obrzydliwe, rozkoszowanie się! Może wreszcie zaniknie powoli ta gorączka jazzbandu i ustaną owe pod nazwą tańca niesmaczne przytulania się. Mimo wszystko, idźcie teraz tańczyć. Ale tańczcie istotnie tylko dla tańca. Nie szukajcie w tym flirtu i patrzcie na waszego partnera tylko jak na lepszego albo gorszego tancerza! A nie zapominajcie również, że taniec prawdziwie niewinny nastraja radośnie i wesoło. Jeśli tego uczucia nie macie, to wiedzcie, że w waszym tańcu coś współdziała, co nie jest dobre. Wierzcie mi! Tańczyć można przyzwoicie i nieprzyzwoicie. To samo dziać się może z życiem! I ta "przyzwoitość" lub "nieprzyzwoitość" jest kluczem naszego całego postępowania!"

Spodziewam się, że powyższej przestrogi usłuchają całe zastępy naszej młodzieży, która na oślep goni za modernymi tańcami, które są początkiem i wstępem do zatarcia granicy pomiędzy dozwoloną rozrywką a szkodliwą modą!
Idę dalej, zawsze dla ostrożności, trzymając się tej samej autorki. Przytaczam więc następującą rozmowę młodych! Otóż młodzik z miną doświadczonego: "Nic w tem złego nie widzę, jeżeli dziewczęta całują się z chłopcami. Dziś jest to tak ogólnie przyjęte, jak podanie ręki!" — "Racja, racja!" zawołało kilka głosów — "niech żyje teraźniejszość! kto troszczy się o przyszłość?'' Lecz poważniejszy głos męski, który dotychczas nie brał udziału w dyskusji, rzekł: "Zapominacie, że teraźniejszość tkwi korzeniami swymi w przeszłości. A jeżeli korzeń ten jest zgniły, to z niego nie wyrośnie nigdy zdrowe drzewo!". "Ależ nie spaczy się życia jednym pocałunkiem! W tym nie ma niczego zdrożnego. Zwykły gest — to wszystko!" - nalegał studencik! "Nie, przyjacielu", mówił dalej głos poważny: "pocałunek nie jest tylko zwykłym gestem, za nim bowiem kryją się uczucia! Pocałunek matki jest inny, aniżeli pocałunek rodzeństwa albo przyjaciół, a pocałunek dziewczyny i chłopca jest znów czymś innym, aniżeli każdy inny pocałunek. Ten pocałunek musi poprzedzać wielka, szczera sympatia, a jeśli to przywiązanie jest tak silne, że starczy na całe życie, to pocałunek jest przypieczętowaniem spójni życia dwojga dusz. A pieczęć to święta rzecz!" — Głucha cisza nastała po tych słowach. Cyniczne uśmiechy znikły z ust słuchaczy, a na niektórych twarzyczkach dziewczęcych ukazały się różowe plamy, które powoli całą twarz pokryły płonącą czerwienią. Nikt nie mógł spojrzeć do ich dusz, ale odczuwało się gorzki żal z powodu pierwszego pocałunku, którego nawet, gdyby nadszedł zaczarowany królewicz, już dać nie mogły, bo utraciły go dawno z kimś innym, a może nie wiedziały już nawet z kim! Towarzystwo zbudziło się dopiero na głos literatki: "Istotnie pocałunek nie jest pustym gestem. Nawet uścisk ręki często działa na człowieka. Gdyby pocałunek nie zawierał w sobie nic z uczucia, młodzi nie tęskniliby do niego. A tak pada jednak cień na czystość duszy. Nie mówcie, że ta czystość prócz was nikogo zresztą nie obchodzi. Jeżeli dwie młode istoty, młody i młoda ślubują sobie nawzajem, to choćby nieświadomie — poddają się nieśmiertelnej myśli Bożej. Natenczas czeka już ktoś na nich, który wraz z swym rodzeństwem nazwie ich kiedyś: ojcem — matką! Jaskółka nie bada i nie filozofuje tylko spełnia spokojnie, po prostu, naturalnie rozkaz Stworzyciela i buduje gniazdko. Nie dla siebie tylko dla swych młodych. Dwoje ludzi, gdy zakłada rodziny i urządza domostwo, buduje także gniazdko dla swego potomstwa. Jednakże nadużywa przywileju swej wolnej woli, zapominając o cudownej myśli Bożej i najpoważniejszą rzeczywistość uważa za zabawę. Zabawę, przy której człowiek i gniazdo mogą być skalane. A jednak dziecko, każde dziecko ma prawo do nieskazitelności swego domu, do czystości ojca i matki. Ma także prawo do tego, aby matka zbliżała sig do niego tylko takimi ustami, których nikt nie dotknął zakochanym pocałunkiem, prócz jego ojca. Pomyślcie tylko o waszej matce. Z jakimi uczuciami przyjmowalibyście jej tak bardzo upragnione pieszczoty, gdybyście wiedzieli, że jako młoda dziewczyna rozdawała pocałunki tak, jak uścisk dłoni!

Zbliżając się do kobiety, powinni młodzi ludzie myśleć o matce i o siostrze! A będzie to już sprawą dziewcząt, aby tego szacunku nie zburzyły! Jeżeli będziecie mieli kiedyś w domu spokojną, cichą chwilę, nie zaszkodzi jeśli pomyślicie trochę o tym, co w tej chwili słyszeliście!" — Do praktycznych spostrzeżeń autorki, na zakończenie, dodaje: Młodzieży droga! trzymaj się brzegów ochronnych, przykazań Stwórcy, praw natury, praw Kościoła oraz zwyczajów wiekami uświęconych — ponieważ w nich twoje szczęście, pokój i zadowolenie!

TCHÓRZE MAJĄ STRACH! - pogadanka o. Justyna z 12.03.1939 r.

Podróżując, człowiek wiele słyszy i bardzo wiele widzi. Jeśli zaś posiada dar spostrzegawczy, niemało się nauczy! W podróżach napotyka się na sceny, widzi się obrazy, których nie można zapomnieć. Wbijają się tak głęboko w pamięć, że mimo starań nie dadzą się stamtąd wyrwać! Na mnie nigdy nic nie robi takiego wrażenia jak morze, czy ono spokojne, czy burzliwe! Widzę w nim bowiem obraz ludzkości całego świata. Raz spokojne, to znów nieco rozkołysane falkami niepokoju, a w końcu rzucane na wsze strony szumiącymi i huczącymi bałwanami niezadowolenia, podejrzliwości, strachu i wszystkich innych zaburzeń które szczególnie w czasach obecnych biją w ludzi! Lata temu mało było kapliczek na okrętach transatlantyckich. Ksiądz musiał odprawiać w sali balowej. Ustawiano czasowy ołtarzyk, tak, że w czasie odprawiania Mszy św. kapłan widział przed sobą wody morskie! Pamiętam, że nieraz odprawiałem, przerażony majestatem i potęgą morza. Z naturalnych mocarzy, to Goliat, któremu człowiek nie da rady! Nawet kiedy śpi spokojnie budzi w człowieku pewną obawę! Kiedy jednak wiatry zaczną smagać grzbiet morza, wtenczas olbrzym napawa ludzi trwogą i przerażeniem! Strach ogarnia i łamie najzuchwalszych. Każdy z obawą i zatrwożeniem oczekuje chwili kiedy okręt się załamie pod biciem i rzucaniem bałwanów!

Przy końcu stycznia, bieżącego roku, do portu nowojorskiego przyjechał motorowiec Yulcania. Przywiózł ze sobą 360 pasażerów każdy z których opowiadał szczegóły ogromnej burzy, napotkanej w pobliżu wysp Azorów. Burza wywołała panikę na okręcie. Niektóre z kobiet popadły w histerię, kiedy przez przeszło dwie godziny okręt rzucany był jak piłka przez olbrzymie lawiny wody, smagany gęstym i ciężkim deszczem, oraz pędzony wichrem, który przybrał rozmiary huraganu. Wicher złamał główny maszt, pozrywał liny pokładowe i zdruzgotał aparat radiowy. J. M. McClelland, właściciel dziennika w Longview, Wash., twierdził, że sześciu pasażerów odniosło poważne uszkodzenia cielesne, a około połowa wszystkich doznała mniejszych pokaleczeń! "Bałwany zalały nie tylko pokład, lecz nawet przykryły wierzch motorowca, tłucząc okna i wyrywając okiennice. Huragan uderzył w okręt o 12:30 w południe, pędząc około 125 mil na godzinę! Nie myśleliśmy, że przeżyjemy. Wszystkich opanował szał histeryczny. Ludzie wrzeszczeli rozpaczliwie, a kobiety omdlewały. Wszyscy się modlili.
Nawet tacy, którzy do tej chwili nigdy modlitwy nie znali!"
Po tym wstępie, do przemówienia pt.

TCHÓRZE MAJĄ STRACH!

Świat dziś roi się od ludzi wystraszonych! Strach zaś ma wielkie oczy. Młodzież samego życia się boi! To nie przesada. Prawda wyjęta z ust młodzieży. Posłuchajcie: "Nie mam odwagi, aby walczyć o mój byt. Po co? aby tylko tak z dnia na dzień pracować, prawdopodobnie, aby wystarczyło na jedzenie i ubiór." Nie widzę sensu w życiu ludzkim!" — Szkoda, że tak wyraża się istota stojąca na progu życia! Pokazuje to tylko na brak wiary w Opatrzność, na brak wiary w siebie i na brak wiary w ludzi, albo jak przed kilku miesiącami mówił Ojciec św. Pius XI do sześciuset nowożeńców, "dziś nie ma ducha prawdy, miłości, ani względu na ludzkość! Zdaje się, że ludzie całkowicie zapomnieli, że człowiek ma wiele innych celów w życiu, jak tylko aby się zbroić, wybić nawzajem i zniszczyć jeden drugiego w najbrutalniejszy sposób! Społeczeństwo wyczekuje nowych obywateli, przejętych duchem prawdy, miłości i dobrotliwości ludzkiej. To co nie jest chrześcijańskie, nie jest ludzkie, i to co jest antychrześcijariskie, jest antyludzkie!" Tyle Pius XI.

Kłamstwo, fałsz, nienawiść, minują podwaliny życia rozumnie ludzkiego i wypełniają dusze ludzkie; skutkiem czego ludzie są podejrzliwi i obojętni; uciekają przed obowiązkami; kryją się przed odpowiedzialnością, szukają najłatwiejszego wyjścia z okoliczności życiowych, bez względu na środki, czy one są dozwolone, lub nie! Przez takie postępowanie popadają w coraz to nowe i większe kłopoty. Prowadzą marny żywot, bo zawsze w obawie, niepewności i strachu! Formalnie umierają codziennie! Jakiś pisarz angielski nakreślił takie znamienne zdanie: "Tchórze umierają wiele razy przed śmiercią, odważny raz tylko kosztuje śmierci!"

Życie ludzkie nigdy nie było wolne od trosk i kłopotów! Koło pałaców mocarzy i bogaczy, tak samo jak wokoło domków i strzech biedaków, wszędzie krąży widmo niepewności, kłopotu i strachu! W czasie wojny światowej wśród żołnierzy krążyła taka historyjka. Kto wie, czy za cel nie miała, aby dodawać odwagi młodym żołnierzykom, którzy po raz pierwszy znaleźli się w transzach i nad którymi krążyła śmierć. W pewnej transzy obok siebie leżeli dwaj żołnierze. Jeden to weteran, który od miesięcy znosił niewygody i patrzał na straszne wypadki. I nic sobie z tego nie robił. Obok niego, nowo przybyły. Za każdym wystrzałem ze strony nieprzyjacielskiej nie tylko trząsł się ze strachu, lecz wił się na ziemi, jakby chciał się w nią wgryźć! — Co ci jest, żeś taki wystraszony? — pyta weteran. — Boję się, aby kula we mnie nie uderzyła! — Słuchaj chłopcze. Nie każda kula trafia, bo chociaż ludzie mierzą i strzelają. Bóg kule nosi. Inaczej już dawno byłaby się wojna skończyła, bo żołnierzy byłoby zabrakło. Zresztą, — cedził z rozmysłem i powolnie — zresztą o co i dlaczego mieć strach i się martwić? Jedno z dwóch cię spotka. Albo cię kula postrzeli, albo ujdziesz cało! Jeśli ujdziesz cało, nie masz o co się martwić! Jeśli kula cię przeszyła, znów możesz się spodziewać jednej z dwóch rzeczy. Albo odniesiesz śmiertelne rany, albo tylko lekkie. Jeśli tylko lekkie, to wyzdrowiejesz. O co więc i dlaczego się martwić? A jeśli odniesiesz śmiertelne pokaleczenia? Wtenczas skończą się wszystkie twoje kłopoty i zmartwienia!

Pozwalać na smutne i posępne myśli w sprawach życia codziennego, tym bardziej zaś malować we własnej wyobraźni rozmaite trudności i kłopoty możliwe, to nic innego jak narażać się na kalectwo duchowe i fizyczne. Bojaźń, obawa, strach i zmartwienie sprowadzają więcej wypadków śmierci, aniżeli choroby suchot lub raka! Jedni martwią się o przeszłość, drudzy o przyszłość. Są tacy, którzy pamięcią powracają do lat dziecinnych, szperają pomiędzy zdarzeniami, wynajdują jakieś szczegóły i kłopocą się. Pytają się, czy to w rzeczywistości było tak lub inaczej. Martwią się, tracą apetyt, spać nie mogą. Straszny wywiera to skutek na system nerwowy! Niejeden opuszcza ręce. Traci chęci do pracy nawet do życia samego. Drugi ze zmartwienia popada w rozpacz albo w obłęd i staje się kaleka umysłowym! Gdybyśmy tylko chcieli zrozumieć, że nie ma człowieka na świecie, który kiedyś nie zrobił pomyłki, któremu kiedyś dusza się nie poślizgnęła albo noga nie podwinęła, wnet byśmy przyszli do siebie, i odzyskalibyśmy równowagę! Pokazuje to na brak wiary w Boga! Czytamy u Ewangelisty św. Mateusza, że Piotr pewnego razu przystąpił do Zbawiciela, który co dopiero ukończył kazanie o dobroci, miłosierdziu i przebaczaniu, i rzucił Chrystusowi takie pytanie: "Panie, gdy brat mój zgrzeszy przeciwko mnie, ile razy mam mu odpuścić? aż do siedmiu razy?'7 Mówi mu Jezus: "Nie powiadam ci aż do siedmiu razy. ale aż do siedemdziesiątkroć siedmiu razy!" Zresztą Zbawiciel właśnie dla takich ustanowił Spowiedź świętą. Mamy konfesjonał! Czemu tam nie zajrzysz i czemu nie pozbędziesz się twoich dawnych i obecnych bólów, braków, upadków i pomyłek? Wnet znikną obawy, troski niepokoje i zmartwienia! Zresztą czy przez martwienie się i kłopotanie naprawisz dawniejsze pomyłki lub usprawiedliwisz twoje upadki? Wiesz, że nie. Jeśli co, to powinniśmy przejrzeć kalendarz całego życia, naznaczyć nasze wady, braki i upadki i wyciągnąć z nich naukę i wskazówki, tak aby się w przyszłości nie powtórzyły! A co nam pomoże lękać się przyszłego roku, obawiać się następnego miesiąca, mieć strach przed jutrem? Co? Zawsze myślimy o rzeczach, które mogą się stać, a które w rzeczywistości się nie staną. I to nas napełnia trwogą i przestrachem!

Pisał ktoś, że bezustannie i przez całe życie z olbrzymim wysiłkiem wspinamy się na góry, na które nigdy nie napotykamy i budujemy mosty przez strumienie, przez które nigdy nam nie będzie potrzeba przechodzić. Nasza narodowość szczególnie zasługuje na miano narodu skłopotanego i wystraszonego. Jedni żyją w strachu o oszczędności, o pracę, o wojnę, o koniec świata! Drudzy martwią się ogromnie o pogodę o zdrowie o powodzenie! Żyją w bezustannej obawie i w ciągłym strachu! Tu przypomina mi się pewien wypadek z czasów Chrystusa. Opis znajdujemy u św. Łukasza. "Uczniowie wstąpili znowu do łodzi, aby powrócić do Kafarnaum. Było już późno w wieczór. Powstał wielki wiatr i pędził wały naprzeciw łodzi, tak, iż z wielką trudnością posuwali się naprzód. Nad ranem przystąpił do nich Pan Jezus, który naówczas chodził po morzu! Gdy Go uczniowie obaczyli, przestraszyli sig bardzo, sądząc że widzą jakieś widmo, i wołali z trwogi. Pan Jezus zaś przemówił do nich dobrotliwie: "Nie bójcie się Jam jest!" Rzekł doń Piotr: "Panie, jeśli Ty jesteś, każ mi, abym przyszedł do Ciebie po wodzie." Pan Jezus odpowiedział: "Chodź!". Wtedy Piotr wystąpił z łodzi i szedł Mu naprzeciw po powierzchni wody. Gdy jednak obaczył od silnego wiatru wzburzone wały, przestraszył się i począł się zanurzać w wodę! Zawołał tedy: "Panie, ratuj mnie!" Pan Jezus wyciągnął doń rękę i rzekł: "Małej wiary, dlaczegoś zwątpił?" Wstąpili tedy wespół do łodzi i natychmiast wiatr uspokoił się i łódź wkrótce przybiła do drugiego brzegu Genezaret."

Wichury, niepewności, fale i wały zwątpienia i przestrachu biją w osłabioną ludzkość, biją coraz to silniej, osłabiając coraz to więcej chwiejącą się ludzkość, mimo że Chrystus dobrotliwy chodzi po ziemi, smutnie wpatrzony w świat błądzący. Chce wyciągnąć do świata swe dobroczynne ramiona, aby ludzi zaprosić do siebie, przytulić ukoić i uspokoić, lecz niestety, daremnie! Daremnie ponieważ dziś "to ludzie małej wiary!"
Już słyszę jak niejedni wymawiają mi, że dobrze mi tak mówić, ponieważ jestem zakonnikiem, nie mam kłopotów, ani żadnych trudności itp. Proszę posłuchać mnie cierpliwie. Na szczęście prawda bez żadnej mojej zasługi, zostałem z pomocą Boską biednym franciszkaninem. Na moje nieszczęście zostałem i jestem przełożonym. Ja twierdzę, że w ten sposób Bóg mnie ukarał za moje grzechy. Kto zaś nie wie, że urząd przełożonego wkłada na barki człowieka rozmaite trudy i ciężary, szczególnie odpowiedzialność przed władzą na ziemi i przed trybunałem Boskim? Trzeba to wszystko przyjąć z rąk Opatrzności, i iść dalej z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc, z roku na rok! Prawda nieraz człowiek gnie się aż czołem ziemi dotyka, ale sztuka jest w tym, aby się nie dać złamać. Upaść też się zdarzy, powstać jednak trzeba. Aby tego dokonać, trzeba mieć wiarę mocną, głęboką, prostą, najpierw w Boga, potem w siebie, wreszcie w ludzi! Zawsze się starać! Zrobić to co możemy i jak najlepiej umiemy. Resztę; zostawmy Opatrzności! Róbmy jak robił Wojtek, który tak kończył każdy dzień: "Panie Boże, twój biedny Wojtek zrobił swoje. Teraz Ty Boże rób Twoje!'' — I nasz Wojtek żył w zadowoleniu przez długie, bardzo długie lata!

Kłopoty zawsze będą z nami. Takie przeciętne, codzienne, życiowe! Nasze kłopoty się skończą dopiero kiedy oczy zamkniemy i do trumny nas włożą! Po co obawiać się kłopotów, które mogą przyjść, a które prawdopodobnie wcale nie przyjdą? Przecież to właśnie zmniejsza naszą odporność fizyczną, minuje siły, wystrasza nas, i zmusza nas abyśmy radzili się doktorów! Mimo, że przyszłość wygląda niepewnie i niespokojnie, żyjmy dniem dzisiejszym; jutro przecież to drugi odmienny dzień. W tej chwili, niejeden jest chory, jutro na rozkaz doktora wstanie; niejeden też dziś ze śmiercią się pasuje. Jutro nad ranem minie go gorączka, i będzie na drodze do odzyskania zdrowia; niejeden co od miesięcy nie miał roboty, jutro dostanie zawiadomienie, aby do fabryki powrócił! Iluż zaś, którzy dziś siedzą na krawędzi tęczy szczęścia i powodzenia, jutro zajmią stanowiska mniej wesołe i szczęśliwe! Królowie, cesarzowie i inni wielcy, którzy myśleli, że ich panowanie i powodzenie wiecznie trwać będzie upadli lub upadają. Biedacy zaś, nieznani, a nawet odrzuceni, wybili się na widownię świata, wyrobili się i dorobili się majątku! Fortuna kołem się toczy, i jak nasi rozumnie mawiali: "dziś pod koniem, jutro na koniu!"

Nikt z nas nie wie, co mu przyszłość przyniesie, a tego nasze obawy, nasze lęki i nasze strachy nie zmienią. Te czynniki jednak nas zmienią. Zamienią nas ze zadowolonych i spokojnych ludzi na istoty narzekające, bolejące, oczekiwające niepowodzenia, klęski, choroby i śmierci! Pozbądźcie się takich pogrzebowych zapatrywań na przyszłość. Precz z obawą i przestrachem i martwieniem się!

Często bardzo często, przychodzą na nas chwile, w których wydaje się nam, że życie nasze jest jedną mieszaniną, raczej zamieszaniem. Nie jesteśmy w stanie rozpoznać czy stoimy na miejscu czy też idziemy naprzód, czy też się cofamy. Sprawdza się to szczególnie w czasach naszych, w których tyle i tak częstych zmian we wszystkim. Patrząc na lata minione, widzimy tylko nasze pomyłki, mniejsze i większe! Pamiętamy tylko zło; zapominamy o dobrym. Zatrzymując się nad teraźniejszością, widzimy tylko trudności, przykrości i ciężary. Zapominamy o szczęśliwej i radosnej stronie życia! Patrząc w przyszłość, przedstawia się ona nam jak ta ogromna, czarna, nisko tuż nad na-szymi głowami, wisząca chmura, pełna grzmotów i piorunów, grożąca nam roztrzaskaniem i rozbiciem! Jutro i pojutrze przedstawia nam się nie tylko pochmurno lecz ciemno! Zamknij szczelnie oczy na to jutro i pojutrze. To nie twoje! Myśl o dzisiaj, właściwie o tej chwili. To jeszcze twoje, a więc wykorzystaj ile tylko możesz! Bądź sumiennym. Włóż całe twe serce i zwróć wszystkie twoje zdolności na to, co teraz robisz! Zapomnij o przeszłości. Nie chciej rozedrzeć zasłony, kryjącej przyszłość. Żyj w teraźniejszości! Mimo chwil zmęczenia, oraz zniechęcenia, że daremne są nasze wysiłki i starania, zawsze powiedzmy sobie: "Z pomocą Boską zrobię to — i wiem, że mogę!" Zresztą chciejmy zrozumieć, że dziś ludzie za wielkie znaczenie kładą na czysto materialne rzeczy! Wokoło tych, prawie wyłącznie, obracają się wszelkie prace i starania ludzi! Ludzie żyją w bezustannej obawie, strachu i zmartwieniu, aby tych nie utracić! Są inne więcej wartościowe rzeczy, dla których warto żyć! Masz zacną żonę, dobre dzieci, życzliwych przyjaciół, nieskalane nazwisko! Po co się więc tyle martwić i z takim strachem oczekiwać jutra? Pamiętaj, że strach ma wielkie oczy. I tylko tchórze patrzą z obawą i przestrachem na życie!

POSĄG ŻYJĄCY! - pogadanka o. Justyna z 5.03.1939 r.

Największa i najwspanialsza na świecie świątynia, to bazylika św. Piotra w mieście wiecznym! Zawiera ona w sobie skarby nieocenione. W dodatku posiada arcydzieła dłuta i pędzla. W wiekach minionych, najzdolniejsi artyści, malarze i rzeźbiarze, tu pracowali i tu na upiększenie domu Bożego zostawili cudowne dzieła swych zdolności. Śmiało mogę mówić, że to nie tylko kościół, lecz zarazem i muzeum, jakiego nie znajdziesz w żadnym innym kraju. Ołtarze marmurowe i granitowe; posągi Świętych, Papieży i innych zasłużonych osobistości; obrazy z małych cennych kamyczków, mozaikami zwanych; obrazy olejne, dzieła tak żywe, iż widzowi zdaje się że każda osoba, każdej chwiii wyjdzie z ram i weźmie udział w życiu codziennym. Nie wiem jednak czy gdziekolwiek na świecie znajdziecie grupę z marmuru wyciosana, tak śliczną i zachwycającą, jaka znajduje się tu, pomiędzy głównym ołtarzem, a katedrą św. Piotra, czyli oryginalnem krzesłem drewnianym, na krórym pierwotnie siadywał książę Apostołów! Tu pochowane są zwłoki Papieża Pawła III, który panował od 1535 do 1549 roku. Pomnik był rzeźbiony przez artystę Wilhelma delia Porta. Roboty jednak dozorował sam mistrz wszystkich mistrzów, Michaelo Angelo. Grupa jest z białego marmuru. Papież stoi ubrany w szaty papieskie. Postać szlachetna, dbrotliwa i jedna z najpiękniejszych. Zdaje się, że żyje! Wsparte o wieko trumny, dwie figury siedzące, przedstawiają cnoty charakterystyczne Papieża, mianowicie Roztropność i Sprawiedliwość! Pierwsza jest portretem młodej matki Papieża, Joanny Caetani; druga znowu podobizna siostry Papieża, hrabianki Julii Farnese. Patrzącemu zdaje się, że i te dwie figury lada chwili powstaną, wyjdą z niszy, zmieszają się ze zwiedzajacemi i wyjdą na ulice. Znawcy i artyści podziwiają każdy szczegół tej grupy i popadają w zachwyt. Zawsze tu stoi gromadka zainteresowanych. Pamiętam, że kiedym kończył studia w Rzymie, właśnie do Rzymu przyjechał jakiś rzeźbiarz z Francji. Kiedy stanął przed tą grupą, zakochał się w posagach z martwego marmuru. Przekonany, że nigdy nie będzie mógł dorównać, a nawet porównać swej pracy do tej, złożył pocałunek gorący na czołach posagów, nagłym ruchem wyciągnął rewolwer z kieszeni i wpakował kulę ołowianą w swoją skroń. Skonał u stóp uwielbianego posągu! Od tego wstępu do dzisiejszego przemówienia, pod tytułem

POSĄG ŻYJĄCY!

Raz jeszcze uwagi moje kieruję szczególnie do umysłów i serc młodzieży naszej. Ręka mistrza trzymając w garści młot i dłuto zdolna jest wyciosać z bryły niekształtnej postacie, które zachwycają nas swymi szlachetnemi i porywajacemi wyglądami, mimo że to zawsze tylko marmur, granit lub kamień! Są to jedynie posagi martwe bez duszy i bez życia! Czyśmy jednak kiedy zastanowili się kiedykolwiek chociaż tylko nad tymi posągami żyjacymi, które wychodzą spod mistrzowskich palców Stwórcy Boga? Mam na myśli ciało ludzkie! Ciało ludzkie, ta najsubtelniejsza maszyna na świecie, zawierająca najdelikatniejszy mechanizm, przechodzący pojęcia najbystrzejszego rozumu ludzkiego! To ciało fizyczne samo w sobie, jest utworem Mistrza Boskiego. Utworem doskonalszym od wszelkich wysiłków ludzkich, ponieważ to odbitka i podobieństwo obrazu kiedyś nakreślonego przez architekta, budowniczego i artystę Stwórcę-Boga! Ten posąg materialny i fizyczny ożywiony jest cząstką, czyli tchnieniem Stwórcy; ozdobiony umysłem przenikliwym i uszlachetniony uczuciami serca! W ciele ludzkiem nie ma nic brzydkiego, nic złego, nic nieczystego; wszystko ciało, całe ciało to dzieło Boga artysty-twórcy! Ciało człowieka jest szlachetne i również szlachetne i wyniosłe są zadania, czyli cele każdej cząstki data ludzkiego! Dlatego Apostoł narodów w jednym miejscu nazwał ciało człowieka "własnością Boga", w innym zaś nawet "świątynią Pańska". Sławny znów Ks. Kneipp pisał tak: "Będziemy musieli kiedyś zdać Bogu rachunek, jak obchodziliśmy się z ciałem naszym, tym mieszkaniem ducha nieśmiertelnego i narzędziem do wypełniania obowiązków zawodowych!

Wypływają więc pewne obowiązki względem tego ciała, mianowicie, każdy człowiek powinien troszczyć się i dbać o utrzymanie tego ciała nie tylko przy życiu, lecz przy najlepszym możebnie zdrowiu! Jeśli prawdą jest, co twierdzi przysłowie ludowe, że "czystość — to połowa zdrowia", obowiązkiem każdego jest trzymać schludnie i czysto całe ciało; kiedy mówię całe ciało, to pełne ciało, nie wykluczając ust, zębów i paznokci! Ja znam ludzi od ćwierć wieku, którzy stronią od wanny jakby była otwartą paszczą jakiegoś smoka zaklętego, albo trąbą słoniową czyhającą, aby zdusić na miazgę ofiarę swoją! Mamy też pewnych dziwaków, którzy oszczędzają na szczotkach i na proszku do czyszczenia zębów, a paznokciami mogliby wykopać nieboszczyków z głębokich grobów! Nie wolno zapominać o schludności w całym domu, w każdej izbie,
a szczególnie w sypialni! Nie uciekać i nie chować się przed świeżym powietrzem! Czy to nie śmieszne, aby zatykać każdą szparę, nawet dziurkę od klucza, na czas pory zimowej, zabijać okna, aby przypadkowo do wnętrza mieszkania nie dostała się falka świeżego orzeźwiającego i zdrowotnego powietrza. W takich pomieszkaniach powietrze jest zakiszone, twarde i ciężkie, że można je krajać na kawałki, jak tort poznański! Przez cztery miesiące swędy pokarmów gotowanych — smażonych — pieczonych i przypalanych mieszają się z wyziewami ciał ludzkich i tworzą pułapkę na zdrowie mieszkańców! Jestem przekonany, że niejedni oburzą się na mnie, kiedy powiem, że nasi szczególnie nadużywają pokarmów i napojów. Są pod wrażeniem, że ich żołądek to prawdziwy "boiler" stalowy. Dlatego pakują do niego jak najwięcej mięsiwa, dzień po dniu, rok po roku. W końcu, ta jedna z najgłówniejszych części maszynerii ludzkiej załamuje się całkowicie! Nie chcemy zrozumieć, że umiarkowanie w jedzeniu i piciu podtrzymuje zdrowie i na lata przedłuża życie! Są też dolegliwości i choróbska ciała, które można wyleczyć tylko przez ścisłe poszczenie! Warto sobie to tak cenne, a zarazem tak tanie lekarstwo spamiętać i do siebie, szczególnie w czasie Postu Wielkiego zastosować!

Wreszcie popełnia grzech każdy, kto opuści i zaniedba się do tego stopnia, że w ciężkiej chorobie nie chce zawołać doktora i nie chce używać przepisanych lekarstw, które by przyczyniły się do odzyskania zdrowia systemu. Przy tym wszystkim jednak nie powinien człowiek zapominać rady roztropnej podanej nam przez św. Bernarda: "Miłuj więc ciało swe tak, aby nie wyglądało to jak gdybyś sam wyłącznie stał się ciałem: miłować należy swoje ciało, ale jeszcze więcej swoją duszę!"

Ludzie, szczególnie w czasach obecnych, stracili z oczu prawdziwe znaczenie, piękność i szlachetność ciała ludzkiego! Sami, własnymi rękoma podcinają te posągi obdarzone zaletami, darami i łaskami Stwórcy! Już nie zważają na to co jest dozwolone lub zakazane, lecz kierują się wyłącznie tym co inni robią. To zaś nie tylko, że nie zawsze na pochwałę sobie zasługuje, bo jest dobre, uczciwe, korzystne i cnotliwe, lecz przeciwnie, pociąga za sobą naganę i potępienie, bo krzywdzi ciało, niszcząc zdrowie i rujnując życie! Pewnych nadużyć, aby nie obrazić uczuć delikatności wcale nie tykam. Mimo twierdzenia, że w czystym wszystko jest czyste, ja jeszcze w życiu nie widziałem ani białego kominiarza, ani przechodnia, który by stąpając po kałuży, nie zbrukał swych butów lub trzewików! A więc mimo nowomodnego hasła, że szczerość i otwartość nowoczesna wymaga, aby mówić wszystko wszystkim, wolę położyć palec na ustach i — milczeć. Szczerość bowiem nieraz jest za naga, a otwartość za brutalna!

Wytykam jednak jedno nadużycie, to jest nieumiarkowanie w piciu! Chyba nic nie wyrządza naszemu życiu, zdrowiu i szczęściu tyle krzywdy i szkody co butelka, szklanka i kieliszek! Miasto sięgać po przykłady do Pisma św, lub do ksiąg starożytnych, biorę do ręki list z 9-go lutego br. i czytam:
"Jest nas sześcioro w rodzinie. Ojciec, matka i cztery siostry. Najstarsza dwudziestopięcioletnia jest zamężna. Druga liczy 23 lata, jest nauczycielką. Trzecia, 21-letnia, spełnia obowiązki prywatnej sekretarki. Ja mam lat 19 i chodzę na wykłady prawa. Moi rodzice ślubowali dwadzieścia siedem lat temu. Te 27 lat były jednem pasmem cierpień dla matki z powodu ojca-pijaka. Nasz ojciec od czasu jak tylko pamiętamy siebie upijał, a nas bił i katował. Przez co nasz dom zawsze był piekłem na ziemi, zamiast świętością i pokojem, w którym moglibyśmy żyć jak istoty ludzkie. Nikt się nie dowie jak złym i przewrotnym był nasz ojciec, bo matka, "God bless her", zawsze wszystko ukrywała. Nie ma lepszego ojca od naszego kiedy on jest trzeźwy, lecz właśnie jest to, że on bardzo mało jest trzeźwy! Wczoraj przyszedł do domu zadąsany i podpity. Zaczął nie tylko mruczeć pod nosem, lecz głośno krzyczał, odgrażając się nam, że on nam pokaże, że musi być tak jak on chce, bo on jeszcze "boss" we własnym domu. Moja siostra prosiła go aby się uspokoił i zasiadł do stołu. On się rozgniewał i zaczął wołać na głos, że ma prawo wypić sobie jeszcze jednego na apetyt i mu tego nikt nie zabroni. Myśmy nie mówiły ani słówka. To go jeszcze gorzej pogniewało. Skoczył do drugiej izby i powrócił z paskiem w ręku. Klnąc, rzucił się na nas jak furiat, okładając nas pasem, nie patrząc gdzie. Oczy mu wyszły na wierzch, spocił się, a bić nie przestał. Nigdym go jeszcze nie widziała w takim stanie. Brzydota lała mu się z ust jak pomyje! Wstydzę się sama, że tak opisuję własnego ojca, lecz już dalej nie mogę! Moja starsza siostra, która dopiero powróciła ze szpitala przed ośmiu tygodniami i jeszcze słabuje upadła pod cięgami. Widząc to, z rozpaczy chwyciłam kawał grubego drzewa i chciałam mu głowę rozbić. Jednak wydarł ten kloc z mojej ręki. My nie nienawidzimy naszego ojca, nie lubimy go jednak. Może nawet litujemy się nad nim. Żal nam ogromnie matki naszej, która mimo, że jeszcze musi chodzić do roboty, nie ma w nagrodę nic jak tylko niespokój i smutek. Drugie dzieci mają tak dobrych ojców, czemu nasz nie jest taki? Gdyby tylko zaprzestał się upijać, to wiem, żeby się wszystko
u nas w domu zmieniło. My już nie wiemy co zrobić." — Chyba moje komentarze są tu zbyteczne.

Jeszcze jeden list. Pisany ręka niepewną mający na sobie plamy łez.
"Drogi Ojcze Justynie! Mam sprawę, która mnie ogromnie trapi. Jestem w dwudziestym roku życia i najstarsza w domu. Mam cztery siostry i trzech braci, najmłodszy liczy dopiero pięć lat. Pracuje od czternastego roku. Tata nasz jednak nie pracuje już od dziewięciu lat, nie dlatego że nie może, lecz dlatego, że nie chce, bo zawsze ciężko pił. I lubi pić. Teraz dostał prace na dwa dni w tygodniu. Cóż z tego jeśli nie ma tygodnia w którym by nie był pijany od niedzieli do czwartku. Nigdy nie mieliśmy w życiu żadnej dobroci, tylko zawsze biedę. Dlatego mama zawsze miała utrapienia. Skutkiem czego dostała choroby serca! Strasznie nam przykro, bo my wszyscy staramy się i moglibyśmy mieć wiele lepiej, lecz cóż z tego, kiedy nasz ojciec przepija i długi musimy płacić. A co za wstyd przez to!" — Ja nie mogę zrozumieć jak wódka może człowieka opętać do tego stopnia, że posąg żyjący mający być świątynia, zamienia się w chlew, gdzie pełno brudu, robactwa, stechlizny i zgnilizny!

Dodam jeszcze jedna perłę. Przepraszam że tak się ośmielam wyrazić, lecz muszę. "Proszę przemówić na radio coś do żon i ojców pijaków. Jestem żonaty dwanaście lat. W tym czasie miałem spokój tylko przez dwa miesiące, kiedyśmy to mieszkali z dała od ojców. Wtenczas prosiła mnie żona, abyśmy przenieśli się do jej rodziców. Poszedłem, lecz wnet żałowałem, bo to był dom przekleństwa, zemsty i pijaństwa. Pan ojciec ma jeszcze dwie córki; jedna już w szpitalu, bo zawsze latała po nocach i nabawiła się takiej strasznej choroby, z której się już nigdy nie wyleczy, a druga to tak pije jak pan ojciec i moja żona. W dodatku mawiają do mnie, że kto chodzi do kościoła i daje ofiarę, to ma już w piekle miejsce zapewnione. Wierzą jednak w zabobony i latają po wróżkach."

No, na dziś kończę! Rozpocząłem z opisaniem posagów martwych, marmurowych w majestatycznej bazylice św. Piotra. Przeszedłem do posagów żywych, wyniosłych, szlachetnych dzieł Stwórcy. Skończyłem na tych, którzy topią umysł, niszczą serce, mordują dusze i posągi piękne, oko zachwycające, zamieniają w jakieś potwory czyhające na zdrowie pokój i szczęście swoje i drugich! Pamiętajmy, że dla "nieumiarkowych wielu umarło!" A więc zawsze i wszędzie, szczególnie w Poście św. ćwiczmy się w umartwieniach!

POGADANKA Z PANIĄ!? - pogadanka o. Justyna z 26.01.1941 r.

Za wstęp czytam list z Brooklynu, New York: "Słuchając Godziny Różańcowej, zmusza mnie konieczność zapytać się szanownego księdza, jak długo jeszcze upłynie czasu nim się zjawi jaki nadprzyrodzony człowiek, by mógł użyć swoje zdolności i odważył się wstrzymać wasza odwagę "hipnotyzmu" ludu w dobie dzisiejszej. Nie chcę tu wykładać żadnej teorii, ponieważ wiem, że ksiądz zna ją doskonale. Chcę tylko zaznaczyć, że odziedziczyłam przez naturę dar umysłu, którego pozwalam sobie używać. Niniejszym pozwolę sobie zawiadomić księdza, i chciałabym wiedzieć, dlaczego nauka zamiast uszlachetniać plemię ludzkie — to uzbraja ludzkość pojedynczą (?) do najokrutniejszego charakteru. A teraz przytoczę tu z mego osobistego doświadczenia, co też proszę następującą sprawę rozstrzygnąć z pełną uwagą! ...
"Będąc rolniczką starałam się mieć ładny ogródek, mąż zaś śliczne koniki i bydełko. Więc to: przed zasadzeniem, każdą roślinkę zaopatrzyłam w pożywienie — później część obrabiałam starannie, drugą zaś zaniedbałam . . . Ta, którą pielęgnowałam, czyściłam z chwastów, wydała śliczny plon — zapłaciła za moją pracę — zaś roślinka zaniedbana — zaginęła; śladu po niej nie pozostało! Każdy hodowca, każdy plantator czegoś, wybiera sztuki najszlachetniejsze, podlejsze zaś wyrzuca. Najlepsze pielęgnuje, chroni od chorób, otacza troskliwie opieką i w końcu otrzymuje swoje wynagrodzenie; jest ze swej pracy zadowolony. Nigdy nie może człowiek spodziewać się dobrego rezultatu, jeśli pracy swej nie wypełni należycie, i gdy ją zaniedba. A teraz w jakim świetle ksiądz przedstawia nam swego Boga? . . . Ogłasza ksiądz, że naród odstąpił od Boga — wiec Pan Bóg i o nas zapomniał. Jeżeli Bóg, jako istota doskonała, wyższa jak głosicie, nie powinna zaniedbywać swego dzieła — jeżeli jest wszechmocny i miłosierny, dlaczego nie zapobiegnie złemu? Wszak nauczacie i głosicie nam, że obowiązkiem naszym jest walczyć ze złem. Jeżeli Bóg jako istota wyższa nad człowieka — mogąca wszystko — dlaczego nie zniszczy złe w zarodku? Oprócz tego głosicie, że złe i dobre pochodzi od Boga. — Pytanie? . . . Jak to można zrozumieć? Miejcie choć odrobinę WSTYDU! Nie przedstawiajcie swego Boga w roli okrutnego Hitlera mściwego — który się mści okrutnie na każdym kto tylko nie spełni jego rozkazu. Proszę nie zaliczać mnie do bluźnierców, gdyż Boga przez was wyhodowanego nie wyznaję - bo na to nie pozwala mi mój rozsądek. Cieszyłabym się bardzo, gdyby ksiądz, kiedy się już ofiarował dla społeczeństwa — zechciał zdjąć maskę fałszu i publicznie oddał się społeczeństwu dla spraw prawdziwej nauki. Tam, jestem pewna, również ksiądz znajdzie wielbicieli; nikt nie będzie plugawił człowieka głoszącego naukę prawdy. Na tym kończę zobowiązaniem za odpowiedź niniejszej mej myśli. Żegnam do przyszłej Godziny Różańcowej!"
Tu kończy śle list Pani, a zaczyna się moie przemówienie pod tytułem:

POGADANKA Z PANIĄ!?

Zaraz na wstępie dla doskonalszej orientacji słuchaczów i słuchaczek, zwracam uwagę na pewne wyrażenia w liście, jak na przykład: "wstrzymać waszą odwagę 'hipnotyzmu ludu!" Ależ proszę Pani, czyż to nie jest to samo co "opium", jak twierdzą brutalni bolszewicy, że "religia to opium ludzkości!" Skutkiem czego precz z Chrystusem, precz z wiarą, precz z Kościołem? I aby ten lud uszczęśliwić kościoły albo zburzyli, albo zamienili w teatry, w garaże, w stajnie i więzienia! Tak, ci nauczyciele ludu pokradli kielichy, puszki, monstrancje dla siebie, a dzwony stopili na armaty i karabiny maszynowe, aby mordować wieśniaków i robotników, swoich ziomków i obywateli, którzy domagają się chleba, aby nie głodować i nie ginąć! Tak, proszę Pani, to ci sami, którzy krzyże spalili, posągi zniszczyli, a Judaszowi wystawili pomnik narodowy, mianując podłego zdrajcę Chrystusa "największym dobroczyńcą ludzkości"! Tak, proszę Pani, to właśnie ci, którzy kobietę, ściągnęli z ołtarza uwielbienia, czci i szacunku i wrzucili ją do rynsztoku narodowego. Zrównali kobietę ze zwierzęciem bezrozumnym i bezdusznym! Proszę Pani dziś kobieta w bolszewii, to niewolnik i maszyna. W końcu, rzucana na śmietnisko narodowe!
Czy może los dzieci jest lepszy? Proszę Pani! Pisarze rosyjscy stwierdzają, że nigdy w historii narodu rosyjskiego, powtarzam, że nigdy nie było tyle młodocianych przestępców, jak w latach krzewienia nauki bolszewickiej. Ojczyzna dzieci złodziejów, morderców, podpalaczy i samobójców, wśród których kilkanaście tysięcy choruje na choroby zaraźliwe. Pani rozumie na jakie? Pokolenia gniją, karłowacieją. I to zawdzięczyć trzeba komu i czemu? Tym, którzy Boga zabili w duszach ludzkich, kościoły zburzyli i wiarę zdusili! Proszę Pani, i ten naród dziczeje, właśnie dlatego, że nie ma tego opium, a co Pani nazywa "hipnotyzmem". Pogaństwo kończy się zawsze — barbarzyństwem!

Podziwiam jeśli już nie pokorę, to przynajmniej skromność Pani, kiedy pisze, że "odziedziczyłam przez naturę dar umysłu" - ciekawym jednak, skąd natura wzięła ten dar umysłu? To ciekawi mnie naprawdę! Pyta się Pani, czemu? Mam wrażenie, że Pani wierzy usilnie, że natura obdarzyła Panią -  rozumem. A więc chcąc argumentować logicznie natura jest matką Pani. Zgadza się Pani ze mną? Pytam się i to natarczywie: "Jakżeż może otaczająca nas natura pozbawiona rozumu, nie mająca znajomości siebie, ani nie mająca wolnej woli człowieka tymi dobrami wyposażyć? Nikt nie może dać tego, czego sam nie ma? Czy natura ma rozum? Pani oczywiście ma! Mimo tej sprzeczności łaskawa Pani twierdzi, że "przez naturę odziedziczyła dar umysłu!" Nie, Pani dobra! Nie natura obdarza człowieka umysłem, ale sam Stwórca, o którym pisał nawrócony Augustyn - "niespokojne serce nasze, o Panie, dopóki nie odpocznie w Tobie". Niech Pani raczy skierować ten dar umysłu ku Temu, który powiedział: "Jam jest droga, prawda i życie!"

Dalej Pani pisze: "Chciałabym wiedzieć, dlaczego nauka zamiast uszlachetniać plemię ludzkie, to uzbraja ludzkość do najokrutniejszego charakteru?" — Tu naprawdę Pani ma coś, jak' to mówią Amerykanie: ''You certainly have something there". Pani, bez dalszego tłumaczenia, jeśli właśnie używa tego daru umysłu, już teraz mniejsza o to skąd odziedziczonego, doskonale rozumie, że jest nauka prawdy i nauka fałszu; jest nauka na zasadach chrześcijańskich i aż roi się od nauk bezbożnych, pogańskich i barbarzyńskich. Jaka nauka mocarze i rządy karmiły zawsze, a szczególnie przez ostatnie pięćdziesiąt lat swoich poddanych? Czy nauka Boską i Chrystusową, czy może nauką pogańską i bezbożną? Nauka Chrystusa uczy zasadniczo miłości Boga i miłości bliźniego. To są dwa kamienie węgielne, na których buduje się wszystko i całe szczęście jednostek, rodzin, społeczeństw, państw i świata! Nauka pogańska i barbarzyńska nie uznaje Boga, ani też bliźniego. Boga, a nawet myśl o Bogu, zwalcza i ku bliźnim pała nienawiścią, bliźnich tępi, prześladuje i morduje. Namacalny i brutalny dowód to zasady i nauka nazizmu, bolszewizmu i faszyzmu! Jakaś wymyślona nauka "wyższości i czystości rasy", ożeniona z pragnieniem z nigdy nienasyconą żądzą "miejsca pod słońcem" porodziła Marsa, bożka wojny, który znów na zasadzie, że moc i siła jest nad prawem i sprawiedliwością, krąży po świecie poznając słabych i niewinnych!

 Niech Pani słucha dalej. Rozumiem, że to wymaga nieco cierpliwości, ale trudno! Jestem przekonany, stwierdzam szczerze, że nauka każda, która nie uznaje Boga, która jest wyzuta z zasad boskich, nie może wpływać dodatnio na ludzi i zamiast uszlachetniać "wyrabia złodziejów, bandytów i morderców" i niech Pani posłucha co pisał Jerzy Waszyngton: "Religia i moralność są to dwie podstawy i kolumny dobrobytu politycznego Ameryki. Rozum i doświadczenie uczą nas, że moralność odłączona od religii jest martwa i nie ma żadnego wpływu na szczęście ludzkie!" — Umysł ludzki, proszę Pani, od lat był karmiony nauką, mylnie przezwaną postępową i cywilizowaną. Ten postęp i ta cywilizacja z umysłów ludzkich wyrwała korzonki miłości Boga i bliźniego, a zasadziła drzewka pychy, zarozumiałości, nienawiści i zemsty! Narody przechwalały się postępem materialnym — nie widząc, że cofały się duchowo i moralnie. Umysły ludzkie wysilały się nad wynalazkami, narzędziami siejącymi zniszczenie, kalectwa i śmierć! Nauka nowoczesna, oparta na filarach niedowiarstwa i neopogaństwa ludzi nie uszlachetnia, ale zamienia w stado okrutników, istot o instynktach zezwierzęciałych! A teraz Pani robi troszkę i nieco podejrzliwe porównanie pomiędzy roślinkami, bydełkiem a istotami ludzkimi, zapominając, że tak rośliny jak bydełko nie mają ani rozumu ani wolnej woli. Przeciętny człowiek ma! Zresztą i Pani przyznać musi, że mimo zabiegów i starań i pracy Pani, nie zawsze plony. Ziarnka zgniły, a rozsadę woda wymyła. Nieraz spadł grad. Nasienie wymarło w łonie ziemi. Często spadły ciężkie deszcze. Ziarnka zgniły, o rozsadę woda wymyła. Nieraz spadł grad, zniszczył kapustę i wybił pszenicę i kukurydzę. Nierzadło promienie słońca wypaliły warzywa i trawę! Przyszła wichura, połamała drzewka i drzewa. Zniszczyła grona winne! Więc mimo, że Pani pielęgnowała, czyściła i hodowała starannie, nie zawsze plon wynagradzał pracę! Wiele, bardzo wiele zależało od Tego, który kieruje słońcem i wiatrami. Od Tego, który spuszcza deszcze i grady. Idę dalej. Ja zrobię porównanie nieco jednak odmienne. Przed kilku dniami odebrałem list od więźnia, człowieka wykształconego, ale niech Pani łaskawie posłucha co on pisze: "Drogi Ojcze Justyn: To Boże Narodzenie już minęło. A było siódme spędzone za wysokim murem, w celi więziennej! Dziś, kiedy wyobraźnią przesuwam lata mojego życia, wdzięczny jestem za tak liczne wspomnienia. Niektóre z nich piękne i miłe. Niektóre znów nie tak śliczne i przyjemne! Wdzięczny, na przykład jestem, że jako dziecko, miałem szlachetnego ojca i dbałą matkę, która wpajała we mnie zasadnicze prawdy i dała mi fundamenty pewne i stałe, na których mogłem zbudować gmach trwały,a który, niestety, w późniejszych latach całkowicie rozerwałem i zniszczyłem! Jestem biednym i mizernym okazem, aby się wychwalać i szczycić domem, w którym żyła miłość, w którym był słyszany wesoły śmiech i wzajemny szacunek. Możebne, że moje rychłe rodzinne wychowanie było ważniejsze dla mej przyszłości aniżeli myślałem, lecz jestem przekonany i dziś wiem, ze serdecznie i boleśnie żałuję, że z życia mojego, kiedyś tak pięknego i pożytecznego, zrobił kompletny zawód i ostateczne bankructwo! W więzieniu każdy z nas ma chwile czarnych powątpiewań i wszystko niszczącej rozpaczy! Wtenczas spędzamy długie czarne godziny, zapamiętale i nierzadko nadaremnie szukające światła, duchowei latarni morskiej! Jako dziecko nauczyłem się moich pacierzy na kolanach mej matki. Pacierze te były mostem nad otchłanią pomiędzy światłością a ciemnością i wprowadziły mię w tajemnice życia z wiedzą i pewnością, że moja mała dusza pozostanie zawsze nienaruszona!
"Lecz, te lata pomiędzy moim dzieciństwem a dniem dzisiejszym są oczywiście przepełnione tragicznymi zdarzeniami, i Ojcu Justynowi są one dobrze znane! Źródłem tych było pijaństwo! Powodem wszystkiego — wódka. Nie byłem ani razu aresztowanym, kiedy byłem trzeźwy! Lecz, Boże drogi, czego żem się nie dopuścił w pijaństwie?"
Na tym wyznaniu, szczerym i bolesnym, kończy skruszony więzień!

Co na to powie, Pani łaskawa? Co? Czy w tym wypadku, przynajmniej w tym jednym, ta roślinka ludzka, chowana była na gruncie szlachetnym i w cnoty żyznym. Była pielęgnowana gorliwie i starannie, wśród otoczenia jasnego i promienistego, a jednak co się stało? Z jakim rezultatem? Jaki owoc wydała? Chyba nie potrzebuje ponownie wyliczać! Szczęście zmiażdżone! Pożyteczność zniszczona. Życie zbankrutowane! Czemu? Dlaczego? Ano, dlatego, że to istota rozumna i wolna wola obdarzona! Będąc rozumną i wolną, mimo ostrzeżeń, dobrowolnie wyciągnęła rękę do butelki, po kieliszek i nie tylko zalała rozum, ale i zatopiła zdrowy rozsądek, zamieniła człowieka uczciwego w zbrodniarza, spodliła go. Skutkiem czego, sprawiedliwość ludzka i społeczna ukarała go długoletnim więzieniem. Dziś, biedaczysko doskonale rozumie swoja całkowitą odpowiedzialność osobistą i wyłączną. Nie oskarża ani Boga, ani domu, ani ojca, ani matki, ani rodzeństwa. Całą winę i odpowiedzialność zwala na siebie za życie zmarnowane, za cierpienia, za nieszczęścia. Ma to, co jako rozumny człowiek dobrowolnie wybrał. Jeno to i nic innego. Ni mniej, ni więcej!
O! prawie że zapomniałem zapytać się Pani, czy ta roślinka ludzka, tak starannie przez matkę pielęgnowana, a przez ojca troskliwie hodowana, wydała śliczny plon i odpowiednio zapłaciła im za ich prace? Nie, proszę Pani, ja nie żartuję, mówię na serio!

Co Pani pisze dalej, że "nigdy nie może człowiek spodziewać się dobrego rezultatu, jeśli pracy swej nie wypełni należy cię i gdy ją zaniedba!" Na to wypowiedzenie oczywiście zgadzam się. Pani jednak uprzejmie zezwoli mi, że to nie wystarcza. Trzeba nieco więcej, bo "jeśli Pan nie zbuduje domu, próżno pracowali, którzy go budują." I "jeśli Pan nie będzie strzegł miasta, próżno czuwa ten, który go strzeże!" Dorzucam ostrzeżenie św. Pawła: "Ja sądziłem, Apollo podlewał, ale Bóg dał pomnożenie. Tak więc ani ten, co sadzi, nie jest czymś, ani ten co podlewa, ale Bóg, który pomnożenie daje!"
Pani pisze tak: "a teraz w jakim świetle ksiądz przedstawia nam swego Boga? . . . ogłasza ksiądz, że naród odstąpił od Boga — więc Pan Bóg i o nas zapomniał!" — Nawiasem mówiąc, Pani pisze wyraz Bóg przez małe "b"! Patrzcie się mili państwo, musi w tej istocie ludzkiej być harda dusza, kamienne serce i twardy, żółwiowy umysł! Pyta się Pani, i to bardzo cynicznie, w jakim świetle przedstawiam mego Boga? Dlaczego jeno mego Boga? Czemu Pani nie raczy pisać Boga wszystkich wierzących Żydów i Chrześcijan rozmaitych wyznań i religii? Mniejsza jednak nawet o to! Mój Bóg, to ta Istota wszechmocna, która stworzyła świat cały z niczego! Mój Bóg, to ta Istota, która kiedyś, nie wiem kiedy, będzie nas sądzić! Mój Bóg, to Ten, który mówił do Mojżesza: "to powiesz synom Izraelowym: Pan Bóg Ojców waszych, Bóg Abrahamów, Bóg Izaaków i Bóg Jakóbów posłał mię do was: to jest imię moje na wieki i to pamiętne moje na rodzaj i rodzaj!"
I proszę Pani, nie tylko ja biedaczyna, ale każdy, tak każdy który ma oczy i widzi, twierdzi, że świat oddalał się coraz więcej od Boga, od przykazań boskich, od nauki boskiej, a więc od życia boskiego. Pani mi nie uwierzy?" Co więc zrobili międzynarodowi bandyci? Czy potrzeba mi publicznie powtarzać zasady nazizmu i bolszewizmu i faszymu? Przecież to zasady pogańskie i barbarzyńskie! A więc otwarcie antyboskie, antyludzkie, antychrześcijańskie! Płakać się chce, kiedy słyszy się szumne frazesy o chrześcijaniźmie narodu francuskiego i włoskiego. Olbrzymia większość tych dwóch ludów spoganiała, zatraciła cechy nauki Boskiej w życiu publicznym i prywatnym! Mówię jeno o państwach, po których czysto podróżowałem i o narodach które bliżej poznałem!
Czy może Pani jeszcze nie słyszała co się działo przez ostatnie dwadzieścia lat w granicach państwa, nad którym powiewa czerwony sztandar z młotem i sierpem, gdzie nie ma miejsca dla Boga, bo tam stąpa niedźwiedź azjatycki w powodzi łez i przekleństw poddanych, a z paszczy jego spadają krople krwi ludzkiej? A może Pani nie słyszała jeszcze, co szczególnie w ostatnich ośmiu latach dzieje się w neopogańskim kraju starożytnych barbarzyńców, nad którym dziś powiewa bandera ze złamanym krzyżem! Nie wiem, czy Pani wiedziała, że Francuzi od pół wieku chwalili się swym niedowiarstwem do tego stopnia, że jeden z nich pisał: "my nie wierzymy w nic!" A może Pani nie wie, że we Włoszech rząd wykradł tak Kościołowi jak rodzicom dzieci już od siódmego roku życia? Zniósł wszelkie stowarzyszenia, towarzystwa i kluby katolickie. Zresztą, z wyjątkiem znikomego procentu, naród włoski nie znał przykazań Bożych!
Czv Pani nie wie, że w licznych innych krajach, w szkołach niższych i wyższych zakazano uczyć, ba nawet wzmiankować o Bogu, o tym Bogu, o którym Apostoł pisał, że "Bóg jest przed wszystkimi, a wszystko w Nim stoi!" - Czy Pani nigdy nie czytała, jak to rozmaici nauczyciele, uczeni i pisarze argumentowali, że rozum ludzki da sobie radę sam bez Boga! Jak to dowodzili, że nauka, oświata, postęp i cywilizacja nie może się zgadzać na istnienie Boga. Może nawet i Pani zgadzała się z zasadami tych uczonych. A dziś kiedy nauka, oświata i postęp, wszystko bezbożne, pogańskie i barbarzyńskie, oblicze ziemi zamieniły nie tylko w czyściec, ale w jedno wielkie piekło. Pani się oburza. Pani się gorszy, Pani narzeka i Pani bluźni nawet! Widzi Pani, dokąd ten pyszny rozum ludzki i wolna wola ludzi zaprowadziła? Tak, świat uciekał i ludzie odwracali się od Boga; byli ludzie bez Boga, były rodziny bez Boga, były społeczeństwa bez Boga, były państwa bez Boga! Świat ludzi zamieniał się w świat zwierząt, życie ludzkie spadło do poziomu bytu bydląt nierozumnych i zwierząt drapieżnych!

Twarde jest moje twierdzenie, proszę Pani, ale szczere, poparte faktami życiowymi i niezaprzeczalnymi, nie dającymi się zbić żadnymi argumentami, bo przeciw zdarzeniom i faktom nie ma argumentów! Ludzie, mam na myśli ludzkość w ogóle, nie chcieli i dziś jeszcze nie chcą poznać skąd pochodzą, po co żyją, jak żyć powinni. Ludzkość zmiażdżyła pomost między Stwórca a stworzeniem. Zerwała złoty łańcuch. Uczący człowieka z Bogiem. Zapomniała, że Bóg początkiem i końcem — Alpha i Omegą! Ludzkość dwudziestego wieku zaciekle goniła i zapalczywie wyciąga ręce tylko po rzeczv materialne, błyskotliwe, mijające, zapominające, jeśli nie całkowicie to nieomal, że całkowicie o rzeczach duchowych! Ludzie hołdowali ciału ludzkiemu, wyszukując wszelkich wygód, przekraczając granice dozwolone i naturalne, a zaniedbali i zapomnieli o potrzebach duszy! Ludzie, powtarzam z naciskiem, ludzie mawiali tylko o prawach, zapominając o obowiązkach! Robactwo zaczęło toczyć podwaliny domu i rodziny, mianowicie małżeństwo! Butiwiały małżeństwa — rozpadały się rodziny -  społeczeństwa się chwiały — nad państwami grzmiały grzmoty, błyskały błyskawice, biły pioruny złowrogie, zwiastuny pożaru i kieski i zniszczenia światowego!

Jeśli odezwał się głos ostrzegawczy, to go przytłumiono okrzykiem: "życie moje jest moją osobistą własnością. A więc wolno mi żyć jak mi się podoba i jak ja chce! Mam rozum i wolę, po co mam słuchać drugich!" Tak wołał zuchwale mąż i żona i dzieci! Tak wołali kierownicy i rządzący społeczeństwami i państwami! Tak na kołach rozumu i woli ludzi posuwał się wóz rodzin — społeczeństw — państw. Powoził człowiek pijany, upity pychą, zarozumiałością, nienawiścią i zemstą! Wozy rodzin, społeczeństw i państw zamiast jechać po torach miłości Boga i miłości bliźniego, sunęły po torach ograniczonego rozumu i wielce osłabionej woli, nadętej i opuchłej istoty ludzkiej. Kierownicy tych wozów prowadzili w szalonym tempie, ślepi na czerwone sygnały wskazujące na niebezpieczeństwa, no i w końcu nastąpił krach, grzebiąc z winnymi i niewinnych!

Niech Pani jeszcze posłucha co dziewięć lat temu pisał pewien minister oświaty: "Dotychczasowa polityka naszego ministerstwa skłaniała się ku materializmowi. Stanowisko takie dało opłakane rezultaty: prawdziwy upadek moralności publicznej i prywatnej, rozkwit komunizmu, a nawet w ostatnich latach anarchii. Wobec tego odtąd nasz system wychowawczy musi być bardziej uduchowiony!"
A Alexander Dumas pisał do jednego ze swych przyjaciół: "Francja jednakowoż nie może się długo obejść bez Boga. Czy są w Paryżu kobiety mężne jak - niegdyś w Saragossie? Bez Boga nie ma mężnych niewiast! Bez dzielnych niewiast nie będzie rodzin. Bez rodzin nie ma ojczyzny, społeczeństwa i państwa!" — Powtarzam to jedno zdanie: "Bez Boga nie ma mężnych niewiast!' Tak mówił Alexander Dumas.
W przyszłą niedzielę dokończę moją pogawędkę z Panią!

PAPIEŻ UMIERA — PAPIESTWO ŻYJE! - pogadanka o. Justyna z 26.02.1939 r.

Nasz nieśmiertelny Sienkiewicz w powieści "Quo Vadis" — tak pisze: "Rybak zwykle pokorny i pochylony, szedł teraz wyprostowany, wyższy wzrostem od żołnierzy, pełen powagi. Nigdy nie widziano w postawie jego tyle majestatu. Zdawaćby się mogło, iż to monarcha posuwa się, otoczony przez lud i żołnierzy. Ze wszystkich stron podniosły się głosy, — Oto Piotr odchodzi do Pana! — Wreszcie po drodze umilkły wrzaski i wołania uliczne. Szli w ciszy. Czasem tylko zabrzekły zbroje żołnierzy lub podniósł się szmer modlitw! Czuł, że dzieła dokonał i wiedział już, że ta prawda, która całe życie opowiadał, zaleje wszystko, jak fala i że nic już powstrzymać jej nie zdoła! A tak myśląc, podnosił oczy ku górze i mówił: — Panie, kazałeś mi podbić ten gród, który panuje światu, więcem go podbił. Kazałeś mi założyć w nim stolicę swoją więcem ją założył. To Twoje miasto teraz, a ja idę do Ciebie, bom się spracował bardzo!" Apostoł zwrócił się po raz ostatni ku miastu. Z dała, nieco w dole, widać było rzekę błyszczącą, a ponad nią, hen wzgórza oblepione domami, olbrzymie rojowisko ludzkie, którego krańce niknęły w mgle błękitnej. Piotr zaś, otoczony żołnierzami, spoglądał na nie tak, jakby spoglądał władca i król na swe dziedzictwo — i mówił mu: — Odkupioneś jest i moje! Słońce schyliło się bardziej ku zachodowi i stało się wielkie i czerwone. Niebo poczęło bić blaskiem niezmiernym. Żołnierce zbliżyli się do Piotra, by go rozebrać. Lecz on, modląc się, wyprostował się nagle i wyciągnął wysoko prawicę. Oprawcy zatrzymali się, jakoby nieośmieleni jego postawą, wierni zatrzy mali oddech w piersiach, sądząc, że chce przemówić i nastała cisza niezmącona. On zaś nie mówił nic, jeno wzrokiem wielkiej miłości objął, zdało się świat cały i począł wyciągniętą prawicą czynić znak krzyża, błogosławiąc w godzine śmierci — na wschód i zachód, północ i południe." To zdarzenie miało miejsce w 67 roku ery chrześcijańskiej.
Teraz do przemówienia, pt.:

PAPIEŻ UMIERA — PAPIESTWO ŻYJE!

Podobna scena odegrała się w mieście wiecznym w piątek, 9-go lutego, br., o godzinie 5, minut 31, rano według czasu europejskiego, a w czwartek wieczór o godzinie 11:31 według czasu wschodniego w Ameryce! Niespełna w godzinę później ukazały się ekstra dzienniki z żałobną wiadomością: "Papież nie żyje i Ojciec Św. Pius XI umarł!". Stacje nadawcze zawiesiły wszystkie programy radiowe, a czas poświęciły na podawanie szczegółów z życia, działalności i zgonu jednego z najodważniejszych i najdzielniejszych orędowników ludzkości, w historii chrześcijaństwa i cywilizacji! Przed zgasłym namiestnikiem Chrystusa, korzyli się nie tylko wierni, lecz Protestanci, Żydz i Mahometanie, ponieważ wielki Pius XI, naprawdę szedł śladami Tego Zbawiciela Chrystusa, który pracował, nauczał i bronił wszystkich bez względu na wyznanie, pochodzenie lub rasę. Wymazał różnice dzielące ludzkość na stronnictwa. Dla wszystkich był ojcem, wszystkich obrońcą, a dla nas katolików, ponad wszystko, Ojcem Świętym! Pójdźcie ze mną na chwil kilka do miasta Watykanu. Przyjmijcież mnie za przewodnika, ponieważ tak Watykan jak cały Rzym, znam tak jak własne pięć palców u ręki! Jesteśmy na olbrzymim placu, przed bazyliką św. Piotra! Plac ma kształt eliptyczny, otorzony kolumnadą jakby dwoma ramionami. Te ramiona składają się z trzysta siedemdziesięciu dwóch kolumn, na których znów stoi dziewięćdziesiąt dwa posagi świętych, po jedenaście stóp wysokości! W pośrodku placu dwa wspaniale wodotryski rzucające ogromne strumienie wody, na dwadzieścia stóp wysokości! Pomiędzy wodotryskami stoi obelisk z jednej sztuki granitu, na 8 stóp wysokości. Papież Sykstus V, który za młodu był pastuszkiem trzody chlewnej, później był naszym zakonnikiem, postawił go tu! Na wierzchu obeliska umieszczona jest cząstka drzewa Krzyża św., a na jego postawie, napis: "Chrystus zwycięża, Chrystus króluje, Chrystus panuje. Niechże Chrystus lud swój od wszego złego broni!" — Miejsce na którym stoimy jest święte, bo zroszone krwią pierwszych chrześcijan. Tu zginęły nie setki, lecz tysiące bohaterskich wyznawców nauki Chrystusa; tu nie tylko mężczyźni, lecz niewiasty bezbronne i dzieci niewinne zrosili ziemię krwią męczeńską. Właśnie tu Papież Pius V, zatrzymał się, wziął garść ziemi i wręczając ją ambasadorowi polskiemu, mówił ze wzruszeniem: "Weź tę ziemię jako relikwię, ponieważ jest zroszona krwią męczenników!" Teraz patrzcie przed siebie. Ten gmach, to sławna bazylika św. Piotra. Największa i najwspanialsza świątynia na świecie. W jej budowie i nad jej upiększeniem, pracowały i wysilały się mózgi najzdolniejszych architektów, budowniczych, inżynierów malarzy i rzeźbiarzy, mistrzów nad mistrzami. Ta budowla, wystawiona na uczczenie Piotra-rybaka, zarazem księcia Apostołów, po dziś dzień głosi światu ten fakt historyczny, że "ubi Petrus, ibi Ecclesia Christi", czyli "gdzie Piotr, tam kościół Chrystusowy!" Nad bazyliką, ręka niezrównanego mistrza Michaelo Angela, zawiesiła kopułę, wielkości Panteonu. Kopuła wznosi się na 351 stóp wysokości. W dni pogodne można ujrzeć przez okienko miasteczko portowe Ostia i morze Adriatyckie.

 — Teraz zwróćcie oczy na prawo. Tuż obok bazyliki jest Pałac Watykański! Tam w narożniku jest mieszkanie papieskie. Mimo tak rychłej godziny, bo to dopiero kwadrans do czwartej, piątek rano, mieszkanie Papieża jest rzęsiście oświetlone. Przed bramą stoi nieruchomie straż. To gwardziści szwajcarscy. Zajeżdżają pospiesznie samochody. Przywożą nadwornych doktorów. Zawiadomił ich sekretarz stanu, że staruszek 81-letni, Papież Pius XI, po długim napadzie dychawicy, dostał silnego ataku serca! Przyboczni lekarze Milani i Rocchi, mimo nadludzkich wysiłków, smutnie stwierdzają, że serce staruszka trzepoce w starganych piersiach jak skrzydełka wystraszonego ptaszka w klatce, i że siły opuszczają chorego. Nie ma dalszych środków ratunku. Śmierć jest tuż. Papież nie traci całkowicie przytomności. Oczy już konającego, są wlepione w wielki obraz św. Tereski od Dzieciątka Jezus, szczególnej patronki Jego! W lewej ręce ściska mały krucyfiks. Jeden z obecnych dostojników Monsgr. De Romanis udziela, zalewając się łzami, ostatniego namaszczenia. Ojciec Św. Pius XI, podnosi po raz ostatni prawicę, kreśląc z wysiłkiem znak Krzyża św. I szepce: "Jezus, Maria, pokój światu, pokój!" — Papież Pokoju, życząc zbolałej i wystraszonej ludzkości, pokoju, zasnął sam w pokoju. Prawica spadła na piersi, a z oczu skulnęło się kilka łez tego szermierza biednych, skrzywdzonych i prześladowanych całego świata! Obecni buchnęli płaczem. Nie mogli dokończyć modlitw za konających Kard. Pacelli powstał, wziął z pobliskiego stolika mały srebrny młotek, nachylił się nad zwłokami, i delikatnie dotykając czoła zmarłego, zawołał trzykrotnie na zmarłego po imieniu chrzestnym: "Achileuszu! Achileuszu! Achileuszu!".  Potem zwracając się do obecnych, zalany łzami, wyszlochał smutnie: "Pius XI, Papież, nie żyje!" — W tej chwili zawiadomiono spowiedników przy bazylice św. Piotra, którzy wezmą w opiekę zwłoki zmarłego Papieża i muszą pełnić straż przy zwłokach aż do zapieczętowania trumny! Nawiasem mówiąc ten obowiązek pełnią nasi Ojcowie, Franciszkanie Konwentualni, pomiędzy którymi jest długoletni rektor tutejszego seminarium,Wielebny O. Idzi Kaczmarek! — Dwadzieścia siedem minut po zgonie — wydano urzędowe zawiadomienie o śmierci Papieża.
Rozkołysały się dzwony kościołów rzymskich. Biły żałosnym dźwiękiem przez całą godzinę. Zawtórowały im dzwony w najdalszych zakątkach kuli ziemskiej! Spiżowe serca rozkołysanych dzwonów biły na alarm żałobny: "Papież umarł!" — Zatrwożyły się serca ludzkie innowierców, którzy uznają wielkość i znaczenie i potęgę Stolicy Apostolskiej! Hurmem, 350 milionów katolików odpowiedziało jednogłośnie tak potężnie, że aż echem odbiło się o sklepienia niebieskie: "Nie bójcie się! Prawda, Papież umarł, lecz Papiestwo żyje i żyć będzie do końca świata. Bo tę obietnicę dał sam Zbawiciel Chrystus Pan swemu następcy i zastępcy — kierownikowi łodzi Chrystusowej i sternikowi swego Kościoła, a żadne moce, nie tylko ludzkie, lecz nawet piekielne nie przemogą go!".

Nad trumną Ojca św. Piusa XI pochylił się w smutku i żałobie świat cały. Rządy wszystkie, z wyjątkiem republik sowieckich, obniżyły flagi narodowe na budynkach publicznych do połowy masztu, na znak żałoby! Taki Arcybiskup z Canterbury, naczelnik kościoła anglikańskiego, wyraził się tak: "Pius XI był człowiekiem wielkiej wiedzy, który dźwigał ciężar swych wielkich obowiązków z nadzwyczajną siłą i odwagą. Zawsze pozostaną nam w pamięci jego niestrudzone wysiłki w celu doprowadzenia do pokoju na świecie!" — Jeśli tu w Stanach Zjednoczonych protestanci, żydzi i bezwyznaniowcy mówili i pisali, że "Pius XI odszedł, gdyśmy Go potrzebowali najwięcej!", cóż my katolicy mamy mówić? Cóż my katolicy-Polacy możemy powiedzieć o Tym, który był 261 Namiestnikiem Chrystusa, oraz jak sam się wyraził "Ojcem chrzestnym" zmartwychwstałej Polski? W czasie swego pobytu w Polsce poznał na wskroś naszą polska duszę i pokochał nasz lud prosty i biedny, ale szczery i bez obłudy; ten naród, który w obronie Krzyża, wiary i polskości przeszedł stuletnią niewolę, a w roku 1920 powstał z popiołów, i mimo wymęczenia i słabości, mężnie nadstawił piersi hordom bolszewickim, i zatrzymał falę barbarzyńskch zasad sierpa i młota, odwalił ją het poza granice i w ten sposób, bez najmniejszego wątpienia uratował dzisiejszą cywilizację, raz jeszcze stwierdzając przed światem całym, że Polacy zawsze wierni Krzyżowi i Chrystusowi!

Mimo, żeście już kilkakrotnie czytali o szczegółach życia Ojca św. Piusa XI, proszę o cierpliwe wysłuchanie takowych. Pius XI urodził się 31 maja 1857 roku, w miasteczku Desio, w pobliżu Mediolanu. Był on trzecim z pięciorga dzieci w rodzinie, której ojcem był tkacz Francesco Ratti, a matką Teresa Gallich. Ojciec był znany ze swej pracowitości i uczciwości, matka znów słynęła ze swej łagodności i dbałości o religijne wychowanie dzieci. Mały Achileusz uczęszczał do szkoły prywatnej. Później wstąpił do seminarium Św. Karola w Mediolanie. Stąd wysłany został na Uniwersytet Gregoriański w Rzymie.
W toku 1879, dnia 20 grudnia, otrzymał świecenia kapłańskie. Do roku 1888 sprawuje obowiązki profesora, potem do roku 1912 kieruje Stowarzyszeniem Uczonych zatrudnionych w bibliotece św. Ambrożego. W roku 1912 Ojciec św. Pius X powołuje go do Rzymu na dyrektora Biblioteki Watykańskiej. W roku 1918 na prośbę Biskupów polskich o nadesłanie przedstawiciela Stolicy Apostolskiej, Benedykt XV wysyła Achileusza Rattiego do Warszawy, jako nuncjusza papieskiego. W Warszawie dostał sakrę biskupią z rąk Kardynała Kakowskiego. Wtenczas Polska wyglądała jak Łazarz. Naród okryty łachmanami, w biedzie i nędzy. Wojska nieprzyjacielskie, czego nie skradły, to zniszczyły. Nuncjusz Ratti stat się żebrakiem dla narodu polskiego. Pukał do bram watykańskich i wyciągał ręce do krajów zagranicznych dla uratowania dzieci polskich od śmierci głodowej! Polacy za to go pokochali, jak tylko serca polskie kochać umieją! Kiedy zaś w 1920 roku, tuż przed Warszawą, ukazały się hordy czerwieńców, nuncjusz Ratti pozostał na stanowisku zagrzewając serca do wytrwałego boju i napawając dusze ufnością w zmiłowanie Boże! Po zwycięstwie nad bolszewikami, które, powtarzam, wstrzymało pochód krwiożerczych wywrotowców, nuncjusz do publicznego odśpiewania "Te Deum" w obecności ś. p. Marszałka Piłsudskiego i władz wojskowych dodał zwrotkę: "Przez miłosierdzie Boże, nie zniszczeliśmy!" W roku 1921 był odwołany z Polski i kreowany kardynałem oraz arcybiskupem Mediolanu. Niedługo tu przebywał, bo już 6-go lutego 1922 wybrano go na Stolicę Apostolską. Zapytany jakie imię sobie wybiera, powiedział: "Imię Piusa!" Czemu? "Za Piusa IX zacząłem chodzić do seminarium. Pius X powołał mnie do Rzymu, ten Pius, który tyle się starał, aby zakończyć wojnę i zawrzeć pokój światowy. Dlatego wybieram imię Piusa i pragnę poświęcić całe moje życie dla uspokojenia świata!"— Pius XI skierował wszystkie swoje zdolności, wiedze i wpływy ku temu; kilka minut przed śmiercią szeptał: "Jeszcze mamy tyle roboty przed Nami!" A wreszcie dając już ostatnie błogosławieństwo zdołał wyksztusić: "Jezus — Maria — Pokój Światu — Pokój!".
Przez siedemnaście lat swego chwalebnego panowania, Ojciec św. wzywał rządzących i poddanych do zgody i pokoju. Otóż pisał tak: "Najlepszą gwarancją pokoju jest — nie las bagnetów, lecz wzajemne zaufanie i szczera przyjaźń!".
Gdzie indziej znów: "Jeśli przede wszystkim nie uzna się świętych wskazówek prawa naturalnego i prawa Bożego, nie pomogą ani traktaty pokojowe, ani uroczyste ugody, ani międzynarodowe zjazdy i konferencje, ani najszlachetniejsze i najwięcej bezinteresowne wysiłki mężów stanu!" Kiedy zaś przy końcu ubiegłego roku odbywała się owa sławna konferencja w Monachium, Pius XI zakończył swój apel radiowy modlitewną ofiarą, na którą wzruszyła się dusza każdego słuchacza. Głosem pełnym wzruszenia wołał do mikrofonu: "My to życie, które Nam Pan dzięki modłom całego świata przedłużył i jakby odnowił, całym sercem ofiarujemy dla ocalenia pokoju świata!" Rozczulił się Papież, a z nim płakał każdy człowiek uczciwy. Opatrzność wysłuchała prośby sędziwego orędownika spraw ludzkości. Rządzący wstrzymali żelazną i uzbrojoną prawicę, przynajmniej czasowo, ale Apostoł pokoju zamknął oczy! Przez długie lat siedemnaście ten niestrudzony sternik łodzi Piotrowej ganił i karcił mocarzy tego świata, a stawał w obronie maluczkich i prześladowanych. Nie zważał na osobistości i wielkości. On jedyny jeden nie obawiał się rozporządzeń dyktatorów. Nie schylał głowy przed tronami. Nie uginał kolana przed senatami! "Pokój Chrystusowy w Królestwie Chrystusowym!" — oto hasło do którego skierował wszystkie swoje czynności. Staranną i wprost niesłychaną pieczą otoczył swą trzódkę. Dbał o wychowanie młodego kleru i młodzieży w ogóle; bronił świętości małżeństwa i znaczenia rodziny; nawoływał do rozwiązania kwestii roboczej na zasadach obopólnej sprawiedliwości i w duchu miłości bliźniego; nalegał na prawo Kościoła do kierowania duszami młodych; zachęcał do wytężonej pracy na misjach, dla pozyskania dusz pogan; zaklinał do wprowadzenia w czyn Akcji Katolickiej; publicznie potępił wygórowane zasady arcypatriotyzmu i nacjonalizmu oraz prześladowanie Żydów i tak bez końca! Zdobył sobie miano: "Papieża Pokoju — Papieża Misji — Papieża Tolerancji — Papieża Sprawiedliwości Społecznej — Papieża Konkordatów!". Z tych ostatnich, bodaj najważniejszy to ten Laterański, zawarty pomiędzy Kościołem a faszyzmem włoskim w roku 1929, na mocy którego sformowano nowe państewko kościelne, Miasto Watykanu! Każdy jeden z nas dumny być powinien, że Opatrzność dała nam Papieża, który swą siedemnastoletnią działalnością dla ludzkości podbił świat cały i zdobył sobie uznanie umysłów tak wierzących jak bezwyznaniowców! Módlmy się za wieczny spokój zgasłego Papieża i prośmy Opatrzność o mu podobnego następcę i pamiętajmy, że chociaż Papież umarł — Papiestwo nadal żyć będzie!

CZYTANIE TO OGIEŃ! - pogadanka o. Justyna z 19.02.1939 r.


Nie ma na świecie większego mocarza od nowoczesnej prasy! Mówiąc o prasie, mam na myśli wszelką literaturę, dzienniki, książki i wszelkiego rodzaju publikacje! Każdy je czyta, ponieważ człowiek ma w sobie pewną dawkę ciekawości. Jedni czytają, aby czegoś się nauczyć, dobrego lub złego! Drudzy czytają, aby czas zabić! Tak przynajmniej oni twierdzą. Mimo to, czytanie takie wywiera swój skutek, zbawienny lub szkodliwy! Olbrzymia bowiem część czytelników i czytelniczek jest za leniwa, aby myśleć. Tacy pragną, aby redaktorzy i autorzy myśleli za nich. Dlatego słyszymy takie wyrażenia jak: "to musi być prawda, bo tak stało w gazecie!" Opinia redaktora staje się opinią czytelnika i czytelniczki! Niebezpieczna to rzecz! Brak prawdomówności i szczerości! Namacalny dowód mamy w publikacjach nieszczęsnej Francji! Tam od długich lat wrogowie Boga i wiary zasypali kraj słowem drukowanym, w jedynym celu, aby naród oderwać od Kościoła! W dziennikach i książkach powtarzali jedną i tę samą tezę, że Kościół to największy wróg ludu; że Kościół nigdy nie dbał o chłopa; że Kościół trzyma lud w ciemności itd. Zresztą i tu wśród nas mamy podobnych pisarków, którzy w ten sam sposób uświadamiają i oświecają naszych! Człowiek bezkrytyczny i łatwowierny łatwo bywa wprowadzony w błąd, z którego trudno go wyleczyć! Pomiędzy dzisiejszą literaturą górują dwa gatunki, sentymentalna czyli romantyczna i realna czyli życiowa, która pod pretekstem uświadamiania zrywa zasłonę z tak zwanych tajników życiowych. W literaturze sentymentalnej kocha się przeważnie młodzież i zachwyca się nudnymi zalotami, umizgami kochliwymi i łaskotaniem bezmyślnym. W literaturze, która omawia tak zwane prawdy czyli fakty życia, szukają informacji wszelkie warstwy społeczeństwa. W tych podawane są szczegóły erotyczne i seksualne, które prowadzą do nadużyć i rozluźnienia obyczajów! Zresztą wysłuchajcie dzisiejszej mowy pt.

CZYTANIE TO OGIEŃ!

"Ja nie mogę zrozumieć, dlaczego ktoś mi może zakazać czytać tego co ja chcę? Mam przecież już dwadzieścia lat, a więc czytanie mi nie zaszkodzi. Zresztą chcę poznać szczegóły życia. To najlepiej poznam czytając wszystko!" — tak pisał do mnie w ubiegłym roku młody Polak. Posłuchaj młody mój bracie: Czy możesz pić wszystko bez wyjątku, i być zdrowym? Czy możesz jeść wszystko, bez szkodzenia sobie fizycznie? Jak więc możesz czytać wszystko i nie skrzywdzić moralnie twego umysłu, serca i całej duszy? Przecież czytanie, to taki napój i pokarm duszy ludzkiej. To znów albo zdrowotny albo trujący. Dlatego mówimy wyraźnie: dobre czytanie i złe czytanie! Twój argument to nic nowego. Ludzie zawsze tak rozumowali we wszystkim, nawet co do wiary! Przyjmują co chcą, co im się podoba, co jest im miłe i przyjemne. Odrzucają zaś co im się nie podoba lub wydaje się im przykre i nieprzyjemne!
Tak też kiedyś rozumował pewien adwokat ze swym przyjacielem mówiąc: '"Dziś trzeba samemu o wszystkim sąd sobie wyrabiać, trzeba wszystko czytać!" Właśnie drzwi się otworzyły i ujrzeli kucharza z wieśniaczką, która trzymała w ręku koszyk z grzybami. Nawiasem mówiąc, adwokat przepadał za grzybami. Wiedziano o tym w okolicy; toteż każdy, kto mógł, mu je przynosił, pewnym będąc sutej zapłaty. Rozpoczęły się oględziny. Nie wypadły jednak za szczęśliwie, bo adwokat miał minę zafrasowaną. Wreszcie mówił do przyjaciela: "Zobacz tylko co ty o tych grzybach sądzisz? Mnie wydają się podejrzane!" — "Co sądzę? Ależ ja na tym się nie rozumiem. Spytaj raczej kucharza!'' - radził przyjaciel. — "No, proszę Jaśnie Pana, ja sądzę, że to są grzyby złe. Niech pan ich nie kupuje!"- rozsądził kuchcik. Oczywiście sprawa była załatwiona. Kiedy zostali sami, przyjaciel adwokata pozornie zdziwiony rzucił mu pytanie: — Jak mogłeś to zrobić? — Niby co? — Czemu uprzednio grzybów nie spróbowałeś? — Jak to? Ależ to były grzyby trujące! — A skąd to wiesz? —No przecie wiem, bo kucharz tak sądzi; a on się na tym zna! — Tak, ale czyż jako człowiek myślący nie powinieneś był sam się o tym przekonać? czyli sprawdzić na sobie, że tak jest rzeczywiście! — Żartujesz chyba. Czyżbyś chciał, żebym dla tych grzybów narażał się na śmierć? — Myślałem — skoro ty byś chciał, abym ja duszę mą i serce narażał na śmierć gorszą, bo śmierć duchową, dla takiego człowieka jak twój autor i jego nikczemna książka.

Naprawdę, że pewne książki i rozmaite pamflety, mimo pozorów, to tylko grzyby trujące. Czy wolno nam używać trucizny, aby utracić życie nasze? Czy więc wolno karmić duszę naszą trucizną moralną, aby popełnić samobójstwo duchowe? Uczony adwokat uwierzył kucharzowi prostakowi, że grzyby były trujące? Czemu uwierzył? Ponieważ kucharz się na tym znał, bo kucharza obowiązkiem jest znać wartość i pożywność oraz bezwartość i szkodliwość pokarmów! Co do czytania, sprawdza się ta sama zasada! Jest Kościół, który na mocy władzy Chrystusowej mówi: Wolno, lub nie wolno, czytać! Nie zasłaniajmy się ani rozumem, ani wykształceniem ani jakimś cudacznym postępem, ani wolnością, ani chęcią osobistych doświadczeń, bo te wymówki nie wstrzymają ani zapobiegną działaniu trucizny!

Ponieważ sam sobie nie ufam i nie chcę obrazić uczuć mnie słuchających, przytoczę Wam zdarzenie opisane przez Jolang Gerely. Pozwalam sobie całkowicie opuścić albo nieco załagodzić pewne wyrażenia autorki. Rozpoczynam: "Ciemnym, późnym wieczorem zdążała nieszczęśliwa pospiesznie do domu. Nie szła lecz biegła ze spuszczonym wzrokiem, zaczerwienioną twarzą, a trzęsła się jak we febrze. Biegła spiesznie bocznymi uliczkami, aby nie spotkać znajomych. Obawiała się nawet nieznajomych, bo sądziła, że wyczytają z jej twarzy, co dzisiaj utraciła. Utraciła coś co było znacznie cenniejsze, niż sądziła dotychczas! Gdy dobiegła do domu powiedziała krótko matce, że dziękuje za kolacje, bo jadła już u koleżanki i pospieszyła do swego pokoju. Zdjęła płaszcz i kapelusz, rzuciła się na kanapę i ukryła twarz w poduszkach. Nie płakała, ale myśli wzburzone rozsadzały jej głowę. Miała wrażenie, że po miesiącach odurzenia nastąpiła obecnie pierwsza chwila jaśniejszej świadomości. Jak szalone krążyły bezustannie w jej umyśle słowa: "Wreszcie upadłaś! Teraz co?" Słowa te powtarzał łoskot przejeżdżającego ulicą tramwaju, słowa te dźwięczały w radio sąsiedniego mieszkania, godziły w nią, przy nagłym trzaśnięciu drzwiami i wkradały się coraz więcej w głąb duszy! Ależ ona przecież nie upadła! — rozważała! — To co uczyniła, stało się w poczuciu swych praw i swojej pełnej wolności! Przecież ukończyła już dwudziesty drugi rok życia, zarabia na siebie, wolno jej przecież sobą swobodnie rozporządzać! Dlaczego nie umie stłumić tego wewnętrznego krzyku: "Wreszcie upadłaś! Teraz co?" A gdzie się podziała owa dumna pewność siebie, której oczekiwała po owej chwili? Była przekonana, że będzie spoglądała na inne dziewczęta ze spokojną wyniosłością, dając im do zrozumienia, że miała odwagę uczynić to, czego wiele z pomiędzy nich — jak sądziła — nie odważyłoby się uczynić z tchórzostwa. Była przekonana, że w rysach jej twarzy zjawi się owo nieokreślone kobiece samopoczucie, którego dziewczęta tak często zazdroszczą mężatkom! Jeżeli chce być uczciwą wobec siebie, przyznać musi, że to co przeżyła dało jej tylko rozczarowanie i przygnębienie! Przede wszystkim chciała udowodnić swoje równouprawnienie z mężczyzną. A teraz czuje — nie może zaprzeczyć — że stała się nędzną zabawką. Jaka brzydka i wstrętna jest ta rola kobiety. W jej zmąconym umyśle coś zajaśniało, co może powiedziano jej w szkole, albo co usłyszała dawno, dawno temu w kościele, kiedy jeszcze uczęszczała na nabożeństwa: że "chrześcijaństwo wyprowadziło kobietę z jej poniżenia!" — Domek w Nazarecie — Święta Rodzina zapadłe obrazy z dziecinnych wspomnień. Ale to wszystko tylko na krótką chwilę zabłysło w jej umyśle, aby innemu zagadnieniu utorować drogę. Zagadnieniu: jak to właściwie u niej doszło do "tego"! Przecież rok temu nawet jej się nie śniło o takich sprawach! Miała posadę i zaliczano ją do najlepszych i najwięcej obowiązkowych pracownic. Jej spokój i powaga zmuszały mężczyzn-kolegów do szacunku. Koleżanki lubiły ją, bo chętnie pomagała im w pracy! Aż pewnego dnia
— tak przypomina sobie — pewnego dnia wpadło jej do rąk kilka książek. Księgarnia ogłaszała tanią sprzedaż. Zbyt namiętnie lubiła czytać, to też poszła i kupiła kilka tomów. Był to zbiór bardzo mieszanej lektury. Dzieła dobrze i mniej znanych autorów! Miały zajmujące tytuły, np. "Co powinna wiedzieć każda dziewczyna" — "Równość i swoboda w miłości", i "Małżeństwo koleżeńskie, jako próba stałego szczęścia!" — Żywo teraz przypomina sobie, jak pochłaniały ją wtenczas te książki. Objaśnienia, niby naukowe, przekonały ją całkowicie. Dokładnie spełniły się na niej słowa św. Błażeja: "Otworzyć książkę, znaczy oddać ster duszy w ręce autora!" Biedna miała wrażenie, jakoby myśli tych książek były właściwie jej własnymi myślami; tylko że dotąd nie zajmowała się nimi. Życie jej wydawało się zupełnie spaczone. Dobrowolnie skazywała się na rolę kopciuszka, chociaż od dawna miała prawo prowadzić życie pełne! Już liczy dwadzieścia dwa lata i żadnych nie ma widoków na jakąkolwiek zmianę bytu. Na co właściwie czeka? Koleżanki jej mają przyjaciół, z którymi chodzą do kawiarni, do kina, do teatru. Ona nie ma nikogo. Rodzice idą z nią czasem do teatru, ale tam siedzi z nimi jakby uczennica szkoły powszechnej. O lokalach nocnych w ogóle nie ma wyobrażenia. Książki dopiero otworzyły jej oczy. Chciała jednakże wiedzieć więcej jeszcze. Teraz nie kupowała już książek na wyprzedażach, tylko czytywała różne czasopisma ilustrowane, wypisywała z nich artykuły i wyszukiwała książki w ogłoszeniach, zaopatrzone uwagą "tylko dla dorosłych." — W bujnej wyobraźni snuła namiętne obrazy, a dusza jej ginęła z pragnień podniecających. A co mówić o owych gorączkowych nocach, które spędzała pochłonięta lekturą modnych romansów! To nie była właściwa pornografia! O nie! dziewczyna, posiadająca maturę, nie poniża się tak dalece! Niemniej osiągnąć można ten skutek przez czytanie innych "literackich" książek. W dzisiejszych czasach, nawet znani autorzy i autorki marnują zdolności, godne szlachetniejszej sprawy — na wysławianie zwierzęcych popędów! A gdy ta moderna myślą cofnąwszy się wstecz, przebiegła swe przeżycia aż po "dzień dzisiejszy", poznała coraz jaśniej i wyraźniej, że mężczyźni od tego czasu patrzeli na nią inaczej. Mężczyźni, którzy szukali przygód, natychmiast zauważyli w kobiecie owo coś, co zdradza, że można i że warto zbliżyć się do niej. Zmiany, które zaszły w duszy tej modernej, uwydatniały się w jej ruchach i w jej wyrazie twarzy! Dziewczyna, która dotąd chodziła zawsze sama, znalazła niebawem towarzysza. Zachowanie się kolegów w urzędzie również się zmieniło. Początkowo było to tylko przelotne spojrzenie, ale wkrótce stali się odważniejsi. Mur, który ich dotąd odgradzał, rozpadł się nagle. Reszta poszła już zwykłą droga. Droga grzechu jest aż nazbyt uczęszczaną ścieżką; wielu na nią wchodzi, a tylko mało kto z niej zawraca! Droga ta jest bardzo pochyła. Gwałtownie prowadzi w dół. Trudno na niej ustać, jeszcze trudniej z niej zawrócić! Dziewczę porwało się z kanapy. Hardo uniosła głowę. Co się stało, już się nie odstanie! Teraz jest już wszystko jedno. A zresztą: niczego już nie ma do stracenia! Czy może być coś gorszego, jak to nudne życie biurowe? A mimo to, stało się gorzej. Dziewczę pomnożyło wkrótce długi szereg tych najnieszczęśliwszych kobiet na świecie. Ulica i szpital. Biedna moderna! Nikogo nie było przy niej, aby jej odebrać pierwszą zgubną książkę, aby jej rękę ująć i wstrzymać przed pierwszym błędnym krokiem. Boskie miłosierdzie zbliżyło się na próżno do niej owego wieczora, kiedy wśród wspomnień dzieciństwa wyłonił się obraz domku w Nazarecie! Biedna, nie uchwyciła tej pomocnej dłoni, bo nie posiadała — wiary. A jej uwodzicielka — książka, — przechodzi z ręki do ręki wśród młodych dziewcząt bezkarnie dalej, aby zatruwać dusze. Książka? To ludzkie objawienie iskry Bożej? Ta skarbnica najcudowniejszych, najwspanialszych myśli wielkich talentów? Nie. Nie ta książka, tylko tamta inna! Jak niezmiernie uboga jest mowa ludzka, że na określenie najważniejszego czynnika uszlachetnienia lub upodlenia duszy posiada jedną i tę samą nazwę: "książka"!
Tu kończy się opowieść o modernym dziewczęciu, która pragnąc być nadkobietą, rzuca się do czytania wszelakiej literatury, przez którą najpierw się sparzy, a w końcu spali się na duszy i na ciele! Powyższe opowiadanie, to nie marzenie jakiegoś poety, lecz prawdziwe zdarzenie z życia współczesnego. Dałby Bóg, aby przynajmniej jedną istotę wstrzymało od wyciągania ręki po literaturę, która truje i pali! Młodzieży droga, ucz się życia z katechizmu, nie z literatury obecnych czasów!